czwartek, 29 sierpnia 2019

TA NAJWAŻNIEJSZA



Ta najważniejsza. Nie ojczyzna, nie dziewczyna, żona, kobieta a rodzina. Najlepiej partyjna. Postrzegana też jako podstawowa komórka biologii społecznej i jako  lepiszcze narodu. Tak kolokwialnie powiadają. Lepiszcze scalające wszystkich pokrewnych i powinowatych, aż po członków partii, od wnuczka do dziadka poprzez wujków, stryjków, zięciów, synów, ciotki, żony,  te pierwsze i następne, słowem wszystkie, które przykładowo teoretycznie znajdziemy w rodzinie pierwszego i ostatniego prezesa trudzącego się zawodem księcia prawa i sprawiedliwości. To wzorowa i wzorcowa rodzina bez rodziny. Taka kukułcza. Wprawdzie jej jądro składa się z samego prezesa i jego kota, ale wokół tegoż jądra kręcą się orbitalnie jacyś tam przykładowo Tomaszewscy ze swoją osobistą rodziną, ale najważniejsza orbita po której kreci się krwista postać z rodu Kaczyńskich to  Martusia, córka bratowej i brata bliźniaczego pana prezesa, wzorzec skromności, pobożności i aseksualności. Skoro tak, to można ją zaliczyć obok kota do najbliższej postaci wokół Jarosława, tym bardziej, iż jest nie tylko naturalną sierotą, ale również wielokrotną rozwódką kościelną postanowieniami sądów biskupich. Jest wolna i niepokalana, jak Joanna dArck, albo Najświętsza Panienka. A jej dzieci?- no cóż, to przypadkiem i przy okazji. Do rodziny pana Jarosława można by zaliczyć wielu spokrewnionych ideowo z  Terleckim i Glapińskim na czele. Że brzydcy z fizjonomii?, trudno, w każdej rodzinie zdarzają się obok Bradów Pittów, również z fizjonomią Frankensteina. Nie o wygląd tu chodzi. Widocznie Stwórca ma takie żartobliwe maniery i też lubi się pośmiać. To nic, że zdarzają się alkoholicy i narkomani. Przeszłość za nami. Jeżeli przy tym są ubogaceni duchem i kasą, to Bóg i Jędraszewski wybaczą. A skoro Bóg wybacza to i  prezes rodziny musi. Do „jego rodziny” zaliczają się także ci którzy na kanwie katastrofy smoleńskiej wydoili państwo jak tłustą krasulę. Czołowym 

                                            Harem Gosiewskiego
przykładem są dwie sieroce żony Gosiewskiego, co to z ubogich bab stały się milionerkami. Podobnie wnuczek  suwnicowej Walentynowicz. Ten nierób akurat wyjątkowo lekceważył ją za życia, dzisiaj robi karierę polityczną pod skrzydłami PiS. Smutne to. Katastrofa ubogaciła materialnie wszystkie pisowskie rodziny, a Kaczyński wreszcie dostał władzę.  To tak dla przytłumienia wątpliwego żalu po stracie kogoś bliskiego, może z litości?. Aż gniew kipi, że takiej materialnej łaski nie dostąpiła załoga samolotu, która dbała o luksus podróży książąt z „rodziny” prezesa. A co, nieprawda?. Bajdu, bajdu, ale rodzina jest najważniejsza i tego się trzymajmy.




