piątek, 28 listopada 2014

WSPOMNIENIA


W dniu 26 listopada br. odszedł na zawsze mój dobry kolega i prawdziwy przyjaciel, przed kilku laty przełożony Wiesław Szurmiej, prywatnie bratanek niedawno zmarłego Szymona Szurmieja, długoletniego dyrektora Teatru Żydowskiego w Warszawie. Odszedł nagle, w dość paradoksalnych okolicznościach, bowiem na sali gimnastycznej, gdzie raczej utrwala się stan zdrowotności. Mocno mnie zasmuciła ta tragiczna wieść, bowiem już byliśmy umówieni na spotkanie, zaraz po tym gdy sam dojdę do zdrowia po długotrwałym pobycie w Centrum Onkologicznym. Okazuje się że w naszym wieku nie należy składać zbyt odległych w czasie deklaracji.
Wiesiek całe życie zawodowe poświecił toruńskiej energetyce piastując od kilku lat funkcję wicedyrektora ds. pracowniczych, ale w Jego niepisanym zakresie obowiązków było szeroko pojęte eksponowanie dobrej strony firmy. Był niezbędny praktycznie w każdych okolicznościach, gdzie dobro Zakładu należało pokazać na forum całego kraju. Naczelną zasadą Wieśka była też troska o dobro załogi, o jej byt, a także jej poziom kształcenia zawodowego. Właśnie w sporcie widział drogę do tworzenia dobrej atmosfery wśród załóg, oraz należytej dbałości o zdrowie. Był założycielem i prezesem klubu sportowego Energetyk Toruń. Zawodnicy tego klubu zdobywali laury w przekroju krajowym zarówno w tenisie stołowym jak i żeglarstwie. Wiesiek sam był sportowcem amatorem. Systematycznie grał w tenisa ziemnego, biegał na nartach, wspinał się w górach, zdobył Kilimandżaro, pływał po morzach europejskich wynajętymi wraz z grupą przyjaciół pełnomorskimi „łajbami”. Bodaj przez dwa lata obaj reprezentowaliśmy Zakład w lidze bilardowej Energetyków Polski Północnej. Był wszechstronny w pomysłach zmierzających do poprawy samopoczucia setek pracowników naszej firmy. Był inicjatorem a później koordynatorem prac w czasie budowy zakładowych ośrodków wypoczynkowych. Ten nadmorski w Karwi w roku 1991 przekazał w moje ręce. Niemniej dalej śledził z troską funkcjonowanie tej bazy. Bardzo dbał o letni wypoczynek młodzieży, dzięki czemu nasze energetyczne dzieciaki miały szczęście wypoczywać nie tylko w kraju, ale też w wielu krajach europejskich. Jako animator kultury, nie tylko tej fizycznej, w miarę możliwości wspomagał z funduszy zakładowych toruński teatr Wiliama Horzycy, znajdował fundusze na rajdy, spływy kajakowe oraz okazjonalne pikniki. Był dobrym duchem ukochanego miasta, za co w 2008 prezydent Grodu odznaczył Go zaszczytnym Medalem „Thorunium”. Od kilku lat obaj pozostawaliśmy na emeryturach. Mimo że los nas rzucił do odległych miast, znajdowaliśmy okazje do towarzyskich spotkań, bo spotkania z Wieśkiem to coś więcej niżeli wspólne napicie się dobrego piwa czy też drinka. To naprawdę duże święto. Pamiętam wspólne podróże po kraju i nie tylko, po to by zapewnić najlepsze warunki wakacyjne naszym dzieciakom. Pamiętam spotkania w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie Jego Małżonka Maria, jako znana malarka toruńska organizowała wernisaże. Wiesiek był niezmiernie inteligentnym człowiekiem. Był erudytą, świetnie posługiwał się językiem angielskim, co ułatwiało nam zagraniczne podróże. Prawdziwy Europejczyk, człowiek wielkiej tolerancji o skrystalizowanych poglądach światopoglądowych. Wszystkie Jego cnoty podzielałem w całości, starając się je zaszczepiać w moim osobistym życiu.

Cóż, był Przyjaciel i Go już nie ma. Wiadomość o Jego nagłej śmierci mnie i moją Małżonkę powaliła jak piorun z jasnego nieba. Zabraknie nam, to znaczy mnie i wielu innym naszym wspólnym kolegom i przyjaciołom Kogoś wyjątkowego. Kogoś niepowtarzalnego. Nasz Wiesiek bowiem odszedł na zawsze. Pozostawił nieutuloną w bólu Małżonkę Marię, Syna Jakuba oraz ukochane Wnuki.

Spoczywaj w Pokoju Wiesiu. Cześć Twojej Pamięci.

Foto: Wiesiek w Nairobi (Kenia) przed atakiem szczytu Kilimandżaro.

środa, 26 listopada 2014

ŚREDNIOWIECZE MA SIĘ DOBRZE


 


,,Z nowatorską metodą umacniania wiary chrześcijańskiej wystąpił ks. Tomasz Chciałowski, proboszcz parafii Matki Bożej Fatimskiej w Legionowie.
Postanowił on wypożyczać wiernym relikwiarz z zepsutym zębem Jana Pawła II. Tyle zapis na Facebooku. Każdy kto potrafi czcić zepsute zęby, choćby z ust papieża może na jakiś czas zatrzymać u siebie w domu monstrancję, w której zazwyczaj spoczywa hostia. Mniemam, że za odpowiednią „co łaskę” dla proboszcza w Legionowie. Fuj.Fuj.
Nie tylko słowo fuj nasunęło mi się już w czasie, gdy się dowiedziałem, że (wdowa po papieżu) kardynał Dziwisz, ograbił zwłoki swojego szefa. Uszczęśliwia on niektórych wiernych ampułkami z krwią zmarłego. Krwawą ampułką obdarował najpierw naszego kierowcę Formuły 1 Roberta Kubicę. Krew ta miała chronić sportowca przed wypadkami, miała zagwarantować mu bezpieczeństwo. Być może krew była nieco skwaszona, bo kardynał nie dolał do niej octu, który chroni posokę przed zmianą konsystencji, bo nasz wyścigowiec w krótkim czasie uderzył samochodem w betonowy płot, krzywdząc się mocno na ciele. A w dodatku był to płot okalający budynek kościelny. Nie upłynęło zbyt dużo czasu gdy metropolita małopolski zaczął już niejako hurtem rozdawać krew Wojtyły. Dzisiaj prawie na wszystkich ołtarzach świątyń słynących cudami jest miejsce gdzie ulokowano ampułki. Gdyby zlać krew z wszystkich świętych podarunków, prawdopodobnie uzbierało by się kilka litrów czerwonej materii. Zatem, jeżeli rozdawana krew jest autentyczna to można by przypuszczać ze dawca zostałby pozbawiony szans przeżycia. Okazuje się, że nie tylko krew papieską kardynał zwiózł do Krakowa. Ma on w swych skrytkach poza nią kawałki ciuchów osobistych Karola Wojtyły, szat mszalnych i okolicznościowych strojów świątobliwych, a także części ciała. Ma więc zęby (naturalne, chociaż mocno nadgryzione czasem).Ma włosy santo subito i zaiste wiele innych drogocennych relikwii, bo wszystkie wymienione rzeczy stanowią właśnie relikwie pierwszej kategorii. Nie zdziwię się już, gdy w bliższym czy dalszym czasie kardynał obdarzy kogoś, kogo najbardziej cierpi np. palcem lewej czy prawej dłoni albo stopy, że nie mogę sobie wyobrazić czegoś z obszarów intymnych. Cieszta się cieszta zatem bałwochwalcy wypożyczonym z kościoła legionowskiego spróchniałym zębem, bowiem łaska pańska szczególnie spływa po takich relikwiach. Ks. Chciałowski dodaje, że jego pomysł to realizacja marzeń Ojca Świętego, by być jak najbliżej z wiernymi. Jeśli ktoś zechce, będzie mógł wziąć relikwiarz do chorego, który leży w szpitalu. Będzie mógł zostać z nim w kościele, czy też spędzić odrobinę czasu w domu. Nikt nie zabroni przytulić się do relikwiarza i wypłakać się przed nim”.
Wątpię, czy papież miał osobiście na myśli to co wyrabia proboszcz. Jestem najzupełniej przekonany, że nigdy by nie dopuścił do podobnego bałwochwalstwa. Chociaż tylko diabli wiedzą, bo ponoć one są najlepiej poinformowane w tych sferach, bo akurat JPII nie protestował gdy stawiano mu za życia setki pomników. Niektóre z nich sam osobiście poświęcał, ku własnej chwale.
 
