wtorek, 24 marca 2020

LANSE WAŻNIAKA



Starszy wachmistrz sztabowy WP, starszy ogniomistrz sztabowy WP, starszy sierżant sztabowy WP, starszy bosman sztabowy WP. Cóż to za stopnie wojska polskiego?. Otóż to jeden i ten sam stopień w zależności od rodzaju wojsk. Wachmistrz służy (dziś tylko w paradnych demonstracjach, ewentualnie w ujęciach filmowych)  w  konnicy ułańskiej. Ogniomistrz to sierżant artyleryjski, zaś bosman to także sierżant w marynarce wojennej. Żaden z nich nie jest ani bardziej, ani mniej ważny. Różnią się jeno tytularną nazwą stopnia, krojem i barwą munduru. Wyliczam je, bo zastanawiam się, który z nich najbardziej pasuje na spotkania przedwyborcze Andrzeja Dudy. Może wachmistrza, kłopot z tym że brak wiedzy czy nieposłuszny student profesora  Zimmermanna z UJ utrzyma się na koniu. W którym więc z tych mundurów Duda staje się bardziej ważniakiem?. Otóż w żadnym z nich, ponieważ gdyby nawet ubrać go w marszałkowski uniform i obwiesić medalami najbardziej zasłużonego ruskiego gienierała, to Duda pozostanie jeno przy swoim tytule, czyli marionetce szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego. On to go sobie wymyślił, on to ulepił z niego usłużną postać osobistego pucybuta i kociego masztalerza. Duda, marionetka ulokowana pod suknią Matki Boskiej, oddana w ręce opiekuńcze pisowskiego suwerena czyli gawiedzi wywodzącej się w 80% z ludu „bożego”, mało myślącego, za to dziękczynnego, pijącego z 500+. Dzisiaj „Anżej Duda” przebiera się ku naszemu zdziwieniu w mundurki ni to harcerskie, ni to  leśnych żołnierzy
WOT, a powinien siedzieć w domku i uczyć się (bo bardzo lubi) jak wszystkie dzieci w czasach kwarantanny. Ja rozumiem, każda władza lubi się lansować. A władza oparta na mediach przebiera się absolutnie. Im mniej znaczy tym bardziej stroi się w cudze piórka. Andrzej Duda w ostatnich dniach (jak pisze red.Roman Kurkiewicz) przebiera się za nie wiadomo kogo, bo w rzeczy samej nie bardzo wiadomo, kim jest i po co.


wtorek, 17 marca 2020

Z PONIEDZIAŁKU NA WTOREK


                                                                           Szczytno, zamek krzyżacki
Późna jesień roku 1954. Właśnie po ukończeniu szkoły podstawowej umieszczono mnie w sierpeckim liceum. Ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie wróciłem do domu na świąteczną przerwę, a tu rejwach, roboty co niemiara. Szykował się kolejny wyjazd z owocami na targowiska mazurskie, konkretnie do Szczytna albo do Mrągowa. Na Mazowszu owoców w bród, natomiast sady owocowe  na terenach Prus (jak to się dawniej mówiło) były zdewastowane działaniami wojennymi. W każdym razie, gdy usłyszałem słowo Mazury, które kojarzyły mi się z krainą tysiąca jezior, a które oglądałem jeno w książkach szkolnych, błagałem o to by mnie tam zabrano, mimo że podróż odbywała się nocami. W poniedziałkowy wieczór na podwórko zajechał   kilkutonowy samochód typu praga (być może studebaker) kryty plandeką. Za kierownicą siedział pan Grochowski (nazwisko zapamiętałem, bowiem wyrażałem dla niego podziw iż kierował aż tak potężną maszyną). Takie pojazdy rodzice wynajmowali odpłatnie  w miejscowym PKS.  Ponieważ paka samochodu zapchana była koszami i skrzynkami, usadowiono mnie z tyłu zaraz przy klapie wozu na wygodnym siedzisku ze skrzynek. Opatulili mnie kocami i jazda w drogę. Z ogromnej ciekawości odchylałem plandekę by jak najwięcej widzieć w  poświacie księżyca odbijającego się w lustrach wody. Już świtało gdy zmęczony intensywnym wypatrywaniem jezior usnąłem, na krótko, bowiem dojechaliśmy do Szczytna. Gdy ojciec otwierając klapę wozu zawołał bym wyszedł na zewnątrz wypadłem jak martwy przedmiot. 


                                                      Studebaker odkryty
Nic nie widziałem, byłem ślepcem. Oczy wraz z całymi oczodołami mnie bolały, były zatarte kurzem i drobnym żwirem. Z kolei w ojcowskich oczach wystąpił strach, bo gdzież tu w obcym mieście udać się prawie o świcie po pomoc. Zaczepił ojciec dwie kobiety by zapytać o okulistę, ale one niechętnie były ustosunkowane do człowieka mówiącego po polsku. Autochtonki, wrogo nastawione do Polaków, Rosjan i każdego kto nie posługiwał się językiem Goethego.  W rozpaczy ojciec zaczepiał ludzi w poszukiwaniu polskich Mazurów, obiecując każdemu kto mnie zaprowadzi (zawiezie ślepca)  do lekarza, że każdą ilość najlepszych owoców da w podzięce. Wreszcie napatoczyły się dwie kobiety Polki, które przyjęły ofertę. Pamiętam, zbudzony lekarz okulista, klnąc jak szewc, najpierw zaprowadził mnie do łazienki i mocno zmył mi twarz i całą głowę obsypaną kurzem, a następnie szprycą opłukiwał mi oczodoły tylko jemu wiadomym, dość żrącym płynem. Po pół godzinie powoli, bardzo powoli przejrzałem  na oczy. Uszczęśliwiony wróciłem w towarzystwie pań Mazurek na rynek. Ojciec rozliczył się z nimi zarówno w złotówkach jak i obiecanych owocach. Tego dnia pomagałem Mu w sprzedaży bo handel szedł dynamicznie. Owoce z naszego sadu były wyjątkowo ładne, a ponieważ był to okres przedświąteczny ustawiała się ciągle nowa kolejka. Klienci między sobą porozumiewali się zarówno polskim jak i niemieckim językiem, którego mój ojciec nienawidził, aczkolwiek kilka słów rozumiał. W pewnym momencie dwie autochtonki zwróciły się do ojca po niemiecku, przed tym wymieniając do siebie wzajemnie jakoweś prześmiewcze uwagi. Ojciec nie reagował. One powtórzyły swoje pruskie życzenia. Ojciec dalej nie reagował. Kiedy między sobą popukały się w czoło, ojciec rzekł: „Ich verstehe alles, was du sagst gut”., co znaczyło w języku polskim, że wszystko co mówisz dobrze rozumiem. Zdanie które od lat  okupacyjnych zapamiętał. Prusaczki zaczerwieniły się jak ćwikłowe buraki i jak niepyszne uciekły z rynku, rezygnując z zakupu. Widocznie w swojej konwersacji naśmiewały się z nas krzywiąc gęby z obrzydzeniem. Upłynęły może trzy godziny, gdy jedna z nich pojawiła się ponownie z przeprosinami, ale już w języku Norwida, choć nieco kaleczonym.. Dokonała dużego zakupu, zapewne również dla koleżanki. Taka oto przygoda chłopięca mi się przydarzyła, a Mazury z tysiącem jezior poznałem doskonale w okresie późniejszym, sam, jak też z całą rodziną. Czas płynie a Mazury i Warmia wciąż pozostają piękne i to nie tylko ze względu na Mrągowo i Szczytno, ale cała ziemia i wszystkie miasta od Augustowa poprzez Mikołajki, Ruciane, aż po Olsztyn zachwycają rodaków. Jeziora zachowały swą urodę, a sady owocowe też się im odrodziły. I tylko żal, że w tych pięknych okolicznościach przyrody nad jeziorami lśnią dachy letnich daczy bonzów Prawa i Sprawiedliwości. Czemu się dziwić nie trzeba, albowiem miliony zrabowane polskiej gospodarce w postaci odpraw z dostojnych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa gdzieś trzeba było lokować. A takich nawet koronawirus nie dopada.

czwartek, 12 marca 2020

WRAZ Z PREZYDENTEM STOIMY W ROZKROKU..