niedziela, 25 sierpnia 2019

HISTORIA Z PAMIĘCIOWEGO ODZYSKU


Zdarzyło się to za PRL w latach sześćdziesiątych. Na cmentarzu. To był stary cmentarz na terenie, przez dziesiątki lat przynależnym  terytorialnie władzom niemieckim, a w gruncie rzeczy to przedwojenna Wielkopolska. Śrem, miasto znane z Powstania Wielkopolskiego, a dziś z garnizonu wojskowego i fabryki Cegielskiego. Cmentarz w latach PRL przylegał do parku garażowego pojazdów specjalistycznych wojska. Park ten wymagał powiększenia o areał cmentarny. By zagospodarować ten teren należało zrównać stare groby z ziemią. Wtedy nikt nie musiał pytać władze niemieckie poprzez ambasady i konsulaty o jakiekolwiek pozwolenie, tym bardziej, że od co najmniej trzydziestu lat cmentarz był nieczynny i nikt z obywateli niemieckich go nie odwiedzał. Stosunki między PRL i RFN nie wyglądały też zbytnio na wzorowe. Aliści  cmentarz okazał się terenem pochówku zamożnych Niemców, groby były murowane i ogrodzone metalowymi płotami. Byłem wraz z moim plutonem wyznaczony do wstępnego demontażu mogił. Metalowe ogrodzenia trafiły na złom. Spychacze zasypywały wnętrza grobowe. Zanim jednak to następowało moi żołnierze z czystej ciekawości zaglądali do tych trumien (najczęściej metalowych) z okienkiem na wysokości twarzy zmarłych. Widocznie tak wyglądały zwyczaje funeralne na terenie Niemiec. To były naprawdę zacne groby, tym bardziej naiwni wojacy spodziewali się w nich skarbów. Znając jednak mądrość Niemców, którzy na wieczny spoczynek członków rodzin nie stroili ich w złote obrączki i wisiory, moi chłopcy mocno się zawiedli. Starali się trumny otwierać delikatnie bowiem każde lekkie uderzenie łopatą powodowało że ciała zamieniały się w przysłowiowy proch. Ale jak to bywa przy takich okazjach zawsze może się coś zdarzyć. Otóż jeden z moich chłopców (Ślązak), obejrzawszy dokładnie  znalezisko, zauważył iż wiekowy nieboszczyk ma położoną głowę na puchowej haftowanej poduszce. Wpadł na pomysł by ją zabrać do sali żołnierskiej dla podmiany z poduszką wypełnioną słomą, bo na takich właśnie spali żołnierze.  Zrobił to tak dyskretnie że ja tego nie zauważyłem i pewnie ani ja ani inny przełożony tego by nie zauważył gdyby nie jego koledzy, którzy nagłośnili problem odmawiając jego towarzystwa na sali żołnierskiej. Zrobił się raban, którego echo odbiło się o dowódcę pułku. Natychmiast wezwana została jednostka sanepidu, zaś jego łóżko po odkażeniu uzbrojono w nowy słomiany siennik i takową poduszkę, tudzież w nową pościel., zaś żołnierz- archeolog został skierowany do łaźni. Takich poduszek grobowych było dużo więcej, ale po incydencie nikt już nie dotykał tego typu znalezisk, ale przypominam sobie jeden z grobów w którym spoczywali dwaj zasłużeni dla Rzeszy obywatele. Jeden to wysoki oficer armii pruskiej. Na piersi masa baretek po orderach i medalach, zaś jego współtowarzysz cmentarny to zakonnik lub biskup ewangelicki  w stroju  duchownego w sznurach, również z baretkami. Truposz wojskowy mimo lat zalegania grobowego zachował ładne wąsy a la Bismarck. Dlaczego o tym piszę?, z prostego okazjonalnego powodu. Otóż kilka dni temu w TVN albo Polsacie pokazali nam szczeciński park, gdzie spacerowicze zapadli się pod ziemię. Wpadli prosto na metalowe trumny poniemieckie. Nie wiem czy w późniejszym czasie nie zdarzyły się przypadki  zapadnięcia się samochodu do grobowca na śremskim cmentarzu, chociaż jak pamiętam cmentarz został pokryty warstwą betonową. Przypuszczam, że dziś częściowo służy on mieszkańcom pobliskiego osiedla wojskowego jako skwer parkowy.
                                                        

                                                     Na tacierzyńskim.
Taki to temat, a właściwie temacik zamieszczam w dniach, kiedy nasz rząd pisowski lgnie w bagnie skandali i co nogę z tego bagna wyciągnie to bardziej ubabrana łajnem, który wcześniej wytworzyły  niewinne „aniołki” Ziobry i Kaczyńskiego. Smród rozszedł się po kraju i światowej prasie, zaś urzędnicy ministra sprawiedliwości, który już dawno nie panuje nad pogłowiem swych baranów, wciągnęli do współpracy wzorem Rosji dobrze opłacanych trolli, którzy obrzydzali życie wszystkim innym sędziom, nie zgadzającym się z pseudoreformą sądownictwa w Polsce. Po skandalu związanym z rejsami samolotami rządowymi marszałka Kuchcińskiego na działkę,  odpusty i na różne „rozrywki w agencjach”, skandal z trollowaniem opozycji, w tym pierwszej prezes Sądu Najwyższego, powinien być wystarczającym powodem odwołania ministra i prokuratora generalnego w jednej osobie Zbigniewa Ziobry, a może i wygrania wyborów parlamentarnych, by wykopać raz na zawsze PiS i Kościół od władzy.


