wtorek, 31 stycznia 2017

ZNAJDŹ TU POWODY DO DUMY


1. Czytajcie, czytajcie wy ubogaceni prawicową ideologią: Tzw. Żołnierze Wyklęci to zwykła zbieranina, która miała zgoła inne cele, niż walka z komunizmem. Według raportu CIA,(firma, której zawsze składaliście hołdy):. żołnierze wyklęci to zwykli bandyci.

"Niektórzy przystępowali do walki z powodów politycznych, inni chcieli uciec przed władzą, a inni dla przygody albo rabunku. Pseudopartyzanci ci to bandyci, którzy choć deklarują się jako zwolennicy tego czy innego ruchu , to należy ich traktować jako grupy bandyckie bez żadnych celów politycznych" – czytamy w raporcie CIA. Niezależnie od tego, że CIA nie może się zbytnio chwalić poprawną moralnością w polityce międzynarodowej, bo sama wywołuje wojny i rzezie, np. (Chile, Irak i inne), to jednak upublicznia zwykłą prawdę, niewygodną prawdę, szczególnie dla naszych polskich prawicowców. Odtajniony raport nie pozostawia złudzeń, co do tego, jak żołnierzy wyklętych postrzegali tuż po wojnie Amerykanie. Lansowani dzisiaj bohaterowie obecnej władzy dla USA w latach 40. byli albo małymi grupkami desperatów, którzy bezsensownie ginęli lub ludźmi, którzy wykorzystywali swe uzbrojenie, by terroryzować zmęczonych wojną Polaków.


Czy to koniec kultu ulubieńców obecnej władzy? Zdecydowanie nie. Na pewno jednak prawica będzie mocno wzburzona odtajnionym raportem CIA z końca lat 40. XX wieku,bo Amerykańskie służby mocno uderzyły w nim w żołnierzy wyklętych. Nie mniej na historię trzeba patrzeć z wielu perspektyw a nie tylko z jednej amerykańskiej perspektywy, z której wynika, że byli to antybohaterowie. Smutnym przykładem bohaterstwa ”wg. Lecha Kaczyńskiego był Józef Kuraś „Ogień”, morderca wielu polskich i słowackich rodzin góralskich. Konstatując, trzeba jednak rozumować, że walka z komunistami to jedno (zresztą mało sensowna), a mordy i grabienie ludności cywilnej, zabijanie Żydów i nie tylko, to naprawdę żenujący powód do chwały. Wstyd dla kraju, którego parlament dał się wmanewrować w podobne kłamstwa polityczne ustanawiając dzień Żołnierzy Wyklętych. Wstyd.

                                                                                                  
2.. „Zbaraniałem. Pracuję w zawodzie 10 lat i jeszcze nigdy nie przydarzyło mi się coś podobnego – mówi Tytus Kondracki, krakowski reporter, który próbował zrobić zdjęcie arcybiskupowi Sławojowi Leszkowi Głódziowi. Kiedy już się do tego przymierzał, hierarcha kazał mu po prostu spierdalać!!!”. Można zapytać, czy arcybiskupowi się owe słowo tylko wypsnęło, czy  też używa go na co dzień w konwersacji np. z listonoszem, kolegą po fachu, swoim kucharzem lub innym actimelkiem zatrudnionym w celu posługi dzienno-nocnej. Otóż panie Tytusie reporterze krakowski,
arcyksiąże sutannowy tym knajackim językiem z Podlasia posługuje się na co dzień, bowiem jest to język żołnierski z akcentem pijackim, a dokładnie kasynowym. Gen. Głódź przez kilka lat z łask dwu najwybitniejszych ponoć Polaków, (wg światowych rankingów), czyli JPII i prezydenta Wałęsy, w stopniu plutonowego mianowany został kapelanem wszystkich rodzajów wojska polskiego i jednocześnie awansowany do stopnia generała.. A że od lat młodzieńczych lubił poprawiać swój mejkap gorzałą, więc od dnia kiedy mu wypłacono pierwszą generalską pensję przesiadywał w kasynach miast na poligonach, nie gardząc żadnym towarzystwem, choćby świeżo upieczonych oficerów., tym bardziej , że towarzysze ci wynosili go z kasyna na swoich barkach prosto do helikoptera, którym odlatywał na kolejną "inspekcję" jednostek wojskowych. Arcyksiąże Głódź dochrapał się zasłużonego tytułu „flaszka”, za którą zwykle prywatnie nie płacił z racji pełnionej funkcji. Abp upijał siebie, upijał też towarzystwo, wśród którego znalazł się też były zwierzchnik sił zbrojnych prezydent Kwaśniewski, grzebiąc swój autorytet przy pomniku polskich ofiar w Charkowie. Dzisiaj Głódź dostaje 10 tysięcy emerytury za kilkuletnią upojną służbę wojskową. Odchodząc z
wojska otrzymał też 250 tysięcy odprawy. Odprawę równą kwotom odszkodowania wypłacaną członkom rodzin za śmierć smoleńską, więc ma za co tankować. O zagrychę i inne rozrywki musi dbać młody ksiądz na posyłki choćby nocą, gdy kac księciu zbytnio dokucza. Dlatego mili państwo, można mniemać, że język jakim posługuje się ksiądz arcybiskup, generał Sławoj Leszek Głódź, jest językiem w jego towarzystwach praktykowanym, wręcz obowiązującym. Wszyscy, którzy zbliżają się do niego a są nieproszeni muszą po prostu ... spierdalać. Najlepiej się on czuje w swoim wypróbowanym towarzystwie od flaszki, oraz danieli spacerujących po jego biskupim oliwskim ogrodzie..

