środa, 31 sierpnia 2011

A CO, NIE PISAŁEM O TYM?





Ruszyli. Jak charty spuszczone ze smyczy. Wszyscy, niezależnie od pozycji na listach wyborczych. Wystartowali, każdy z nich po co najmniej półtora miliona złotych, bo tyle zarobi poseł i senator w VII kadencji, chyba, że któryś z nich zostanie ministrem, lub vice ewentualnie zahaczy się do komisji śledczej, których ostatnio bez liku, wtedy jego dorobek finansowy się podwoi, a nawet może i potroi. Obserwujemy ten start poprzez media, które mają akurat darmowe lub przynajmniej mało kosztowne audycje. Jak już pisałem, żaden z naszych obywateli, których propaganda napędza, a może tylko grzecznie„zaprasza” do urn, nie głosuje na swojego przedstawiciela, który by w parlamencie upominał się o jego dobro .Większość znajdujących się na listach, to spadochroniarze jak za czasów PRL. Wtedy mówiło się, że władza jest przenoszona workami. Okazuje się, że nic się nie zmieniło. Najważniejszy jest kesz, czyli many many. No, bo co ma do Kielc taka Kempa, obywatelka Dolnego Śląska, albo ziomek Żyrardowa Leszek Miller do Gdańska. Takich spadochroniarzy jest zatrzęsienie na wszystkich listach. Nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo pomyślą, że robię im koło pióra. Pisałem niedawno, że obdarzony w wystarczającej liczbie głosami kandydat z chwilą gdy uzyska mandat poselski staje się „własnością” szefa partii jako ta kolejna szabelka do głosowania, a jego obietnice o ewentualnym reprezentowaniu wyborców, szybciej obumierają niżeli plemniki po stosunku. Jeden z czytelników „Przeglądu” w tej materii pisze: Po wojnie obywatele mieli ograniczone prawa wyborcze. Zarówno te bierne jak i czynne i tak zostało po transformacji. To nie obywatele w swoich okręgach wyborczych proponują kandydatów na posłów. Robią to towarzysze w warszawskich centralach partyjnych. Czy można to nazwać biernym prawem wyborczym?. Czynne prawa wyborcze towarzysze też ograniczyli. Do Sejmu wybieramy w okręgach od kilku do kilkunastu posłów. Wyborca może wskazać tylko jednego z nich, a przez to jednoznacznie jego całą bandę” .Dla wielu z nas jest to uwłaczające, a też często zniechęcające do tego kulawego aktu obywatelskiej powinności zwanego wyborami, o którym pełne gęby mają właśnie szczególnie ci, którzy chcieliby bisować po raz enty w ławach poselskich za pieniądze nie do wyobrażenia dla większości polskich rodzin.
A tak naprawdę to jakaż to dla większości obywateli RP pociecha z kolejnego już pomrocznego Sejmu. Z góry wiadomo, że ze względu na wartości chrześcijańskie, jakie wyznaje i wyznawać będzie większość poselsko-senatorska, nie należy się spodziewać np. nowych ustaw dotyczących kwestii dopuszczalności aborcji, uznania związków partnerskich, wycofania religii ze szkół, lub chociażby rzeczywistego nauczania etyki, oraz przedmiotu który chociaż częściowo by zapobiegał zachodzeniu uczennic w ciążę. Chodzi oczywiście o prawdziwe wychowanie seksualne. Nie spodziewam się też podpisania przez nasz rząd dokumentu europejskiego w sprawie praw obywateli, bo przecież niezależnie od partii, wszyscy posłowie i senatorowie zanim cokolwiek uchwalą, pierwej zapytają biskupa, a nawet proboszcza, czy im wolno to zrobić. Nadal więc 200 tysięcy Polek skrobać się będzie w Czechach, na Ukrainie i na Wyspach brytyjskich, a rząd polski z dumą będzie głosić, że w naszym kraju, zgodnie z prawem dokonano w roku zaledwie 200 aborcji. Z umiarkowaną satysfakcją zauważyłem ,że wielu już zasiedziałych posłów, w wyniku przynależności do UE mocno zmienia swoje poglądy, szczególnie w kwestii religii, ale czy to wystarczy?, wątpię. Pozytywnym przykładem jest zmiana postawy posła Stefana Niesiołowskiego, którego jeszcze do niedawna zaliczałem do absolutnych dewotów. Tymczasem napisany przez niego artykuł w GW pt. „Depozytariusze jednej prawdy”, traktujący o „prawdach” głoszonych przez kaczopodobnych i samego guru, a także wielu biskupów oraz księży, do których autor raz na zawsze stracił szacunek dowodzi tegoż. Profesor ostrzega, że w przypadku degrengolady moralnej szerzonej przez Kościół, jest możliwa powtórka z Rewolucji Francuskiej, którą zresztą nazywa po imieniu rewolucją zbrodniczą. Tak czy owak, strach pomyśleć, tym bardziej, iż jak powiada, Kaczyński będzie jeszcze wiele lat zatruwał polską atmosferę swoimi „prawdami”. A skoro już mowa o głoszeniu prawd, to absolutnie zgadzam się z panią profesor Magdą Środą, że większość prawd głoszonych ustami kaczej bandy, a także m..in. innej pani profesor, krwistoustej Jadwigi Staniszkis, zawiera się w trzecim sektorze podziału prawd, głoszonych przez księdza Tischnera , czyli prawdy równoważącej gówno. Jako ten, który spośród całej machiny kościelnej jeno szanował i szanuje, postawę księdza Jana Ziei oraz filozofię księdza z Podhala, zgadzam się z tymi słowy absolutnie.




Uśmiechnij się:




Errata do Kamasutry: Osoba z katarem zawsze powinna być na dole.