Polska jako kraj zamieszkały przez bardzo twardych katolików (szczególnie przez katoliczki), jest obsiana setkami miejsc, w których ukazywała się Matka Boska w przeróżnych konfiguracjach. A to na drzewie, a to na parapecie okiennym, a to na chmurce. Zatem w świadomości takiego narodu bardzo łatwo jest zainstalować wiarę w przeróżne nadprzyrodzenia. Przykładem kołtuństwa i prawdziwych guseł jest słynny cud w Sokółce, oraz wiele innych najczęściej „nadrzewnych objawień” do których ciągną sznury samochodów z całej Polski i nie tylko. Teren do zagospodarowania naiwnych, o średniowiecznym rozumie jest w Polsce bardzo rozległy. W owe gusła często zdają się wierzyć nawet niektórzy dziennikarze polskich mediów i to niekoniecznie z obszaru tych brukowych.
 
ZEPSUTY ZĄB jako relikwia?. Poważnie, jestem mocno rozbawiona (pisze w komentarzu jedna z internautek) i nie jestem pewna, czy to nie żart, bo to naprawdę pasuje do średniowiecza. W czym to lepsze od mleka świętej panienki i innych tego typu cudów? To już naprawdę bliskie wystawienia na aukcji ostatniej kupy czy zwróconego w chorobie pokarmu.” Tak, zgadzam się z panią.
Tymczasem czytamy oświadczenie naukowców z kilku uniwersytetów kanadyjskich i amerykańskich. w sprawie świętości Matki Teresy z Kalkuty. Prawdziwą burzę wywoła podważenie cudu, dzięki któremu ją beatyfikowano. Ujawniono listę niewygodnych faktów, które burzą niezwykły obraz tej „świętej”. Dokumenty zawierają m.in. wstrząsające relacje z "domów umierających" oraz opisy kontrowersyjnych operacji finansowych, o czym osobiście wiedziałem już od dobrych kilku lat z opublikowanych relacji tych którzy przeżyli tę umieralnię pod egidą Matki Teresy. Wszystkim niedowiarkom polecam książkę "Misjonarska miłość. Matka Teresa w teorii i w praktyce" - może niektórym otworzą się oczy i zobaczą w jakim cieniu propagandy żyli do tej pory. MT była po prostu straszną kobietą.
A tak między nami, to spróbujcie to powiedzieć w oczy kardynałowi Dziwiszowi, to postraszy was ogniem piekielnym, w którym non stop obsmażane są dusze tych, co to uprawiają rozpustę wokół krakowskiego rynku. Świętego, papieskiego rynku.

niedziela, 23 listopada 2014

CZY TE OCZY MOGĄ KRZYWDZIĆ?



Komentarz red. Cezarego Michalskiego z KRYTYKI POLITYCZNEJ, dziennikarza nad wyraz cenionego, sądzę że nie tylko przeze mnie, ze spotkania z dr. Magdaleną Ogórek reformistką Kościoła, która uważa że ks. Lemański był jednoznacznie przez abp Hosera prześladowany wzorem służb komunistycznych, przeczytałem z zainteresowaniem. Śledził on odzyskiwanie parafii jasienickiej z rąk ks. Lemańskiego. Ponieważ cała prawda o Lemańskim do uszu Polaków katolików trafiała wyłącznie szczątkowo i to w barwach przyjaznych hierarchom, fragmenty komentarza zamieszczam na stronie mojego bloga.....