piątek, 27 stycznia 2017

WSZYSTKO MU WOLNO


Dotyczy Jarosława Kaczyńskiego, szeregowego posła partii rządzącej, a jednocześnie przełożonego prezydenta i premiera, niebiologicznego ojca Fiony, kotki umilającej mu samotność. Przyrodniego „brata” ojca Rydzyka, prezesa wszystkich prezesów, zbawcę części polskiego narodu. Tej części, która utraciła poczucie godności a nawet rozumu. To ok. 20% populacji zawdzięczającej mu stanowiska pracy, wzrost ochoty i „wigoru” na rzecz walki o następne 500+. Taki oto polski polityczny rodzynek wyhodowany na ciele „lepszej” części umęczonego poprzez wieloletnią tyranię komunistyczną. Tudzież umęczonego przez paskudne rządy liberałów, którzy wraz ze swymi współtowarzyszami z Unii Europejski podjęli próbę całkowitego "zgnojenia" jego jestestwa.
Na szczęście JK nie poddał się i przy współpracy z siłami kościelnymi, których rdzeń ulokowany jest w Toruniu, oraz mocami pozaziemskimi do których co miesiąc odwoływał się wraz z grupą mu najwierniejszych synów i córek na Krakowskim Przedmieściu, zdołał odebrać władzę Platformie. Sam zamieszkał w chałupie w spadku po rodzicach na Żoliborzu. Dom na tyle duży, żeby mógł pomieścić wierne mu pacholęta z tytułami premiera, prezydenta, marszałków sejmu i senatu, a nawet innych szeregowych posłów których nocami wzywa na perski dywanik zakupiony na budapeszteńskim suku w czasie odwiedzin rodziny pana Orbana, bo przecież gdziekolwiek dalej pan prezes się nigdy nie wybierał i się nie wybierze chociażby ze względu na groźbę posądzenia go o to, o co on posądza protestujących pod Sejmem.
                  Wymarsz na Galę
Chodzi o ludzi „specjalnej troski”. A groziłoby mu to z powodu nieznajomości języków obcych, wstrętu do operacji walutowych, być może nawet słabej znajomości map, a naprawdę ze względu na tu i ówdzie pałętających się szczególnie w krajach postkomunistycznych, a więc i na Węgrzech komunistów i złodziei. Najbezpieczniej czuje się w swojej chałupie przy kocim koszyczku. Pod pałac prezydencki udaje się w towarzystwie kilku ochroniarzy i religijnych półmózgowców by z pozycji leninowskiej prosto z drabinki dać wyraz swojej nieustępliwości w walce z Putinem o wrak samolotu, który być może sam do podobnego stanu doprowadził, przy okazji eliminując konkurencje do „korony” w osobie brata bliźniaka. Tytuł Człowiek Wolności przyznany mu przez prawicowy tygodnik „W sieci”, Kaczyński otrzymał prawie w rok po krynickim tytule Człowieka Roku, który to dzierży pospołu z Wiktorem Orbanem. Zaczął się zatem sezon na hołdy. Niedługo gabloty i półki w jego mieszkaniu zapełnią się trofeami jak u Stocha albo niejednego mistrza boksu zawodowego. Ostatni tytuł czyli Człowiek Wolności brzmi raczej jak przykładowo gorzkie szczęście czy inny oxymoron jako, że niektórzy dobrze mu życzący, już miast artykułować słowa człowiek wolności wymawiają słowa Człowiek Wonności, bowiem obłudę, fałsz, zakłamanie, hipokryzję wyczuwa się w ustach tego człowieka z daleka nie tylko uchem ale też nosem. Tak, człowiek wonności, bardzo to wymowne. Wonności owe czuć nawet poprzez ekran telewizora, ale przecie Człowiekowi Wolności wszystko wolno. Ten rodzynek polskiej ziemi od maleńkości chował się wraz ze swoim bliźniakiem w warunkach piekła stworzonego przez ojca, akowskiego komunistę, nie pozwalającego mu na podwórkowe zabawy, gdzie bawili się piłką młodzi skurwiele Tuskopodobni.
Co z nich wyrosło          Jacek i Placek
Chłopcy musieli na życzenie ojca tyrana i rodzonej mamci przygotowywać się do roli Jacka i Placka, którzy skradając się mieli sobie przywłaszczyć srebrną planetę. Tyrania ta po latach opłaciła się, ale tymczasem Jaruś nie zdał do klasy jedenastej. Awans uniemozliwiły mu dwóje z polskiego, angielskiego i wychowania wojskowego. Dzisiaj JK w auli Filharmonii warszawskiej odbiera w powodzi kilku ton wazeliny honorowy tytuł pt. Człowiek Wolności, czyli „Wszystko Mu Wolno.”

niedziela, 22 stycznia 2017

CO WY K...A WIECIE O ROSJI?!


