sobota, 31 sierpnia 2013

AMERYKA AMERYKA

To potoczna nazwa Stanów Zjednoczonych, choć wiadomo że to kontynent rozrysowany na globusie pomiędzy dwoma biegunami.
Ameryka, potężne pod każdym względem państwo, ponoć strażnik światowej demokracji i wolności obywatelskiej, chociaż akurat na swoim terenie nie do końca. I tak im dopomóż Bóg, na którego się powołują jak paw na swój ogon. Właśnie w imię tej wolności USA wysyłają swoje uzbrojone po zęby wojska w różne zakątki świata. Niestety, nie kierują się ideą stricte tejże wolności a raczej, a nawet na pewno zyskiem gospodarczym. Ten zysk może być w postaci zaanektowania bogactw naturalnych, ewentualnie w postaci postawienia tamy na ewentualne wejście wojsk największego politycznego przeciwnika, czyli Rosji. Ponadto jest to zagospodarowanie terenów, na których można zainstalować bazy swojej armii w przypadku lokalnych, ale nie tylko konfliktów, które by zmierzały do izolacji od USA.
Tak było lat temu 60, gdy armia amerykańska napadła na Koreę. Napadła, bowiem, akurat tam Ameryka nie mogła spodziewać się cokolwiek wartościowego. Było to wejście smoka, by Ruskie nie rozszerzyły swoich terytoriów politycznych. A Stalin jeszcze żył, choć dogorywał, a był to koalicjant w wojnie nie tylko przeciwko Hitlerowi, ale też cesarzowi Japonii. Skutek taki, że Korea się podzieliła na dziesiątki lat, a dodatkowym owocem podziału jest reżim pokoleniowy Kimów. Podobnie ma się sprawa wejścia Amerykanów do Wietnamu. To akurat kompromitacja USA zapisana na wieki. Pamiętam, jak śmigłowce i samoloty przeładowane uciekinierami amerykańskimi, oraz ich sprzymierzeńcami ładowali się do tych powietrznych statków, po to by ... rozwalić się na wodach oceanu. Mało kto w świecie im bardzo współczuł, bowiem jankesi w walce o zdobycie absolutnego panowania nad tym ambitnym i patriotycznym narodem zdolni byli do użycia napalmu, czyli środka wypalającego wszystko co żywe, a więc ludzi, zwierzęta, lasy i plony, skutkiem czego gleba była nieużyteczna przez bardzo wiele lat. A przecież nie
chodziło Ameryce o zawładnięcie złóż ropy czy czegokolwiek innego., bo akurat tam tego nie ma. To była wojna ideologiczna (amerykańsko-rosyjska), bowiem w tej wojnie obie strony walczyły z użyciem „weapon” jak i „aruże”, testując te swoje wynalazki. Z tej wojny mimo wszystko zwycięsko wyszedł Wietnam. Cały świat przyklaskiwał wycofywaniom w panice wojsk amerykańskich po słynnym porozumieniu paryskim. Przyklaskiwał, bowiem USA doprowadziły Wietnam do skrajnej nędzy i tylko ambicja i upartość narodu pozwoliła zachować jestestwo tego państwa. Owocem tej wojny były miliony zabitych „żółtków” oraz dziesiątki tysięcy jankesów. Dodatkowo całe masy powracających z wojny to rzeczywiste kaleki.
Minęły lata. Nastąpiły małe amerykańskie „zaczepki”. A to gdzieś tam w Grenadzie, a to gdzieś tam na Panamę, a to na jakiś kraik afrykański, a to na Serbię w konflikcie bałkańskim w ramach NATO, aż nadszedł czas Iraku. USA skorzystały z oskarżeń Husajna o barbarzyństwo w stosunku do swoich rodaków, szczególnie Kurdów, by domniemywać, że tenże tyran posiada broń masowego rażenia, w tym jądrową. Oficjalnych dowodów nie było, ale atak talibów na World Trade Center oraz Pentagon, był okazją by uderzyć w odwecie na Irak, który po części finansował terrorystów. Bush jako prezydent bardzo był rad z tej okazji, bowiem ropa arabska w Iraku mogła się znaleźć wyłącznie w rękach USA. Dowodów na broń masowego rażenie w rękach Saddama nie było, ale można było takową „znależć”. Pomógł w tym niejaki hochsztapler i konfabulator zwany „Piłeczką”. Okazało się, że ten były pracownik zakładu chemicznego w Iraku, za milion dolarów mógł pleść wszystko
czego akurat potrzebował usłyszeć Bush i jego ekipa. W ten gnój polityczny prezydent USA wciągnął nie tylko posłusznego mu premiera Anglii Blaira, ale też naszych, zlituj się Boże polityków, którzy zgodnie z doktryną lizania tyłka USA, natychmiast wysłali nasze wojska, przy tym finansując całą wyprawę z budżetu państwa. Wiadomo jak skończyła się ta wojna. W Iraku dalej rządzą klany arabskich fundamentalistów, urządzenia transmisji naftowych są zrujnowane, gospodarka się trzyma dzięki wspomaganiu USA, a kilkunastu naszych żołnierzy wypełnia aleje cmentarne. Wojna jednym słowem przegrana. Zresztą już do wszelkich klęsk jesteśmy bardzo przyzwyczajeni. Tyle , że część można zwalić na Amerykę.
Wiedziałem, że podobnie będzie, gdy USA zapragną wejść do Afganistanu. Nie baczyli na to, że z talibami w tym zakątku świata nikt jeszcze nie wygrał. Ani car Rosji, ani Anglicy, ani Związek Radziecki, a ni też właśnie Ameryka. Miliardy dolarów utopionych w ten konflikt, w tym na wydzierżawienie byłych rosyjskich republik na bazy lotnicze to utopienie dorobku wielu społeczeństw, w tym polskiego, bowiem jak zwykle nasi przyklęczni przed sztandarem na którym
widnieje 50 gwiazdek upokarzają się jak idioci, z których świat się śmieje.
Tymczasem nadszedł czas syryjski. Dyktator tego państwa, rządzący od czterdziestu lat Baszad Al Asad ponoć użył na zbuntowanych przeciwników politycznych gazów bojowych o nazwie sarin, zabijając ponad 1100 niewinnych obywateli. Dowodów, kto rzeczywiście zastosował tenże gaz jednak brak. Wzajemnie oskarżają się rządzący jak i opozycja. Międzynarodowi specjaliści z ramienia ONZ mają kilkutygodniowy termin, by wskazać winnego. Jeśli to będzie Asad, tedy amerykańskie samoloty startujące z lotniskowców zniszczą chyba najbardziej zabytkowe miasto świata, kolebkę ludzkości, Damaszek. Nie daj Boże. Świat zdaje sobie sprawę, że Obama to nie Bush, zwany jastrzębiem wojen, ale to jednak jest Ameryka. Ta od „przywracania” wolności i demokracji.