Pojechał tam zatem w dniu „odzyskiwania” parafii przez abp. Hosera i osadzania tam nowego proboszcza, który w pierwszych słowach swego przemówienia do tłumu obiecał, że „z kościoła w Jasienicy znikną pozostałości i ślady po ks. Lemańskim” (brawa, okrzyki, skandowanie na stojąco). Eufemizm „pozostałości i ślady” oznaczał zgromadzone tam – „nie wiedzieć czemu” – przez ks. Lemańskiego judaika. Skąd się wzięli w kościele ci entuzjaści Hosera, to tylko on sam wie, bo naturalnych parafian można było policzyć na palcach jednej ręki. Przed świątynią i na parkingach wsi stało kilka autokarów, czyli sprawa niejako się wyjaśnia.
  Wcześniej abp Hoser uczynił ks. Lemańskiego duszpasterzem dzieci dotkniętych bardzo ciężkimi schorzeniami z ośrodka neuropsychiatrii w Zagórzu. Takie dzieci nieczęsto później zostają biznesmenami czy publicystami, nie podniosą – symbolicznie albo realnie – ręki na abp. Hosera, na jego rzecznika Mateusza Dzieduszyckiego czy na jego jurystę Michała Królikowskiego, obaj wyjątkowo obłudni urzędnicy Kościoła, z tym że jeden w randze wiceministra, szczęśliwie odwołany. Zatem ich dusze można oddać temu kacerzowi (czyt. heretykowi) Lemańskiemu, bo oddawanie mu duszy wiernych, którzy mogą nam jednak później zaszkodzić lub pomóc – swoimi głosami, szczególnie zaś swoimi pieniędzmi – abp Hoser uznał za niedopuszczalną głupotę. Pragmatyczny cynizm tego hierarchy może być szkołą dla wielu prawicowych publicystów i polityków, którzy potrafią już wiele, ale tego, co abp Hoser, jednak jeszcze nie potrafią. Wzorzec tkwi w dokumentach partyjnych PZPR, gdzie znajdują źródła jak zjeść ciastko i mieć ciastko. Absolutnie podobnie wyglądał więc w Radomiu po rozróbach antyrządowych w 1968 roku. Zapewne okrzyki „Wiesław, Wiesław” nie wydostawały się z gardeł obywateli Radomia. Zatem nie można twierdzić , że nic „dobrego” nie pozostawił dla Hosera poprzedni „znienawidzony ustrój”.
Także Mateusz Dzieduszycki, którego miałem kiedyś ogromną nieprzyjemność poznać osobiście, pisze Michalski, jest takim rzecznikiem władzy, jakich „w dawnym ustroju” widywałem masowo w TVP przy podobnych okazjach. Zawsze z delikatnym naciskiem „śmielej, śmielej, towarzyszu Wiesławie”, czas już się rozprawić z tym Lemańskim, czas było wcześniej, ale byłeś dla niego zbyt miłosierny” (to z kolei parafraza za innym dobrze zorganizowanym tłumem z Sali Kongresowej w Warszawie, 19 Marca 1968), gdy jastrzębie partyjni namawiali Gomułkę by bardziej zdecydowanie rozprawił się z Żydami, dziećmi „kwiatami”, oraz Kazimierzem Dejmkiem reżyserem „Dziadów” mickiewiczowskich.
Nie wiemy co się dzieje dzisiaj z ks. Lemańskim, któremu racji ponoć nie przyznał sam papież Franciszek. My wiemy, a w każdym razie się domyślamy, że nie mógł przyznać, bowiem do jego uszu i oczu nigdy nie dotarła skarga Lemańskiego. Hoser w Watykanie ma dużo kumpli w szatach kardynalskich i biskupich, którzy każdą korespondencję zlustrują zanim padnie odpowiedź w „imieniu” papieża. Oczywiście korzystna dla ich przyjaciela z Polski. Ostatnio prasa podała, że udało się jednemu z pokrzywdzonych obywateli Włoch osobiście cudem poskarżyć się papieżowi na duchownego, który go skrzywdził. Papież po powrocie do Watykanu natychmiast zadzwonił do niego tylko po to, by poznać szczegóły sprawy, po czym zareagował w sposób zdecydowany i dyscyplinujący krzywdziciela. Gdyby zatem papież osobiście zapoznał się z pismem ks. Lemańskiego, Hoser nie miałby już posady w warszawsko-praskiej kurii, ale niestety w tej hierarchicznej instytucji dużo jeszcze wody musi upłynąć zarówno w Wiśle jak i w Tybrze zanim przeniknie do niej choćby odrobina demokracji.


środa, 19 listopada 2014

RATUJMY KRAKÓW


W prasie i Internecie czytamy, że kardynał Dziwisz (znana „wdowa” po Karolu Wojtyle) zobaczył Kraków poprzez pryzmat rozpusty jaka zawładnęła miastem. Ciekawe spostrzeżenie panie arcypasterzu ponieważ miasto w ponad połowie terytorialnie należy do Kościoła to należałoby się „Dziwić”, kto nim w rzeczywistości zarządza i skąd ta rozpusta wyłazi. Niestety większość nas Polaków już wie, że wyłazi z kruchty w której: żyje w rozwiązłości nie tylko materialnej ale i w obyczajowej znaczna ilość krakowskich i nie tylko krakowskich księży. Wielu przebywa na odwyku w domach specjalnie dla nich utworzonych). Wielu żyje w rozwiązłości seksualnej (pedofilia ks. Gila i abp Wesołowskiego oraz innych amatorów dziecięcych pupć, a schowanych w odległych parafiach na terenie pana Dziwisza, wcześniej Karola Wojtyły).

„Miesiąc modlitw o odnowę moralną Krakowa rozpoczął się od mszy pod przewodnictwem kard. Stanisława Dziwisza. Akcja nosi hasło "Szpital domowy", czytamy w skupieniu słowa prawdziwego gospodarza stolicy Małopolski.
Metropolita krakowski podkreślał, że stolica Małopolski to miasto, którego "oblicze naznaczone jest świętością wielu świadków Jezusa Chrystusa, ludzi miłujących Boga i człowieka". To także ośrodek akademicki i miejsce chętnie odwiedzane przez turystów. To wszystko zobowiązuje nas, byśmy troszczyli się o dzisiejszy Kraków by jego oblicze nie deformowały miejsca rozpusty i pijaństwa" - stwierdził kardynał.
Ja się jednak zastanawiam gdzie się podzieją geje w sutannach, a ich pogłowie stanowi ponoć ok. 50%, jeżeli kardynał wymodli zamknięcie klubów nocnych, gdzie jedyną atrakcją dla tych co mają nadmiar chuci i pieniędzy (a kler ma) są nie tylko dziewczynki ale i wytęsknieni za delikatnym, ale opłacalnym finansowo seksem, chłopcy. Fakt, z Krakowem kojarzy się dużo świętości, które spowiło miasto na kanwie papieża JPII, którego wprost nadprzyrodzoną siłą polskich biskupów urzędujących w Watykanie uczyniono świętym pod hasłem santo subito, tworząc w ten sposób kraj nadwiślański ostoją katolicyzmu światowego. Tu, z Polski z kilkudziesięciu seminariów wysyła się w świat absolwentów jako krzewicieli jedynie słusznej wiary i jako urzędników obcego nam państwa Watykan. Ci księża, którym nasze państwo opłaca ZUS i na siłę nazywa paradoksalnie ambasadorami Polski, w gruncie rzeczy są obcymi swojej ojczyźnie, bo przykładowo co robił w imieniu Polski biskup Hoser w Rwandzie w czasie gdy miliony Tutsi zostało zarżnięte przez Hutu z milczącym przyklaskiem katolickiego kleru. Kościół ma bardzo duże doświadczenie w mordowaniu całych społeczności. Wymordował Indian amerykańskich, wymordował innowierców w czasie wypraw krzyżowych, a i wiadomo, że sprzyjał holokaustowi nie tylko w II wojnie światowej.
Jest to dziwne panie kardynale w sytuacji, gdy w polskim parlamencie, który jakby nie mówić, zarządza tym krajem ponad połowa posłów i senatorów która została de facto wybrana przez was czyli proboszczów. Macie przecież swoje sposoby na urządzenie Sejmu. Wystarczy mocno głosić swoje przywiązanie do Kościoła rzymskokatolickiego, brać udział w różnych marszach z pochodniami i krzyżami a miejsce w Parlamencie ma się zapewnione. Nawet jeżeli jest się KOMPLETNYM DURNIEM, bo Episkopat poprze z ambon każdego, kto będzie głosił wyższość prawa bożego nad stanowionym. Tych , którzy zamienili sierp i młot na krzyż i wymachują nim jakoby cepem, również. To nowi nawróceni na prawdziwą cnotę.
Oczywiście, sowita wpłata "na potrzeby Kościoła" też w tym pomaga, dlatego Kościół ma zapewnione rokrocznie owe 10 miliardów złotych, oczywiście za zgodą m.in. owych KOMPLETNYCH DURNI wśród których znajduje się też kupa złodziei grosza publicznego podobnych Hofmanowi, Kamińskiemu i Rogackiemu.