Generalnie to nie planowałem czytać tej książki. Tak jakoś. Tematyka niby mi bliska, ale żebym się miał rzucać od razu, to nie. W każdym razie niekoniecznie.
Jak to dobrze, że czasem takie cudeńka po prostu wpadają mi w ręce same. Powiem tak: Już zakochałem się w opowieściach tego pisarza. Raz, że sam preferuję podobny sposób łazęgostwa, dwa, w prawdziwej Rosji jeszcze nigdy tak naprawdę jak bym miał ochotę, nie byłem i nie zamierzam tego zmienić w ciągu najbliższych kilku lat, bom już zbyt wiekowy, a ta książka tylko mnie przybliża do osiągnięcia mojego celu. Okazało się bowiem, że moja podróż do Rosji nic nie wniosła pod względem głodu poznawania świata. Zrobił to za mnie pan Jacek Matecki, pisarz, dziennikarz, podróżnik. Powiem tak. Po odbytej podróży do Rosji czułem się jak absolwent maturalny z geografii, teraz po przeczytaniu książki czuje się jak po zaliczeniu kilku uniwersyteckich semestrów rusycystyki. Dosłownie. Nie wiem, na ile Rosja pana Mateckiego jest tą prawdziwą Rosją bez cenzury. Ile w tym ewentualnych upiększeń i przekłamań, wizji po alkoholu, przeinaczeń czy też celowego wprowadzenia się w błąd przy pomocy tubylców. Ale chciałbym się o tym sam przekonać, marzenie!!! Pisałem już, że w roku 1980, czyli za czasów Breżniewa i... Orbisu polatałem samolotami Aerofłotu z Warszawy do Irkucka zaliczając kilka ciekawych miast po drodze w kilku republikach w ciągu 25 dni. Miałem przekonanie że w jakiś tam sensie poznałem Rosję, że się powtórzę. Okazuje się gówno prawda, jakby to powiedział ksiądz Tischner. I jak to dobrze, że w ręce mi wpadła książka pana Jacka M. zatytułowana słowami Bogusława Lindy „Co wy k..rwa wiecie o Rosji”.Jeżeli kogokolwiek interesuje chociażby w części Rosja nie tylko jako nasz sąsiad, na terenach którego złożono kości setek tysięcy naszych obywateli, nie tylko jako krewny nam naród słowiański, ale też jako kraj olbrzymich możliwości i jednocześnie wprost nie do opisania zapóźnień cywilizacyjnych na przestrzeni tysięcy kilometrów, od Kaliningradu do Władywostoku, powinien czym prędzej te książkę przeczytać. Sam autor Jacek Matecki jako pożyteczny „włóczęga” podniósł mi ciśnienie krwi do tego stopnia, że zmieniłem swoją orientację w ocenie Rosji i to z absolutnym konformizmem, oraz bez żadnego lawirantyzmu. Po prostu dziś postrzegam „Ruś” bardziej obiektywnie. Oczywiście na jej niekorzyść. Książka pana Mateckiego dogłębnie wwierciła się w ten największy kraj świata i jednocześnie chyba najnieszczęśliwszy dla jego mieszkańców. Od wczesnych czasów carskich rządzący swoich obywateli mieli za osłów pociągowych a jednocześnie traktowali ich gorzej niżeli zwierzęta. Matecki na 335 stronach książki potrafił usadowić ten kraj w oparach wszelkich nieszczęść, religii prawosławnej, ciemnoty, często głodu i śmierci. Śmierci zadawanej milionom młodych ludzi ubranych w żołnierski mundur przewiązany sznurkiem, ale także śmierci zadawanej innym milionom spoza mateczki Rosji. Śmierci zadawanej poprzez wyzucie z resztek człowieczeństwa w łagrach syberyjskich i nie tylko