Propozycja autorska;
Dziś zbliżam się do osiemdziesiątki i czuję się dość zmęczony, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już nie ta percepcja, już nie ta charyzma, tudzież rozedrganie umysłu. Od dwóch lat nosiłem się z zamiarem wydania zbioru postów w formie książki. Niestety, jako emeryta z dolnej półki nie stać mnie na podobny luksus.
Wpadłem zatem na pomysł odsprzedaży moich myśli. Jestem gotów do pozbycia się swoich praw autorskich osobie zainteresowanej treściami mojego bloga, wraz z domeną. Z kraju bądź z zagranicy, a ponieważ nie znam się na informatycznych i prawnych zakamarkach problemu związanego z podobnym zamiarem, spodziewam się,  że owe kłopoty weźmie na siebie ewentualny nabywca. Mój adres mailowytonizar67@wp.pl 



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

LECIAŁEM Z PIJANYM PILOTEM.





Był to październik lat sześćdziesiątych.  Październik, bo na polach trwały wykopki. Byłem żołnierzem zawodowym i wraz z moim plutonem zostaliśmy przebazowani eszelonem na ćwiczenia w rejon lasów mazurskich, w okolice Szczytna. Upłynęło  blisko 50 lat, więc miejsce ześrodkowania już nie podlega tajemnicy wojskowej, tym bardziej że mówię o wojsku peerelowskim, a więc tym gorszym, komunistycznym, jak powiadają  sprzedajne ćwoki pisowskie, które mimo miernoty umysłowej pokończyli wtedy studia. Kiedy to było w przybliżeniu?. Być może wtedy, gdy Jarosław Kaczyński pisał pracę magisterską, a może już doktorską na temat myśli wielkiego Lenina. A może wtedy, gdy Błaszczak wracał z Moskwy, gdzie jak pisze wolna i dociekliwa prasa, pobierał wiadome nauki. Tak czy owak rozlokowano nas w poniemieckich lasach. Ćwiczeniami dowodził szef DWL z Poznania, nazwiska  generała już nie pomnę. Ćwiczenia miały za zadanie sprawdzian dowodzenia w warunkach terenowych usłanych jeziorami i lasami. Pamiętam, były duże kłopoty ze słyszalnością.  Zdecydowano się na retransmisję rozkazów poprzez instalację latającej radiostacji nad jeziorem. Operator zbierał meldunki od bazy, by przekazywać je do sztabu dowodzenia za pomocą stacji zamontowanej na śmigłowcach. Osobiście byłem takowym operatorem zmuszonym do latania aż do wyczerpania paliwa, by po wylądowaniu przesiadać się do innego śmigłowca gotowego do startu. To były małe helikoptery, bodajże  Mi2. W czasie wykonywania zadania „stały” one w powietrzu, nie odlatując, za wyjątkiem lądowania do tankowania. Pamiętam, że warz z zmiennikiem w powietrzu pracowaliśmy po kilkanaście godzin w ciągu doby, aż zbliżał się dzień końca ćwiczeń. 


                                    Też lubił sobie polatać za darmo.
 Kierowcy sprawdzali stan pojazdów, bo powrót do koszar miał się odbyć na kołach, tudzież radiostacji zamontowanych na samochodach ZIL, gdy okazało się że w jednym z pojazdów nawalił wał napędowy (korbowy?), nie znam się i nie pamiętam. Dowódca zgrupowania zdecydował, by po ten element poleciał śmigłowiec do bazy czyli do pułku w Śremie, ponieważ w okolicy nijak nie można było pozyskać tegoż elementu. Jako osobę do załatwienia sprawy w pułku wyznaczono mnie. We dwóch z pilotem wystartowaliśmy około godziny piętnastej, by pilot mógł powrócić przed północą. Poprzez radiotelefon zlecono magazynierowi przygotować tenże wał, by był gotowy do odbioru bez zbędnych postojów. Lecieliśmy z szybkością ok. 200 km na godzinę. Rozglądałem się po jesiennych lasach ubarwionych kolorem liści, oraz polach na którym mężczyźni i kobiety uwijali się za kopaczką ziemniaczaną. W pewnym momencie poczułem woń spirytusu, woń rozsiewaną skrzydłem śmigłowca poprzez uchylone okienko, albo po prostu szczeliny w kabinie. Z początku sądziłem ze to paliwo. Do czasu, gdy zauważyłem pod kokpitem, obok wolantu butelkę na pewno zakupioną gdzieś w Pewexie, bowiem sklepy polskie podobnym towarem nie dysponowały. Zanim ochłonąłem, pan major, pilot śmigłowca podniósł butelką i pociągnął z niej obfity łyk, po czym z drzwi śmigłowca wydobył fuzję, sprawdził załadowanie , a następnie zniżył się nad sam las, a właściwie dukty leśne. Na moje pytanie czemu to robi usłyszałem odpowiedz iż każdy pilot lubi sobie postrzelać do dzików, a z powietrza… to jest najlepsza frajda. Pytam, w jaki sposób zabierze zabite zwierzę?. Nie zabieram, ale sobie odnotowuję. Pewno gajowy się ucieszy, jeżeli zdąży przed wilkami, po czym ponownie sięgnął po butelkę. Przyznam, miałem dużego stracha, bo za chwilę obniżył  maszynę, by przelecieć nad głowami pracujących rolników. Konie zrywały się od maszyn, stawały dęba, a jego to bawiło, gdy chłopi wygrażali mu pięściami. Skierował rękę z butelką do mnie. Odmówiłem że takich wynalazków, pędzonych na myszach nie spożywam. Mógłbym się porzygać, a nie chcę zabrudzić  panu majorowi  pojazdu powietrznego. Skoro tak, to innych wynalazków nie mam, i dał mi spokój. Po wylądowaniu w  Inowrocławiu na tankowanie  i przekąskę zakomunikowałem mu że z powrotem nie lecę. Odmawiam, godząc się na każdą karę. Poleciał sam, meldując dowódcy zgrupowania, że się rozchorowałem na tyle, iż lekarz pułkowy zabronił mi latać. Tak było naprawdę, a ta moja przygoda związana z lotnictwem, obok oddanych dwu skoków ze spadochronem (w tym jeden z wieży) należy do najbardziej godnych opowieści przy  wódeczce. O innych napisałem na blogu onegdaj.