niedziela, 16 listopada 2014

PUTIN TO, PUTIN TAMTO


 
 
Zapewne nigdy Władimir Władimirowicz Putin jako urzędnik z Petersburga kilkadziesiąt lat temu, gdzie się zresztą urodził, nie spodziewał się , że będzie kiedyś najbardziej znienawidzonym politykiem świata, oczywiście poza swoją ojczyzną. Otóż wszystkie wiadomości medialne wg. instrukcji politycznej w Polsce powinny zawierać informacje o podłości Rosji i podłości Putina, a dodatkowo każda informacja z Kremla ma być okraszona sosem wskazującym na całkowitą degrengoladę gospodarki naszego sąsiada, plagę chorób obywateli Rosji spowodowaną niedożywieniem, jako że na ich rynek nie płynie polskie mięso (białko) polskie jabłka, marchewka a nawet szczypiorek i kartofle (witaminy). Łza się polskiemu, „bardzo zaprzyjaźnionemu” z Rosją widzowi kręci w oku, że naród rosyjski przymiera głodem i zapada w choróbska z braku witamin, a tymczasem Putin wysyła na wschodnie rubieże Ukrainy wciąż nowe dostawy nie tylko broni ale i zielonych ludzików, sam zaś wraz z nową małżonką włóczy się po kurortach i konferencjach międzynarodowych, na których z przykrością musi wysłuchiwać mało miłe słowa od zachodnich mężów stanu. Biorąc pod uwagę charakter Putina ukształtowany jeszcze za czasów ZSRR w obrębie NKWD i GRU, gdzie jako jeszcze młody człowiek prężył muskuły wielkomocarstwowe, dzisiaj korzystając z tego, że rosyjska ropa i gaz zasilają całą Europę i nie tylko, Putin nabrał odwagi, by właśnie odbudować Wielką Rosję, wpisując się w panteon cara Piotra I i innych wielkich mężów Rosji, pogromcy Napoleona i Hitlera. Rozpierducha ZSRR, jaką dokonał Jelcyn, ku radości świata zachodniego nie spodobała się narodowi rosyjskiemu. Puste sklepy, nieterminowe śladowe emerytury ,oraz gniew setek tysięcy byłych oficerów i generałów to pokłosie właśnie tego co się stało w Puszczy Białowieskiej. Rosja jako dotychczasowe mocarstwo została mocno oskubana i upokorzona. Z kilku dotychczasowych republik powstały samodzielne państwa, szczególnie na terenie azjatyckim. W Europie niezawisłość otrzymały państwa bałtyckie oraz Białoruś i Ukraina. Ta Ukraina, której w przypływie otwartości serca i zapewne upoju alkoholowego swego czasu Chruszczow podarował Krym, sam zresztą urodził się na Ukrainie. Zarówno Krym jak i Ukraina, szczególnie jej wschodnie rubieże są zamieszkałe przez rdzenną ludność rosyjską, posługującą się wyłącznie językiem Puszkina. Właśnie w tym Putin upatruje szansy uporządkowania bajzlu, który spowodował Jelcyn. Najpierw poprzez przeróżne sztuczki polityczne i militarne przyłączył do Rosji Krym, a więc i Sewastopol gdzie stacjonuje gros morskiej armady rosyjskiej. Biedę i bałagan gospodarczy na Ukrainie w porozumieniu z mianowanym przez siebie prezydentem Janukowiczem (którego akurat do pewnego czasu polskie władze bardzo szanowały) wykorzystał do rozniecenia wojny domowej, której celem samym w sobie jest aneksja Donbasu i okolic. Zarzewiem tego był Majdan kijowski, na którym zebrani spontanicznie, pomijając wybory wyłonili rząd. Tego rządu Putin nie zamierzał uznawać. Twierdził wraz z propagandą medialną że jest to zamach stanu na ludność rosyjskojęzyczną, a więc całą wschodnią część Ukrainy. Wprost nieopisana korupcja, łapownictwo, władza milionerów oligarchów którzy skupili majątek narodowy w swoich rękach doprowadziła Ukrainę do stanu Rosji jelcynowskiej. Podobnie jak w Rosji przed Putinem, na Ukrainie panowali tylko ci, co to ich stać wymusić każdą wygodną im decyzje parlamentu oraz posunięcie wojskowe. Dzisiaj zarówno Ukraina, jak i do niedawna Rosja to tereny korupcyjne historycznie ,o których można wyczytać już u Gogola, Zoszczenki, Czechowa, Babla i wielu innych pisarzy rosyjskich. Tu żaden grosz darowany im jako pomoc gospodarcza nie będzie wykorzystany z korzyścią dla narodu. Będzie on ukradziony i zagospodarowany przez tych co maja władzę. UE zdaje już sobie z tego sprawę i nie spieszy się z podarunkami. Putin to widzi, Putin to wie, że praktycznie nikt mu nie przeszkodzi w przygarnięciu bogatego rejonu Ukrainy do Rosji. Pręży on muskuły poprzez prowokacyjne loty nowoczesnych bombowców i myśliwców zdolnych do przenoszenia głowic jądrowych przy granicach NATO. Wie, że Zachodowi nie spieszno do wojny. Zbyt dużo te cywilizowane narody by straciły. Fakt, zdaje on sobie sprawę że ma wrogów na całym świecie. Wrogów, co to poprzez embargo gospodarcze jak i propagandowo zubożają twarz Rosji. Działo się to już przed Olimpiadą w Soczi. Nasza propaganda medialna na rozkaz z Waszyngtonu prześcigała się aby dezawuować Igrzyska. Pokazywać wyłącznie złe strony imprezy. Tymczasem Putin Olimpiadą oczarował świat. Zarówno widzów jak i samych sportowców. W tej chwili media europejskie, a szczególnie polskie i amerykańskie postępują podobnie. To jakaś nieuleczalna choroba. Wmawiają światu że Rosja pada na pysk ze względu na brak przypływu dewiz z eksportu ropy i gazu, bo Ameryka dostarczać będzie Europie tańszy gaz, gdy tymczasem prezydent Rosji nie zasypia gruszek w popiele i podpisuje z Chinami, Indiami oraz Brazylią wielokrotnie większą umowę na dostawy gazu niżeli z Zachodem na kwotę setek miliardów dolarów. Dzisiaj nasi (zmiłuj się Panie), dziennikarze prześcigają się w podawaniu do naszych uszu idiotyzmów, że oto Rosja musi zrezygnować z urządzania mistrzostw świata w piłce nożnej, że daruje sobie zamiar organizacji wyścigów F1. itp. bzdury. Otóż redaktorzy- gawędziarze, wbrew temu co pieprzycie, Rosja z niczego nie zrezygnuje. Ani z mistrzostw świata, bo już ma wybudowaną większość odpowiednich stadionów, ani z wyścigów formuły bo już tor wyścigu od dwóch lat zbudowała właśnie w Soczi, ani niestety ... ze wschodnich terenów ukraińskich. To się pewno jeszcze długo będzie ciągnąć i na pewno naniszczy nerwów światowym przywódcom, ale mówiąc szczerze Ukraina bez przytulenia się do Rosji nie ma szans na funkcję jako samodzielne, w miarę sprawne państwo, a do UE nijak nie pasuje, no nie pasuje. To nam Polakom, którzy już popróbowali demokracji europejskiej może się nie podobać, ale w gruncie rzeczy co możemy zrobić by się przeciwstawić Putinowi. Nic. Chociaż on jako władca Polakom się nie podoba, podoba się z kolei obywatelom Rosji, a nawet milionom obywateli wschodniej Ukrainy.