A tak w ogóle, to każdy konflikt społeczny, do którego wtrąca się świat bardzo źle się kończy. Zarówno dla tych społeczeństw jak i „przyjaznej” agresji. Tak się składa, że Ameryka najchętniej się zbrojnie udziela tam, gdzie pod ziemią kryją się zasoby ropy naftowej. Tak było w Iraku, tak jest w Afganistanie, i tak będzie w Syrii. Tyle tylko, że dla równowagi pokoju światowego Rosjanie mają też wiele do powiedzenia. Opieką objęli Serbię w czasie wojny bałkańskiej (jedna religia), kontrolują wypadki afgańskie, ale też są przeciwni napaści na Syrię. Podobnie sprawa wygląda z Iranem, który Ameryka próbuje oskarżać o produkcję broni jądrowej ( jak przypadku Iraku), akurat tam też jest ropa i to w ilościach niewyobrażalnie wielkich, ale tu Rosja ma też swoje polityczne zakotwiczenie, więc pokój na razie się utrzyma, a prezydent Komorowski nie musi szykować nowych kilkuset szwejów na wspomożenie Ameryki, tym bardziej, że prawdopodobnie jak w przypadku Iraku wrócilibyśmy z gołym d.pskiem.

Fotki od góry:
1.Podział Korei w wyniku wojny.
2.Zabity Amerykanin w wojnie wietnamskiej.
3.Cmentarz żołnierzy USA poległych na wojnach.
4.Pogrzeb polskiego żołnierza.
5..Polscy żołnierze w Afganistanie.