syberyjskich. Jacek Matecki jako prawdziwy globtroter mało poruszał się samolotami. Większość tras przebywał koleją i autobusami, ale setki kilometrów pokonywał również przez kilka lat pieszo, po to, by stykać się z ludnością, która chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami. Poznawał on więc groby i cmentarze Polaków zsyłanych na Sybir, ale też tych którzy w Rosji się znaleźli z własnej woli. Pięknie opisuje spotkania z tymi którzy osobiście znali poetę Josifa Brodskiego, polskiej krwi laureata Nagrody Nobla i nie tylko. Włóczęgostwo autora, który nawet na Kamczatce szukał wspólnego języka, choćby języka szczątkowo przypominającego nasz polski, a nad Morzem Białym zapłakał nad cmentarzyskiem milionów łagierników u każdego czytelnika wywołuje ogrom uczucia podziwu. Mój ojciec, gdy się dowiedział, że zobaczyłem tyle wielkich miast ruskich powiedział, że jego marzeniem byłoby odbycie podróży pociągiem kolei transsyberyjskiej, ale jednocześnie zastrzegł, że chciałby wysiadać na wskazanej przez siebie stacji by porozmawiać z tubylcami. Oczywiście za Breżniewa było to niemożliwe, dziś nie żyje i mój Tato i Breżniew. Każdy obcokrajowiec był śledzony jako potencjalny szpieg. Oczywiście autor książki mógł sobie pozwolić na luksus wymarzonej podróży wzdłuż i wszerz Rosji tylko dlatego że upadł Związek Radziecki i jego reguły życia mieszkańców. Kręgosłup Rosji przetrącił stalinizm i ona się już z tego nie podźwignie, mimo rozpaczliwych prób Putina. Pana Jacka Mateckiego  czytałem jednym tchem, bowiem opowiada on jak kształtował się ich komunizm, charakteryzuje wszystkich generalnych sekretarzy od Stalina aż po Gorbaczowa i Jelcyna, ale jednocześnie pokazuje bezmiar nędzy i wręcz tragicznych skutków zarządzania państwem. Pokazuje niespotykane bogactwa ziemi rosyjskiej, a także nowobogackich oligarchów na czele z Putinem. Drodzy Czytelnicy: nie sposób krótkim tekstem mojego bloga przeorać treści całej 340 stronicowej książki. Proszę zajrzyjcie do księgarni i kupcie ją, kosztuje zaledwie 40 złotych, a wartość jej pod względem edukacyjnym i nie tylko, jest bezcenna. Jakże piękna może być każda zima gdy w rękach trzymamy książkę pana Jacka Mateckiego.
PS: O aktualnych wydarzeniach w Polsce pisać na razie nie bedę. Muszę czekać aż moje trzewia zechcą przetrawić tę dotychczasową truciznę pisowsko-kościelną. Na razie mam polityczną obstrukcję.  

niedziela, 15 stycznia 2017

WOŚP NADAL GRA


Gra, i według zapewnień Twórcy Orkiestry grać będzie do końca świata i jeden dzień dłużej, mimo plwocin lejących się z gęb księży, biskupów oraz ich przydupnych kleszczy czyli polactwa pisowskiego. Ci drudzy korzystając ze sprawowanej władzy nakazami i rozkazami wstrzymują podwładnych by pod żadnym pozorem nie angażowali się w akcję zbierania pieniędzy, na ten bez wątpliwości szczytny cel, czyli na sprzęt medyczny i ratowniczy najmłodszych i najstarszych Polaków. Sprzęt, na zakup którego najczęściej nie stać dziadowskiego państwa, bo istnieją inne priorytety np. amunicja do F-16, albo akcja 500+, bez której to rządy małego przywódcy państwa by sczezły w terminie suczej ciąży. Naród nasz jest podzielony na
                   Kretyn w sukieneczce
dwa plemiona polityczno katolickie, o tym brzmi aktualna piosenka Krzysztofa Daukszewicza. Jakże prawdziwe to i smutne, ale jeszcze bardziej smutne bo wprost raniące serca są np. słowa ks. Piotra Maciejewskiego z parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Strzelcach Opolskich (foto). Nazwał działania WOŚP zbieraniem na aborcję i eutanazję!. Powiedział to jasno i wyraźnie podczas niedzielnej mszy. Wystarczyło mu, że wokół kościoła krążyli wolontariusze Orkiestry: Na mszę nie przyszli, a doją ludzi na aborcję i na eutanazję – tak z ambony ocenił wolontariuszy kretyn duchowny. A wierni przecierali oczy i uszy ze zdumienia.
Niektórzy wyszli, inni przepraszali za to butne sformułowanie. Ja także, jak tysiące normalnych Polaków przecieram oczy, bo przecie takie słowa wypadające z ust tych co jednocześnie głoszą słowo boże i ponoć ociekają miłosierdziem, każdego zmrożą. To żadni księża i żadni prawi posłowie prawicy. To sukinsyny, albo jeszcze gorsi. To sort, którego nie znajdziesz nawet w skali Jarosława Kaczyńskiego. Aby wyrwać ludzi z Orkiestry nawet Macierewicz wlazł do kuchni by coś tam upitrasić, na pewno dla kota Kaczyńskiego, bo sam Jarosław, znając Antoniego do ust by tej potrawy nie wziął. Ot taka ciekawostka na miarę TVP i Facebooka.
PS: Ostatnio wyczytałem w uzupełnieniu Vikipedii: Owsiaki. Pożyteczne stworzenia ratujące życie dzieciom i dorosłym. Powodują niepohamowany ból dupy u części prawicy i duchownych Kościoła katolickiego. I wszystko jasne.