środa, 12 listopada 2014

STANDARDY



 
Czyli kryterium określające „poziom”, odpowiednie wymagania. To takie, ogólnie mówiąc kryterium teoretyczne, reprezentowane przez polski parlament, czyli członków partii, prawdopodobnie wszystkich polskich partii politycznych. A konkretnie tych sprawujących władzę, począwszy od stanowiska wójta aż do parlamentu. Normalny, przeciętny człowiek słowo wysoki standard rozumie jako moralność, etyka, uczciwość, humanizm, po prostu wysoki poziom. Niestety niektórzy nasi parlamentarzyści przewrotnie rozumieją słowo standard. Dla nich najbardziej etycznym jest ten, który z podniesionym czołem potrafi okradać państwo, podatników, inne obszary naszego państwa, oczywiście z wyjątkiem własnej rodziny. Ba, w złodziejski proceder włączani bywają owi członkowie rodziny. Żona posła, o ironio Prawa i Sprawiedliwości Adama Hofmana, ulubieńca wyborców kaliskich przez 2 lata, (słownie dwa lata) przebywając na lewych zwolnieniach chorobowych pobierała z kasy KGHM co miesiąc 6 tysięcy złotych. Jak to się stało?. Normalnie, skoro mąż, ważny poseł okradał państwo na dziesiątki, a może setki tysięcy złotych poprzez lewe niby pożyczki i manipulowanie delegacjami zagranicznymi, na które zwykle nie docierał, a także układami z zarządem Spółki KGHM, (rządzą tam kumple z PIS) to dlaczego nie?. Sprawa po wielu latach zgnilizny poselskiej Hofmana (przybocznego pieszczocha Kaczyńskiego) ujrzała światło dzienne dzięki sprytowi dziennikarzy Radia ZET. Okazało się bowiem, że Hofman i jego dwaj koledzy z PIS Antoni Kamiński i Adam Rogacki poprosili kancelarię Sejmu o wypłatę kilkudziesięciu tysięcy złotych na wyjazd do Madrytu w celu uczestnictwa w komisji parlamentarnej . Chodzi o paliwo samochodowe do trzech samochodów. To kupa pieniędzy, gdy tymczasem wcześniej zakupili bilety lotnicze tzw. tanich linii. Na „konferencję” zabrali swoje żony. Hofman swoją „schorowaną” też zwlókł z łóżka. Po przybyciu do Madrytu podpisali listy obecności i tyle ich widziano. Udali się na zwiedzanie miasta, gdzie w sposób chamski a nawet wulgarny demonstrowali na głównym placu miasta swoją polskość. Hofman łaził po chodniku na czworakach jak pospolity żul, być może z niedopiętym rozporkiem. Było to przedłużenie imprezy zapoczątkowanej już w czasie lotu, bowiem na pokładzie samolotu pili alkohol przemycony z zewnątrz bo przecież parlamentarzyści nie podlegają odprawie celnej. Po chamsku też potraktowali interwencję stewardesy hiszpańskiego samolotu. Można by na tym sprawę zakończyć, tym bardziej że Kaczyński wywalił ich z członkostwa w PIS. Niestety ci złodzieje grosza publicznego nadal reprezentują swoich wyborców jako posłowie. Marszałek Sejmu zapowiedział audyt wyjazdów służbowych wszystkich posłów, ale już się okazało że sam Hofman dotychczas pobrał blisko 60 tysięcy złotych na paliwo samochodowe, nawet udając się swoim „samochodem” do Londynu. Podobnie z kasy sejmowej korzystali inni w tym Mariusz Antoni Kamiński i wielu innych nie tylko z PIS. Morale urzędników polskiego Sejmu jest na dennym poziomie. Spełniają oni zachcianki złodziejskie praktycznie każdego parlamentarzysty. Posłanka Platformy Obywatelskiej B. Bukiewicz zwiedziła cały świat za 90 tysięcy złotych z kasy Sejmu. Z kolei posłanka PIS B. Mazurek galerie handlowe świata zwiedziła za 75 tysięcy złotych. Kto je zna w Polsce, a tym bardziej za granicą poza obsługą owych galerii?. To są te standardy, którymi wycierają sobie gęby politycy. Gorzka to konstatacja, ale można by powiedzieć, że poselstwo polskie to złodziej na złodzieju i złodziejem poganiany, bowiem złodziejskie zachowania naszych parlamentarzystów dotyczą nie tylko tych trzech przyłapanych. To wierzchołek góry lodowej, co zapewne ujawni audyt. Podobne przykłady zgnilizny moralnej są odnotowywane wśród naszych europosłów, którzy okradają kasę Brukseli pobierając diety i równoważniki paliwowe na swoje samochody w czasie wyjazdów do kraju, a tymczasem jadą w pięciu albo sześciu jednym samochodem. Nie wiem czy tak samo postępują europosłowie innych krajów ale akurat to mało pocieszające dla nas POLAKÓW- KATOLIKÓW, którzy proszą swego boga o pomoc w czasie składania przysięgi. Co na ten temat mają do powiedzenia polscy biskupi, którzy na kazaniach ferują swoich kandydatów na posłów, senatorów, prezydentów i burmistrzów przed kolejnymi wyborami samorządowymi prosto z ambony. Tak właśnie wyglądają ich standardy, ich morale i ich etyka. Przepraszam, akurat oni etyki się nie uczyli. Uczyli się religii. W szkołach i kruchtach kościelnych.

Za kilka dni wybory. Ci co kandydują już sobie ostrzą zęby na kasę, chociażby na diety radnego, ale to tylko plankton. Prawdziwe tłuste ryby zrealizują swoje marzenia po wyborach parlamentarnych, bo wybory do europarlamentu już mamy za sobą. Nie dziwmy się że frekwencja wyborcza w Polsce jest zawstydzająco niziutka. Teraz gdy wyborcom media otworzyły oczy pokazując na czym polegają wybory i jaki jest ich zasadniczy standard i cel frekwencja będzie jeszcze niższa. Do urn pójdą tylko ci nagonieni przez Rydzyka i pozostały kler. Piękna perspektywa na sukces wyborczy Kaczyńskiego, bo akurat skandal madrycki z udziałem tych trzech ich posłów nie może zaszkodzić. Tak powiedział pan prezes PIS, który ma w swojej partii wyjątkowe, bardzo wyjątkowe standardy.