sobota, 17 sierpnia 2019

OKRUCHY SIĘ ROZSYPUJĄ


                                                         Proś, a będzie ci udostępnione.
Przepołowiony sierpień, mimo dobrej słonecznej pogody wskazuje, że zarówno letnie urlopy, jak i wakacje młodzieży szkolnej dobiegają końca. Choć powietrze poranne pachnie już jesienną wilgocią, jeszcze tysiące nastolatków z miejskich dzielnic goni za piłką po tuskowych boiskach zwanych na wyrost orlikami. Jeszcze inne tysiące pociech na koloniach bawi się w leśne podchody omijając dumne oddziały Macierewicza ochrzczone wojskami obrony terytorialnej. Tymczasem czas płynie zgodnie z zasadą panta rei, strasząc co bardziej wrażliwą dzieciarnię powrotem do szkół. Czekają na nich przeludnione klasy i chmurne z tego  powodu oblicza pedagogów. Będzie cyrk, na który główna winowajczyni, była minister oświaty , ulubienica Kaczyńskiego  Zalewska z uśmiechem pokazując nowy garnitur uzębienia spokojnym wzrokiem spogląda z Brukseli. Z Brukseli do której z tytułem europosłanki dostała się dzięki pogłowiu wyborców PiS. Pogłowiu, bo tak należy nazwać prosty, nic nie rozumiejący poza wiadomościami TVP i kazaniami parafialnymi lud boży.