sobota, 27 sierpnia 2011

VII KADENCJA W III POMROCZNEJ



Artykuł 95 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej mówi że, kandydatem na posła może być każdy kto ukończy 21 rok życia i reprezentuje jakoweś tam wartości. Zapewne w podświadomości decydentów chodzi o wartości chrześcijańskie. Milczy natomiast o wykształceniu, morale, o tym, dlaczego akurat on, a nie ktoś inny powinien zasiadać w ławach instytucji zwącej się najwyższą władzą ustawodawczą. No i właśnie taki nam się szykuje skład parlamentarny na siódmą kadencję. Bo popatrzcie tylko panie i panowie:.
Jeżeli rzeczywiście do Sejmu by trafili młodzieńcy w wieku lat 21, których rodzice nazywają jeszcze dziećmi (mimo posiadania dowodu osobistego), to właściwie jakież oni mają pojęcie w sensie powinności i zabiegania o dobro państwa. Tym bardziej w przypadku ( a zdarza się) że ich wykształcenie zamyka się zawodówką bądź amnestionowaną maturą Giertycha. Tacy kandydaci na posłów zwykle wykształcenie polityczne nabywali roznosząc ulotki i plakaty wyborcze przy komitetach i biurach poselskich. Przykładowo z Krakowa kandyduje z partii Napieralskiego młodzieniec, który po krytycznym reportażu prasowym zdjął ze swoich członków ciała kolczyki i inne punkowe metale. Tymczasem akurat w tym okręgu zabrakło miejsca dla bodajże najbardziej wartościowego kandydata, profesora Widackiego, zaś w innym dla Wandy Nowickiej i Biedronia. Skądinąd wiem, że w kończącej się kadencji w Sejmie zasiadało dwóch posłów po podstawówkach i pięciu absolwentów zasadniczych szkół zawodowych. Oni akurat są mało znani społeczeństwu, ponieważ mają urzędowy zakaz zabierania głosu dla uniknięcia kompromitacji poselskiej. Ich obecność to ciało armatnie partii do której należą, a raczej szabelka do głosowania, bo przecież w żadnym wypadku nie reprezentują oni wyborców z swoich regionów. Z chwilą wyboru stają się „własnością” szefa partii.
Myślę, że w VII kadencji akurat nie spotkamy już niedouków, natomiast ławy zapełnią się ludźmi bezwartościowymi dla potrzeb sejmowej poselskiej pracy zwanej fachowo pracą merytoryczną. Połowę ław zapełni młodzież w nagrodę za pracę pt.„przynieś podaj, pozamiataj”wykonywaną gdzieś tam w okręgach i biurach poselskich. Inną część stanowić będą wdowy i wdowcy po ofiarach katastrofy smoleńskiej z przewagą wdów. Oni akurat zasiądą w sektorze ław Prawa i Sprawiedliwości, ponieważ „krzywdy smoleńskie” dotknęły najbardziej przedstawicieli schedy Kaczyńskiego. Kobiety-wdowy, mają ułatwioną przepustkę na Wiejską nie tylko ze względu na ciągłą, niekończącą się rozpacz, mimo milionowych odszkodowań, tablic i pomników, ale w jakiś tam sposób wypełniają zasady parytetowe. O ich wykształceniu politologicznym lepiej zamilczmy, bo akurat nie o to chodzi cwaniactwu braci poselskiej. Trzeba żyć na poziomie arystokratycznego towarzystwa warszawki, a nie klepać biedę jak rodzina sołecka w Pcimiu Dolnym. A skoro dają trzeba brać. A dają ci, którzy do tej pory szerzą w kraju i na świecie kłamstwa smoleńskie, jak Kaczyński, Macierewicz, Fotyga, Czarnecki i cała ta zgraja z PIS, tumaniąc przyszłych wyborców z kręgu Radia Maryja, że tylko kacze rządy załatwią im dobrobyt ziemski a może i wieczne zbawienie. Część ław poselskich będzie niestety dalej zajęte przez m. in. wymienione postaci nie z mojej bajki i nic w tej materii nie można zrobić. Inną część z kolei wypełnią celebryci, których sobie podobierali przywódcy partii. Kaczyński posadzi koło siebie młodą dziewuszkę, niejaką Sylwię Ługowską odsuwając chyba już na zawsze dotychczasową wielbicielkę jego urody Szczypińską. Panią Jolantę podobno umieścił na liście wyborczej pod straceńczym numerem, podobnie zresztą jak Sobecką. Na zatracenie też idzie inna wielbicielka kaczego koryta o nazwisku Jakubiak, oczywiście przez swoją zarozumiałość, bowiem mogła po raz drugi uklęknąć przed Jarosławem i ucałować stopy. Jej koleżanka potrafiła wymknąć się do partii o dobrych notowaniach . Wśród celebrytów widzimy już leciwą Katarzynę Łaniewską, która hartując swoją postawę długoletnią przynależnością do PZPR, po latach przejrzała na oczy poparła jedynie słuszną partię PIS, pierwej myjąc gary na plebanii, (przynajmniej w serialu TV). Inni jajcarscy kandydaci do mandatów poselskich to prawdziwi dziś ramole z dawnych aren sportowych, Władysław Kozakiewicz i mówiący szybciej od własnych myśli Jasiu Tomaszewski, dyżurny komentator polskiej piłki nożnej, czyli inaczej mówiąc skoczek z Moskwy i bramkarz z Wembley. Obaj kandydują chyba wyłącznie dla podtrzymania własnych popularności, bo ich merytoryczna wartość poselska jest żadna. Gdzieś tam cichutko w kącie sali parlamentarną kadencję kończy Tadeusz Ross, popularny przed laty Zulu Gula. Tego artystę zastąpi inny staruszek scen polskich Stanisław Mikulski, znany jako Hans Kloss. A nie lepiej by to było im popilnować wnuki przy piaskownicy?. W gruncie rzeczy mądrość i ogólny zasób wiedzy panów Kazakiewicza i Tomaszewskiego ogranicza się do wygłaszania pierduł spod magla. Niby na temat sportu, ale jakby tego najniższego już lotu. Ich czas się skończył i nie wróci więcej, jaka mówi piosenka.
Moim zdaniem, do pełnienia obowiązków na szczeblu poselskim należy dorastać powoli ale z samozaparciem.. Fakt, od czegoś trzeba zacząć, chociażby dojenia krów ( patrz foto), lub od roznoszenia owych ulotek i afiszy, ale obok tego należy się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Najpierw na szczeblu gminnym poprzez kolejne szczeble administracyjne. Chociaż zdarzało się, że wcale nie najgorszym posłem, a nawet europosłem został niegdysiejszy sołtys Kalinowski, a inny kierownik kołchozu nawet dozgonnym prezydentem sąsiedniego państwa. U nas prezydentem został natomiast bardzo prosty elektryk, który znał na pewno prawo Ohma, ale prawa Kirchhoffa to już niekoniecznie. Tyle że, Wałęsa to postać noblowska, zahartowana w boju o lepsze jutro nas wszystkich. Co prawda treści głoszonych haseł były i pozostały dotychczas w sferze bajek, ale fakt faktem, że mimo, że nie chciał to jednak musiał zasiąść w Pałacu Namiestnikowskim. Oczywiście wcześniej nie wypuszczając śrubokręta z rąk uczył się w gminnym ośrodku rolniczym a następnie w stoczni im. samego Lenina. Ostatnie nauki już pobierał z rąk Geremka, Falandysza, Wachowskiego, obu Kaczyńskich (dopóki ich nie wypieprzył z hukiem), oraz wielu innych pod bacznym okiem Michnika i Kuronia Był pojętny to i jakoś dobrnął do końca swojej kadencji, a że ocena jego prezydentury jest stosunkowo niska, to cóż począć?. Jego następca wszystko w tej materii naprawił. Obawiam się, że podobny pożytek jak z Wałęsy będzie z co najmniej połowy posłów VII kadencji. A tam do diabła, najwyżej odbędą się przyśpieszone wybory posłów na ósmą kadencję. Stać nas. A do tandety w różnych dziedzinach życia już się przyzwyczailiśmy.


Uśmiechnij się:


Stwórca wysyła na ziemię anioła, żeby ten sprawdził, jakie panują tam nastroje. Anioł wraca i mówi:
-USA się zbroją, ale się boją. Rosjanie się zbroją, ale się nie boją.
-A jak tam mój naród wybrany nad Wisłą?
-Polacy ani się nie zbroją, ani się nie boją.
Stwórca krzywi grymaśnie twarz i mówi:
-Bo te dziady zawsze liczą na moja pomoc.

środa, 24 sierpnia 2011

KSIĄŻKA


Autorka w otoczeniu bohaterek wojennych.




Kilka dni temu przeczytałem książkę Swietłany Aliksijewicz, rosyjskiej współczesnej pisarki, właściwsze słowo: dokumentalistki, w odniesieniu akurat do tej książki. Książka została przetłumaczona na ponad 20 języków i wydana w nakładzie wielu milionów egzemplarzy. Nosi tytuł: „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, mimo że słowo wojna jest rodzaju żeńskiego. O tej książce rozpisuje się wiele redakcji literackich oraz prasa całego świata. Skoro przeczytałem jej zawartość, przeto coś mnie pcha do tego, by przynajmniej skomentować tę niecodzienną pozycję, o ile jest to w ogóle możliwe. Tak, przeczytałem z wielką uwagą i wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem zawartych w niej treści. Autorka, sześćdziesiąt lat po zakończeniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej potrafiła zebrać od setek pozostających przy życiu kobiet wspomnienia frontowe. Nie musiała wśród społeczeństwa zbytnio wyszukiwać uczestniczek tej straszliwej wojny. Nie musiała, ponieważ w chwili napaści Hitlera na sowiecką Rosję, na front poszły bodaj wszystkie młodziutkie dziewczyny, często wbrew logice wiekowej. By znaleźć się na froncie jako sanitariuszki, telefonistki, telegrafistki, strzelcy wyborowi, praczki i kucharki, z premedytacją często oszukiwały komendy uzupełnień co do swojego wieku. W miastach oraz zagrodach wiejskich (siołach) pozostawały jeno stare matki i niedołężni staruszkowie, bowiem wszyscy mężczyźni w pierwszym rzędzie z urzędu stawiali się na ten najbardziej krwawy w historii ludzkości front.
Książka powstała dopiero u progu XXI wieku, a to ze względu na fałszywy w ZSRR obraz kobiety frontowej, jako że w świadomości społeczeństwa rosyjskiego kobieta na wojnie mogła spełniać przede wszystkim rolę dziwki. Dziwki z urzędu wcielonej do armii dla wygody seksualnej mężczyzn. Dlatego przez dziesiątki lat po wojnie rzadko która z nich oficjalnie chwaliła się swoją żołnierskością, przechowując gdzieś w głębokich, tajemnych szufladach należne im medale i ordery. Zresztą władze radzieckie, źle patrzyły na te kobiety, które poprzez relacje i opisy swoich przeżyć pokazywały hekatombę i obraz bitew często okupionych setkami tysięcy hektolitrów niepotrzebnie przelanej krwi z powodu stalinizmu. Jak wiemy Stalin w latach trzydziestych, przed samą wojną w obawie przed konkurencją do swojego „tronu”, oraz puczem niezadowolonych wojskowych, wymordował tysiące zdolnych, wyszkolonych na różnych frontach żołnierzy zawodowych z wybitnym marszałkiem Tuchaczewskim na czele. Przeto na froncie dowodzili ludzie niewyszkoleni, nieobyci ze śmiercią, która akurat tym razem zbierała nieopisane żniwo, szczególnie w pierwszym roku wojny.