Nigdy nie czułem się aż tak bezpieczny jak obecnie, a konkretnie od 1980 roku, gdy powziąłem rozbrat z armią, by resztę swoich żywotnych sił oddać ojczyźnie na niwie cywilnej. (To żart oczywiście z tą niwą). I popatrzeć, że musiałem czekać aż następne 40 lat, bym mógł dotykalnie odczuć swoje i narodu bezpieczeństwo. Kraj bezpieczny, uzbrojony po zęby, kraj postrachem dla każdego wroga, bo to kraj, co prawda oddychający zatrutym powietrzem, to jednak kraj raj. Ludzie, nie uciekajcie do Białorusi. Kraj rządzony przez zakłamaną partię cwaniaków, którzy wzorem Ukrainy i tejże Białorusi postanowili naszpikować ojczyznę bogatymi oligarchami. W tym celu w najbardziej bogatych spółkach Skarbu Państwa, średnio co kwartał podmienia się prezesów by odchodzący napchali sobie konta milionami z odpraw, zaś na ich miejsce wstawia się następnych wygłodniałych, ale wiernych partyjniaków Prawa i Sprawiedliwości. Polskę okrada się zgodnie z linią TKM. (Teraz Kurwa My). Do maksimum doi się kraj korzystając od lat z tzw. dobrej koniunktury gospodarczej w świecie. Oczy się mydli wydatkami na zbrojenia, strasząc nas Rosją, a tymczasem za tzw. grosze skupuje się zbrojeniowy złom, by po jego odmalowaniu cieszyć oczy gawiedzi na paradach z okazji świąt państwowych. Każdy rodzaj wojsk zbroimy złomem, poza oczywiście piechotą bo tej prawdziwej po prostu brak od momentu zaprzestania poboru do wojska. Słabo wyszkolone i nieuzbrojone grupy WOT trudno nazwać prawdziwym wojskiem, To raczej naganiacze dla myśliwych z naczalstwa PiS i Kościoła. W lotnictwie właściwie poza kilkudziesięcioma F16, zakupionymi jeszcze za rządów lewicy nie mamy nic. Latają więc nasi piloci na wysłużonych, czterdziestoletnich Migach 29, w większości otrzymanych od byłej NRD i Czech. O tym, że to stary sprzęt świadczą kolejne katastrofy lotnicze. Nie na każdych drzwiach od stodoły da się latać bezpiecznie, niestety panie prezydencie Komorowski. W planach rząd ma zakupy na lata najbliższe 45 myśliwców F35., w grę wchodzą miliardy. Ponoć starczy, o ile nie będzie przecieków na lewo, ale Banaś czuwa. To nie są najnowsze samoloty mimo że nam się to wmawia. Od lat takimi maszynami latają m.in. Turcy i piloci kilku innych członków NATO. Dzisiaj nawet F16 należą do średnich staruszków. Zakupy sprzętu bojowego to bodaj najtrudniejsze dla naszych ministrów obrony przedsięwzięcie. Przy okazji transferów tracimy jako państwo swoją wiarygodność twarz i dalej stoimy w rozkroku. Przykładem jest tu próba zakupu helikopterów francuskich caracale. Nasi sądzili że dostaniemy je wręcz za darmo, za to że ponoć swego czasu nauczyliśmy żabojadów jeść widelcem, pod kierownictwem posła Bartosza Kownackiego z PiS. I co tu się dziwić że prezydent E. Macron na Polaków potrzeć nie może. Nie lepiej wygląda nasze uzbrojenie w innych rodzajach wojsk. Kilkadziesiąt czołgów Leopard, które jako wysłużone, zostały nam sprzedane przez Niemcy za tzw. jedno euro, to zbyt mała siła uderzeniowa wojsk pancernych. Ale słyszę że mają być wyciągnięte z muzeów sprawdzone przez załogę Janka Kosa poradzieckie czołgi T34. Trzeba je tylko odmalować, podobnie jak i hełmy z lat komunistycznych. Bez większych kosztów. Najbardziej komicznie wygląda sprawa polskiej marynarki wojennej. O mały figiel Macierewicz ze świtą zakupiłby od Australijczyków  fregaty Adelajde, które akurat były holowane na złomowanie. W ostatniej chwili kupców z Polski z Błaszczakiem na czele zawrócono, bowiem Polonia tamtejsza płonęła ze wstydu. Okazuje się że nic straconego. Dużo bliżej bo pod nosem czaimy się na kupno wysłużonych, bo 30 letnich okrętów podwodnych od Szwedów. Ustalamy na razie ceny i zapoznajemy się z instrukcją obsługi tych zabytków.

                              
Tymczasem od kilku lat budujemy statki w Szczecinie własnym sumptem, ale ponownie stoimy w rozkroku, bo być może lepiej skupywać sprzęt używany, jako że nie bardzo nam ta budowa idzie. Ponoć zbyt szybko rwie się taśma która stoczniowcom służy do sklejania poszczególnych elementów. Stępka jak stała przed laty tak stoi do dziś ku chwale rządu i ministra żeglugi morskiej. W tej sytuacji dlaczego mógłbym się nie czuć bezpiecznie, no dlaczego panowie, sitwo pisowska. Chyba nie dlatego, że mamy od lat budowaną tarczę antyrakietową, którą Putin może obrócić w proch jednym pociskiem nuklearnym. Być może dlatego że zarówno nasz kraj jak i świat czeka zagłada klimatyczna, o której najgłośniej krzyczy 16 letnia Greta. Co najdziwniejsze Greta jest Szwedką, a wiec kraju,  gdzie walka o dobro ekologiczne świata jest najbardziej prawdziwa, a do tego kraj, który od bardzo dawna nie zaznał wojny.Nie wiem jaką armię dziś mają Szwedzi, za to widać że mają bardzo waleczną Gretę. Jasny gwint. Klęska urodzaju: gender, LGBT i do tego koronawirus. Jerzu kolczasty ratuj

sobota, 7 marca 2020

NIE ROZUMIAŁEM TEJ NARODOWEJ PODNIETY




Nie rozumiałem, bowiem znając Dudę, obdarzonego tytułem prezydenta (na wyrost), przez pięć lat trzymanego w garści szefa partii nie mógł on postąpić inaczej. Kaczyński choruje na kolano a nie na raka. Co innego gdyby chodziło o dofinansowanie ortopedii, może wtedy nastąpiłby inny podział owych dwóch miliardów. Dla mało kumatych chodzi o dwa tysiące milionów złotych.  Istne wariactwo, podpisze czy nie podpisze, a może wyśle do TK. Bukmacherzy cieszyli się z zysku. Ja osobiście tej podniecie nie ulegałem. Wiarę w elementarną  rozwagę Dudy straciłem w momencie bezkarnego pokazania środkowego palca skierowanego do opozycji przez posłankę  Lichocką,  jedną  z najbardziej wrednych przedstawicielek „dobrej zmiany”. W świetle fleszy , teatralnie Duda złożył swój podpis, wcześniej uzasadniając bardzo niedorzecznie podjętą przezeń decyzję. Niepotrzebnie, ponieważ gdyby tę ustawę zawetował, przegrałby wybory a skoro ją podpisał wybory również może przegrać ale tyle że ze znakiem zapytania. Polska jest na szarym końcu państw, gdzie poziom walki z rakiem opiera się o dno. Wystarczy odbyć spacer po cmentarzach, by się przekonać o tym w jakim wieku nasi obywatele oddają swe ciała matce Ziemi. To straszne a nawet z ludzkiego punktu widzenia podłe, jako że tzw dobry sort pisowski, okupujący najbardziej płatne stanowiska w kraju, w przypadku choroby onkologicznej stać na leczenie w krajach gdzie poziom lecznictwa stoi na dobrym poziomie. Nikt z decydentów nie zadba o chorych z gorszego sortu, bo po co, skoro nie popierają ich dobrej zmiany. Przez sześć kolejnych tygodni leczono moje schorzenia onkologiczne w Centrum na warszawskim Ursynowie. W oczekiwaniu na kolejne zabiegi rozmawiałem z pacjentami, często i dowcipnie o polskiej polityce. Ciekawe, że wśród tych nieszczęśników, bardzo rzadko mogłem zetknąć się z tymi od „dobrej zmiany”. Być może, że ze wstydu kłamali, co zdarza się podczas deklaracji osób wybierających się do urn. W końcu "łune dają". Tyle że dają najwyżej na podpaski i sikacze, w żadnym razie na leczenie onkologiczne. To straszne, powtarzam.  Dwa miliardy na polityczne hejty, na gigantyczne uposażenie pisowskich wilczków opluwających sędziów, dziennikarzy i każdego kto nie z nimi, to hańba dla partii rządzącej sklejonej z obłudnym Kościołem. 
Tak, tak panie wielebny filetowy Jędraszewski . Za polskie dno ponosicie wraz z „waszą partią” współodpowiedzialność, bo dla was od  poziomu lecznictwa onkologicznego są ważniejsze związki partnerskie, LGBT cokolwiek dla was to oznacza, i skryty w celach zakonnych i plebanijnych własny homoseksualizm, a do tego gdy się trafi ponętny  ministrant to już chwalić Boga ukryta pedofilia.