sobota, 14 stycznia 2017

SAN ESCOBAR


Mamy Wielkiego Odkrywcę. Trzeba było czekać aż do XXI wieku by znalazł się polityk i do tego polski, wcale nie żaden znawca geografii i kartografii świata, jeno wysłaniec premier Szydło do pełnienia, choćby tymczasowo obowiązków na stanowisku ministra spraw zagranicznych. Okazuje się, że odkrył on nowe państwo o nazwie nie znanej ludzkości. To San Escobar. Fakt ten odbił się wielkim echem na świecie, bo to bardzo ważna, powiedziałbym wiekopomna sprawa. Być może państewko to, położone gdzieś tam na którymś oceanie (mniejsza z tym na którym) stanie się zarzewiem światowego konfliktu o wpływy polityczno-gospodarcze, podobnie jak się to ma z lądem Arktyki. No a jeżeli dodatkowo na tej bardzo tajemniczej wyspie znajduje się ropa naftowa, złoża metali szlachetnych o uranie już nie wspominając walka o Escobar może być zaczątkiem wojny pomiędzy światowymi mocarstwami. Polska w tym wypadku jest górą, bo jako pierwsza za pośrednictwem ministra Waszczykowskiego nawiązała wstępne kontakty z przedstawicielem tubylczej ludności, pozostawiając w tyle zaborczą Rosję i imperialistyczną Amerykę. Ciekawe czy Trump to przeżyje spokojnie. Duma rozpiera nasz naród o Waszczykowskim już nie mówiąc. Wszystkie liczące się gazety świata tę informacje zamieściły na pierwszej stronie. Dziennikarze dopytują o numer telefonu do odkrywcy. Okazuje się, że kacza polityka dobrej zmiany przynosi wymierne, bardzo wymierne efekty. Nam współobywatelom Waszczykowskiego przyszło tylko posypać głowy popiołem za to, że uważaliśmy naszego ministra SZ za rozlazłą postać bez reprezentacyjnej figury i bez żadnego zaangażowania na rzecz współpracy międzynarodowej w myśl traktatu obowiązującego w Unii Europejskiej, za to że skłócił zgodnie z nakazem Kaczyńskiego nas z sąsiadami Polski, oczywiście poza Węgrami. Co prawda ostatnio lgnie on do piersi Łukaszenki, ale słabo mu to idzie. Może teraz po takim sukcesie przytulimy się do Białorusi, która z kolei dobrze żyje z wrogą nam Rosją. A niech to szlag trafi. Jak nie urok to sraczka, a tak dobrze żarło.

PS. Okazuje się ze wśród kaczej kadry mamy jeszcze innych odkrywców. Mianowicie minister ochrony środowiska Jan Szyszko odkrył, że na zanieczyszczenie powietrza, tzw. smog wpływa zapylenie naturalne" - taka wypowiedź ministra środowiska padła podczas konferencji prasowej na temat smogu i pojawiła się na oficjalnym koncie resortu na Twitterze. Internauci zastanawiają się co autor wypowiedzi miał na myśli. Czy szef resortu środowiska obwinia pszczoły i trzmiele za zanieczyszczenie środowiska. Okazuje się że tak. Polskie pszczoły czeka więc straszliwy Holokaust.


środa, 11 stycznia 2017

SZALENIEC?