Dopiero teraz, gdy ten wielki kraj ogarnęła, chociaż prymitywna ale jednak, demokracja, stare już niestety kobiety, zanim naturalna śmierć je zabierze z padołu, postanowiły wyrzucić z siebie owe przerażające w swych relacjach obrazy frontowe z ich udziałem. Stało się to dzięki Swietłanie Aliksijewicz, pisarce nadzwyczaj potrafiącej umiejscowić te żale i łzy, które nigdy nie wysychają . Na zgłoszony w prasie komunikat zgłaszały się masowo. Masowo, bowiem mimo upływu czasu żyje jeszcze kilkadziesiąt tysięcy rosyjskich „żołnierek z gwiazdą” na furażerce. To, co jest treścią książki trudno opisać w kilku zdaniach, choćby z największą starannością i bardzo ostrym pazurem literackim, nie gubiąc się być może w najważniejszych wątkach. Książkę czyta się ze łzami w oczach, bo opowiadania szeregowych, sierżantów, starszyn i lejtnantów walczących w okrutnie trudnych dzisiaj do odtworzenia warunkach, ubranych w ciężkie zawszone waciaki, o walających się trupach kolegów i koleżanek, krzykach i kwileniach ciężko rannych, oraz radości z uratowanych spod ostrzału wroga i zrzucanych bomb towarzyszy broni. Tej książki nie da się odkładać na bok. Zbyt mocno wwierca się w mózg czytelnika świadomość żołnierza, tym bardziej kobiety głodnej i niewyspanej, żywionej w sytuacji okrążenia zupą z trawy oraz padłych zwierząt. Że taki los mógł doświadczyć w większości ochotniczki, niesłychane!. Powiadam, żaden czytelnik, w tym ja osobiście skromny bloger nie potrafi do końca oddać tego szarego, zbrukanego krwią obrazu z relacji wojennych rosyjskich kobiet. Kobiet o wielkim sercu i wspaniałej duszy. Kobiet, które słowo ojczyzna i patriotyzm wymawiały WIELKIMI LITERAMI.. Kobiet, które z wyjątkową serdecznością odnosiły się do innych nacji, czego dowodem były przypadki ratowania rannych żołnierzy wroga. Każdy z nas wie, że akurat tutaj wzajemności nie było. Hitlerowcy rozstrzeliwali swoich jeńców natychmiast, pierwej się nad nimi pastwiąc. Żołnierki rosyjskie w swych relacjach pokazują też fakty, które akurat nie przynosiły splendoru ich kolegom. Opisywały przypadki gwałtów na terenach wyzwolonych, oraz zadawanej śmierci bez uzasadnionej potrzeby. Opowieści składane do magnetofonu autorki książki, snute były w większości z ogromnym żalem do władz własnej ojczyzny, dla której pozostawały inwalidkami, lub oddawały za nią to co najcenniejsze, szczególnie w tak młodym wieku, czyli życie. Ustrój radziecki wyrządził im wiele zła, wiele paskudztwa i to w czasie gdy powróciwszy z wojny mogły by się cieszyć swoim bohaterskim młodym życiem. Tymczasem wiele z nich, szczególnie powracających z wyzwolonych obozów jenieckich trafiało do tiurmy i łagrów jako potencjalni zdrajcy ojczyzny .Taka była wola do niedawna jeszcze czczonego przez nich jak boga, Stalina.


Książka ta obnaża prawdziwą duszę słowiańską. Duszę przyjazną, ciepłą, gościnną. Słowem duszę matki, żony i kochanki. Dlatego nie dziwię się postawie ludzi rosyjskich w czasie katastrofy smoleńskiej. Oni część tego naszego narodowego bólu, jakby chcieli wziąć na swoje barki. Chcieli ulżyć braciom Słowianom znad Wisły w tym cierpieniu.
Uważam, że książkę tę powinni przeczytać wszyscy Polacy, a szczególnie zaś sympatycy Prawa i Sprawiedliwości. Wszyscy, którym wykrzywiony obraz człowieka rosyjskiego zamulił mózg nienawiścią. Aliści ciekawe, jak by treść tej książki odebrali tacy ludzie jak Kaczyński, Macierewicz, Fotyga, Brudziński, oraz wielu innych Polaków żyjących w kompletnym politycznym zaczadzeniu.