                                    Nawet Schetyna nie ma takiej szufladki
Za moich szczenięcych lat zbliżający się koniec wakacji rysował na twarzy radość, bowiem czas dziesięciu szkolnych miesięcy uważałem za najbardziej radosny patrząc z punktu widzenia na trud prac obowiązkowo wykonywanych na gospodarstwie składającym się z 18 ha ziemi ornej, dość dużego sadu owocowego, inspekt oraz zwierząt hodowlanych i to od dziesiątego roku życia. By jeszcze raz uzmysłowić sobie owe trudy i znój, muszę zgarniać do kupki okruchy pamięci, które mocno rozsypują się po już zbyt ujeżdżonej drodze życia. Po prawdzie fragmentarycznie opisywałem owe trudy na przestrzeni lat na moim blogu, nigdy jednak nie zebrałem ich w całość, i tego nie mam zamiaru dokonywać, ponieważ mógłbym się mijać z prawdą. Zbyt dużo tych okruch i to coraz bardziej rozdrobnionych, a pamięć wraz ze słuchem i wzrokiem coraz uboższa. Uboższe jest po prostu zdrowie jako całość. Przywiązany więc będąc do numeru mieszkania, bez mała jak więzień do celi, zgarniam owe okruchy życia, chociażby dla uprzytomnienia, że kiedyś było się wiotkim i młodym w innych okolicznościach przyrody, jak zwykł mawiać nieodżałowany Janek Himilsbach. Nie mam zamiaru  rozsiewać skargi na własnych rodziców, bo w końcu sami w ten sposób spędzali swoje dzieciństwo. Tak mieli wszyscy, którzy urodzili się w gospodarkach wiejskich, tym bardziej że czasy oskarżeń o kułactwo przyświecały do początkowych lat sześćdziesiątych radosnego socjalizmu, dzisiaj z nieuzasadnionych powodów zwanych komunizmem. Mimo tego, jak pamiętam, przez wiele lat udawało się zatrudniać chłopaków z rodzin gardzących obowiązkiem szkolnictwa, choćby podstawowego. Zarobki w postaci zbóż i ziemniaków, a także gotówki zabierali ich ojcowie. Kto wie co się z nimi dzisiaj dzieje, być może już od lat nie żyją. Pamiętam częściowo ich twarze i tęskniące za rozumem spojrzenia. Nie dziwiłem się. Do szkoły przychodzili do czasu gdy nauczyli się liczyć i rozróżniać banknoty. Czyżby to było możliwe w komunizmie? Absolutnie. Nasz wesoły barak w zespole narodów socjalistycznych dał się odmalowywać na bardziej radośniejsze kolory niżeli baraki czeskie albo rumuńskie, węgierskie, enerdowskie, nie mówiąc już o albańskich. Ciekawe, że owe czasy lepiej i dokładniej rozkopuję w pamięci, niżeli lata późniejsze, gdy zakładałem rodzinę, pracowałem przez 45 lat w kilku przedsiębiorstwach na różnych stanowiskach, osiągając wiek emerytalny. W tym okresie zmieniały się rządy i zmieniały się nastroje ludu pracującego aż do całkowitego unicestwienia tak zwanej komuny rękami Gorbaczowa, Wałęsy i Regana.  Czy nam Polakom w związku z tym bardzo się polepszyło?. Nie wszystkim. Na pewno tym, którzy pracę traktują jako sposób na możliwość ubezpieczenia, natomiast żyją (i to dość dobrze) z państwowej jałmużny w postaci darów socjalnych, zwanych plusami, albo prezentami Kaczyńskiego. Ci dzisiaj nie muszą myśleć o przyszłości. Wystarczy jak płodzą dzieci, im więcej tym lepiej. Czas poświęcają modlitwie i wędrówkom częstochowskim, by tam w obecności dobrego prezesa, dobrych biskupów oraz całego rządu spijać miodzik płynący z ust kolorowej, podobnej do LGBT Panienki  Jasnogórskiej królowej na zawsze jak Putin wyrażanej językiem abp. Jędraszewskiego. Reszta musi pracować. Za dwa miesiące w Polsce odbędą się nowe wybory. Wiemy już kto wygra. Wiemy też że nic się nie zmieni, zatem po co te wybory?, a po to by świat podziwiał naszą kaczystowską demokrację słodzoną piątkami życzliwego prezesa i wprost nieograniczonymi kłamstwami premiera.
Ponoć to Chrystus prawdziwy. Dla wielu ładny. .
Jesień się zbliża. Ta klimatyczno kalendarzowa, ale też jesień polityczna. Jesteśmy coraz bliżej tajemniczego polexitu mimo zaprzeczeń naszych błaznów rządowych,  a że jeszcze jesteśmy oficjalnie w Unii, to tylko powstrzymują nas tam skomplikowane procedury, na jakie Unia natknęła się w związku  z brexitem. Tymczasem Polskę powstrzymują od wyjścia z koalicji brukselskiej  należne nam miliardy euro, oraz bajońskie jak na nasze warunki pensje europosłów. O, udało mi się zgarnąć na kupkę moje okruchy,  zaraz zapewne coś sobie przypomnę.

Propozycja autorska;
Dziś zbliżam się do osiemdziesiątki i czuję się dość zmęczony, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już nie ta percepcja, już nie ta charyzma, tudzież rozedrganie umysłu. Od dwóch lat nosiłem się z zamiarem wydania zbioru postów w formie książki. Niestety, jako emeryta z dolnej półki nie stać mnie na podobny luksus.
Wpadłem zatem na pomysł odsprzedaży moich myśli. Jestem gotów do pozbycia się swoich praw autorskich osobie zainteresowanej treściami mojego bloga, wraz z domeną. Z kraju bądź z zagranicy, a ponieważ nie znam się na informatycznych i prawnych zakamarkach problemu związanego z podobnym zamiarem, spodziewam się,  że owe kłopoty weźmie na siebie ewentualny nabywca. Mój adres mailowytonizar67@wp.pl 