niedziela, 1 marca 2020

LUDZIE, TO NIE SENSACJA




W każdym razie dla mnie. Dla innych, szczególnie dla wyborców PiS, sądzę że też już nie za bardzo. To się zdarzyło naprawdę nie tak dawno temu. Prasa oraz inne media ( w tym Internet) donosiły, nie kryjąc zażenowania, iż druga osoba w państwie Jarosława Kaczyńskiego i Jana Pawła 2,  w tej chwili już były marszałek Sejmu Marek Kuchciński został nagrany w okolicznościach skandalu heteroseksualnego. Mianowicie w jednym z przybytków bieszczadzkiej rozpusty, czyli tzw. agencji towarzyskiej, gdzie rozładowywał swoje hucie z małoletnią, ale za to dość ładną i ponętną Ukrainką, lat 14. Tylko patrzeć jak otrzyma za to piękną nagrodę w postaci stosu banknotów, bo w państwie PiS swoich nagradza się za złe uczynki. Ostatnio 45 tysięcy złotych nagrody skasowała szefowa kancelarii Sejmu, niejaka Kaczmarska tylko za 
to, że odmówiła stawiennictwa w sądzie wraz z listą poparcia do nowej KRS. Ponoć cały przebieg seksualnej operacji z Kuchcińskim w roli głównej został utrwalony na płytach CD. Kto mógł to  zrobić?, nie wiadomo, tym bardziej że pan Falęta, spec od podobnych uczynków zszedł ze sceny. No cóż, pan Marek K. jest w sile wieku i jako mężczyzna wypoczęty mógł mieć różne potrzeby. Żona być  może już odmawia mu uciech podkołdernych, jest sfatygowana samotnym życiem, albo szwankuje na zdrowiu, dlatego stęskniony ciała niewieściego pan Marek, zanim  przekroczył progi domu, postanowił dowieść, że jeszcze coś tam, coś tam mu drga, a jednocześnie pokaże, że przyjaźń polsko- ukraińska może mieć miłe oblicza. Prasa pisze, że marszałek jest mocno zainteresowany zakupem tej płyty za każdą kwotę zanim ona dotrze na Nowogrodzką. Moim zdaniem bez sensu, bowiem podobne filmy szubrawcy kopiują w kilku egzemplarzach, a Kaczyński już rzucił na nią okiem. Sprawa nabrała kolorów absolutnej sensacji. Cieszyła się opozycja, a szczególnie poseł Niesiołowski, co to ponoć prezentuje podobną chuć. Dotychczasowe, jeszcze w młodości igraszki „członka” (bo pan Marek na ziemi przemyskiej nosi taką właśnie ksywkę)  ograniczały się do dilerki prochami, a nawet drobnymi kradzieżami. Oczywiście wszystkie owe grzeszki zostały mu darowane z chwilą gdy zapisał się do młodzieżówki Prawa i Sprawiedliwości. Potem po latach, gdy los, a raczej Kaczyński obdarował go lachą marszałkowską zapewne wstydził się swej młodości, tym bardziej, że jako urzędnik był ważniejszy od samego premiera rządu. Są przecieki, że do owego przybytku rozkoszy zapraszał innych działaczy PiS a nawet jednego arcypasterza, więc sprawa być może jest wciąż rozwojowa. Teraz, gdy partia bije się o każdy głos suwerena przed wyborami prezydenckimi zapomniane powoli  występki Kuchcińskiego zapewne mogą mocno podkopać zdrowie prezesa, który dla dobra partii szarpie się co niedziela na konwencjach, by ułagodzić informacje o nim samym. Co prawda Ziobro, minister od sądów i naczelny prokurator czyni wszystko by osłonić ukochanego prezesa, to jednak sprawa rozpustnego członka może przerosnąć możliwości utajnienia, bo tu, jak przypuszczam chodziło będzie o wielką kasę, która spoczywa na razie w gestii banku Glapińskiego i mafii ukraińskiej. Oceniam to jako szary obywatel, ale dość oczytany. Zaraz po tym, aby unikać obrazów kusicielek ukraińskich sterczących przy trasie Warszawa- Rzeszów, Kuchciński do swej ślubnej i gromadki stęsknionych dzieci latał samolotem za głupie 40.000 złotych za kurs. Czy w to wierzę? 

                          Taka robota tylko w PiSie. 45.000 za nicnierobienie.
Muszę, bo inaczej nie uwierzył bym w sprawę Banasia, agenta Tomka i dziesiątki innych skandali. Piszę o tym bo piszę, chociażby dla podtrzymania dobrych stosunków z sąsiadami. Myślę, że wyjaśniającą konferencję prasową powinien zwołać Marek Kuchciński u boku którego stałaby młódka z Ukrainy. Wtedy uwierzę, jak w UFO. i świętość Wojtyły. Pa.



niedziela, 23 lutego 2020

POLSKA MURZYŃSKOŚĆ



                    W polskich szpitalach klecha może wejść na każdą salę..
Medycyna obdarzyła ludzkość wieloma zdobyczami farmakologicznymi zapobiegającymi lub uśmierzającymi bóle i inne dokuczliwości spowodowane wszelkiego rodzaju schorzeniami, bowiem jesteśmy jako stworzenia żywe w jakimś tam sensie również ułomni. Mamy więc pigułki przeciwbólowe. Mamy w końcu pigułki zapobiegawcze niechcianej ciąży zwane  EllaOne, bo akurat ten produkt medyczny mam tu na myśli. Produkt antykoncepcyjny przeznaczony do stosowania w przypadkach nagłych, np. gdy stosowana antykoncepcja PRZED zawiodła. Środek został dopuszczony do obrotu w UE w 2009 r, a więc już od 11 lat Europa korzysta z tej zdobyczy, oczywiście poza polskim „murzyństwem”, że się wyrażę słowem posła Radka Sikorskiego. Działając na receptory progesteronowe (mądre słowo), preparat zapobiega ciąży, głównie zapobiegając owulacji lub opóźniając ją. Unia Europejska kierując się nawałnicą wyroków sądu w Strasburgu w sprawach dotyczących Polski, gdzie co druga sprawa dotyczy wszelkiego rodzaju zakazów i nakazów kościelnych, postanowiła wydać obligatoryjny „dekret” o dopuszczalności sprzedaży w aptekach tejże tabletki . Okazuje się, kolejny już raz, że w Polsce, w tej upstrzonej figurkami przeróżnych prawdziwych i nigdy nie istniejących świętych jest inaczej. Tutaj nawet nakazy Unii, do której wchodziliśmy prawie na kolanach, najpierw muszą być obwąchane przez biskupów zanim wydalą oni swoje stanowisko zwane stanowiskiem episkopatu. Oczywiście radiomaryjne stanowisko popierane bezapelacyjnie przez skrajną prawicę, wciąż liczącą na wzajemność polityczną. Polska to kraj głupoty, której symbolem jest Bogdan Chazan i kilku innych tetryków. Chazan to bohater episkopatu, Stowarzyszenia Lekarzy Polskich oraz Katarzyny Łaniewskiej i Jerzego Zelnika. Zatem rząd polski, który przywykł do lizania odbytów biskupich, aby zbytnio nie tracić twarzy w Brukseli wymyślił przeróżne przeszkody formalne, by np. na owe tabletki lekarz wydawał recepty (wiadomo że połowa lekarzy, to ci co to podpisali klauzulę sumienia), a to by taka tabletka mogła być ostatecznie zakupywana (oczywiście na receptę) przez kobietę powyżej 18 roku życia, gdy też wiadomo, że lekarz ginekolog rozmawiać może z młodą pacjentką tylko w obecności matki (opiekunki). W końcu wymyślili nasi obrońcy moralności cenę zaporową za jedną pigułkę 120 złotych, a przecież nie jest tajemnicą, że młodzież polska pobierająca aż do dorosłości nauki religijne w szkole, mimo otrzymanego chrztu, przyjęcia pierwszej komunii oraz bierzmowania pieprzy się na potęgę nie tylko na tzw. imprezach (dawniej prywatkach), dyskotekach, ale też w najbardziej niechlujnych krzakach i kiblach. Po prostu jak przysłowiowe króliki, o czym wspominał onegdaj papież Franciszek, w czasie powrotu z kolejnej pielgrzymki. A w końcu w czym rzecz do jasnej cholery?. W czym rzecz?.
                         Zgrupowana polska murzyńskość w Brukseli
Przecież taka pigułka, gdyby nie była aż tak droga mogłaby uchronić od wielu przykrości i wstydu córki zgwałcone przez bogobojnych ojców, zgwałcone dziewczyny i kobiety podczas powrotu z pracy przez odludzie. Mogłaby w końcu zapobiec zajściu w ciążę tym, których nie uratowała prezerwatywa przebita igłą przez aptekarkę lub kioskarkę, działaczkę kółka różańcowego. W końcu może być pomocna rozpustnym księżom, szukającym uciechy między kolanami u co atrakcyjniejszych, a nieostrożnych parafianek. Jedyna pociecha to ta, że akurat ich stać na zakup pigułki choćby w potrójnej cenie. Biedak nie kupi, biedak się rozmnaża jak królik, o czym właśnie powiedział papieżSamo dobro, powtórzę zatem. Mnie osobiście ten problem nie dotyczy. Mam takowy rok urodzenia, który najczęściej można spotkać na tabliczkach nagrobnych wszystkich polskich cmentarzy. Ktoś powie, że w tej sytuacji nie powinno mnie to interesować, no ludzie!!!. Mam wystarczające wykształcenie i tzw. oczytanie, by na równi z całym społeczeństwem przeżywać los własnej ojczyzny i jej mieszkańców. Stwierdzam zatem, że jako społeczeństwo poprzez katolickie zabobony i gusła jesteśmy krzywdzeni. Na tle Europy jesteśmy obywatelami drugiej albo trzeciej kategorii i to nie tylko poprzez upośledzenie materialne, ale też mentalne. Tak sobie myślę, że w ramach troski o każdego członka Unii Europejskiej, najlepsi medycy mogliby wynaleźć pigułkę na głupotę polską, którą medycznie stawiam na równi z colonowirusem, jako że głupota u nas szerzy się jak zaraza. 