niedziela, 25 sierpnia 2013

URLOP PO EMERYCKU

Odbyliśmy z Małżonką urlop emerycki AD.2013. Tani, bo z zaproszeniami, jak to w rodzinie. Trasa ogólnie rzecz biorąc to Mazowsze, Pomorze Gdańskie z odskocznią na Ziemię Wielkopolską. Na Wysoczyźnie Ciechanowskiej gościliśmy w rodzinie mojego brata, spadkobiercy bohatera posta z dnia 9.08.13. Pogoda średnia ale można żyć, tym bardziej, że falista równina urozmaicona małymi  ostańcami, o tej porze roku błyszczała złotem dojrzewających, a jeszcze nie skoszonych zbóż, oraz zielenią zagonów warzywnych. Sad owocowy, chociaż przetrzebiony mrozami ostatnich zim, zaprasza z aparatem fotograficznym pod zwisające gałązki, które pod ciężarem węgierek oraz klapsów zdają się mówić „ a jednak jeszcze rodzimy”. Świeże wiejskie powietrze, przechadzki po rodzimych dróżkach, a też pogawędki w rodzinnym gronie to miłe chwile, ale niestety czas jechać dalej. Na Pomorze Gdańskie, a właściwie do letniego domku na Pojezierzu Kaszubskim w okolicy, ogólnie mówiąc Stężycy i Kartuz.
Teren sam się uśmiecha do gości z „Polski”, ale nie tylko. Jeziora zagospodarowane licznymi przystaniami oraz hotelikami i restauracjami przyciągają turystów z całej Europy, szczególnie wodniaków i wędkarzy. Całe połacie lasów rozdzielają pola uprawne Kaszubów i ludności napływowej, która tu i ówdzie pobudowała domki (a często domy) dla wypoczynku letniego. Tam spotkaliśmy Anię, naszą kuzynkę, malarkę, której poświęciłem dwa posty, a która szczyci się już światową marką w dziedzinie malarstwa olejnego. Mieliśmy szczęście, bowiem Ania niejako wstąpiła do „domu” w drodze na plenery prosto z Tajwanu, gdzie miała swój wernisaż w galerii w Tajpei. Było miło, tym bardziej że gospodarze pokazali nam wiele ciekawostek kaszubskich m.in. Skansen we Wdzydzach Kiszewskich, oraz Kaszubski Park Miniatur w Strysznej Budzie. Oczarowały nas śliczne domy w Danielowej Dolinie (foto) nad jeziorem Ostrzyckim zbudowane na wzór architektury skandynawskiej. Mimo wysokiej temperatury powiew chłodnego powietrza od jezior pozwalał na komfort leniwego leżakowania z książką w ręku. Czas niestety jest mało rozciągliwy, a ponadto jak mówi przysłowie, wszystko co miłe szybko się kończy.



Zgodnie z planem przybyliśmy do rodzin na Ziemię Wielkopolską. Co prawda Piła i Środa Wlkp. są od siebie dość wyraźnie oddalone, mimo to w całym województwie zachowały się te same tradycje, a właściwie nawyki uczciwości w pracy, dobrego gospodarowania, oraz gościnności. Te okolice dość dobrze poznałem za swojej młodości, przede wszystkim ze smacznych dań opartych na kurach, kaczkach oraz królikach, a także doskonałej wędliny. Dlatego wizyta w „pyrlandii” to okazja do wspomnień i różnego rodzaju wynurzeń, które z łatwością powracają do głowy tylko dzięki gawędom przy grillu, oraz „kropelce” dobrego alkoholu. Ten urlop, tak jak wszystkie poprzednie się skończył niby poranna mgiełka. Jak rzeczy ulotne, ale tym razem nie dziwne, bo takowymi być nie mogą. Wracamy w każdym razie z dobrymi wrażeniami. 

Fotki od góry:
1.Plener kaszubski -tęcza
2.Domki w Danielowej Dolinie
3.Wielkopolskie konie.

wtorek, 20 sierpnia 2013

TEOLOGICZNI (za)TWARDZIELE

Teraz dopiero się zacznie. Nowy Papa jakby z innej bajki i taki Terlikowski co rusz będzie musiał wywijać przeróżne fikołki, żeby wytłumaczyć nam - gawiedzi - co papież miał na myśli mówiąc o czymś. To będzie dopiero lektura, bo mówiąc rzeczy nie po bazie i po myśli takich Terlikowskich, trzeba będzie słowa Franciszka "przekonwertować ". Nie miejmy wątpliwości, pan Tomasz zrobi to koncertowo. I NIE BĘDZIE Z NIM ŻADNEJ DYSKUSJI. A dlaczego? BO TAK !!! Zresztą dyskusja z tym panem to jak gra w szachy z gołębiem - nieważne jak grasz, gołąb poprzewraca figury, nasra na szachownicę i będzie się puszył, że wygrał...
Tak, dosłownie tak. Terlikowski imieniem Tomasz (niewierny) Franciszkowi, oraz niejaki ksiądz Dariusz Oko, nowy głosiciel średniowiecznych zasad etyki chrześcijańskiej, to dobrana para do obrony i utrwalania skostniałych myśli naszych polskich biskupów. Obaj swój PR wyrobili sobie na antenie programów (nomen omen) Tomasza Lisa. Nie wiem czym kierował się Lis zapraszając wielokrotnie tych twardzieli (zatwardzieli) ewangelicznych do
telewizyjnej dwójki. Wiadomo wszak, że Lis w kościele katolickim nie znajduje zbytnio oznak jakiejkolwiek sympatii. Prasa pisze o homoobsesji ks. Oko stawiając pytanie, co się stało w oko ks. Oko. Chłop będzie miał dużo roboty, roboty nie do skończenia, bowiem jego walka z homoseksualizmem najbardziej rozplenionym wśród jego kolegów po fachu jest rzeczywiście beznadziejnym wysiłkiem Syzyfa. No cóż, poczytam, pośmieję się przy grillu i piwku, no i tyle. Myślę, że nie jestem odosobniony w tej materii.