Wczoraj pod Pałacem Prezydenckim zobaczyliśmy groteskową postać Jarosława Kaczyńskiego, który miotał się bezradnie, w żałosnej parodii surowego dyktatora, pisze na Fb anonimowy internauta. Ja na jego miejscu podałbym swoje nazwisko, ponieważ wyraża on w swej wypowiedzi prawdę, absolutną prawdę i tylko prawdę m.in. powiadając: Funkcjonariusze pisowskiej propagandy TVP wspomagani przez prawicowych fanatyków dwoją się i troją, aby podtrzymać iluzję siły i kontroli tam, gdzie panuje tylko chaos, uwiąd i panika. Każdy z nas myślący zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, że ten oto człowiek, w takim stanie umysłu, w jakim go dzisiaj widzimy, może rządzić trzydziestoośmiomilionowym krajem? Należy zauważyć, że Kaczyński ma jeszcze jeden cel, swoją prywatną zemstę. Dzisiaj w imię tej zemsty splunął w twarz pod Pałacem Prezydenckim tym, którzy przyszli bronić ludzkiej godności przed przymusem partyjnych ekshumacji.
                        Tylko dla dorosłych.
"Wydobędziemy prawdę z grobów" - to są słowa szaleńca, ale co to za prawda, która jest wydobywana z grobów poprzez śledztwa prokuratorskie oraz posiedzenia Komisji ds. wypadków lotniczych. Po prawdzie w grobach mogą grzebać wyłącznie archeolodzy i to w grobach historycznie starych jak „węgiel. No ale skoro Kaczyński idiotycznie  chwyta się za pośrednictwem omotanego psychiatrycznie Macierewicza wszelkich sposobów by w oczach Polaków (ale nie tylko) „udowodnić”, że on wbrew opinii wielu, ma czyste sumienie, że w żadnym wypadku nie przyczynił się do katastrofy, to postępuje zgodnie z powiedzeniem „łapać złodzieja”. I dlatego jest tak jak jest. Na fotografii, obok prezesa „postawionego” na stole bodajże pingpongowym widać osobistości groteskowe (a może prawdziwe na miarę XV wieku). Jacyś rycerze powracający prosto z wypraw krzyżowych, handlujący relikwiami w postaci napletków Chrystusa, a może Jana Pawła II., którymi w dużej ilości dysponuje papieski kapciowy kard. Dziwisz. Sam prezes prezentuje się mało władczo, bowiem pominąwszy jego skromny wzrost, otulony jest mało reprezentacyjnie i jakoby w bardzo znoszone obuwie. No ale w ten sposób podkreśla to, że nie szata zdobi człowieka. W przemówieniu, nawiązując do rozgardiaszu parlamentarnego w kraju, Kaczyński postraszył opozycję, że użyje wszelkich środków po to, by nie dopuścić do unicestwienia poczynań rządowych na rzecz „dobrej zmiany”, miał chyba na myśli zbrojne oddziały obrony terytorialnej. Jego publiczność w dość ograniczonej masie wspierała go powtarzając słowo zwyciężymy, ale nie wypadło to zbyt przekonująco, bowiem obok kaczych wyznawców zebrała się podobna ilość mieszkańców Warszawy, którzy okrzykiem „łapy precz od grobów” zagłuszali orację prezesa. Mam nadzieję że dzięki opozycyjnym zachowaniom, na 81, a może 82 miesięcznicy ten cyrk się zakończy. Wszystko też zależy od opozycji parlamentarnej, w którą jakoby wstąpił duch odnowy zgodnie zresztą z zawołaniem pamiętnym papieża na Placu Defilad w Warszawie. Coraz weselej „kochany panie marszałku” w kraju, tym bardziej, że wczoraj przekroczyliśmy kwotę biliona złotych w zadłużeniu państwa. Ale co tam, nasze wnuki i prawnuki jakoś to spłacą, Oczywiście pod warunkiem że w całości 38 milionowy naród rozjedzie się po Europie na zmywaki.
Ale oto suweren dowiaduje się, że jest szansa na  zakończenie parlamentarnego zaklinowania, bo o godzinie 14 Sejm zbiera się w tradycyjnej sali plenarnej, by kontynuować prace nad budżetem. Z powodu zamętu, oraz zbierających się pod bydynkiem Sejmu wielu członków KOD, którzy pragną dopilnować, by wszystko było lege artis, izba niższa zebrała się jednak dopiero o godz. 19.  Wcześniej przed kamerami wystapił ów "szaleniec" Kaczyński który posługując się kłamstwami, m.in. że gdyby nie uchwalono budżetu to zagrożona jest wypłata 500+. Oczywiscie strachy, bo państwo opiera się w takim przypadku o tzw. prowizorium budżetowe przez okres trzech miesięcy, ale skąd wyborcy PIS mają o tym wiedzieć. Tymczasem Senat złożony w 80% z pisowców, bez żadnego procedowania  uchwalił, czyli zaklepał ten "nie ważny" wg opozycji poselskiej budżet, po czym wypociny przesłał do prezydenta. I po kłopocie, można by powiedzieć. Niestety, opozycja na dotychczasowym proteście nie poprzestanie.
Spodziewam się, że będziemy świadkami jeszcze wielu zawirowań, co zresztą zapowiedzieli przywódcy głównych partii. Ale  o tym wszystkim Państwo mogą się dowiadywać wyłącznie z mediów prywatnych, w tym również z  mojego skromniutkiego pt. Z IRONIĄ NA OSTRO. Oj będzie się działo!.


niedziela, 8 stycznia 2017

WYSYP SZCZEROŚCI


                     Na zdrowie.
Zdrowia, szczęścia, demokracji. To jedno z wielu życzeń świąteczno-noworocznych składanych z okazji upływającego roku 2016 w Polsce, bo dla obywateli innych państw Europy mało zrozumiałych, bowiem demokrację dostają w pakiecie z czystym powietrzem. Składaliśmy sobie życzenia przeróżnej treści, a wszystkie ponoć wydobyte z zakamarków serca i zwałów empatii. Często infantylne.  Składaliśmy sobie w cieniu zachmurzonej politycznie Polski od dnia ogłoszenia wyników ostatnich wyborów a i później gdy ci co euforycznie ogłosili, że większość dyktuje mniejszości, zaś mniejszość ma tyle do gadania co dzieci i ryby, wypinając piersi do orderów od Dudy. Wystarczyło zaorać Trybunał Konstytucyjny, olać Konstytucję, oraz obsadzić wszystkie instytucje państwa ludźmi swoimi o symbolu BMW (biernymi, miernymi, wiernymi), czyli tzw. Misiewiczami. Najczęściej życzenia w swej nieskomplikowanej treści zawierały słowa: pomyślności, zdrowia, pieniędzy, pociechy z dzieci, zadowolenia z pracy, dzieci i męża (rzadziej z żony, bo one są z reguły bardziej udane). Powrotu do zdrowia i do narzeczonej. Szczęśliwego rozwiązania ciąży i wszystkich problemów. Najbardziej mi się spodobały noworoczne życzenia złożone przez naczelnego tygodnika NIE dla wszystkich Rodaków. Otóż pan Jerzy Urban szczerze i z ręką na sercu wszystkim nam życzy udanego stolca, przewidując iż z powodu rządów PIS
przyjdzie nam dość często przesiadywać na porcelanowym meblu z odchylaną klapą. Chodzi mu o to, by Polacy nie byli zmuszani na zbyt częste posiedzenia, a jeżeli już, to by one były owocne, a przy tym krótkie jak koszulka noworodka. Pospieszny „plusk” i do roboty. Jest tyle jeszcze do zrobienia na rzecz dobrych zmian kochany panie marszałku. Posiedzenie poselstwa PIS w sali Kolumnowej Sejmu jest pozytywnym przykładem tego właśnie. W sensie słowa „owocne”. Nie ważne było jakoweś tam quorum, nie ważne też liczenie głosów. Ważne że udało się odizolować od tej hałastry życiowo przegranej, co to tak zuchwale odbiera spokój prezesowi Polski. Czy uchwała budżetu w tych okolicznościach na rok 2017 jest ważna?. Oczywiście, powiadają różne prawnicze kacze popychadła. Jako przykład poprawności uchwały niech posłuży wydarzenie jeszcze z czasów PRL.” Rada Narodowa w miejscowości X. (tu obowiązuje mnie tajemnica państwowa) podjęła uchwałę w prywatnym mieszkaniu na imieninach w domu przewodniczącego. Prawnicy rozważali, czy uchwala jest ważna, czy nie – bo prywatne mieszkanie, bo nie wszyscy radni obecni, bo nie wiadomo czy ci obecni byli trzeźwi. Ale władza ludowa uznała
                   Radosny wyborca PiS
że głosowanie było ważne- więc było”. I nie ma jakkolwiek dyskutować nad rozlanym przez całą opozycję mlekiem, jeno pogratulować im wyjątkowej i błyskawicznej roztropności. Po prostu bądźmy uroczy dla naszych wrogów, uśmiechajmy się do nich szeroką gębą – nic ich bardziej nie zezłości, powiadał niemiecki kompozytor Carl Orff . Zatem opozycjo, nie zawracajcie sobie głowy uchwałą budżetu na rok bieżący. Róbcie swoje w tych kilkunastu toaletach w gmachu przy Wiejskiej, tym bardziej, że ponoć pilnować was będzie uzbrojony po zęby BOR.  Od serca życzymy udanego stolca.