czwartek, 18 sierpnia 2011

GĘBĘ PRZYPRAWIAMY SOBIE SAMI

Zbiegowisko u ks. Natanka na Podhalu
Temat ten przy różnych okolicznościach „przyrody” poruszałem wielokrotnie. Poruszę go jeszcze raz, chociażby dlatego, że dzisiejsza GW pokazała nam, za autorstwem pana profesora Adama Suchońskiego obraz naszej pomrocznej Ojczyzny, jaki jawi się w podręcznikach do historii dla młodzieży pobierającej nauki w zachodniej Europie. Jako Polak zamieszkały od kilkudziesięciu lat tu nad Wisłą, w kraju Kopernika, Chopina, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego Szymborskiej, Wałęsy, wreszcie Wojtyły, którego losy wyniosły na najwyższy tron katolicki absolutnie protestuję!!!., bo oto, tymczasem 60 milionów młodych ludzi w Norwegi, Francji, Niemczech czy Holandii o Polsce wie tyle, że można tu spotkać na każdym kroku średniowiecze objawiające się tym, że, w polu miast maszyn używa się koni, a nawet krów pociągowych, że podstawowym narzędziem Polaka rolnika są widły, że Polak chodzi po zaśmieconych ulicach ze skrzywioną pijaną gębą, że między pracą a wypoczynkiem spędza czas na czytaniu książeczki do nabożeństwa, a gdy się obrobi z gospodarką wędruje na pielgrzymki do świętych dla niego miejsc czyli Częstochowy, Lichenia, Kalwarii Zebrzydowskiej, Św. Lipki i wielu innych miejscowości, co to trudno znaleźć nawet na satelitarnej mapie, a które Kościół katolicki nazwał sanktuariami. Pielgrzymki te mają przynieść mu szczęście rodzinne, zdrowie no i przede wszystkim zbawienie wieczne. Prezentują kraj usiany cudami objawiającymi się nie tylko na niemytych oknach, ale nawet w dziuplach parkowych, gdy tymczasem Węgry pokazane są na tle pięknego Budapesztu, zaś kraje postsowieckie nad Bałtykiem w świetle nowoczesnych wieżowców.
Fakt, jest dużo racji, by postrzegać Polskę wyłącznie poprzez folklor i zaścianek. Staraliśmy się i staramy nadal, by demonstrować swoje przywiązanie do nauki Kościoła. Czynimy to jako prości obywatele, ale też poprzez dyktat władz państwowych, które zwykle wybieramy pod nakazy episkopatu. W przypadku podanej informacji, że gdzieś tam na świecie jakowyś ekstremista katolicko-prawicowy, (vide Breiwik) dokona zbrodni w imię Chrystusa i nienawiści rasowej, znajdą się u nas natychmiast ludzie bliscy Terlikowskiemu, Rydzykowi, Natankowi i wielu innym, którzy wykręcą kota ogonem i w dostępnych dla nich środkach przekazu ogłoszą, że tylko człowiek o skrajnych przekonaniach lewicowych mógł zabić tyle osób z nienawiści. Przypomnę jeszcze raz słowa laureata Nobla, poety Dario Fo, który powiedział że: kto nie był za młodu lewicowcem, ten z zasady nie może być dobrym człowiekiem. Dla tych, którzy nic w życiu nie czytają, a zioną nienawiścią do lewicy przypomnę, że między lewicą a komunizmem jest taka różnica jak gospodarką w Polsce i np. w Szwecji.
Tymczasem my nie potrafimy odwrócić obrazu Polski pokazywanej na Zachodzie na bardziej rzeczywisty. Biedny, po trosze zapyziały, ale jednak nieco inny. Ale też jak mamy to uczynić skoro od kilku dobrych lat, gdzieś tam w Europie co roku odbywają się kongresy historyczne, które mają na celu uaktualnienie historii w poszczególnych krajach, na których szeroką dyskusję w tym temacie podejmują ministrowie spraw zagranicznych, skoro dotychczas nasi przedstawiciele w tych spotkaniach nie uczestniczyli. Z jakich powodów, nie wiadomo. Być może by im publicznie nie wytykano zaściankowej dewocji, by nie wypominano im polskiego antysemityzmu i ksenofobii, by, by, by, ale mało tego. Każde takowe spotkanie europejskich historyków w obecności ministrów spraw zagranicznych owocuje wydaniem pozycji książkowej. W Polsce nawet tych książek nie przetłumaczono... na polecenie zlituj się Boże ministra edukacji Romana Giertycha, tego samego, którego rodzony ojciec-profesor głosił na forum UE, że krakowski smok wawelski to postać historyczna. A tymczasem na tych zjazdach poszczególni uczestnicy bronią dokonań swoich krajów,, które są później zapisane w podręcznikach historii. Włosi szeroko eksponują tezę, że ich kultura jest esencją kultury europejskiej, Francuzi przyjęli doktrynę, że wszystko co najważniejsze w dziejach Europy znalazło odbicie w dziejach Francji, Niemcy konsekwentnie twierdzą, że podstawą gospodarki europejskiej, jest gospodarka niemiecka. A my poprzez swoją zaściankowość postrzegani jesteśmy i jeszcze długo będziemy jako kraj, po którym nocami przedzierają się do miasteczek niedźwiedzie, jako kraj snobów i wszelakich klęsk wojenno-powstańczych, jako kraj w którym obchodzimy jedynie rocznice owych porażek i upokorzeń zadanych z rąk naszych odwiecznych wrogów. W Brukseli nasi europosłowie dokonują smutnych prezentacji, które to w efekcie mają nas Polaków umieścić w panteonie walczących o dobro świata. Pokazują oni tam krwawe obrazy z Katynia, Smoleńska oraz rozbebeszone wyskrobki aborcyjne. Tym się chlubimy. To jest naszym „orłem w koronie”.A dziwimy się, że tu i ówdzie w temacie holocaustu, nazistowski obóz w Oświęcimiu świat nazywa polskim obozem zagłady. Tak stoi jeszcze w wielu książkach do historii nawet w Europie i USA, nie mówiąc o krajach trzeciego świata, mimo oczywistych naszych oficjalnych protestów. Europa nie przeprawi nam gęby na twarz, jeżeli sami nie zadbamy o należyty make up.


Ciężko będzie nam znaleźć ozdrowieńczy środek, skoro IPN publikuje książki w których możemy przeczytać, że w powojennych zniewoleniu Polski nie można się doszukać żadnych pozytywów. A czy nie jest chociażby pozytywem to, że pan autor (dzisiaj układny prawicowy pracownik IPN) skończył szkołę i uczelnię w PRL, miast paść krowy u dziedzica lub księdza?. Nie jest to pozytywem?.A konkursy Chopinowskie, a filmy Wajdy i różne międzynarodowe konferencje naukowe i polityczne organizowane tu nad Wisłą to co?. Tylko nieuk i prawicowy wróg naszej prawdziwej historii może twierdzić inaczej. Nawiasem mówiąc, owe wypociny IPN w 40 tysiącach egzemplarzy rozesłano do szkół. Zatem czemu się dziwić treściom na temat Polski zawartym w podręcznikach na Zachodzie, skoro profanujemy sami własne narodowe dokonania. To prawdziwa aberracja, po prostu nienormalność.

Uśmiechnij się:

Córka w czasie rozmowy telefonicznej skarży się na swoje małżeństwo:
-Mamo, ja już dalej tak nie mogę!
-A co się stało?
-Jak wychodziłam za mąż miałam dziurkę jak 50 groszy, a teraz mam jak 5 złotych..
Po namyśle matka jej odpowiada;
-Córeczko, jak wiem to mąż cię kocha, macie piękny dom i nowy samochód.
-No tak.
-A czy twój mąż zabiera cię na atrakcyjne wycieczki i kupuje ci prezenty?
-No tak.
-No to córeczko. I ty się chcesz kłócić o te 4,50?