piątek, 9 sierpnia 2013

ZANIM SIĘ URODZIŁEM (BEZ CIENIA IRONII)

Będąc już człowiekiem bardzo, ale to bardzo dorosłym, a nawet jeszcze bardziej, poddaje się przeróżnym rozmyślaniom, szczególnie, gdy po doskonale przespanej nocy próbuję sobie odtworzyć kolejne sny. Powracam do lat, gdy z ciekawością wysłuchiwałem odpowiedzi na moje pytania stawiane rodzicom, ale i dziadkom. A dziadków praktycznie miałem tylko dwoje, bowiem rodzice mojego ojca pomarli jeszcze przed wojną na początku lat trzydziestych. Dlatego nie mogłem, jak w przypadku milczenia matki, zweryfikować szczątkowych opowiadań ojca . Ojciec wraz z rodzeństwem, osierocony już jako chłopak kilkunastoletni pełnił obowiązki gospodarza na kilkunastu hektarach ziemi, częściowo obsadzonych drzewami owocowymi dość dobrych odmian jak na owe czasy. Mimo prac gospodarczych wykonywanych z pomocą rodzeństwa był uczniem średniej szkoły rolniczej w Gołotczyźnie. Tam na trzecim roku nauki poznał, a właściwie zaprzyjaźnił się z ładną koleżanką szkolną Marysią P., pochodzącą z sąsiedniej wsi. Jak to często bywa, przyjaźń przerodziła się w miłość, także oboje poprzysięgli sobie małżeństwo z chwilą opuszczenia murów szkolnych, czyli w roku 1939.
Marysia pochodziła z domu dość wysoce szanowanego, jako że jej matka, a moja babcia Aleksandra Franciszka miała korzenie szlacheckie, którymi się zresztą wcale nie chełpiła. Owszem, była w miarę możliwości ( jak to na wsi mazowieckiej) dystyngowana, widać było u babuni najlepsze maniery, które zwyczajnie kontrastowały i właściwie mało pasowały do otoczenia sąsiedzkiego. Opowiadała chętnie o swoim panieństwie, o latach, gdy po nią w soboty przyjeżdżali na koniach młodzi oficerowie carscy w lśniących butach z cholewkami, by za pozwoleniem jej rodziców zabrać ją na bale dworskie. Dziadek mój, Józef P., w bliżej mi nie znanych czasach przywędrował z terenów bodajże okołolitewskich, by tu na Mazowszu nabyć, czy też wygrać w karty wielohektarowe, w zasadzie mało urodzajne gospodarstwo wraz z dość dużym lasem. Choć nie szlachcic, to jednak spodobał się Aleksandrze Franciszce na tyle, że wkrótce popełnili  mezalians. Był bardzo przystojny i miał duże wąsiska dokładnie podgolone i wypielęgnowane henną, co zresztą dodawało mu splendoru męskości. W tym oto małżeństwie urodziło się kilkoro dzieci, w tym dwie dziewczynki. Wspomniana Marysia oraz młodsza Józia. Rodzina była bardzo religijna, co zaowocowało w przyszłości, że najmłodszy z trzech synów imieniem Tadeusz został księdzem. Ale wróćmy do roku 1939. W nagrodę za dobrze ukończoną szkołę panna Marysia wraz z koleżankami wybrała się w góry do Zakopanego. Tam się bardzo przeziębiła, jako że wycieczka trafiła na fatalną