Poruszamy się w oparach średniowiecza. Doszło do tego, że kilka miast europejskich współpracujących dotychczas partnersko z miastami polskimi wycofało się z dalszego partnerstwa, bowiem jak grzyby po deszczu gospodarze tych miast obwieszają się tablicami, iż ich grody są wolne od LGBT. Co to oznacza dla społeczeństw Europy?. Ano tylko to że w polskich ciemnogrodzkich osiedlach (miastach) nie toleruje się obywateli o innej niżeli heteroseksualnej orientacji. Wara gejom i lesbijkom. Czy można się zatem dziwić, że władze RP czynią wszystko by kraj nasz znalazł się poza Unią Europejską wbrew woli narodu. Ze wstydu trudno pokazać obcokrajowcowi dowód osobisty albo paszport z polskim orłem na okładce. Swój paszport obłożę wzorem szkolnych zeszytów szarym papierem.

Propozycja autorska;
Dziś zbliżam się do osiemdziesiątki i czuję się dość zmęczony, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już nie ta percepcja, już nie ta charyzma, tudzież rozedrganie umysłu. Od dwóch lat nosiłem się z zamiarem wydania zbioru postów w formie książki. Niestety, jako emeryta z dolnej półki nie stać mnie na podobny luksus.
Wpadłem zatem na pomysł odsprzedaży moich myśli. Jestem gotów do pozbycia się swoich praw autorskich osobie zainteresowanej treściami mojego bloga, wraz z domeną. Z kraju bądź z zagranicy, a ponieważ nie znam się na informatycznych i prawnych zakamarkach problemu związanego z podobnym zamiarem, spodziewam się,  że owe kłopoty weźmie na siebie ewentualny nabywca. Mój adres mailowytonizar67@wp.pl 

sobota, 22 lutego 2020

KOLANOWIRUS ATAKUJE



Zaraza która wykluła się w katolickiej Polsce. Już przed laty, a właściwie od zawsze jak pamiętam. Do tego stopnia, że wierni Matce Boskiej Częstochowskiej potrafili obwozić po kraju w ramach wizyt jasnogórskich same ramy obrazu dotychczas pokazującego wizerunek tejże „Polki zrodzonej w Częstochowie", narodowości żydowskiej, podczas gdy sam obraz komuniści skradli. Lata sześćdziesiąte, nie warto sobie zaśmiecać głowy. Dzisiaj, gdy cały oczadziały Jej fascynatem naród na czele z jego rządem pada na kolana, można by powiedzieć iż kolanowirus wziął swój początek tu nad Wisłą, a nie w żadnym chińskim Wuhan.  To dobra oznaka, ale też nie za bardzo. Są widoczne, dotykalne skutki. Nie żeby od razu śmiertelne, ale mocno utrudniające życie przywódcy wybranego przez Nią narodu, jako że Jarosław Kaczyński mimo kilkakrotnego pobytu w warszawskich lecznicach nadal cierpi i kuleje. Po prawdzie nie przeszkadza mu to w zarządzaniu swoim, a właściwie maryjnym królestwem, bo ma całe hordy wiernych pomagierów ale jednak cierpi. Widzą to poddani mimo stosowanych przez watahę, opłacanych milionem złotych rocznie, ochroniarzy osłon. Od polskiego wirusa się nie umiera, ale czyni on ogromne spustoszenie w głowach zainfekowanych. Widać to na każdym kroku. Już nawet brak bojaźni przed onkologicznym rakiem, co pokazała posłanka Joanna Lichocka swym lśniącym paluszkiem. Lśniącym, jakoby przed momentem wyjęła go z otworu międzypośladkowego. Widać to po wypowiedziach kłamliwych premiera i prezydenta. Widać to po aferach i 
superaferach w obozie rządzących państwem. Wszystkie te  głośne, wręcz wielomilionowe przekręty oparte na złodziejstwie, odkrywane są w trybie przyśpieszonym. Widać, że PiS ma świadomość swojego końca. Kradną ci co kradną czyli złodzieje, ale też ci którzy winni ich kontrolować, by zapobiec złodziejstwu. Miliony giną z kasy państwa poprzez instytucje dotychczas otaczane szacunkiem: CBA, NIK, KRS, SKOKI, Apteki, Agent T, Banaś, Get Back i wiele innych, jeszcze nie wykrytych. Kradną, jeżeli nie bezpośrednio, to poprzez przepisywanie  podejrzanych majątków na żony, córki i kochanki. Twórcy filmów fabularnych i dokumentalnych mają niewyczerpalne tematy, choćby afera podkarpacka w której unurzani są nie tylko złodzieje świeccy ale i sexduchowni w piuskach na głowach. To nie ich wina, powiedziałby ich spowiednik. To niezwykle groźny dla polskiego narodu kolanowirus. Dojdzie do tego, że nie tylko kuśtykał  będzie prezes, ale i wszyscy co bardziej znaczący jego akolici. Już sobie wyobrażam kolumnę pisowców poruszających się z "przysiupem" w dniu 11 Listopada w rytm „Warszawianki”. Wystarczy rzucić okiem na tych cynicznie uduchowionych, by myślącego dopadły dreszcze. To prawdziwe zarzewie nieuleczalnego choróbska niszczącego łękotki i więzadła, a kasy na leczenie nie będzie o czym demonstracyjnie zawiadomiła naród, w tym dotkniętych kolanowirusem, Joanna Lichocka. Wirus nie śpi. Wirus atakuje. Pozostaje wierzyć iż bardziej efektywnie zadziała Matka Boska. W końcu jest królową Polski. Amen.
                 Szefowa sztabu wyborczego Dudy. Uwaga: gryzie!                                           

czwartek, 13 lutego 2020

WYSYPISKO ŚMIECI?