wtorek, 13 sierpnia 2019

NIE ZAPOMINAJMY TEGO



                       
„Jeden z katolickich duchownych pozwolił ludziom schronić się w przykościelnej wieży, po czym zamknął ich na klucz i wezwał morderców ze spychaczami. „Sprzątnijcie te śmieci”, krzyczał i pozwolił na to, by zburzono wieżę, w której uwięził swoich parafian, nie katolików”. To Rwanda za Jana Pawła II. Nie, tu nie chodzi o  naszego abp Henryka Hosera, aczkolwiek on tam był i w jakiejś części jest współodpowiedzialny, choćby mentalnie, jako mąż Kościoła wspierającego zagładę części narodu zwanego Tutsi. Nie chodził z maczetą, raczej z krucyfiksem zawieszonym na szyi. Był niemym świadkiem. Opisał to nasz dziennikarz pan Wojciech Tochman. Zamordowano ponad półtora miliona istnień ludzkich. Mężczyzn, kobiet i dzieci. W imię Chrystusa i Jego Matki, królowej Polski, a może i Rwandy. Przykład zburzonej wraz z parafianami wieży wydaje się być jednostkowy, niestety podobnie postępowali Ukraińcy z Lachami (Polakami) na terenach wschodniej Polski. Pakowali ludność polską do kościołów, polewali naftą a następnie je podpalali. A my w Jedwabnem i kilku innych miejscowościach?, co zrobiliśmy ze współobywatelami pochodzenia żydowskiego?. Kto nas Polaków, Ukraińców oraz Hutu tego nauczył?. Kościół katolicki ma ponoć 2000 lat, był czas na nauki. Materiału szkoleniowego też nie brakowało, choćby rzeź Indian. Czyżby pan Hoser podpowiadał Hutu, jak najłatwiej i najtaniej robili to nasi wschodni sąsiedzi?. Nie posądzam go o to, ale wiemy, że gdy zaczęła się rzeź pan Hoser uciekł pod skrzydła Wojtyły do Watykanu, by tam powrócić po „wszystkim”. Hoser milczy, podobnie jak wszyscy księża złapani na pedofilii. Muszą przeczekać pod opieką pisowskiej władzy stanowiącej wraz z abp Jędraszewskim tzw. czarną zarazę. Patrząc na ten bezimienny cmentarz można tylko zapłakać nad rodzajem ludzkim, który wzajemnie się wyrzyna w imię religijnej nienawiści. Dzisiaj taka nienawiść jest rozsiewana w stosunku do LGBT, czyli każdej innej mniejszości, nie tylko seksualnej, ale też narodowościowej i właśnie religijnej. 



Najlepszym przykładem owej nienawiści stał się Białystok i Płock, miasta w których zorganizowano marsze równości. Nawet 10 letnie dzieci zostały wykorzystane przez narodowców do siania ordynarnych wyzwisk kierowanych do uczestników marszu. Zastanawiałem się, dlaczego Polska w swej historii tak wiele lat cierpiała pod zaborami i butem  innych najeźdźców. Otóż przyjrzyjmy się jakie jest naszej młodzieży chowanie. Ano takie, jakie ona pobiera nauki. Od Kościoła, od rodziców i z fałszowanej historii. A i sama władza daje marne przykłady, chociażby poprzez oddawaną cześć zbrodniarzom z Brygady Świętokrzyskiej. Naród to widzi i naśladuje. Gdy obserwuję relacje polityczne i światopoglądowe Polski z Unią Europejską, do której od dziesiątek lat tak tęskniliśmy, to  znajduję odpowiedź jak na talerzu. Nienawidzimy innych narodów oraz sąsiadów LGBT, bo tę nienawiść w polskim katolickim narodzie zasiał pospołu Kaczyński dobrze opłacając swoje bzdury różnymi plusami i jeszcze lepiej opłacanym Kościołem.
Foto: FB.
Propozycja autorska;
Dziś zbliżam się do osiemdziesiątki i czuję się dość zmęczony, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Już nie ta percepcja, już nie ta charyzma, tudzież rozedrganie umysłu. Od dwóch lat nosiłem się z zamiarem wydania zbioru postów w formie książki. Niestety, jako emeryta z dolnej półki nie stać mnie na podobny luksus.
Wpadłem zatem na pomysł odsprzedaży moich myśli. Jestem gotów do pozbycia się swoich praw autorskich osobie zainteresowanej treściami mojego bloga, wraz z domeną. Z kraju bądź z zagranicy, a ponieważ nie znam się na informatycznych i prawnych zakamarkach problemu związanego z podobnym zamiarem, spodziewam się,  że owe kłopoty weźmie na siebie ewentualny nabywca. Mój adres mailowytonizar67@wp.pl 