pogodę. Skutek to zapalenie płuc i ciężka choroba. Wojna która miała wybuchnąć na dniach przyspieszała plany. Mój ojciec Zygmunt już szykował dom i mościł łoże małżeńskie, gdy tymczasem owa choroba (nie było wtedy antybiotyków) przykuła chorą na stałe do łóżka. Ślub stanął więc pod znakiem zapytania, tymczasem gospodarka niedoszłego pana młodego potrzebowała gospodyni, tym bardziej, że z chwilą wybuchu wojny Niemcy, zaanektowali większość naszego domu dla potrzeb Wermachtu, zostawiając do dyspozycji gospodarzy jedynie dwa pokoje z kuchnią. Z tego powodu całe rodzeństwo Zygmunta rozjechało się do różnych pociotek. Zygmunta też nie było. Na rowerze wyjechał wraz z innymi sąsiadami na Wschód, by uniknąć aresztowania, po tym, gdy szkopy rozstrzelali w sąsiedniej wsi kilku Polaków. Dojechali bodajże do Tarnopola. Gdy nastąpił atak wojsk radzieckich na Polskę, porzucili rowery i nocami przedzierając się polami i lasami, chroniąc się też przed bandami ukraińskimi, w ciągu trzech tygodni wrócili do swych domów, powiadając Niemcom że wracają z demobilu. Tymczasem choroba Marysi postępowała w powolnym tempie, ale na tyle, że dziewczyna, chociaż zakochana w swoim chłopaku, poprosiła o podanie jej nożyczek, którymi obcięła swój długi piękny warkocz, a wręczając go swojej mamie powiedziała: Ja niedługo umrę, a ty mamo zachowaj go na pamiątkę, bo w trumnie mi nie będzie potrzebny. Zygmunt niech poślubi moja siostrę Józię. Niestety o cztery lata młodsza Józefka w żadnym wypadku nie myślała o żadnym chłopaku, a tym bardziej małżeństwie. Stroskany Zygmunt, któremu z kolei obiecano rękę młodszej niespełna szesnastoletniej siostry nadal często odwiedzał ten dom. Ponieważ babcia widziała absolutną konieczność wydania Józi za mąż, po to, by tak eleganckie gospodarstwo z ogrodem nie wpadło w inne ręce, przeto przeróżnymi metodami zmuszała Józię do zgody na zamążpójście. W końcu na upartość Józefki babcia znalazła sposób. Ponieważ dziewczyna była wychowywana w atmosferze fundamentalizmu katolickiego, przeto bała się ciemności i duchów. Babcia o tym wiedziała, dlatego zamknęła ją na noc w ciemnej komórce przystajennej aby skruszała w swoim
postanowieniu. Oczywiście spłakana i roztrzęsiona z samego rana wyraziła zgodę na zamążpójście. Bardzo cichy "okupacyjny" ślub odbył się w listopadzie 1939 roku. W sierpniu roku 1940 urodziłem się ja, jako pierworodny. Byłem ponoć tak słabiutki i nie rokujący dalszego życia, że rodzice musieli mnie sami ochrzcić zwykłą wodą, po to, by zabezpieczyć mi furtkę do nieba. Oseskiem zaopiekowała się babcia i chora Marysia, bo swoim płaczem przeszkadzałem niemieckim "gościom". Wyrosłem jednak na chłopa o dość dobrej prezencji (przechwałka), a do nieba nie spieszno mi nadal. Ciocia zmarła w 1942 roku. Pochowana w Łopacinie w grobie rodzinnym.

Zawsze byłem dumny, że mam tak młodą i jednocześnie ładną czarnowłosą jak tatarka matkę. Dodam, że po śmierci Marysi, mojej ciotki, zabrano mnie do domu.
Cały ten epizod z uwięzieniem szesnastoletniej Józi był trzymany zasadniczo w tajemnicy, chociaż przecieki były, chociażby ze strony brata Józi, czyli mojego wujka, któremu pomagałem w wakacje przy żniwach i miodobraniu. Mama nie chciała o tym rozmawiać, dziadek, który stosunkowo wcześnie zmarł na wylew, a z którym miałem bardzo dobre stosunki także. Dopiero mój ojciec dosłownie na kilka dni przed swoją śmiercią, podczas moich odwiedzin, opowiedział mi szczegóły tych wydarzeń sprzed 66 lat..

Wszyscy wymienieni z imienia w tej opowieści już od lat nie żyją. Pamięć o Nich zachowam na zawsze, zaś pojutrze wyruszamy z małżonką w podróż, by odwiedzić Ich groby.

Fotki od góry:
1.Średnia szkoła rolnicza dzisiaj.
2.Założyciele szkoły.
3.Wybuch wojny-Gdańsk.

niedziela, 4 sierpnia 2013

TEMAT JAK...." SIELANKA"