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

SZWEJKPARADA





Tak można by określić tę niebywałą, jak na kraj w środku Europy eskapadę, jaką od wielu już lat z początkiem sierpnia organizuje wojakom ich kierownictwo, a w zasadzie szef ordynariatu Wojska Polskiego współrządzący z ministrem ON naszym zbrojnym orężem. Przemarsze owe na trasie z Rembertowa (Warszawy) do Częstochowy nazwałem szwejkparadą, ale właściwsza byłaby nazwa „szwancparadą”, jako że kojarzy się nie tylko z włóczęgostwem bohatera Jarosława Haszki, ale też z prowincjonalnym odpustem. Nie zmienię zdania w tym względzie, szczególnie gdy popatrzyłem na zdjęcia opublikowane w Faktach i mitach, jakie zamieścili reporterzy. A widać na nich rozmemłanych naszych „szwejków”, bez pasów i często bez czapek, zamiast których na głowach mają kapelusiki babci Lodzi. Całą tę „partyzancką paradę” prowadzą, a jakże umundurowani księża kapelani z różnych jednostek, którzy są dozbrojeni przewieszoną prze szyję stułą. Normalni Polacy, a i wielu obserwatorów z zagranicy z politowaniem patrzą na tę dziwna jak na kraj Unii Europejskiej wyprawę i zastanawiają się: do czego właściwie służy nasze już zawodowe Wojsko Polskie. Właściwie to nie wiadomo, bo ta garstka wojaków aktualnie przebywająca w Afganistanie, to, jak nam propaganda powiada niby walczy z terroryzmem. Tymczasem czytam różne reportaże wyprawiających się tam dziennikarzy, którzy piszą, iż prawie prawdziwa walka polskiego żołnierza polega na zabezpieczeniu ich bazy. Właśnie podstawowym i naczelnym zadaniem jest obrona ich stanowiska pobytu. Jeszcze większy strach każdego z nich dotyka, gdy trzeba się wyprawić w teren, gdzie mogą się spotkać z talibami. Dlatego najczęściej wyprawy takie mają miejsce w towarzystwie żołnierzy amerykańskich, lepiej uzbrojonych i wyposażonych w niezbędne materiały, pojazdy i lotnictwo śmigłowe. Nie może być bowiem inaczej, skoro naszą już mniej niż 100 tysięczną armię stać jeno na demonstrację siły na szwancparadach w drodze do Częstochowy lub Lednicy. Wojsko nasze uczestniczy we wszelkiego rodzaju okolicznościowych imprezach kościelnych, oraz zabezpiecza często procesje i msze. Nie ma czasu na szkolenia i ćwiczenia mające na celu prawdziwe przygotowanie żołnierza do zachowań na współczesnym polu walki. Prawdziwy stan naszego wojska został obnażony poprzez raport Millera, sporządzony na okoliczność katastrofy smoleńskiej. Jak wiemy nie tylko skasowano rozłożony na łopatki pod względem dyscypliny wojskowej i wyszkolenia specjalny pułk lotnictwa transportowego, ale też zwolniono, a raczej usunięto ze stanowisk, a często i z wojska kilku generałów, chełpiących się jeno tym najwyższym dostojeństwem wyrażonym wężykami na pagonach, oraz dobrą pensją. Natychmiast zresztą mianowano na stopnie generalskie kilkunastu następnych pułkowników, czy takich co na takie awanse zasługują?. Wiemy, a były to wcale nieodległe czasy, gdy generałami mianowano nawet oficerów młodszych, ba nawet podoficera bpa Głódzia, zwanego w armii flaszką, który po dziewięciu latach służby, wbrew przepisom Ustawy pobiera wysoką emeryturę wojskową. Otrzymał też nielegalną odprawę wysokości 250 tysięcy złotych. No cóż, w końcu na naczelnego kapelana w Wojsku Polskim wyznaczył go sam JPII. Mamy jeszcze wielu „wysoko umundurowanych”, mianowanych nie ze względu na ich umiejętności, a wyłącznie na wyznawane wartości chrześcijańskie. Podczas likwidacji WSI, Macierewicz nadawał stopnie oficerskie znajomym cywilom po trzytygodniowym szkoleniu. Dużo jeszcze takich „specjalistów”o wątpliwych zasługach dla Ojczyzny pałęta się po koszarach i w sztabach. Dojdzie do tego, jak w armii gen. Franco, że jeden generał będzie miał pod sobą nie więcej jak 100 żołnierzy. Co więc z nimi zrobić, bo przecież każdy z nich dostaje kilkadziesiąt tysięcy złotych pensji?.Niech zatem organizują pielgrzymki do Częstochowy. Mówi się, że w przypadku (teoretycznym oczywiście) konfliktu zbrojnego z Białorusią, w ciągu tygodnia nasza armia by doznała upokorzenia i klęski, a przecież Kaczyńscy gotowali się na wojnę z... Rosją.
Aż bodajże sześciu polskich generałów i kilkunastu pełnych pułkowników (czekających na wężyki) w jakiejś tam mierze brało udział w przygotowaniu i zabezpieczeniu logistycznym wyprawy pieszej tych ok. tysiąca żołnierzy polskich i kilkunastu z ościennych państw do Częstochowy. Pierwej, nie licząc się z kosztami dokonano ich „koncentracji” w Rembertowie. Tak, wyprawy pieszej, ale jednak innej w porównaniu do tej masy cywilnej. Masy już o wiele przerzedzonej w stosunku do lat ubiegłych, bo oto jeszcze kilka lat temu abp Nycz żegnał na wyprawę po łaski MB Częstochowskiej pielgrzymów warszawskich w liczbie 50 tysięcy. W tym roku już niestety , niespełna 11 tysięcy.
Od lat w polskim wojsku brak pieniędzy na szkolenia, ćwiczenia poligonowe, na amunicję i nowoczesny sprzęt, nie brakuje natomiast na zabezpieczanie imprez kościelnych. Podobnie jest w tym roku. Bo oto żołnierze (zawodowi) otrzymujący uposażenie (jak pracownicy w cywilu) udający się na pielgrzymkę otrzymali z naszego podatkowego budżetu nowe obuwie i inne asortymenty, a także całodzienne wyżywienie. Kolumna samochodów wojskowych ubogacała tę „krucjatę” w przydrożne kible oraz miejsca do spania. Widać potrafimy zadbać o swoje wojsko po amerykańsku.
Mamy nowego ministra ON. Nowego, a jakby starego, bowiem on dotychczas zastępował nieudacznika Klicha, który powinien być zdymisjonowany zaraz po katastrofie w Mirosławcu. No, ale skoro pan prezydent Kaczyński zachował przy swoim boku na stanowisku dowódcy wojsk powietrznych generała Błasika, głównego odpowiedzialnego za ową katastrofy, w której zginął kwiat polskiego lotnictwa wykształconego jeszcze w tych „gorszych politycznie” latach, to dlaczego premier miał wyrzucać na bruk Klicha, który to jako cywil odpowiada za wypadki tylko moralnie. Błasik wraz ze swoim dobroczyńcą zginął w następnej, jeszcze bardziej tragicznej w skutkach katastrofie, być może przyczyniając się do niej w sposób bezpośredni, bo zawsze tak jest, że nie reagowanie na tragiczne zdarzenia, rodzi zagrożenie na przyszłość w skali dużo większej. Tak się oto kręci ten nasz polski bajzelek.
O ile nie można panu premierowi zarzucić niedbałości o gospodarkę kraju, bo w porównaniu z równolegle przyjętymi do UE państwami (nie dotyczy dobrze urządzonych Czech) to tak naprawdę dajemy sobie radę. Chodzi wręcz o coś innego panie premierze. Rzecz w tym, że dopóki w sztabach wojska będą się szarogęsić biskupi i przez nich mianowani kapelani, dla których obrzędy religijne stawiane będą w zadaniach i programach szkoleniowych armii ponad te obowiązujące od czasów samego Chingis Chana, dopóty nie będziemy mieli żołnierzy tylko szwejków, a zamiast prawdziwych przemarszów wojska na ćwiczenia, będą szwancparady.



Uśmiechnij się:



Siedzi sobie Jasiek w bazie w Afganistanie i czyta list od dziewczyny z ojczystego kraju..
-Kochany Jaśku, niestety nie mogę już dłużej z tobą być, zdradziłam cię kilka razy, poza tym ta odległość, więc widzisz, że to nie ma sensu. Dlatego odeślij mi to zdjęcie, co ci dałam na pamiątkę.
Jasiek zafrasował się, a następnie pozbierał od chłopaków zdjęcia ich dziewczyn, z którymi spali i które gdziekolwiek zapoznali, włożył je wszystkie do jednej koperty i wraz z listem wysłał do adresatki:
-Kochana Aniu, nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądasz,wyświadcz mi tę przysługę i wybierz swoje zdjęcie, a resztę odeślij mi do bazy w Kabulu. Całuski-, Jasiek.
-