  

sobota, 10 sierpnia 2019

KWAS DEOKSYRYBONUKLEINOWY


Kwas deoksyrybonukleinowy, (DNA), a także kwas dezoksyrybonukleinowy (wyrazy ciężkostrawne pozwalające wspomóc odkrycia medyczne i prawne). Czy ktokolwiek z pośród zjadaczy chleba powszedniego, szczególnie zaś z pisowskiego poselstwa i jego wyborców rozumie cokolwiek z  tych bardzo nowatorskich, a odkrytych przed laty zapisów biologicznych, w gruncie rzeczy zapisów pozwalających m.in. na zapełnienie cel więziennych zbrodniarzami i innymi przestępcami na dużą skalę, można wątpić. A to przecie chodzi o nic innego jak popularne dzisiaj DNA, choć dla większości zaliczane są w poczet tzw. imponderabiliów. Nie, nikt  z pośród pożeraczy chleba tego nie zrozumie, i nie musi. I tu jest cały szkopuł, bo wydawało by się, że wszystko pozostałe jest znane, a jednak nie. Mnie najtrudniej zrozumieć poziom wiedzy wybrańców narodu. Przykładowo Elżbieta Witek, wybrana na marszałka Sejmu po kompromitacji Kuchcińskiego, gdy zalatał się z rodziną i kolegami samolotami rządowymi na odpusty i mistrzostwa wiejskie w badmintona, gdy traktował opozycję jak pogłowie bydła. Oświadczyła ona, (mowa o nowej marszałkini Sejmu), że wiedzę o Katyniu tudzież o układzie Ribbentrop-Mołotow czerpała z przedwojennych książek i gazet … a przecież to długoletnia nauczycielka i dyrektorka szkoły z okręgu wyborczego Beaty Szydło, a tam rodzą się same perły polityczne. No cóż, ta pani nie może cokolwiek wiedzieć o kwasach rybonukleinowych, bo w przedwojennych gazetach nie było nic ten temat, ale miała dość czasu by poczytać cokolwiek po wojnie, chociażby u fryzjera z garem na głowie. Taki mamy poziom życia w ojczyźnie jakie typy zasiadają w parlamencie. Pijusy walający się na korytarzach sejmowych chociażby Bogdan Pęk. Inni, zdrowo ograniczeni Jurgiel i Kogut, ps. Kibic, którego przed utratą immunitetu bronią koledzy. Tacy sami zresztą jak i oni. Kłamcy w oczy każdemu dziennikarzowi, to Kuchciński, z zawodu ogrodnik, za młodu ksywa „członek”, a także zwyczajny członek bandy włamującej się do aptek po środki odurzające. Po czterech latach wywalony ze stanowiska marszałka sejmu, mimo że ponoć „nie złamał prawa”, bo cóż to jest polatać samolotem rządowym o statusie HEAD, z żoną i kumplami z partii na odpusty za głupie cztery miliony złotych. „Asertywność” marszałka trwała by nadal gdyby nie imposybilizm owego HEAD. Inny kłamiący  w oczy społeczeństwu to Karczewski, także marszałek, ale senatu. Z zawodu lekarz dziecięcy. Nie daj Boże bym musiał go poprosić o pomoc mojemu dziecku. I oto taki jest skład ad personam władz Rzeczypospolitej, a przecież jeszcze nie wspomniałem o kłamcach naczelnych, prezydencie Dudzie, a jeszcze bardziej premierze Morawieckim, któremu w czasie kłamstw nawet powieka nie drgnie. 

Zastanawiam się, czy kłamstwa wypływające z ust naczelnych urzędników to cechy nabyte, czy też genetyczne. Jeżeli genetyczne to po kim?.Jak to po kim?. To zasady typowe wartościom chrześcijańskim, które to minister Szczerski chciał rozsiewać w Europie w ramach walki z LGBT. To takie prawdziwie polskie, katolickie, wręcz zbawienne,… chociaż wstydliwe, podobnie jak wycieranie nosa w rękaw togi sędziowskiej, albo sutanny.. I czy ich słowa wypływają z ust, czy jako wypierdy.