Foto: Fakju państwa Hofmanów na placu madryckim.

sobota, 8 listopada 2014

NIECH SIĘ ŻARZY


 
Kolejny jesienny dzień pcha mnie do mojego urojonego ogrodu, w którym z maniakalną obsesją widzę swój kraj, swoją ojczyznę. Zajmuję ławeczkę obok mokrego skalniaka, Jest tu wypalony placyk pozwalający na bezpieczne rozpalenie ogniska, bo badziewia jest multum. Rozpalam go więc. Oczko wodne to najciekawszy punkt ogrodu. Jest otoczone różnymi głazami, pośród których rosną kolorowe rośliny wodne, a także tryska maleńka fontanna z buzi wielkiej zielonej żaby. Być może zwabia ona swoje towarzyszki, bo gdy wieczorem siadam na brzegu mogę usłyszeć kumkanie żab. Mimo, że w wodzie nie pluskają kolorowe rybki i nie rosną różowe grzybienie. Jest to naprawdę uroczy zakątek mojego ogrodu. Wciąż zapuszczonego, ale jednak ogrodu. W najstarszej części rosną stare owocowe drzewa o powyginanych konarach niczym plątanina węży. Jesienią uginają się pod ciężarem żółtych śliwek, czerwonych jabłuszek i zielonych gruszek. Trawnik wokół nich przypomina barwny kobierzec. Jakby prosił o poddanie go zabiegom fryzjerskim ogrodnika. Rosną tam kępy białych stokrotek, różowych i żółtych lwich paszczy, pomarańczowych nagietek i czerwonych firletek. Wszystko na bardzo dziko, co nie znaczy że nie uroczo. Poranna mgła przewalająca się od sąsiada niesie ze sobą wdzierający się w nozdrza śmierdzący dym. Zaglądam przez płot jednocześnie pochwalając dzień. Zamiast grzecznej odpowiedzi słyszę pomrukiwanie: a, dobry, dobry, tylko zależy dla kogo. A chociażby dla pana sąsiedzie, odpowiadam. Skoro z samego rana rozbuchał pan aż takie ognisko to zapewne ma pan istotne ku temu powody. Popatrzył na mnie niezbyt ciepłym wzrokiem i głośno wyrzekł: palę te skur...yńskie resztki komuny, co to zmusiła moje dzieci do emigracji za chlebem. Wyjechali do Niemiec, tych samych co to 70 lat temu wymordowali pół mojej rodziny. Do czego to doszło mój panie. No cóż, bardzo pana rozumiem, ale muszę panu przypomnieć, że pan jako działacz partii prawicowych zawsze i wciąż był za całkowitą likwidacją wszystkiego co kojarzyło się z PRL. I tu popełnił pan wraz ze swoja świtą ogromny błąd. Likwidując lub sprzedając w obce ręce fabryki, banki a nawet niektóre kopalnie nie dał pan szansy na podjęcie pracy w kraju swoim dzieciom. Taka to już jest ta wasza pisowska polityka. Wykupili Polskę m. in. Niemcy którym szamba opróżniają pańscy potomkowie. Gówno pan wiesz, odezwał się z gniewem: To komuna, której jesteś pan jednym z ostatnich pomazańców wygnała moje dziatki na zachód. To w końcu wasz Miller i pijaczyna Kwaśniewski wprowadzili nasz ukochany, katolicki kraj w niezmierzoną krainę rozpusty, pedalstwa i bóg wie jeszcze czego, a to że nasi im podcierają tyłki to właśnie wynik negocjacji akcesyjnych, czy jakoś tak. Przecież podczas negocjacji nie było nikogo od pana Jarosława, ba, nie było ani jednego biskupa, bo to wiadomo, że Zachód ateizmem stoi. No tak, faktycznie biskupów tam nie było ale widzę, że jakowyś gość ubrany w kolorowe szmatki panu towarzyszy, obracając kijem pieczone, dochodzące ziemniaki. Przerwałem mu potok wylewanych żalów. A i owszem, zastanawiamy się z eminencją co zrobić z Pałacem Kultury natychmiast po wygranych wyborach, bo to że pan prezes Kaczyński je tym razem wygra, to chyba nawet pan mimo że komuch w to nie wątpi. Odpowiedziałem najgrzeczniej jak tylko potrafię. Panie sąsiedzie i panie biskupie, jesteście zatwardziale niedoszkoleni, ba wręcz jesteście nieukami, skoro widzieliście, ba i widzicie nadal w Polsce komunę. Jak więc będąc całe życie w opozycji do PRL ukończyliście studia oraz seminaria (ponoć zwalczane jak gniazda gryzoni). W jaki sposób w tym komunizmie doszliście do majątków, grzebiąc z nienawiścią huty i stalownie zbudowane wysiłkiem kilku pokoleń narodu. Ciekaw jestem jakaż to budowla stanie na placu uwolnionym od daru Józefa Stalina. Odpowiedź mnie nie zszokowała bowiem czułem, że żal będzie episkopatowi obrócić w perzynę budynek o tak olbrzymiej kubaturze i miałem rację. Dzisiaj, odezwał się pan fioletowy, już jest za późno by wstrzymać budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Jest ona bowiem na ukończeniu, nie mniej kształt Pałacu Kultury bardzo przypomina obiekt sakralny. Dobuduje się z dwu stron na tarasach wieże pozwalające zainstalować dzwony, które będą przypominać co godzinę mieszkańcom stolicy, że z komunizmem się rozprawiliśmy raz na zawsze. Na szpicy pałacu zainstalujemy krzyż. Planowaliśmy ten z Giewontu, ale górale podnieśli krzyk nie do zniesienia. Trudno, poprosimy naród o wsparcie, a gdy wygra wybory pan prezes to wtedy otrzymamy bezpośredni dostęp do budżetu. Już czas, bo w dalszej perspektywie czeka nasz Kościół nędza z tymi marnymi 10 miliardami dawanymi nam z łaski raz na rok z bogatej kasy państwa. Wysłuchałem tych bzdur, a ich urojenia wrzuciłem do dogasającego ogniska. Niech się żarzy. Ponieważ usłyszałem wołanie na obiad, tylko machnąłem ręką na pożegnanie. Mamy wolną, niepodległą Polskę, o czym przekona nas za kilka dni m. in. pan prezydent, kler, oraz przeróżni kibole i narodowcy, więc możemy z lekka przygaszać nasze ogniska. Oni rozpalą lepsze, bardziej patriotyczne.