                                            Idż i nie grzesz więcej.
Polska to piękny, bogobojny kraj, powiadają ci co nakradli w imię obowiązującego prawa, oraz ci co opuścili go biologicznie 20, 30, 40 lat temu. Nic jednak nie przemija na zawsze. Dzisiaj też kradną i to w sposób ohydny, wręcz wszawy, a jako katolików rozgrzesza ich spowiednik. Żadne tam towarzystwo złodziei osiedlowych. To złodzieje szczycący się przynależnością do partii rządzącej Prawa i Sprawiedliwości. Ludzie na stanowiskach, bo są wśród nich złodzieje reprezentujący Polskę w stolicy UE jako europosłowie. Tych złapanych złodziei zwanych szmaciarzami jest ponoć dziesięcioro na różnych stanowiskach. Wszyscy ci oni to podwładni partyjnie Kaczyńskiemu. 

Na czele amatorów szmat stoi Anna Zalewska, była minister oświaty. Jak ją dzisiaj postrzegają uczniowie, którym ponoć wpajała zasady uczciwości, moralności i człowieczeństwa. Nakradli szmat i pieniędzy za całe trzy miliony złotych, niektóre być może sami przywdziali wraz z rodzinami, gros sprzedawali. Pieniądze szły na kampanię wyborczą członków PiS. Słuchy chodzą, że paluszki w tę dziadowską operację wtykała też inna europosłanka, kumpela Zalewskiej, Beata Kempa. 
Otóż zakupione przez państwo plecaki szkolne, które Kempa miała zawieźć do Syrii dla powojennych sierot zostały też rozkradzione, dlatego Kempa ( jak pokazała telewizja) podczas bardzo drogiej wizyty w Aleppo machała do nas pustymi kończynami, a plecaki wywieziono na strych jednej z parafii. Skandal z ohydą w tle przykleja się do innych skandali, które działacze PiS próbują rozmydlić w oczach opinii publicznej. Że pozwolę sobie wyliczyć te najgrubsze: GetBack (szkody 2.5 mld), KNF, Skoki 2,5 mld, (łapówka 40 mln), Srebrne wieże Kaczyńskiego (łapownictwo i olewanie prokuratury), NIK (wielomilionowe szkody), wielomilionowe szkody w CBA, skandale polityczne (m,in, z „willą” Kwaśniewskich). I popatrzcie państwo, kradną takie miliardy, a mimo to ich ludzie łaszczą się jeszcze na używane ciuchy darowane najbiedniejszym. Moralność katolicka na poziomie abp Wesołowskiego i ministra Mariusza Kamińskiego. Musiało być tego dużo skoro wyceniono owe fanty na trzymilionową sumkę. Polska teoretycznie to europejskie wysypisko śmieci. Nie tylko w sensie fizycznym, bo do naszego kraju śmieci i wszelkiego rodzaju odpady zwożą (zwożono) z całego świata, ale i moralnym, bo jak odezwać się do złodzieja  majtek z kontenera, no jak?, po prostu ty śmieciu.
Zdjęcia. Zasoby FB.

Propozycja autorska;
Dziś zbliżam się do osiemdziesiątki i czuję się dość zmęczony, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już nie ta percepcja, już nie ta charyzma, tudzież rozedrganie umysłu. Od dwóch lat nosiłem się z zamiarem wydania zbioru postów w formie książki. Niestety, jako emeryta z dolnej półki nie stać mnie na podobny luksus.
Wpadłem zatem na pomysł odsprzedaży moich myśli. Jestem gotów do pozbycia się swoich praw autorskich osobie zainteresowanej treściami mojego bloga, wraz z domeną. Z kraju bądź z zagranicy, a ponieważ nie znam się na informatycznych i prawnych zakamarkach problemu związanego z podobnym zamiarem, spodziewam się,  że owe kłopoty weźmie na siebie ewentualny nabywca. Mój adres mailowytonizar67@wp.pl 

piątek, 7 lutego 2020

OBŁUDNI LUDZIE Z BOSKIM RUMIEŃCEM



Borze Szumiący i Jeżu Kolczasty. Ty widzisz i nie grzmisz. Skłaniam się do napisania kilku słów o wyjątkowo podłym człowieku. O byłym marszałku Senatu Stanisławie Karczewskim, obecnie z łaski gremium, wicemarszałku. O człowieku wyjątkowo obłudnym i fałszywym, a jednocześnie konformistycznym i całkowicie uległym i nadzwyczaj posłusznym wobec szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, ba, ten gotów się czołgać przed nim gdyby ten spuścił wzrok z oczu na podłogę. Dziw napływa tym bardziej większy, że pan Stanisław to lekarz z zawodu, lekarz od dzieci, istot łatwowiernych i potulnych do szczętu. Jego wyjątkowo podły charakter wylazł na wierzch zaraz po wyborach, gdy jego dotychczasowe stanowisko polityczne zajął senator Grodzki. Zapewne przy sobie musiał nosić kilka paczek chusteczek ponieważ zionął pianą i nienawiścią do następcy jak smok wawelski. Stracił pałacyk, no i przede wszystkim tytuł jakże wymowny. Odwracał wzrok od postaci pana Grodzkiego, również lekarza, tyle że długoletniego chirurga naczyniowego, profesora władającego językami. Nie może patrzeć na człowieka, który przerósł gościa  wielowartościowo i wielowymiarowo. Zatem zgodnie ze swoim charakterkiem pospolitego żula i prawdziwego katola, rozpętał nagonkę na swego następcę, jakoby ten swego czasu brał łapówki za usługi medyczne. Liczył na to, że Grodzki w wyniku głoszonych skandali poda się do dymisji, zaś on jako wice wróci na uprzednie stanowisko. A ma w tym pomocną dłoń TV partyjnej zarządzanej przez jeszcze gorszą od niego kanalię, Jacka Kurskiego. Codziennie do TVP odzywała się kolejna świnia, która za obiecaną kwotę lub stanowisko „przypominała” sobie o swej „dziękczynności”. Profesor zgłosił sprawę do ABW i prokuratury, niestety, chyba zapomniał,  że te instytucje są właśnie w rękach jego prześladowców. Tymczasem pan Stanisław „pokrzywdzony”, bez jakichkolwiek hamulców moralnych publicznie rozsiewał plotki na temat profesora, jakoby ten walczy z legalnie wybraną władzą skarżąc się na Polskę w czasie podróży za granicę, oraz spotkań z władzami UE. Tylko człowiek kanalia potrafi podkładać świnię drugiemu człowiekowi nie będąc w porządku samemu. Karczewski, o czym wszyscy wiedzą zarobił nielegalnie 400.000 złotych na tzw. dyżurach szpitalnych, gdy jednocześnie brał urlop bezpłatny jako marszałek Senatu. Można tak żyć, gdy władza jak Temida ślepa. Gdyby Kaczyński szczycił się odrobiną szlachetności, to Karczewski natychmiast powinien wrócić do powiatowego szpitala … do okienka rejestracji chorych. Zdrowa na umyśle część społeczeństwa przyzna mi rację w zestawieniu wartości marszałków Senatu:  lek. med. Stanisław Karczewski – prof. dr med. Tomasz Grodzki. Takie zestawienie jest lustrzanym  odbiciem innego. Magister Julia Przyłębska – Profesor Małgorzata Gersdorf. Niby obie panie są prezesami ważnych instytucji, ale tylko jedna z nich może się „poszczycić” kulinarnym wkładem żołądkowym w trzewia innego prezesa. Och, żebym tak umiał cokolwiek ugotować, to Grodzkiego miałbym z głowy- rozmarzył się Karczewski.