Najbardziej dzisiaj słynny polski duchowny ksiądz Wojciech Lemański nie składa broni. Teraz jako emeryt, nie podlegający bezpośrednio marsowej twarzy swojego biskupa wypowiada się w sprawach, które w gruncie rzeczy bolały go od dawna, a które były niestety bezpośrednim zaczynem konfliktu z Hoserem i w ostateczności wypędzeniem go z parafii w Jasienicy.
Być może najmocniej zabolały go słowa skierowane do niego w pytaniu, czy jest obrzezany i należy do „tego narodu”. Okazuje się, że chodzi o naród, który szanuje na równi ze swoim. Wielu Polaków, szczególnie tych z kręgu sympatyków narodowców i rydzykowców, rzeczywiście ulokuje Lemańskiego wśród ludu mojżeszowego, kiwającego się pod ścianą płaczu. A przecież Lemański tylko zadaje pytania rodakom katolikom, czy patrzyli by z obojętnością na ewentualne przypadki demontażu i wywozu płyt z ich rodzinnych grobów z cmentarzy parafialnych? Tylko tyle i aż tyle. A wiadomo, że płyty z cmentarzy pożydowskich, rozsianych po całym kraju służą Polakom jako mocowanie progów przy wejściu do wiejskiej chałupy lub stajni, jako płyty chodnikowe, jako element płotu, ale też po przeróbkach kamieniarskich jako tablice nagrobne mogił rodzinnych. To zwyczajne złodziejstwo ktoś powie i ma rację, przy którym większość katolików w Polsce przechodzi z obojętnością, bo antysemityzm przemilczany, a nawet podsycany z ambon zrobił swoje. To nie moja sprawa, moja chata z kraja, tak powiadają ci, którzy ks. Lemańskiego lubią, bo to swój chłop, ale nie słuchają, bądź nie do końca rozumieją. Gdyby z którejkolwiek ambony padły słowa potępienia tych haniebnych czynów, być może niejeden z wiernych nie tylko uderzył by się w piersi zanim przyjmie opłatek z Chrystusem, ale nawet odwiózł by wzorem bohatera filmu POKŁOSIE skradzione niby w dobrej wierze owe macewy z powrotem na cmentarz. Ksiądz Lemański powiada:
Odwiedzając muzeum w Otwocku, w jednej z sal zobaczyłem wykute z płyty piaskowca
spore koło do ostrzenia narzędzi. Zaradny gospodarz starannie wyrównał krawędzie, ciężki kamień solidnie zamocował w stelażu, dorobił prosty mechanizm wprawiający koło w ruch.”
W muzeum, a więc proceder ten trwał przez dziesiątki, a może setki lat, bowiem do muzeum trafiają przedmioty stosunkowo stare, mające na celu pokazanie kultury życia sprzed lat. Okazuje się, że społeczeństwo polskie, które z wielką estymą kultywowało nakazy kleru katolickiego z racji zbrodni dokonanej na Chrystusie prawdopodobnie było przekonane, iż rabunek na żydowskich cmentarzach jest mu dobrze zapisany w niebie, tyle tylko, o czym mało który katolik jest przekonany, że akurat Chrystus był Żydem i to bardzo zatwardziałym wyznawcą religii Mojżesza.
Etyka, a dokładnie moralność wśród Polaków- katolików upada na przysłowiową mordę. Mało jest tzw. domów bożych, gdzie głosi się „dobre słowo”. Poprzez zakamuflowane słownictwo opluwa się innowierców, gejów, ateistów, i wątpiących. Lemański przytacza wypowiedź niby prostego parafianina, który jak wynika z jego słów dużo rozumie, bo widzi gołym okiem oraz słyszy gołym uchem:

Proszę księdza, my żyjemy w kraju, w którym jedynie rzymski katolik ma prawo być wartościowym człowiekiem. Niekatolicy się nie liczą. Jest na to zgoda najwyższych kościelnych władz. Biskupstwo błogosławi na Jasnej Górze narodowców, którzy wznoszą rasistowskie hasła, (skąd my to znamy) atakują wierzących inaczej lub niewierzących. Co dla nich znaczy cmentarz wyznawców innych religii, skoro na naszych cmentarzach ( Powązki) też potrafią opluwać i obrażać i to od czasu, gdy partia pisowców wszystkimi sposobami dąży powtórnie do objęcia władzy.”
Tak, rzeczywiście tak wygląda nasz polski siermiężny katolicyzm, w którym słowo boże jest skażone brudem narodowców i fałszywą zażyłością ze skrajną prawicą, oraz kibolami i innymi faszystowskimi szumowinami społecznymi. Tylko gdy się tak zastanowić, to co z tego ma mieć w przyszłości sam Kościół. Z powodu ich nieczystych kontaktów, blamażu w nauczaniu i wypaczeń treści zapisów biblijnych z Kościoła odchodzą ci, których osobowość i człowieczeństwo jest obrażane, a ich honor już nie wytrzymuje dalszej
poniewierki ich humanizmu. Odchodzą wierni, odchodzą księża z posługi kapłańskiej, odchodzą klerycy z seminarium zaraz po tym, gdy zrozumieją, że ich nauczanie jest nastawione na umiejętność zdobywania pieniędzy dla biskupa, a nie na prawdziwe posłannictwo czynienia dobra i niesienia pomocy wiernym. Słowa papieża Franciszka o skromności biskupów w polskim kościele cytowane są z ironią. Papież tam nad Tybrem, my tu pomazańcy samego Boga i naszego JPII nad Wisłą. Jest nas 113, nie damy się!.
Mnie akurat nie ziębi, ani parzy to co się dzieje w Kościele katolickim w Polsce. W Polsce, bo kler w państwach ościennych żyje dużo skromniej i rzeczywiście świadczy dobrą robotę na rzecz parafian. Rydzyk gdy zaczął rozwijać swoje radio Maryja na terenie Niemiec głosząc to co głosi dzisiaj w naszym kraju został kopnięty w tyłek przez władze i wysiedlony bodajże z Bawarii, mimo że to, jak wiadomo katolicka prowincja Niemiec. W Toruniu, gdzie przyjęto go jako mesjasza najlepszej nowiny znalazł dobrą glebę dla swoich upraw. W krótkim czasie areały całej Polski obsiał swoim czarcim ziarnem. Do dzisiaj wydają mu dobre plony, bowiem jego upraw pilnują nie tylko setki tysięcy zaczadzonych słowem fałszu i obłudy babć i dziadków, ale też ludzie z kręgu władz partyjnych.
Nie parzy mnie ani nie ziębi, ale jestem obywatelem tego państwa zwanego Polską . Aliści boli mnie wyśmiewanie mojego kraju w przeróżnych mediach na Zachodzie. Boli, gdy Francuz, Duńczyk lub Szwed wybierając się nad Wisłę powiada, że jedzie odwiedzić jedyny, dobrze zachowany skansen średniowiecznej Europy.