środa, 5 listopada 2014

BADZIEWIE




Lekki powiew zefirka okraszony promieniem jesiennego przybladłego słońca namolnie zmusił mnie do przechadzki po moim urojonym ogrodzie. Krążę więc zaniedbanymi alejkami, które pozarastały przeróżnym zielskiem, którego nazwy nie sposób wymienić, jeno ogólnie nazwać po prostu badziewiem. Badziewie, które przysłoniło na siłę wyciągające ku resztkom słońca na wpół zwiędłe listki i gałązki. Mało co widać już aronie, azalie, berberysy, bukszpany a nawet moje oczko w głowie, jagódki kamczackie. Idę więc tonąc w jesiennym gąszczu traw które to słonce pomalowało na kolor brudno pomarańczowy, jakoby odwracając się od nich, zostawiając je na łaskę jesiennych pluch i zimy. Pomyślałem, że czas się zatrzymać i pomyśleć ileż w tym urojonym ogrodzie należałoby włożyć pracy, ileż wysiłku całego narodu, ileż mądrości rządzących, jakież ponieść koszta by ogród z powrotem stał się przyjazny nam wszystkim. By badziewie w postaci sił nam wrogich nie sprowadzały ojczyznę na obrzeża Europy a nawet świata i to w większości dziedzin życia. A niestety mamy wrogie siły. Ich oblicze zapewne ujrzymy podczas zbliżającego się Święta Odzyskania Niepodległości, czyli w dniu 11 Listopada., bo przecież nie może być inaczej niżeli w latach ubiegłych. Pan prezydent prawicowej części Polaków przemówi do narodu. Jako historyk wykształcony na uczelni kościelnej i syn żołnierza wyklętego, naszą niepodległość znaczoną 96 latami podzieli na okres II RP i III RP wyłączając z tego okresu blisko 50 lat PRL. Pan prezydent nie rozumnie że PRL nie zabrał nam niepodległości. Zabrał nam wolność i z takim twierdzeniem można się zgodzić. Polska (Ludowa) była uznawana na całym świecie. Była członkiem wszystkich międzynarodowych organizacji. Edward Gierek w USA był witany z wielką atencją hukiem salw z 24 dział. Dzisiaj pan prezydent oraz inni politycy polscy jeżdżą do USA jedynie jako słudzy uniżeni. Jak powiedział minister Sikorski, jadą robić Amerykanom „loda”. Prezydent na pewno wspomni o patriotycznej jedności narodu. Mam na ten temat swoje spostrzeżenia:. Otóż używany na całym świecie symbol sojuszu robotniczo-chłopskiego, czyli młot i sierp w Polsce jest kryminalizowany, bo biedni i wyzyskiwani nie mogą tworzyć wspólnoty. Jedyną dopuszczalną wspólnotą jest wspólnota rządzących, kapitalistów i duchowieństwa przeciwko milionom pracujących biedaków. Tak oto wygląda ich wspólnota narodowa na czele z panem prezydentem. Inny, bardzo rzucający się chwast to wciąż propagowana w mediach nienawiść do Rosji. Przy każdej okazji, przy każdej podawanej informacji ze wschodu można z oczu prezentera odczytać wrogość do prezydenta Putina. Uwielbiany przez własnych obywateli, opluwany przez obywateli sąsiedniego państwa. To nic, że wrogie inspirowane polską polityką stosunki kładą naszą gospodarkę na łopaty i prowadzą do katastrofy. Straty ponoszą oczywiście prości obywatele, producenci żywności, ale do kogo oni mają mieć pretensje jak nie do tych tworzących wspólnoty o których wyżej. Rząd się sam wyżywi, Kościół też, bo przecież wzajemnie jedzą sobie z dzióbków.

Za chwilę wspomniane wyżej święto. Już dzisiaj wiem że będą wzniecane pożary, będzie upodlana flaga narodowa, będą hasła „precz z komuną”, będą przepychanki między ugrupowaniami politycznymi, a może tu i ówdzie poleje się krew. Nasza narodowa krew, uprzednio uświęcona wszystkimi przegranymi powstaniami. Oczywiście z wyjątkiem Powstania Wielkopolskiego. "Chwasty" jak wiadomo rozrastają się najszybciej. Jeżeli więc na czas nie będziemy reagować na ich plenność to znajdziemy się na najlepszej drodze do upadku państwa, zgodnie z powiedzeniem Otto von Bismarcka, iż Polacy nie potrafią się sami rządzić, są zbyt kłótliwi. Muszą mieć nad sobą jakowyś bat. I tak właśnie wyglądała nasza prawdziwa historia, apoteozowana m.in. .przez pana prezydenta oraz IPN.

poniedziałek, 3 listopada 2014

POWRÓT DO OGRODU



            Wracam (przynajmniej na razie) do swego ogrodu, który uprawiam (pielęgnuję) od ośmiu lat. Co prawda moje wynurzenia internetowe widać od lat sześciu, ale ponad 150 postów zaginęło ponieważ nie były chronione własną domeną. Nie szkodzi. A więc wracam do ogrodu w którym z przyjemnością uprawiam dwie odmiany „owoców”. Polityka państwa, oraz relacje państwo Kościół. Tak przy okazji, nie wiem do końca dlaczego słowo państwo piszemy małą literą, zaś Kościół z dużej. Czyżby to był wyraz podporządkowania, czy może aberracji?.A może oportunizm z konformizmem w parze? Zostawmy to. Wracam i postrzegam swój ogród w stanie ogólnego zaniedbania. Tu i ówdzie wyrosły chwasty i to takowe, które parzą jakoby osty i pokrzywy. Brrr.
Poniżej tegoż felietonu moi Czytelnicy znajdą siedem postów które napisałem w warunkach szpitalnych. Nic ciekawego, ot przebieg terapii itp. spostrzeżenia. Więcej tam wynurzeń osobistych niżeli ciekawostek medycznych z tegoż sześciotygodniowego pobytu w obiekcie do pewnego stopnia zamkniętym.
Jak powiadam ogród zastałem zapuszczony. Nikt mnie nie zastąpił bowiem klucze do furtki zabrałem ze sobą. Obie uprawowe kultury domagają się solidnej lustracji. W dziedzinie polityki państwa jak wiemy wszyscy nastąpiły zmiany na ważnych stanowiskach. Pan Donald Tusk (już nie premier III RP) uwił sobie wygodne, dostatnio płatne gniazdko w Brukseli obejmując z woli UE stanowisko prezydenta tejże. Jego miejsce z woli akurat odchodzącego zajęła pani Ewa Kopacz. Ta sama, która nie dając sobie rady na stanowisku ministra zdrowia usiadła naprzeciw sali sejmowej w roli marszałkini. Dziś, gdy obserwujemy wystąpienia pani premier, doznajemy olśnienia, iż stanowisko premiera jest wygodniejsze a przy tym łatwiejsze w realizacji zadań niżeli stanowisko ministra zdrowia. Pani premier oświadcza ludowi na swych spotkaniach że wszelkie sprawy państwa ma w małym paluszku, zaś to co obiecywał przez siedem lat jej poprzednik ona zrealizuje w ciągu roku. Co prawda inauguracja urzędu nie wypadła najlepiej zarówno w kraju jak i za granicą, ale pani premier rozsiewa nadzieję na poprawę życia wszystkich Polaków, od przedszkolaka do emeryta. Tymczasem w polskiej polityce nic nie drgnęło. Nadal uprawiamy politykę wschodnią obcą pozostałym krajom Unii. Napastliwy stosunek do przywódców Rosji oraz bezkrytyczny, wręcz serdeczny stosunek do Ukraińców, szczególnie tych co zioną odwetem do Polaków może bardzo niepokoić.