Obrazki: FB




wtorek, 6 sierpnia 2019

JAK DWIE KROPLE WODY



Zresztą popatrzcie: Z twarzy bije po oczach sama dobroć i darmowe miłosierdzie. Chrystus narodów, wróć: Chrystus narodu polskiego. Powtarzana po wielokroć telewizyjna wypowiedź  arcypasterza Jędraszewskiego który głosem toruńskiego dzwonu Tuba Dei, albo krzykiem gwałconej prostytutki na późnej emeryturze, zabrzmiały słowem tfu tfu zaraza (łac:plaga), jakże nieco funeralnie, w każdym razie cmentarnie. Ratuj się kto może, bowiem jak wiemy z najnowszej historii, zaraza słała do piachu miliony nieszczęsnych ludzi, często całe rodziny. Wiem jedno. Nikt na świecie od niepamiętnych czasów nie zaraził się „ideologią” LGBT. „Ideologią”, cokolwiek owe słowo znaczy, w sensie na plus albo na minus. Mówiąc językiem zrozumiałym dla telewidzów TVP info, nikt z heteryków w sposób cudowny nie przenicował się na  homo, ani żaden (żadna) osobnik stosujący się do zapisów polskiej  konstytucji gdzie stoi jak byk, iż małżeństwo to baba i chłop, nie zmieni swojej orientacji z homo na hetero mimo podobnych bzdetów głoszonych w partii PiS, w której to od osobników męskich szukających ciepła w ramionach podobnej płci aż się roi. Jeżeli abp Jędraszewski mówiąc o zarazie miał na myśli kapłańskich partnerów seksualnych z jedynie słusznej partii, to go rozumiem, ale się nie cieszę, bo ludzie ci żyją w hipokryzji, co z kolei utrudnia stanowienie dobrego prawa, nie mówiąc już o sprawiedliwości. 

Dzisiaj postawiłem na biurku przed laptopem obrazki Chrystusa i abp Jędraszewskiego i wiecie co?. Już po pół godzinie nie znajduję większych różnic. Faktycznie jak dwie krople wody. No może tylko te oczy i czarowny uśmiech biskupa, ale co tam. Na koniec pozwólcie mi szanowni Czytelnicy na osobistą refleksję: Nie ma w Polsce kogoś takiego jak liberalny biskup. Jeżeli jest liberalny, to nie może być biskupem. Amen.


piątek, 2 sierpnia 2019

POSŁANIEC ZŁYCH WIADOMOŚCI


W dawnych czasach posłańców złych wiadomości zabijano na miejscu. Dzisiaj uchodzi im to na sucho. Mam tu na myśli naszego współobywatela, posłańca chrystusowego, zarządcę kurii krakowskiej abp Marka Jędraszewskiego. Jest to częsty gość na łamach prasy nie tylko katolickiej, w mediach elektronicznych, a nawet na moim blogu. A zdarzyło się to w 75 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Tenże orator i kaznodzieja miast wygłosić garść wspomnień w których powinien unaocznić szczególnie młodemu pokoleniu Polaków hekatombę dramatu powstańczego, który pochłonął 200 tysięcy ofiar i zagładę  stolicy,  ogłosił nam, że dzisiaj, po tych właśnie 75 latach nie należy straszyć Polaków żadną zarazą o barwach czerwieni ani czerni. Nie grozi już nam zarówno komunizm ani faszyzm. Grozi nam natomiast zaraza wielokolorowa czyli tzw. zaraza tęczowa. Oczywiście paplał z myślą o LGBT. Po ichniemu ideologii LGBT. Filozofowie z bożej łaski,  Ponoć ta zaraza już  skosiła miliony istot ludzkich. Na szczęście do tej pory nikogo nie złożyła w grobie wzorem innych np. cholery albo hiszpanki. A swoją drogą szkoda, że głosiciele złych wiadomości  nie są ścinani, ba nawet są nagradzani poprzez oklaski tysięcy słuchaczy, szczególnie tych, których rozdziera tęsknota za 

rozumem. Nie będę przytaczał wszystkich wypaplanych słów zahaczających o głupotę przez abp Jędraszewskiego, bowiem latami plótł on je w Poznaniu, plótł on je w Łodzi, wreszcie plecie mieszkańcom miasta Krakowa. Krakowa, który zamieszkują stosunkowo najbardziej inteligentni i wykształceni ludzie w skali kraju. Krakowa, gdzie obok kilkudziesięciu wyższych uczelni z UJ na czele, co krok spotykamy teatry, muzea, wydawnictwa naukowe no i świadectwa pobytu samego Mikołaja Kopernika. Dzisiaj po wygłoszeniu bzdetów o zarazie tęczowej mogę (chociaż z ciężkim sercem) dopuszczać że autor tych słów daje wiarę w płaskość Ziemi i wałęsające się po Krakowie głodne smoki. I choćby Jędraszewski i jemu podobni, jak Kaja Godek, oraz praktycznie wszyscy przynależni Rydzykowi i Kaczyńskiemu zakrztusili się owymi mądrościami jak Bush precelkiem, nikomu włos z głowy nie spadnie, bo chroni ich parasol partyjno-kościelny. I tak im dopomóż Bóg i osobiście abp Jędraszewski, amen.
Foto: FB.
Kościół katolicki, przez dekady będący rajem dla pedofilów, jedyna na świecie organizacja, która ukrywa gwałcicieli nieletnich, powinien na kolanach błagać o przebaczenie ofiary molestowania, zamiast pouczać rodziców, komu mają powierzać wychowanie dziec

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...