Foto:Fb.



sobota, 1 lutego 2020

MOJE ROZMOWY Z OJCEM , .... PO LATACH


W tym roku mija 103 rocznica urodzin mojego Ojca Piotra Zygmunta. Planowałem taki post napisać w okrągłą setną rocznicę, (2017) no i jak pamiętam to zrobiłem. Ludzka pamięć permanentnie jednak przywołuje okruchy wspomnień. Z Ojcem "poznaliśmy" się w dniu moich urodzin, (1940), to znaczy On z racji ojcostwa zapoznał się ze mną pierwszy. Na rewanż znajomości z mojej strony nieco musiał poczekać, dopóki nie pocznę rozpoznawać otoczenie. Ojciec  był raczej wesołego usposobienia. Codziennie podśpiewywał pod nosem ulubioną „Piosenkę o mojej Warszawie” Mieczysława Fogga, co pozostało Mu z kilkutygodniowej podwody, kiedy to odgruzowywał stolicę. Gdy coś zepsuło Mu humor potrafił artystycznie, wręcz koncertowo kląć, przy czym przekleństwa budował bardzo „piętrowo”. Ze względów higienicznych   nie będę ich tu przytaczał. Za każdym razem wtedy Mama posyłała Go do spowiedzi przy okazji niedzielnej mszy, do której to grzecznie przystępował. Muszę szczerze i nieskromnie powiedzieć, że mimo, iż było nas rodzeństwa okrągła czwórka, to ja bywałem troszkę przez Ojca „hołubiony”, jako że wiązała nas pewna pasja. Mianowicie obaj lubiliśmy politykę, historię i geografię, szczególnie ten trzeci człon. Nigdy nie poruszaliśmy tematów dotyczących religii. Wiadomo, ksiądz w rodzinie, a i Mama byłaby niepocieszona. Zatem ten drażliwy temat stanowił w zasadzie tabu.
Cieszył się więc bardzo z każdego mojego przyjazdu do rodzinnego domu przy okazji wakacji, a później urlopów. Nie, nie rozsiadaliśmy się przy kawusi czy piwku, by delektować się ciekawostkami z życia postaci, które zapisały się w historii lub aktualnymi wydarzeniami politycznymi na naszym globie. Pracy w naszym rolniczo-ogrodniczym gospodarstwie było na tyle multum, że nikt pozostający aktualnie w domostwie nie mógł sobie pozwolić na dłuższe leżenie bykiem, przeto moje „rozmowy z Ojcem” były prowadzone przeważnie przy okazji wykonywanych robót. Zatrudniał mnie blisko siebie, by można było pogadać nie „marnując czasu” poza małymi przerwami na papieroska. Rzeczywiście Ojcu, jak i całej Rodzinie praca, mimo szykan ze strony władz dawała niebywałe efekty. Rodzice wybudowali wille córkom w nieodległym mieście, a i sam postawił ojciec nowy rodzinny dom po zaistniałym pożarze. O mnie też oczywiście nie zapomnieli. Otrzymałem pewną wartość w gotówce. Ojciec, jak już pisałem ukończył szkołę rolniczą im. Aleksandra Świętochowskiego w Gołotczyźnie jeszcze przed wojną. Szczycił się poziomem nauczania w tym przybytku nauki i miał ku temu powody jako, że rzeczywiście mnie zaskakiwał swoją wiedzą. Na bieżąco uzupełniał swe iście koherentne zasoby wieczorami tkwiąc oczami w gazetach, a wiedzą często dzielił się z sąsiadami. Marudził, gdy listonosz nie dowiózł na czas prenumerowanej prasy. Na książki niestety już nie miał czasu bo, by sprostać utrzymaniu gospodarki na wysokim poziomie musiał się też jako tako wysypiać, tym bardziej, że do roku 1960 nie mieliśmy w domu prądu elektrycznego. Musiały mu w tym względzie wystarczać rozmowy ze mną, w których, jak powiedziałem się lubował. Podkreślał, że jedynie ze mną może pogadać o tym co go interesuje, co nabijało mnie w dumę. Z kobietami nie można o niczym porozmawiać. Matka jest zapracowana w domu, inspektach i ogrodzie. Z nią można się tylko pomodlić szepcząc „zdrowaśki”, które słyszę zarówno podczas przebierania owoców, pielenia, albo przy dojeniu krów, powiadał. O moich siostrach, czyli „dziewuchach”, jak je nazywał „pieszczotliwie” miał opinię jako o tych, co to mimo ukończenia szkół  średnich pozostawały w kręgu zainteresowania ciuszkami, „drogerią”, plotkami i ewentualnie miłostkami. Nigdy z nimi nie poruszał prawdziwych tematów z kręgu Jego zainteresowań. Brat mój z kolei, nie garnący się zresztą z miłością do wiedzy jako takiej, był od młodości przygotowywany do objęcia gospodarki po rodzicach, co zresztą się stało. Interesowała go bowiem wszelka mechanika rolnicza oraz motoryzacja. Następca „tronu” jak znalazł, cieszyli się Rodzice odpłacając się dziękczynieniem w kościele. Znając ojcowskie upodobania, zwoziłem więc Mu przeróżne atlasy z aktualnie rodzącymi się nowymi państwami, często w wyniku przewrotów ustrojowych. Globus miał na stole i w głowie. Można by powiedzieć, że jego głowa stanowiła ziemską bryłę.. Z zamkniętymi oczami pokazywał na nim choćby najmniejsze wysepki, zatoki, stolice, rzeki, góry i księstewka z jednoczesnym określeniem panującego tam ustroju, a często przywołując nazwiska prezydentów lub premierów. Zatem najczęściej interesowały go aktualne wydarzenia polityczne w świecie. Wydarzenia, które przeorientowywały dotychczasową Jego wiedzę na poruszany temat. Zawsze go przede wszystkim ze wszech miar interesowała historia Rosji. Od caratu aż po Jelcyna, bo później już Mu zdrowie nie pozwalało na uprawianie umiłowanej tematyki, mimo pozostawania na emeryturze i „zdaniu” gospodarki w dobre synowskie ręce. Jego pragnieniem było odbycie podróży koleją Transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku, z zamiarem wysiadania nie tylko w kolejnych republikach po drodze, ale i w ciekawszych miastach. Taka podróż trwałaby zapewne około dwóch - trzech miesięcy. Niestety nie wyobrażał sobie pozostawienia gospodarki na tak długi czas, (czuł się doradcą i mentalnym opiekunem ), a ponadto nie wierzył, że może dostać od władz rosyjskich pozwolenia na taką „samowolkę”. Wiadomo, że Rosjanie obcych wpuszczali tam gdzie nie było powodu do wstydu. Osobiście to odczułem. Zazdrościł mi więc odbytej wycieczki od Kijowa, aż do Irkucka i innych stolic „republikańskich”, o których na łamach bloga już pisałem. Proponowałem mu, że gotów jestem mu towarzyszyć powtórnie na ten daleki rosyjski wschód. On niestety mimo ogromnych pragnień odmawiał. W wolnej Polsce zrozumiałem, iż wcześniej bał się tego, że przy okazji starań o paszport wypłynie na wierzch sprawa jego przynależności do AK a i na zdrowiu powoli podupadał. Zatem Ojciec musiał się zadowolić werbalną wiedzą o tejże wielkiej Rosji. Nasze dyskusje nie interesowały pozostałych członków rodziny. Często Mama się buntowała słowami: „Ojciec, a dajże spokój z tą waszą pieprzoną polityką. Chłopak tak rzadko zagląda do domu, opowiedziałby lepiej o rodzinie i pracy. A swoją drogą to trzeba też znaleźć czas na modlitwę, bo ten miesiąc jest różańcowy, inny z kolei modlitw majowych itp.” My jakoś zręcznie omijaliśmy owe bogobojne propozycje, kontynuując dywagacje z kręgu polityki i historii najnowszej. Dzisiaj wspominam te pogaduszki z wielką nostalgią, bo rozmowa z Ojcem, nie przesadnie religijnym katolikiem, umiarkowanym antykomunistą, wielbicielem sanacji i Piłsudskiego, a jednocześnie też i Gierka za jego posunięcia w sprawach rolniczych dawały mi niebywałą satysfakcję. Bo rzeczywiście Gierek wprowadził rolnicze emerytury, dźwignął przemysł, dawał kredyty na unowocześnienie gospodarek, a następnie w dużej części je umarzał. Co by nie mówić ten malowany komunista a przy tym patriota, potrafiący lawirować między Moskwą, Zachodem i Ameryką, a nawet Watykanem ma swoje zasługi dla kraju. Moim zdaniem mimo wściekłych ocen ze strony prawicy, czcicieli bandytów powojennych, zasłużył na chociażby wdzięczną pamięć, tak zresztą jak i mój Ojciec w moim życiorysie. Przynajmniej współcześni wielbiciele Balcerowicza mieli i w dalszym ciągu mają co sprzedawać pod płaszczykiem prywatyzacji. Często szybko i za bezcen, byle nie przypominało im to czasów PRL. Od wielu już lat mój Ojciec nie żyje. Nie żyje też Brat, gospodarz rodzinnego majątku. Wprawdzie nie wierzę w żadne życie pozagrobowe, ale jeżeli bym się mylił, to powiem: Tato nie martw się. Jako emeryt od 14 lat, mam z kim kontynuować rozmowy, na wszystkie, w tym nasze tematy. Bowiem obok mnie jest najukochańsza kobieta. Miła, mądra, tolerancyjna i współczująca wszystkim tym, którzy doznają krzywd na tym padole. Taka oto jest moja Żona.


