wtorek, 10 listopada 2020

DEKADĄ DO PRZODU

 


                                           W takiej Polsce każdy jest godzien Orła Białego


No i patrzcie państwo, dalej jakoś żyję. Spodziewałem się onegdaj, że jeżeli dociągnę jakimś cudem do osiemdziesiątki, to tylko Bogu i naturze dziękować. A tu osiemdziesiątka mija jakby nigdy nic. Rozglądam się każdego ranka szukając śladów, czy przypadkiem nie zakradała się do mojej sypialni baba z kosą. Nie znajduję jednak najmniejszego. Zatem myślę sobie, że pozostały mi jeszcze pewne rezerwy na których kuśtykam, niestety już tylko z rozpędu nabranego przez ubiegłe lata. Lata dobre i lata złe. Lata piękne i bardzo brzydkie. Lata biedy i obfitości, zależy od okoliczności, jako to powiadają nasi następcy, którzy tak dywagowali: „Rok 2020, był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia”, a ponieważ mamy już rok 2030, przeto tylko możemy powspominać w jakimże burdelu przyszło żyć rodzicom i kto tym burdelem zawiadywał. Wielu z naszych następców nie zapamięta, że jeszcze dekadę temu krajem rządził niezbyt zdrowy fizycznie a i na umyśle niedopracowany przywódca zwany na wyrost prezesem. Powiadam, na wyrost a nie wzrost. Wydawał on polecenia narodowi (bo wszystko było narodowe) jak żyć i kiedy umierać,
 kiedy wchodzić na cmentarze komunalne, parafialne no i oczywiście narodowe. A trzeba wiedzieć że trup w  on czas ścielił się dość gęsto, o czym przypominały codzienne komunikaty pandemiczne. Dużo było dziwów. Najdziwniejsze w tym było to że polecił w ramach antykovidowych zamknąć obok lasów, kin i teatrów sklepy meblowe, a przecież wiadomo było że prawie każdy truposz potrzebuje żałobnej jesionki, czyli mebla.  Wiadomo również, iż zarówno szafa jednodrzwiowa jak i trumna w swej materii powstaje w stolarni, zaś każdy polski nieboszczyk oczekiwał wygody pośmiertnej, bowiem pandemia nie odpuszczała. Oj działo się wtedy, działo, mój panie. Był to rok paskudny, w żadnym razie nie podobny do lat poprzednich, kiedy to prezydent z bożej łaski mocno zacieśnił stosunki polsko-amerykańskie. Wręcz ożenił nas z jankesami wnosząc na ziemię ichniego prezydenta Trumpa duże wiano w postaci m.in. kontraktów wojskowych. Zobowiązał się też do zakupów od USA wszystkiego tego co im nie nadawało się do użytku, płacąc każdą cenę podyktowaną przez sprzedającego. Gorzej mój panie, że ukochany przez naszego prezydenta amerykański odpowiednik przegrał wybory, a ponieważ zwycięzca reprezentował partię liberalną i lewacką wypiął się na wypracowane dwustronne ustalenia z naszym krajem, mimo że to katolik cholera jasna. Dużo, bardzo dużo działo się w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Może nawet za dużo, bo nawet kler, dotychczas spokrewniony z partią rządzącą wyczuł pismo nosem, że prezes prowadzi ich w maliny. Rodzice masowo wypisywali swoje dzieci z lekcji religii, na msze niedzielne stawiało się zaledwie 25% polskich katolików, księża podczas kolędy odbijali się nosami od zamkniętych drzwi. Młodzi brali wyłącznie śluby cywilne, albo nie brali żadnych. Powiększały się hordy dzieci nieochrzczonych. Cmentarze katolickie przeszły w zarządzanie administracji gminnej. Nikogo nie dziwią, poza klerem spacerujące jednopłciowe pary trzymające się za paluszki. Podobnie zresztą jak w Irlandii, Holandii, Danii, Szwecji albo Francji. Wreszcie prawdziwa tolerancyjna, liberalna demokracja. Problem jeno w tym, co zrobić z powstałymi za rządów prezesa bandziorami neonazistowskimi. Państwa nie stać było na  przesiedlenie ich gdziekolwiek, a ponieważ mieliśmy zadarte koty z Rosją, która akurat  jako jedyna dysponowała obszernym areałem syberyjskim, było źle. Ale, ale, dzień po wyborach amerykańskich wybuchła w polskim Kościele jeszcze jedna bomba. Z kardynałem Dziwiszem, sekretarzem osobistym świętego Wojtyły w tle. Wybuchając spowodowała więcej smrodu niżeli rozprute trzewia grubego zdechłego tydzień wcześniej dzika. Grubego, tak mi się skojarzyło z kardynałem Dziwiszem, bo smród w przypadku obu istot byłby jednaki. Tę uwielbianą przez polską katolicką gawiedź, i jednocześnie znienawidzoną przez hierarchię za granicą postać, dzięki TVN24 obnażył dziennikarz programu Czarno na Białym. Zionął smród, który pobudził moją wyobraźnię w kwestii owego dzika. Okazało się, (o czym jako człek w miarę oczytany wiedziałem od wielu lat) że Stachu Dziwisz (pozwólcie że nie ustroję go w tytuł kardynała) to świnia. hodowlana, czy też dzika. Po prostu zakłamana, obrzydliwa świnia chełpiąca się latami przyjaźni z Karolem Wojtyłą. Złodziej, który majątek zbił na umożliwianiu m.in. kontaktów z papieżem za kwotę 5.000 dolarów, o czym opowiadali świadkowie, oraz na ukrywaniu pedofilów (w randze biskupów i kardynałów) przed wymiarem sprawiedliwości, a także handlu krwią JPII. Tylko kontakty z księdzem Macielem, szefem Legionów Chrystusa (to pedofil gwałcący nawet własne dzieci) przysporzyły mu setki tysięcy dolarów z łapówek). Jedna świnia zwąchała się z inną świnią. Ta audycja po raz pierwszy pokazała polskiemu narodowi oraz światu degrengoladę Kościoła katolickiego począwszy od przysłowiowej parafii na Podhalu, gdzie świnka się urodziła, aż po otchłań zła w Watykanie. Pytanie tylko, ilu polskich katolików zechciało z własnej woli obejrzeć ten program, jako że wśród polskiego ludu bożego panuje przekonanie iż każda krytyka księdza, a tym bardziej biskupa jest wierutnym kłamstwem. Nie mam pańskiego płaszcza, no i co mi pan zrobisz?.
                            "Strateg" Macierewicza z pedofilami.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

TRUDNO DAĆ WIARĘ WIEWIÓRKOM

                                                                                   Jesienne wiewiórki rozpowiadają, a i prasa przebąkuje, że...