piątek, 6 stycznia 2017

ZDEGRADOWAĆ/, TO ZBYT MAŁO.


W środowiskach zbliżonych do kierownictwa PIS, oraz IPN mówi się coraz głośniej i to bez żadnego zażenowania o zamiarze zdegradowaniu do stopnia szeregowca dwóch nieżyjących już generałów. Mianowicie chodzi o generała broni Wojciecha Jaruzelskiego, oraz generała broni Czesława Kiszczaka. Gdy swego czasu zasłyszałem tę informację, uśmiechnąłem się podobnie jak na awans generalski innego trupa, Ryszarda Kuklińskiego. Ni przypiął ni przyłatał, pomyślałem. Za co mają być te umarlaki aż tak zniewolone?. Tego nie wiem, a i wątpię czy komukolwiek udało by się wykazać ich rzeczywiste powody. Konkluduję, że w przypadku tych dwu generałów, z ich degradacją trzeba było czekać aż do ich
fizycznej śmierci, bowiem nie było w Polsce PO-PIS owskiej odważnego, który by mógł podejść do tych dwu jeszcze żywych żołnierzy i po słowach: degraduję pana do stopnia szeregowego zerwać im z pagonów wężyki generalskie. Zbyt wielu u nas jest prawicowych tchórzy. Są mocni w gębie i najczęściej bez jaj, a mówiąc wprost, taką decyzję mogli podjąć wyłącznie zasrańcy. Dzisiaj sama degradacja już nie wystarcza, bo z trupem można robić cokolwiek się Kaczystom zamarzy. Chcą ciała obu generałów przenieść na cmentarz …. żołnierzy radzieckich. Dobrze czytam?, zerkam na to zdanie po raz drugi, bo nie wyczytałem dotychczas nigdzie informacji, aby ci dwaj zasłużeni żołnierze wojenni służyli z gwiazdą czerwoną na pagonach i czapkach. Gdyby tak się stało, że rzeczywiście pochowają ich obok „Wańki Strielcowa”, to akurat generałom będzie to nadzwyczaj obojętne, ale czy obojętne będzie ich podwładnym, ich żyjącym jeszcze żołnierzom, rodzinom, komandosom np. afgańskim lub irackim? Na miejscu decydentów owych wykopków bałbym się przechadzać po mieście bez dobrze wyszkolonej obstawy, bo znajdzie się nie jeden bardzo oburzony, który może w afekcie patriotycznym przyspieszyć jego podróż do nieba, tym bardziej, że gniewni to ludzie wiekowi i na dalszym dobrobycie emerytalnym za 1200 złotych im już nie zależy. Do nieba, bo akurat najbardziej
mściwymi osobnikami są ludzie religijni, a więc teoretycznie bezgrzeszni. Tacy wiedzą dokąd wysyłają, podobnie jak islamscy terroryści obwieszeni trotylem. Kacza decyzja o wykopkach cmentarnych bardzo mi koresponduje z decyzją papieża Formozusa, który to rozkazem swego następcy Stefana VI, został po śmierci wydobyty z grobowca. Za to, że za życia należał nie do tej samej partii co Stefan VI. Ten ostatni kazał rozkładające się ciało usadowić w fotelu papieskim, odziać w szaty papieskie i urządzić proces przyprawiający o mdłości, polegający na odcinaniu jego członków. Jego wybór na stolicę Piotrową unieważniono, tak jak i wszystkie papieskie decyzje. Taka ekshumacja Formozusa odbyła się dwa razy, by dokończyć rozczłonkowania jego zwłok, oraz wrzuceniu ich do Tybru. Jakże mi to przypomina dzisiejszą polską rzeczywistość. Zdegradowanie pośmiertne generałów może się dokonać, tyle żeby tego dokonać, musi się pierwej odbyć proces sądowy i skazać ich za jakąś zbrodnię. To się da zrobić, tyle że trudno będzie o świadków oskarżenia, a i samych
pokrzywdzonych. Dodam tylko, że prawa strona ław sejmowych zalatuje trupim smrodem. Jak można w takiej atmosferze żreć kanapki i sałatki. Ten smród sprzyja rodzeniu się nienawiści, katolskiej mściwości, co oczywiście najłatwiej pozostaje do udowodnienia w zestawieniu z obłąkańczymi już historycznymi przypadkami zabawy z trupami. Ciekawi mnie do jakiej partii należała ofiara papieża Stefana VI i na ile ona się różniła od dzisiejszego PIS.