czwartek, 11 sierpnia 2011

KOMUCHY, KOMUCHY






Nie mogę zrozumieć, a mam jakieś tam dość wymierne IQ, dlaczego u nas w Najjaśniejszej Pomrocznej lewicę, czyli klub zwący się Sojuszem Lewicy Demokratycznej wraz z „przyległościami” generalnie nazywa się klubem komuszym. Mogę przypisać ten epitet (ewentualnie) powiedzmy Leszkowi Millerowi, Oleksemu, Czarzastemu, Cimoszewiczowi, Kwaśniewskiemu, no może kilku jeszcze innym niedobitkom historii, ale młodzież, która dzisiaj okupuje klub lewicy dumnie nosząc koszulki z napisem SLD, o komuniźmie ma podobne pojęcie jak o szczegółach bitwy Sobieskiego pod Wiedniem. Zresztą trudno dzisiaj Millera czy też Kwaśniewskiego nazwać prawdziwymi komuchami, bo jako jedni z pierwszych ze składu ostatniego KC organizowali transmitowane przez TV spotkania ze studencką młodzieżą opozycyjną i Michnikiem. Wielu z owych byłych studentów dzisiaj pałęta się w klubach PO i PIS. Miller, co by nie mówić, najlepszy premier III RP, robił wszystko by słowo komuch, które przylgnęło do niego jak g**no do okrętu, raz na zawsze zmazać. A to złożył „gospodarską” wizytę księdzu Jankowskiemu, bodajże najbardziej zdziczałemu opozycjoniście, który swoje teorie wolnej prawicowej Polski głosił na obraz i podobieństwo dzisiejszych księży z Natankiem, Małkowskim i Rydzykiem na czele. Spotkanie było dla Jankowskiego bardzo owocne, jako że Miller pozwolił mu legalnie wypłukiwać na polskim wybrzeżu bursztyn na budowę ołtarza w kościele św. Brygidy. Sądził, że ten gest raz na zawsze wyłączy go z kręgu komuchów. Potrafił też być hojny dla całego Kościoła katolickiego, Dawał co tylko im dusza zapragnie. Dzisiaj mówi, że chciał duchowieństwo zjednać dla idei wejścia Polski do Unii Europejskiej. A po co to było?. Obecnie może tylko pluć sobie w brodę. Polski papież jednoznacznie popychał swoją ojczyznę w objęcia UE, a proboszczowie mimo to głosili veto, bowiem u nich tak właśnie jest. Słowa papieża nie zawsze są im wygodne. Papież mówi o skromności i ubóstwie, a oni rabują kraj ile tylko im się zamarzy. O czym którykolwiek biskup za przeproszeniem pierdnie, władza przynosi mu na tacy. Papież mówił o etyce i wstrzemięźliwości seksualnej, a oni molestują i gwałcą dzieci. Co piąty z nich ma na boku kobitkę, często mężatkę, zaś zrodzone dzieci z tych tajemnych związków utrzymywane są z pieniędzy parafian. Po co to zatem było panu Millerowi?. Jemu samemu trudno dzisiaj znaleźć logiczną odpowiedź. Z kolei Oleksy, a cóż to za komuch, pomimo że ostatnią jego posługą dla PRL była funkcja sekretarza partii w Białej Podlaskiej. Oleksy cały ten majdan przeszłości złożył na klęczkach przed ołtarzem Matki Boskiej w Częstochowie, co pokazały wszystkie stacje telewizyjne w kraju a nawet za granicą. Ten akt zawierzenia maryjnego powtarzany był nieustannie wraz z uszczypliwym komentarzem, iż Oleksy modlił się obłudnie i tylko na pokaz.. Skądinąd wiem, że Oleksy pobierał nauki również w seminarium duchownym. Co prawda to akurat nie czyni z niego świętoszka, bo Stalin też studiował na uczelniach seminaryjnych. Przepraszam pana, panie Józefie za porównanie,.to tylko mało trafne skojarzenie. Mimo to Oleksy, premier polskiego rządu III RP, marszałek Sejmu i człowiek wielu innych ważnych dla kraju funkcji, do dzisiaj dla prawicy pozostaje komuchem, chociaż w chwili dobrej woli Kaczyński nazwał go działaczem lewicy średniego pokolenia. Nie rozumiem tego i już nie potrafię zrozumieć nigdy, tym bardziej, że znam kilku prawdziwych komuchów, którzy dzisiaj wypełniają kluby PIS i PO. Ich akurat nikt nawet nie próbuje nazywać „po imieniu”, czyli komuchami. Okazuje się, że mimo jakiejś tam przeszłości wystarczy zmienić barwy na „słuszne”.
.
Nie spotkałem się z tym by rządy lewicowe na Zachodzie, a są one w większości, ktoś określił rządami komuchów. Cała Skandynawia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Dania, często Włochy, poobrastały w dobrobyt i bardzo wysoką kulturę współżycia społecznego. Bywa, że lewica tam rządzi od kilkudziesięciu lat i nikt jej nie nazwie rządami komuszymi. Gdy zaś zdarzy się przypadek, że w którymś z tych państw wybory wygra opozycja prawicowa, nasze środki przekazu umierają z zachwytu, a informację tę przekazują dziesiątki razy. Jest to obrzydliwe dla każdego Polaka, który zna Danię, Norwegię, Hiszpanię i inne nie wymienione tu kraje, bo akurat lubowanie się zwycięstwem wyborczym opozycji w tych państwach, niejako ma nas uspokoić, że w „byle jakiej” Polsce jest nam dość dobrze..Tam akurat nikt do tych wyników nie przywiązuje żadnej uwagi poza samymi zainteresowanymi objęciem stanowisk państwowych..
Do czego akurat zdążam w tym felietonie. Otóż my też mamy krzepką lewicę. Młodą, głoszącą wszem i wobec swoją nowoczesność, europejskość, otwartość na potrzeby człowieka. Ależ panie przewodniczący Napieralski. Bajki to Andersen, Brzechwa , Dorn i kilkunastu innych zdolnych zabawić dzieci i dorosłych. Pan opowiadasz fantasmagorie. Bo wciska pan ludziom swój niby program zrównania praw społecznych kobiet i mężczyzn, a jednocześnie spycha pan z listy wyborczej bodaj najbardziej zaangażowaną w walce o prawa kobiet panią Wandę Nowicką, oraz Roberta Biedronia. Mówi pan o parytetach, a jednocześnie wśród kandydatów do Sejmu na pańskich listach znalazły się zaledwie 4 kobiety i to niekoniecznie na korzystnych miejscach. Mnie i wielu innych śledzących polską politykę pan nie oszukasz. Nie wystarczy już częstować ludzi jabłkami i pokazywać się w telewizji z koszykiem w lesie, bo pańska lewica to w większości chłopcy z kolczykami w uszach. To chłopcy czekający na konfitury. Byłem, jestem i będę lewicowcem, ale niestety nie pańskim. Moje ideały to lewica, która rządzi na zachód od Odry. Która nie tylko zapowiada, ale i realizuje hasła humanizmu, takie jak problemy związane z in vitro, aborcją, związkami partnerskim, prawami kobiet i niepełnosprawnych oraz przyjazną człowiekowi służbą zdrowia. To właśnie Dania, Norwegia, Szwecja, Finlandia i jeszcze wiele innych prawdziwych członków UE. Pańska lewica to błazenada, dlatego by was jeszcze bardziej pognębić w tej topieli nazywają was komuchami. Oczywiście niesłusznie, bo co to z was za komuchy. Wielu z was nie potrafi wymienić wszystkich komunistycznych przywódców PRL, bo i skąd, skoro kształciliście się już na wydawnictwach IPN, chociażby dlatego by wzorem Oleksego i Millera przypodobać się prawicy. Nie warto, ponieważ, skoro nie potraficie urzeczywistnić głoszonych haseł i programu, oczywiście ku zadowoleniu Tuska i Kaczyńskiego, to nadal pozostaniecie komuchami. Co prawda, do tego epitetu już się przyzwyczailiście, ale wielu z was chciałoby wyjść z kręgu tej niemocy. Zrobili to na razie Arłukowicz i Rosati, a po wyborach, w których oczywiście wróżę wam klęskę, ( bo 10% to prawdziwa klęska) swoje orientacje polityczne mimo obowiązujących zasad partyjnych zmienią także inni. A wy przywódcy razem ze swoją pseudolewicą będziecie skończeni jak rolka papieru.