Fotki od góry:
1. Obłudnicy na modlitwie.
2.Kadr z filmu pt.Pokłosie.
3.Lody. Dziewczyny mają pierwszeństwo.


piątek, 2 sierpnia 2013

BYĆ CIEPŁYM CZŁOWIEKIEM

Wszyscy czytający posty na moim blogu, bez żadnego kłopotu odczują, żem człowiek o orientacji lewicowej, czyli wielu „prawdziwych Polaków może mnie zaliczyć do "czerwonej hołoty". Mimo to staram się wedle moich w miarę humanistycznych przekonań i jednocześnie proletariackiego serca być obiektywnym podczas wypowiadania się o tych z przeciwnego obozu politycznego. Nie należę (jak prof. Bartoszewski) do żadnej partii, ale mimo to mam swoje osobiste przekonania, którymi się kieruję nie tylko w dni robocze, ale także w niedzielę, gdy wypadnie mi udać się do urny wyborczej zamiast do parku. Moja normalność potwierdza słowa noblisty Dario Fo.który stwierdził. że kto nie był za młodu lewicowcem, ten nigdy nie będzie dobrym człowiekiem. Już o tym gdzieś pisałem.
Orientacja, a cóż to za słowo w sensie politycznym. Bardziej mi się kojarzy z tą częścią społeczeństwa, zwanego mniejszością, a która skupia się ( w zasadzie bardzo tajnie) w swoich ugrupowaniach z seksualnymi upodobaniami, wynikłymi zresztą niekoniecznie z ich winy. Takimi ich przysłał na padół ziemski Stwórca, jak powiadają gorliwi katolicy i większość parlamentu, w co nie może uwierzyć PIS i cała jej otoczka z posłem płci odmiennej Pawłowicz na czele. Piszę „posłem”, bowiem za żadne skarby ta urocza dama nie życzy sobie być posłanką. Niech jej tam, w końcu jej osobowość, a nawet cała postać ma więcej z chłopa niżeli z kobiety, przez co czepia się, często w bardzo jarmarczny sposób posłanki Anny Grodzkiej.
Przyznam, ciężko mi napisać mimo wewnętrznych oporów cośkolwiek ciepłego np. o kimś, kto poniewiera rozumem ludzkim, a tym bardziej na siłę próbuje ogłupić naród, co zresztą się udaje na tyle, że takim idiotyzmom ulega jedna trzecia społeczeństwa. Mam na myśli wielu pomazańców Kaczyńskiego z Macierewiczem na czele, którzy to z przyczyn katastrofy smoleńskiej uczynili trampolinę do zdobycia władzy. Nie chcę tu przytaczać ich wypocin i ogólnie mówiąc bredni zaczerpniętych z annałów ciężkiej psychiatrii. Akurat setki razy słyszeliśmy to na zlotach tzw. komisji Macierewicza i spotkaniach z rodzinami ofiar katastrofy. Miały one na celu ciągłe mieszanie w kotle nienawiści do ekipy rządzącej, oraz poderwanie zaufania do pozostałych partii. Skutek osiągnęli. Jak by nie było to dzisiaj wybory mieliby wygrane. Tak można oczadzić społeczeństwo. Było to możliwe, ponieważ podobne teorie głosił kler w homiliach mszalnych, a jak wiadomo naród mamy jeszcze stosunkowo bardzo religijny, chociaż bardzo płyciutki. Wychodzi on z założenia że można kraść, oszukiwać w podatkach, bić żonę i dzieci, pić zanim wsiądzie do samochodu, a nawet zabić, byle stawić się przed konfesjonałem i szczerze żałować za grzechy. Stąd tyle ujawnionych zabójstw dzieci, a ile jeszcze gnije po śmietnikach, kanałach i ostępach leśnych, tego nikt nie wie. Ale niestety tak jest w każdym zacofanym społeczeństwie, gdzie przepisy prawa, szczególnie tego o barwach światopoglądowych kłócą się z życiem, logiką, a nadto z postępem w nauce.
I tu akurat, jako człowiek o charakterze dość ciepłym chciałbym chociażby zmusić się do uśmiechu na widok Marka Jurka, Kurskiego, Pawłowicz, Ziobry, czy też okazałej Wróbel. No niestety, zabijcie mnie, nie potrafię, a gdybym zażył jakoweś leki podobnie jak awiomarin przed podróżą, to stracę całkowicie apetyt do czasu, gdy nie przeczytam kogoś, kto poleje miód na moją utrapioną duszę. Mam na myśli przykładowo: Passenta, Stommę, a nawet Tyma, czy też Jerzego Urbana, ewentualnie dobrą książkę.