wtorek, 3 stycznia 2017

WAŻNI I BOGACI


                         
                           Ci najuboźsi.
Kilka lat temu zachciało mi się policzyć „ważnych i bogatych” w Polsce. Mam tym razem na myśli generałów i biskupów, bo krąg pogłowia (przepraszam za kolokwializm) tych drugich mocno się wychyla poza stan osobowy fioletu sprzed kilku lat. Jako że o proporcjach stanu osobowego biskupów w stosunku do generałów pisałem przed kilku laty, jeszcze na początku XXI wieku, podajże zaraz po roku 2006, gdy wygoniono mnie na emeryturę po 45 latach pracy. Był to temat dla mnie dość łatwy, bowiem jednych (generałów), jak i drugich (biskupów) można było policzyć śledząc codzienne wiadomości z kraju, jak się żyje sabarytom. Otóż utarło się powiadać, że stan osobowy generałów pokrywał się ze stanem ilościowym biskupów, co najwyżej z małym przecinkiem. Dopiero gdy Wojtyła przywdział strój białego Ojca, pogłowie biskupów w Polsce rozmnożyło się do niebywałej ilości. Dotychczas Polska
katolicka dzieliła się na kilkanaście diecezji, bodajże pokrywało się to z ilością województw. JPII w swoim papieskim dekrecie korzystając z mało przemyślanej decyzji Gierka, który podzielił Polskę na 49 województw, postanowił uatrakcyjnić owe województwa, ustanawiając nowe diecezje. W każdej z nich z luksusu korzysta dwóch co najmniej nowych biskupów (ordynariusz i pomocniczy), aczkolwiek faceta w fiolecie można spotkać też poza kurią np. na uczelniach katolickich, a także w papieskiej dyplomacji (vide abp Wesołowski) W sumie dzisiaj doliczyłem się ich ok.160 ważnych urzędników Pana Boga. To bardzo dużo i wątpię, czy w jakimkolwiek państwie gdzie społeczeństwo wyznaje naukę Chrystusa jest ich równie dużo, nawet w USA. Zatem proporcja między ilością biskupów a ilością generałów została mocno sfatygowana, (160:80), nawet biorąc pod
                        Sojusz Kościoła ze śmiercią.
uwagę poczynania Macierewicza, który to bez większej analizy pozbawił wielu generałów pagonów z wężykiem. Wystarczy że generał używa mózgu w dowodzeniu podległym wojskiem i nie szanuje zwierzchnictwa w osobie Misiewicza. Naród nad którym czuwa aż tylu biskupów, oraz trzydzieści parę tysięcy księży i zakonników powinien być pod względem moralnym najbardziej wartościowym na świecie. Niestety tak nie jest. Wybitny historyk Paweł Jasienica pisał w liście do Jerzego Turowicza, że nie ma na świecie narodu głupszego od Polaków, co potwierdza się do dnia dzisiejszego każdego dnia. Druga wojna światowa wytworzyła podobny średniowieczu przykład religijnej dewocji Polaków. Sprzyjać temu miały-według Jasienicy trójwymiarowe odpustowe portrety Matki Boskiej, obwożone po parafiach z inicjatywy kard. Wyszyńskiego, które to oglądane pod różnymi kątami mrugały oczami, otwierały usta, a szaty ich falowały. Idealny przykład cudu
                        Puci, puci, puci.
dla prostaczków, które na terenie kraju mnożyły się jak bakterie, że nawet biskupi nie byli w stanie tego powstrzymać. Wiarę ogłupionych nazwał Jasienica totalitaryzmem katolickim. Sam nie był katolikiem w ścisłym tego słowa znaczeniu. On przeżywał religijność rodaków dramatycznie i boleśnie- jak historię, która poprzez dewocję narodu gubiła nasz kraj wielokrotnie. Uwaga ostrzegam! Dziś stosunek ilości biskupów do generałów jest mocno zakłócony. Tylko abp  Głodź spełnia się jako jeden i drugi. Można się spodziewać złych następstw. Rządzący Polską już to wiedzą, dlatego wraz z pozostałością generałów przesiadują, a właściwie klęczą w kościołach i katedrach na czele z panem prezydentem. Tam oczekują na ewentualny ratunek w przypadku całkowitej izolacji Polski w Europie i świecie.

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...