Uśmiechnij się:




Starsza kobieta zaczepia chłopaka w tramwaju.
-Ty to chyba jesteś Chińczykiem.
-No chyba pani żartuje.
-Eee, na pewno jesteś Chińczykiem.
-Nie, nie jestem Chińczykiem!
-A może twoja matka jest Chinką?
-Nie jest, a mój ojciec jest Polakiem.
-Mimo wszystko, ty chyba jesteś Chińczykiem.
-W porządku, mówi zniecierpliwiony chłopak, jestem Chińczykiem.
-No proszę!, a wcale na Chińczyka nie wyglądasz.

wtorek, 9 sierpnia 2011

WCIĄŻ NIE NACIŚNIĘTA


„Obwiesił” się, jak powiadali nasi przodkowie Andrzej L. Sam z własnej nieprzymuszonej woli, czy też z woli zarówno „przyjaciół” jak i tych drugich. Kto to wie, poza zainteresowanymi jego odejściem w niebyt?. Śledczy sprawdzają, czy nie było na pana Andrzeja nacisków, które by popchnęły go do tak desperackiego kroku. Chłopa o twardej skórze, ale i wyjątkowo twardym charakterze. Pożyjemy zobaczymy, bowiem akurat słowo „naciski” jest dzisiaj tak popularne jak częstochowskie pielgrzymki czy też o tej nazwie papierosy dla kloszardów, mimo że poseł PO o charakterystycznym, bodajże szlacheckim nazwisku Czuma, po czterech latach przewodniczenia komisji, specjalnie ustanowionej uchwałą Sejmu, stwierdził autorytatywnie w krótkich słowach streszczając własny raport, że w czasie rządów PIS żadnych nacisków nie było, po czym wrzucił jakieś tam ciuchy do walizeczki na kółkach i udał się do wód. Nie było żadnych nacisków, powtórzę słowa człowieka, któremu zaufała nie tylko jego własna partia, ale cała Polska. Polska, która na własnej skórze do dzisiaj leczy rany zadane społeczeństwu chociażby poprzez śmierć Barbary Blidy, areszty wydobywcze, bezkarne masowe podsłuchy przeciwników politycznych i ludzi biznesu, szastanie naszymi pieniędzmi przez agentów poruszających się luksusowymi samochodami w celu wciskania niewygodnym dla PIS ludziom łapówek, by natychmiast ich aresztować, a następnie naciskając nań w celi namawiać do oskarżeń innych..Śmierć Andrzeja Leppera też mieści się w temacie „nacisków”, bowiem cała afera gruntowa zmontowana była przez Ziobrę i CBA w celu pognębienia niewygodnego dla PIS koalicjanta, a smród pseudoafery ciągnął się za panem L. aż do jego nagłej i niespodziewanej śmierci.



Zastanawiam się jakimi przesłankami kierował się premier, który doznał tylu upokorzeń ze strony Kaczyńskich, że na przewodniczącego tak ważnej komisji wyznaczył Czumę. Tego Czumę, który od lat można powiedzieć szczenięcych miał konflikt z prawem nie tylko tu w kraju ale również w USA. Za lat młodzieńczych pan Czuma w towarzystwie kolegi (obaj zagorzali przeciwnicy PRL) napadł na ekspedientkę sklepu odnoszącą pieniądze z utargu do banku, za co siedział w więzieniu, przypisując sobie cierpiętnictwo, oczywiście z powodów politycznych. Jeszcze do niedawna był ścigany przez kilka sądów amerykańskich za jakieś tam malwersacje finansowe. O tym wiedziała cała Polska, a tym bardziej premier kompletujący skład rządu. Tymczasem Tusk robi z niego ministra „sprawiedliwości”, a następnie powierza mu przewodnictwo tak ważnej komisji. Czym się kierował premier, nie sposób zgadnąć. Czyżby Czuma poza swoim przywiązaniem do dewocji i wielodzietności skrywał w sobie jakoweś inne wartości, a jeszcze bardziej haki na otoczenie z premierem włącznie?. Doprawdy nie sposób to wytłumaczyć. Przecież on ośmieszył całą swoją partię, dał natomiast świadectwo „uczciwości” tym wszystkim Ziobrom, Kamińskim, Macierewiczom, Czarneckim, Girzyńskim, Kempom i innym z Kaczyńskim na czele. Sam sobie jesteś winien Grzegorzu Dyndało, czyli panie prezesie Rady Ministrów. A może akurat stało się zgodnie z pańską wolą i „naciskami” wywieranymi przez pana na Czumę w tej kwestii?.



Tymczasem naciski, mimo że PIS już nie rządzi od lat prawie czterech nadal istnieją. Nie w sferach międzypartyjnych, ale powiedziałbym obyczajowo-sądowych Bo oto po kilku latach od „skandalu”, jak to nazywają dewoci, przed sądem stanął pan Nergal (Darski) artysta metalowego zespołu Behemoth, który na oczach widzów złożonych z młodych ludzi w trakcie wykonywania utworu porwał biblię. Porwał, ponieważ odtwarzał instalację muzyczną, adekwatną do tematu ocierającego się o religię.. Wśród zgromadzonych kilkuset widzów znalazł się jeden rodzynek, którego uczucia religijne doznały ogromnego uszczerbku. Na tyle, że najpierw przy pomocy kleru nagłośnił „ów szatański” przypadek w prasie, a następnie wespół-zespół z poselstwem PIS złożył skargę w sądzie. Zrobił to z pełną determinacją, bo Nergal jest ateistą, o czym informuje wszem i wobec. Rwał zresztą biblię wielokrotnie koncertując poza granicami Najjaśniejszej Pomrocznej i nikomu to nie przeszkadzało, no bo w końcu dlaczego miałoby przeszkadzać. Chce do piekła, niech idzie!.Jego sprawa.



A teraz o naciskach w tej sprawie. Ponieważ sądy coraz bardziej mimo „nacisków” episkopatu stają się tolerancyjnymi dla wszelkiego rodzaju twórczości artystycznej, dając wyraz temu, że skazanie pani Nieznańskiej przed kilku laty było wstydliwą pomyłką, przeto kilka świętych dziewic z PIS postanowiło wywierać prywatnie naciski na skład sądu. Wśród tych niepokalanych mężczyzną dziewic, których uczucia doznały ogromnego uszczerbku jest m. in. posłanka Szczypińska, (stan cywilny mocno stara panna) swego czasu miłosna adoratorka Jarosława Kaczyńskiego. To ta sama, którą bodajże w towarzystwie Rokiciny premier wysłał do USA w celu przyspieszenia budowy na terenie Polski wyrzutni rakiet jądrowych. Ponieważ jednak Kaczyński odrzucił jej zaloty wybierając młódkę Ługowską, jako głęboko „zakorzeniona” w Kościele, poderwała księdza, z którym na słupskim rynku z różą w zębach się obściskiwała wręcz publicznie. Widocznie wezbrał w niej wtedy tak duży potencjał chuci, iż darowała sobie wszelkie ewentualne kompromitacje w oczach słupskich wyborców. Taka to oto „świecka tradycja” dewotów z PIS. Nie wiem, czy sąd skaże Nergala, czy też puści incydent w niepamięć. Jedno jest pewne, że jeżeli go skaże, to dozna wielkiej kolejnej błazenady w oczach coraz bardziej z sekularyzowanego polskiego społeczeństwa. Gdy natomiast mu daruje, a przy tym uzasadni przypadek jako normalność w sferze artystycznej, kompromitacji doznają ci którzy pałętają się między nami z wciąż z szarganymi uczuciami religijnymi. Ale czy u nich jest jeszcze miejsce na wstyd. Chyba nie, bo całe miejsce przeznaczone na tego rodzaju (doznania) uczucia wypełnione jest właśnie uczuciami religijnymi.