czwartek, 30 stycznia 2020

NACIUŁAŁO IM SIĘ



W świetle ostatnich, nigdy niewyjaśnionych skandali PiS (sprawa Banasia, ginące miliony, a nawet miliardy z polskiego skarbca, Skoki, GetBack, KNF, CBA, agent Tomek, Kuchciński oraz Karczewski, i diabli wiedzą co jeszcze, nasuwa się pytanie, jak to się dzieje że to państwo jeszcze się nie zawaliło, chociażby w świetle gwałconej Konstytucji. Chodzi mi moi mili o CBŚ. Jest okazja by popatrzeć jak tenże autorytet buduje owa firma państwowa czyli właśnie Centralne Biuro Śledcze. Zadaję sobie pytanie: Jak na własne państwo (prawa) można patrzeć z uznaniem, gdy jego funkcjonariusze na każdych 10 akcji związanych z aresztowaniem przestępców rozwalają o świcie drzwi wraz z futrynami Bogu ducha winnym właścicielom mieszkań, przykładając się do powstawania zawałów serca lub nabywania nerwicy wegetatywnej osób tam (zwykle śpiących). Czy to buduje autorytet państwa, czy wręcz odwrotnie, psuje?. A jak o tenże autorytet zadbała firma powołana przez Kaczyńskich pod nazwą Centralne Biuro Antykorupcyjne z najbardziej smutnym, we wschodniej Europie facetem na czele, czyli Mariuszem Kamińskim. Gdyby Kaczyński, a potem Tusk nie walili setek milionów na owe ustrojstwo nie byłoby dzisiaj jaj, jakie spowodował agent Tomek (Tomasz Kaczmarek), który to uzbrojony w porche najnowszej generacji, garnitury od Armaniego, złote sygnety, oraz wypchane kieszenie ciężko zarabianymi przez naród złotówkami, był wysyłany na akcje wywoływania skandali prowadzących do obniżania autorytetów niewygodnych im partii. Okazało się, że te setki milionów zostały wyrzucone w błoto, bo jak nazwać aferkę związaną z wciągnięciem do łóżka posłanki Sawickiej, czy prowokację natury gospodarczej żony aktora Cezarego Pazury, gdy tymczasem można się domyślać, iż podobne afery łapówkarskie występują wśród wszystkich bodajże braci parlamentarzystów (spotkania cmentarne), a także załatwianie dobrych stanowisk pracy dla wszystkich pociotów i znajomych królika, niezależnie od wykształcenia i umiejętności. Po co więc z biednego budżetu państwa ładowaliśmy krocie w polskiego Jamesa Bonda z bożej łaski, czyli właśnie w agenta Tomka, który, gdyby nie kompromitacja CBA związana z zakupem willi dla Kwaśniewskich w Kazimierzu Dolnym, oraz inna z kolei, związana z Andrzejem Lepperem, szastałby służbowymi pieniędzmi po knajpach do dnia dzisiejszego. Tymczasem po kilku latach pracy, czyli uciech, nasz Bond w wieku lat 34 przeniesiony został  w stan spoczynku, który to stan wykorzystał na osobisty, „dobroczynny” biznes pod przykryciem zostawiając za sobą milionowe zadłużenie względem instytucji skarbowych. Z chwilą gdy tymczasem do jego chałupy zastukały służby CBŚ, zaczął wołać o ratunek ze strony byłych kolegów z CBA, a ponieważ koledzy się wypieli ratując własne tyłki, postanowił ich sypać. Opowiedział więc publicznie, jak to Kamiński i Wąsik zmuszali go, by zmyślał tzw. dowody na małżeństwo Kwaśniewskich, jakoby ci wyprali miliony złotych w zakupie kosztownej willi w Kazimierzu Dolnym. Sprawa była głośna, no bo to lewacki prezydent, a więc zapewne ukradł te pieniądze z funduszu pałacowego. Tymczasem CBA wyłożyła kilka milionów na prowokacyjny zakup owej willi przez co pieniądze te przepadły. I prawdopodobnie, gdyby nie pośliznęła się nóżka agentowi Tomkowi w kwestii jego złodziejstwa, prezydent Kwaśniewski wraz z małżonką byłby po dziś dzień umoczony w tę smrodliwą aferę. Moim zdaniem i nie tylko moim w celi więziennej powinien się znaleźć nie tylko agent Tomek Kaczmarek, ale i , a nawet przede wszystkim ułaskawieni przez prezydenta Dudę Kamiński, i Wąsik. I to na długie lata. Dojdzie do tego oczywiście po wygranych przez opozycję wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Tak nam dopomóż Bóg. Kończę tym zawołaniem, jako że każdy prawicowy polityk owymi słowy składa ślubowanie poselskie, właśnie  podpierając się mitycznym Bogiem, ale czy to Boga rusza?. PS: Nigdy do końca nie wierzyłem w samobójstwo Barbary Blidy. Z chwilą gdy poznałem mechanizmy działań tych pisowskich „instytucji”,  (tym razem ABW), jestem święcie przekonany że ta śląska posłanka lewicy została zamordowana. Wprawdzie nie z zamiarem bezpośrednim, ale jednak zamordowana.

Zdjęcie: FB. Przystojny szef wszystkich służb., czyli łajza ministrem.


piątek, 24 stycznia 2020

BĘDĘ PŁAKAŁ PIERWSZY


                                      
                                         Ładne, chociaż mało wygodne
Nie, nie, nie, nawet nie wyobrażam sobie dnia, gdyby mi zabrakło, kaczej kreatury. Kreatury do tego kulawej. Kreatury, bo kaczątko zawsze jest brzydkie, o czym od maleńkości zapewniał mnie pan Christian Andersen. Zapłaczę się, zaryczę się. Będę się wił w konwulsjach spętanych szlochem. A zatem nie róbcie nic złego kaczej kreaturze. Niech sobie łazi po żoliborskim wybiegu, trzepie skrzydłami w brudnym od kłamstw stawie i to bez żadnego trybu, bo akurat to lubi najbardziej, zaraz po kłapaniu dziobem na tzw. konwencjach. Trzyma całą władzę w swych łapkach, a każde z tysięcy piskląt kaczych łącznie z Adrianem je mu z łapek i oblizuje się. Kiedyś oczywiście przyjdzie pora, że ucieszy podniebienie narodu gdy zamieni się w czerninę, czyli dworską czarną polewkę, w ostateczności z dodatkiem rostbefu w tłusty rosołek, który ugasi ból naszych serc. Wszystko to, po być może odejściu w niebyt owej kaczej kreatury. Ale tylko pomyślcie, kto by chciał patrzeć na rozczłonkowane bebechy kaczej kreatury?, no kto?. A przecie zdarza się, że po rozczłonkowaniu tychże, bo osobiście gotuję kacze dania, ogarnia mnie żal i wtedy wznoszę niemy błagalny wzrok do dobrego chirurga, choćby przykładowo do  profesora Grodzkiego, by przywrócił kreaturze stan pierwotny, nawet gdyby była jeszcze bardziej brzydka, wręcz paskudna niżeli jest. Kreatury, choćby z ciągle rozpiętym rozporkiem, bo kaczka nie ma palców, zatem nie odepnie guziczków ni suwaka, a sikać się chce, więc leje gdzie chce, jak chce i na kogo chce, byle był z totalnej opozycji. Nie dziwię się. Wszystko co totalne olewajmy. Taka alegoria mnie dopadła.
Kreatura otoczona jest tysiącem wyznawców ideologii zwanej kaczyzmem, prawdopodobnie amatorów kaczej uryny zwanej dużą kasą. Kaczyzm to ni partia, ni związek, ni stowarzyszenie, czyli ni pies ni wydra, coś na wzór świdra, ale dobrze płatne jest w niej członkostwo, no i jest zaraźliwy jak chiński koronawirus, a dokładnie kacza grypa H5N40. Ostatnie dwie cyfry nawiązują do nie zmieniających się od lat notowań np. CEBOSU, czyli popularności owej grypy wśród polskiej oczytanej w katechizmie, bogobojnej hołoty z kręgów zbliżonych do pisowskiej reprezentacji do parlamentu brukselskiego, gdzie nikt z owego kaczego prymitywu nie nadawał się na jakiekolwiek stanowisko unijne. Ciekawe: czy wyznawców kaczyzmu jest w Polsce więcej czy też mniej od amatorów czerniny, bo wiem że wielu na widok czarnej polewki dostaje gęsiej, pardon, kaczej skórki. Jak na razie kaczej pandemii nieuleczalnie uległ katolicki kler i instytucje państwa, od parlamentu po sądy, trybunały i urzędy, powodując zaślepienie i głuchotę na wezwania ze strony Unii Europejskiej i świata. Polsko zatrzymaj się, bo olewając kaczym moczem Traktaty i nawoływania Wspólnoty, karmicielki twych obywateli, ustawiasz się obok Białorusi i Mołdawii. W rejonach tych jest wiele brudnych akwenów wodnych, a to wydaje się, że brzydkim kaczątkom odpowiada, byle na czele płynął on, cholernie brzydkie stare kaczysko.
Foto:FB. 