Nie miejcie mi zatem za złe, że się od czasu do czasu wnerwiam i rzeczy nazywam po imieniu umocowanym w słowniku wulgaryzmów, ale czy jest możliwe zachowanie równowagi psychicznej na wypowiedzi różnych Głódziów, Terlikowskich, Rydzyków i tych wszystkich polityków co im myją tyłki powierzchnią języka. Nie jest możliwe, a jeżeli ktokolwiek myśli inaczej to pozostaje tym, którego tylko w ludzki sposób szanuję. Nie zmuszajcie mnie do miłości, nawet tej w wersji katolickiej.

czwartek, 1 sierpnia 2013

ASOCJACJA


Jest okazja, więc przypominam , że 13.grudnia 1981 wprowadzono stan wojenny . Dla wszystkich niewierzących w wejście Rosjan do Polski niech to będzie argumentem, że w latach 80-tych XX wieku świat stał na krawędzi wojny., być może nawet jądrowej. Już widzę Rosjan mówiących Polakom ,,Róbta co chceta " na tyłach własnych dywizji. Dziś jest rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego - wielkiej polskiej tragedii. Wyciągnijmy wnioski z historii co nam się bardziej opłaciło, rozpoczęcie Powstania Warszawskiego, czy wprowadzenie Stanu Wojennego, a ilość polskich trupów policzcie sobie sami . Wyobraźnia gen. Jaruzelskiego ochroniła życie ok. 200 000, a może wielokroć więcej naszych rodaków ( wg. CIA ), bowiem wszystko dzisiaj odkrywają archiwa USA i Anglii. Całkowitej wyobraźni zabrakło dowódcom powstania , wyobraźni brakuje także dzisiaj naszej pisowskiej prawicy, która czci nasze klęski narodowe, bo akurat zwycięstw nie mamy, poza jednorazowym zwycięstwem drużyny siatkarzy, ale to akurat ironia. Wiadomo wszakże, iż w gruncie rzeczy chodziło o to, by nastąpiła rzeź która by bardziej legitymizowała obalenie PRL i przejęcie władzy przez takich bohaterów wojennych jak Wałęsa, Kaczyńscy, Tusk, Romaszewski i setki innych. Władza podana w wyniku Okrągłego Stołu na talerzu im
niezbyt smakuje, danie zbyt mało pieprzne i jakby niedosolone. Dlatego swój niedosyt, za pobyt w „wojennych” internatach rekompensują sobie odszkodowaniami w postaci setek tysięcy złotych. Niekończące się hołdy składane AK i jej przywódcom w Londynie mają szczególnie w młodych umysłach zaszczepić wiarę w jedynie słuszne teorie dzisiaj głoszone przez IPN. One to bowiem głoszą, że w walce o wolną stolicę uczestniczyli mieszkańcy miasta pod dowództwem Armii Krajowej. Ani słowa o oddziałach Armii Ludowej, Gwardii Ludowej, Batalionach Chłopskich, wreszcie o żołnierzach I Armii WP, którzy z narażeniem życia pod gradem kul i moździerzy przedzierali się wpław przez Wisłę do walczących powstańców. Tak wyglądają obchody rocznic klęski narodowej, morza krwi i setek tysięcy trupów oraz kalek. A wszystko w imię chwały ideologii prawicowej. I wszystko także przy akompaniamencie buczenia i gwizdów naszych narodowców, kiboli i grup faszystowskich, którzy akurat nie mają zielonego pojęcia o Powstaniu Warszawskim, jak i stanie wojennym. Nie wiem czy Muzeum Powstania powoli nie zapadnie się ze wstydu i pohańbienia jego prawdziwych bohaterów, bo zbrodnie najczęściej następują w wyniku nieuctwa, wiary w moce niebiańskie, oraz lekceważenia podstawowych zasad strategii wojennych. Tak też było, tak też ocenił powstanie m.in. generał Władysław Anders.

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...