Uśmiechnij się:




W restauracji siedzi przy piwku stary mężczyzna, który od pewnego czasu przygląda się obok siedzącemu młodzieniaszkowi z kolorowym irokezem na głowie. Chłopak zdeprymowany upartym wzrokiem starego mężczyzny wypalił mu prosto w oczy:
-Co, stary dziadu, ty nigdy nie zrobiłeś coś zwariowanego?
-Ależ tak chłopcze. Kiedyś ostro popiłem i w drodze powrotnej do domu „przeleciałem” pawia. Widzisz, tak się zastanawiam, czy ty przypadkowo nie jesteś moim synem
.

wtorek, 2 sierpnia 2011

MILCZENIE OWIEC





Dopóty dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie. Rzeka wzbiera powoli, rozlewa się błyskawicznie. Można by mnożyć wiele powiedzeń i przysłów na niefrasobliwość ludzką. Kilka dni temu na swoim blogu, jako zatroskany o rodzimy kraj obywatel napisałem, że nie jest wykluczona powtórka terroryzmu z Norwegii na naszym terenie. Wprawdzie Polska to nie jest kraina powszechnego dobrobytu i pięknej demokracji, a więc niby nic złego nie może się zdarzyć w wyniku znudzenia i frustracji spowodowanej nadmiarem luksusu, ale jest u nas wiele „okazji”, które mogą zrodzić wariata dążącego do mesjanizmu, poprzez który chciałby zrealizować swoje chore ambicje.
Kto chociażby trochę myśli ten widzi, że jest bardzo duże przyzwolenie na rodzącą się w Polsce wzajemną nienawiść poszczególnych grup społecznych. Najbardziej widać to w polskim parlamencie, gdzie przedstawiciele opozycyjnych względem siebie klubów potrafią za pośrednictwem mikrofonów wyrażać względem siebie bardzo wrogie emocje. To nic, że akurat poseł PIS po „pracy” spotyka się z posłem PO lub SLD przy lampce koniaku, wykazując względem siebie szacunek, bowiem słowa jakie padły publicznie już zrodziły wrogość wśród wyborców tych partii. Widać to i słychać w komentarzach internetowych oraz rozmowach telefonicznych pokazywanych m.in. w TVN i Superstacji. Doszło do tego, że ludzie rezygnują z dyskusji politycznych ze swoim sąsiadem, a nawet rodziną, bowiem nigdy nie wiadomo, czy jego zdanie, chociaż wyrażone w dobrym tego słowa znaczeniu nie zepsuje przyjaźni nie tylko z niedawnym interlokutorem, ale i z szerszym otoczeniem.
Pokazywane w telewizji różne imprezy masowe w ramach walki o prawa mniejszości np. Marsz Równości czy też tradycyjna już Manifa, spotyka się z wszelkiego rodzaju wrogością od tych, którzy za pomocą rzucanych kamieni (na razie) wyrażają swoje emocje i przekonania. Znamy przecież już od lat radykalny (wręcz chuligański) ONR a także Młodzież Wszechpolską. To młodzież, oświecona pisemkami przedwojennych endecko- prawicowych „myślicieli” z Dmowskim na czele, gdzie głównym ideologicznym kierunkiem ich samorealizacji jest antysemityzm, homofobia i ksenofobia. Ich hasła malowane m.in. na miejskich murach ocierają się o nasz wzrok budząc nie tylko niesmak, ale często i przerażenie. Nie będę ich cytować, bo musiałbym się zniżyć do ich poziomu. To są ugrupowania zaprzyjaźnione z Kościołem, szczególnie tym najbardziej radykalnym w głoszeniu tzw. 'Słowa”, przez „doktora” Rydzyka, jakiegoś tam ks. Natanka z podhalańskiej Pipidówki, ale też wielu innych księży i hierarchów. A kim że był (jest) terrorysta z Oslo o dźwięcznym nazwisku Breivik?. To wypisz wymaluj członek wymienionych naszych „rodzimych” organizacji. Prawicowy fundamentalista chrześcijański. Tytan walki o białą rasę, która jako jedyna winna zapanować nad światem. To ideologiczny brat posła Górskiego z PIS, który wyraził swoją dezaprobatę po wyborze Obamy na prezydenta USA. Czy można przejść do porządku dziennego nad tym, gdy opozycyjna partia Kaczyńskiego nie uznaje polskiego rządu oraz prezydenta, przy tym głosząc hasła wzywające do dymisji osób zarządzających tymi instytucjami!? Dopuszczalne jest (okazuje się) głoszenie bredni na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej oskarżając premierów rządów polskiego i rosyjskiego o spisek na życie Lecha Kaczyńskiego, przy czym głoszenie tych obraźliwych dla państwa polskiego insynuacji szerzy się po świecie za pieniądze podatników za pośrednictwem psychopaty Macierewicza w towarzystwie Fotygi, byłej słabej minister SZ, za to kobiety iście „przecudnej” urody. Nikt, poza cichym powszechnym oburzeniem społecznym tym politycznym orgietkom nie dał odporu. Ani minister sprawiedliwości, ani szef służb specjalnych, ani prokurator generalny, ani wreszcie sam oskarżany o wszelkie zło premier.
Okazuje się, że jest jakby społeczne przyzwolenie na szerzenie wszelkiego rodzaju defetyzmu. Milczenie owiec. Tak, mam na myśli te 90% społeczeństwa pokropionego wodą chrzcielną. Bo są to owieczki boże podległe w sposób wyznaniowy, ale też administracyjny swoim pasterzom. To te same owieczki, które widzą jak na dłoni przekręty swoich pasterzy, ale zachowują milczenie z bojaźni przed sąsiadem i amboną. To te same owieczki, które gołym okiem widzą rabunek państwa przez Kościół. To te same owieczki, które wiedzą o przypadkach pedofilii, powszechnej rozpuście seksualnej oraz opilstwie swoich pasterzy, ale też milczą, dla dobra Kościoła powszechnego, oraz w gruncie rzeczy swojej wygody i spokoju. Słowem powszechny oportunizm. Myślę jednak, że w pewnym, niezbyt odległym czasie, wzorem sąsiadów zza Odry, cały ten niby spokój pieprznie. Naród, nieco bardziej oświecony przez członków rodzin pracujących na terenie Unii Europejskiej powie dość. Być może wezmą się za łby ludzie postępowi z radykalizmem katolickim typu moherowe berety, czy wyznawcy teorii światłowodowej księdza Natanka. Nie wykluczone jest, że spośród członków grup radykalnych wykluje się jakiś pomazaniec- naśladowca Breivika, który odpali jednocześnie kilka bomb w celu realizacji uzgodnionej w grupie zemsty na przeciwnikach politycznych, bo nie spodziewamy się tu nad Wisłą żadnych talibów i al Kaidy. Jeżeli nasz kraj dozna terroryzmu, to wyłącznie z rąk rodaków, białych, katolickich rodaków. Sądzę też, że działamy jakby na zamówienie katastrofy, ponieważ do tej pory mimo tylu powodów nie podjęliśmy żadnej próby skanalizowania tych wrogich społecznemu ładowi ugrupowań, żadnej próby ich delegalizacji. A tę „grę” należałoby natychmiast zakończyć, jak w ruletce Rien ne va plus. To „milczenie owiec” też kiedyś będzie miało swój koniec, oby nie za późno.
Jest jeszcze jeden temat, bardzo zresztą na czasie. Chodzi o te „deszcze niespokojne”, jak pisała Agnieszka Osiecka dla załogi „Rudego 102”, co to potargały sad. Rzecz w tym, że te niespokojne deszcze potargały na terenie naszej nieszczęsnej ojczyzny nie tylko sady, ale przede wszystkim pola z dojrzałymi zbożami, od kilku dni domagającymi się kombajnów i kos. Grozi nam proszę pań i panów drożyzna żywności. Tego już na pewno nie unikniemy. Opatrzność nie ma dla nas łaskawej ręki. Niektórzy mogą liczyć na światłowodowy telefon do decydentów w niebiesiech, ale tylko niektórzy, a co zresztą społeczeństwa? Co prawda dawno temu poseł Goryszewski z ZChN mówił z trybuny sejmowej, że nie ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, czy Polska będzie bogata, czy będzie wolność słowa. Ważne by Polska była katolicka. Okazuje się, że kapitalizm mamy, co prawda taki bardziej z początków wieku XX, wolność słowa też, (często z przegięciem), bogata na razie Polska nie jest, a co najgorsze zanosi się na wyraźną biedę. Życzenie ostatnie spełnione do końca. Polska jest katolicka. Ten Goryszewski to jakiś prorok, czy co?.




Uśmiechnij się:



Do chłopa przyjechała ekipa telewizyjna, żeby zapytać go jak doszedł do tak wysokiej wydajności mleka od krowy
-Ja tam nic nie wiem, krowami to się zajmuje moja Jaguś.
-Zawołajcie ją gospodarzu, to zrobimy jej interwiew.
-Jagna, chodź tu.
-Czego?
-Panowie chcą ci zrobić interwiew.
-Co takiego?
-Nie wiem, ale na wszelki wypadek się podmyj.

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...