środa, 15 stycznia 2020

PÓŁ BLIŹNIAKA Z BASENEM


                                     
                                     Rozmodlona władza i urzędnik Stwórcy.
Tak sobie wyobrażają niektórzy kardynałowie watykańscy miejsce zamieszkania Pana Boga, gdzieś w okolicy Wielkiego Wozu na firmamencie niebieskim. Miejsce, skąd Pan Stwórca ma spojrzenie na calutki Wszechświat. Tak to widzi reżyser serialu „Młody papież”, Paolo Sorentino. Powyższe wynika z prywatnej dyskusji znudzonych kardynałów, oczekujących na kolejną biesiadę. Wielu z nich, ludzi ponoć wykształconych daje wiarę podobnym bajdurzeniom, szczególnie gdy wywodzą się z Podhala albo Podlasia, a  wiemy że 75% przykładowo polskiego duchowieństwa wywodzi się z takich okolic.  Sorentino akurat nie lokuje owych kardynałów chociażby na galicyjskich terenach, nie mniej jednak powonieniem jako widz, ich rodowód umieszczam w wiejskich gminach tatrzańskich i podlaskich. To zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach pedofil abp Wesołowski, to zamieszany w przekręty finansowe kardynał Dziwisz, to zmarły niedawno bp Pieronek, to plejada watykańskich urzędników m.in. z okolic Tarnowa, Nowego Sącza, Nowego Targu, to wreszcie Karol Wojtyła, późniejszy, jeszcze bardziej żelazny jak współczesny Banaś, papież. Większość z nich  to, wychowani w dyscyplinie i bojaźni przed Bogiem, w atmosferze legend, przesądów i ciemnoty zabobonnej byli od najmłodszych lat przygotowywani do służby Bogu. Ten serial należy oglądnąć, chociażby dla dobrej rozrywki, bowiem jest na co patrzeć: lejący się złotem świat, rozpasanie obyczajowe, w tym erotyczne, deprawacja i pycha. To wszystko może przyprawiać widza ciężko pracującego na chleb o mdłości, ale przecież tacy nie oglądają podobnych bluźnierstw, bo wyświetla je HBO, telewizja daleka od bogobojnej Polski. Mnie jednak zastanawia jedno. Mianowicie w jaki sposób Pan Bucek znalazł sobie tę chatkę z basenem. Może z ogłoszenia odkupił gotową, czy też sam sobie zbudował, bo teren ładny, z widokiem na Ziemię i inne planety, no i bliżej Słońca. Staruszkowie lubią  wygrzewać kości w jego promieniach. a w ogóle to kto Go stworzył, bo tego w zapisach o urządzeniu wszechświata brak. Skądże ów zacny mieszkaniec bliźniaka pochodzi?, myślący zachodzą w głowę, bo skoro według Kościoła świat ma zaledwie 6 tysięcy lat, to archeolodzy mogli by się tego dokopać. Znajdujemy dowody życia sprzed  miliona lat, więc to żaden problem, ale okazuje się że nie dla wszystkich, szczególnie dla osób duchownych. Jednym słowem film Paulo Sorentino należy obejrzeć, oczywiście w miarę dostępu. Co mnie nurtuje w chwilach zwątpienia w Jego jestestwo?, to brak wiedzy- kto zajmuje drugą połówkę niebieskiego bliźniaka. Domyślam się że Lucyfer, ale to tylko moja prywatna dywagacja, proszę Wysokiego Sądu.

niedziela, 12 stycznia 2020

WYDŁUBANE Z PAMIĘCI


Pięćdziesiąt lat wstecz, gdy odwiedzałem wiejski dom rodzinny, z przyjemnością spotykałem się z różnymi pytaniami ze strony Ojca, którego bieżąca wiedza z zakresu polityki, ale też ogólnych spraw gospodarczych kraju i świata  ograniczała się do informacji zawartych w gazecie „Gromada Rolnik Polski”. TV dopiero kiełkowała, a radio właściwie informowało w podobny sposób jak dzisiejsze zabagnione media pisowskie. Dlatego mój antenat (przodek) zwykle cieszył się z przyjazdu syna w pielesze rodziny, bowiem mógł sobie uzupełnić wiedzę na nurtujące go pytania.  Otóż podczas jednej z dysput prowadzonych przy robocie (a tej nigdy na wsi nie brakuje) ojciec zapytał mnie: Słuchaj, ty się obracasz między mniej lub bardziej mądrymi ludźmi, bywasz w przysłowiowym świecie, powiedz mi ilu w Polsce mamy biskupów?. Nie wiem,.... ale mogę się dowiedzieć, pocieszyłem Go.-Ale od kogo?, bo ja, ciągnął temat Ojciec, po niedzielnej mszy zapytałem naszego proboszcza, to ten kazał mi się zająć modlitwą, a nie zadawać podobne pytania, bo po co mi ta wiedza. Przyznam, że poniekąd poczułem się obrażony, no ale trudno, to jednak jest osoba duchowna. Zapewniłem Ojca, że się dowiem, bo mam swoje źródła. Faktycznie je miałem, jako że w naszym rodzinnym drzewie genealogicznym, na jednej z „gałęzi” „wisiała” postać księdza, u którego wiele razy gościłem. Wykorzystałem więc okazję by zadać podobne pytanie wujkowi w szatach kanonicznych. Przy kolacyjce pokropionej płynem zarówno wykorzystywanym w liturgii mszalnej, jak i w towarzystwie, usłyszałem odpowiedź. Widzisz, ja za bardzo tego tematu nigdy nie zgłębiałem, ale przecie nie jest zbyt trudno ich zliczyć. Wystarczy ilość diecezji pomnożyć przez dwa, bowiem  na każdym urzędzie diecezjalnym zasiada biskup i jego pomocnik także w podobnej randze. Kilka lat temu zadałem sobie podobne pytanie i  po przeliczeniu wyszło mi że w dostojnych szatach mamy w Polsce ok 130 do 140 hierarchów, jako że do ilości sprawujących urzędy w diecezjach należy doliczyć członków Episkopatu, a także  kilku rektorów seminariów i innych katolickich uczelni. A propos seminarium; Gdy pobierałem tam nauki mówiło się że ilość biskupów w Polsce pokrywa się z grubsza z ilością generałów w wojsku polskim i ta symetria ponoć zachowana była już od przed wojny. Być może, dzisiaj też tak to wygląda, tyle że niekoniecznie, myślę ja sobie, po latach bowiem po dokonanej czystce przez Macierewicza pospołu z Misiewiczem przewaga przewielebnych nad  lampasami może być dość ewidentna. Chyba że papież Franciszek rzeczywiście, a nie tylko werbalnie wyrzuci na zbitą tonsurę* wszystkich pedofilów, ich ochroniarzy, oraz przeróżnych cwaniaków od "zarazy" znajdowanej w LGBT i umiłowanych przez rządy prawicowe hochsztaplerów typu Rydzyk, Oko i wielu innych. Nie wiem, czemu akurat ten temat mi się nawinął, ale gdy przypomnę sobie uroczystość pogrzebową mojego wujka, to samych biskupów naliczyłem wtedy około dwudziestu. Nie wiem czy zawitali z szacunku dla szeregowego zmarłego księdza, czy też na wyżerkę i wypitkę w ramach stypy. Taki to oto temat.

*tonsura- do niedawna wygolone kółko na głowach księży.
 

LANSE WAŻNIAKA

Starszy wachmistrz sztabowy WP, starszy ogniomistrz sztabowy WP, starszy sierżant sztabowy WP, starszy bosman sztabowy WP. Cóż to   za ...