Jesteśmy jako Polska wyalienowani w sprawach europejskich poprzez nie ratyfikowanie wielu ustaw obowiązujących w Unii. Nieraz wydaje się, że np. bicie żon przez mężów w Polsce musi obowiązywać ze względu na narodowe tradycje i przywiązanie do religii, a więc tego nikt nie zmieni. Potrafimy wałkować tematy ocierające się o pierdoły, byle nie poruszać tych, które by szkodziły nauce Kościoła. Już prawie nikogo w rządzie nie interesują sprawy in vitro, masowych aborcji, nauki religii w szkołach i pedofilii wśród księży. Przytłumił te tematy niejaki filozof ks. Oko swym maniakalnym gender. Przykładem innego idiotyzmu niech będzie domniemana rozmowa Tuska z Putinem o podziale Ukrainy. Kto z myślących uwierzy w podobne właśnie pierdoły, a jednak polska prawica w to wierzy. Sikorski się już wielokrotnie ośmieszył, dlatego i tym razem jest niewiarygodny. Podobnie zachwaszczone są stosunki państwo Kościół w kwestii finansowania z kasy państwa księży. Trzy lata temu premier Tusk ogłosił narodowi, że Fundusz Kościelny wypłacany przez budżet w wysokości ok.110 milionów zł. rocznie zostanie zlikwidowany, a lud katolicki z Kościołem będzie się dzielił swoim podatkiem w postaci 0,5% tegoż. Tymczasem jak Pierunek z jasnego nieba dociera do nas wiadomość, że rząd filantropijnie włażąc bez mydła w dupska biskupie dorzucił do Funduszu Kościelnego następne 23 miliony złotych, ... bo niby wszystko drożeje. Tak jakby skutki inflacji ponosili wyłącznie sukienkowi. Rząd podlizał się im w ten sposób, mimo, że wszelkie dostosowania Polski do przepisów Unijnych są blokowane wyłącznie przez biskupów. Ale kto myśli ten wie, że nie chodzi o dobro obywateli. Chodzi wyłącznie o to by podczas zbliżających się wyborów znaleźć poparcie z ambony. Podobną postawę reprezentuje nie tylko nasz przyklęczny prezydent wywodzący się z partii rządzącej, ale też tysiące działaczy Platformy w tzw. terenie, a diaspora tej partii jest niezliczona. Gdy z powodu być może opilstwa i obżarstwa (rak żołądka) abp Głódź znalazł się w szpitalu do jego łóżka podążali politycy wszystkich opcji. Był u niego zarówno Wałęsa jak i Adamowicz, a nawet Kwach, którego Flaszka spoił w Charkowie. O naiwni, przecież obojętnie ile byście im nawalili kasy, to poparcie u nich znajdzie jedynie Kaczyński wraz z otoczką koalicyjną. Taki bezmyślny infantylizm może mieć miejsce wyłącznie w koalicji PO-PSL, z nadzieją na powtórkę z rozrywki. Taka jest prawda. O naiwni.

PS:.

Wśród kilku książek przeczytanych ostatnio w pozycji „leżącej”, mogę Państwu zaproponować książkę Stanisława Cioska „WSPOMNIENIA DYPLOMATYCZNE”. Z powagą i humorem autor pokazał, że wypełniając misję dyplomaty na tak trudnym odcinku, na przełomie zmian ustrojowych w Polsce można pozostać sobą w roli człowieka i polityka.

niedziela, 2 listopada 2014

24.10.2014, C.O. WARSZAWA


O Święty Jacku z pierogami, ...zleciało. Zleciało całe sześć tygodni. Może jeszcze nie do końca, bo piszę ten post u progu szóstego, ale już z bardziej podniesionym czołem. Właśnie do mojego organizmu medycy dopompowali ostatnią kroplę trucizny na raczki, co oczywiście przy tej okazji podtruwa cały organizm. Pozostało mi siedem cykli specjalnych naświetleń radioterapii, z tym, że dosłownie wycelowanej w ognisko nowotworowe. Są to bardzo przykre zabiegi, bowiem chory zmuszony jest za każdym razem nieruchomo leżeć nago na metalowej płycie przez blisko 40 minut. Do tej pory technicy ratowali prewencyjnie okolice tegoż ogniska, by utrudnić ewentualne przerzuty. Nad radiową terapią pacjentów czuwa specjalista światowej sławy onkolog profesor Krzysztof Bujko. Codzienne przesiadywanie w kolejkach do zabiegu starałem się niwelować czytaniem książek, prasy oraz po prostu gapieniem się na chorych, którym po ludzku współczułem, podobnie jak oni mnie.

Wydaje mi się, że bardzo mocno ... zjełczałem, jak przeterminowana kostka masła. Jak już pisałem, unikałem telewizji, poza ważnymi imprezami sportowymi ( mecze piłkarzy z Niemcami i Szkocją). Słuchałem radia. Regulamin nie pozwalał na oddalanie się od Centrum. W każdej bowiem chwili chory mógł być wezwany na zabieg lub inne prozaiczne badanie, jak mierzenie temperatury, cukru, ewentualnie ważenie. Ważne: Nie straciłem zbytnio na wadze, ot kilka kilogramów. Może tylko dlatego, że gardząc niesmaczną strawą szpitalną, najłatwiej można mnie było znaleźć w jednym z dwu bufetów, gdzie kierując się wykazem dozwolonych potraw urządzałem sobie wyżerkę, oczywiście w miarę bezglutenową. Zjełczałem, ponieważ brak kontaktów z otoczeniem, zdrowymi ludźmi, z atmosferą miasta bardzo przygniata człowieka psychicznie. Oczywiście nieco z owego zjełczenia wyciągali mnie odwiedzający członkowie Rodziny. Bardzo Im jestem wdzięczny. I to by było tyle „żalów” na mój osobisty los. Ważne, że przynajmniej na trzy miesiące wrócę do domu, do Rodziny, chociaż bardzo uwiązany do zaleceń lekarskich, po czym nastąpi obowiązek ponownego stawiennictwa w C.O. w celu lustracji wyników i następstw terapii. Po następnych trzech miesiącach zapadną ostateczne decyzje, być może wskazania do ponownej operacji. Oj, jakże bardzo chciałbym jej uniknąć. Czy ci pacjenci, którzy wracają do domu mają poczucie odzyskanego zdrowia?. Otóż, niestety nie. Mają poczucie tzw. zaleczenia, przyhamowania rozwoju choroby. Mały procent ludzi należy do szczęściarzy, którym udało się wrócić do całkowitego zdrowia. Reszta niestety może liczyć na łut szczęścia, ewentualnie na przysłowiowy cud. Zdaję sobie sprawę, że należę raczej do tych drugich. Zatem albo spokojnie będę wysłuchiwał śpiewu słowików,... albo krakania wron.

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...