piątek, 28 kwietnia 2017

ŚWIADKOWIE


Ponoć znajdują się ludzie, którzy są świadkami pierwszej wojny światowej, bo są. Ponoć są ludzie którzy widzieli na własne oczy to co się działo w czasie Rewolucji Październikowej, też są. Ponoć też żyją ofiary masowych pogrzebów grypy zwanej hiszpanką. Może są. Żyją świadkowie dramatu Polaków, gdy banderowcy ukraińscy zabijali w sposób okrutny ich bliskich a domostwa puszczali z dymem. Są i to wielu. Ponoć żyją gdzieś w Polsce ludzie którym cudem udało się zbiec spod luf oprawców katyńskich, ale też z obozu Auschwitz Birkenau. Żywym przykładem był pan Bartoszewski. Jeszcze oddychają współczesnym powietrzem Polacy, którzy salutowali marszałkowi Piłsudskiemu, ale też zaznali cierpień w Berezie Kartuskiej, pierwszym polskim obozie koncentracyjnym. Znani są nawet polscy świadkowie walk rosyjsko-japońskich, też żyją. Coraz mniejsza garstka żyjących Polaków zbiera się na każdą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, ale też Powstania w Getcie Warszawskim. Coraz mniej, już bardzo schorowanych starców może zaświadczyć o bestialstwie jakim byli poddani nasi współobywatele przez oprawców UB w latach 1945-1956, ale też przez zbrodniarzy z oddziałów leśnych, którzy pod rządami dzisiejszej prawicy doczekali się zaszczytów i chwały jako żołnierze wyklęci. Byli to najczęściej protoplaści, antenaci współczesnych posłów i senatorów. Akurat świadków, a nawet ofiar ich zbrodni żyje najwięcej, i to od Pomorza po Tatry. Trudno pominąć oczywiście tych, którzy doznali krzywd okupacyjnych z rąk faszyzmu niemieckiego, bo akurat tu ucierpiał cały nasz słowiański, ale i semicki naród.
W tym miejscu zadaje sobie pytanie: a czego my jesteśmy świadkami?. Czego, o co zapytają nas nasze dzieci, wnuki i prawnuki pobierające nauki w szkołach za lat dziesięć, dwadzieścia albo pięćdziesiąt?. Czego. Otóż tego co będą zawierać mniej lub bardziej prawdziwe karty historii, bo akurat karty współczesnej historii są już zafałszowane zgodnie z ideologią ustrojową. Nasze dzieci i wnuki dzisiaj mają bardzo skrzywioną świadomość w kwestii poprawnej historii, utrwalaną poprzez prawicowych nauczycieli, kler sączący do mózgów dziatek kłamstwa daleko wykraczające poza prawdziwą naukę, zaś petryfikowane w okresie późniejszym przez profaszystowskie organizacje. Będziemy opowiadać że byliśmy świadkami rządów samodzierżawcy, zwanego małym ojcem narodu pisowskiego, twórcy religii smoleńskiej, kapłanem kłamstw i nienawiści w stosunku do opozycji, a być może nawet (jak twierdzi wielu znawców polityki) bratobójcy, bowiem on wysłał 96 osób na śmierć, mimo wszystkich przesłanek że lot taki nie powinien mieć miejsca ze względów bezpieczeństwa (mgła nad lotniskiem, a lotnisko w zasadzie nieczynne) co było zaczątkiem, albo wydarzeniem założycielskim rządów Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli ktoś w to nie wierzy to jego sprawa, a nawet krzywda wyrządzana mózgowi, którym obdarzył go Stwórca. Ci ufający biskupom i paplaninie pisowskiej są już nie do odratowania. Pomrą w swej atawistycznej głupocie i nieświadomości, przykryci ziemią pokoleń walczących o postęp i cywilizację zawartą w prawdziwej nauce.


A my?, cóż my. Szczęśliwi, że żadna wojna nas nie dotknęła (przynajmniej na razie dzięki przynależności do NATO i UE), zgodnie z własnym sumieniem odpowiemy: obyś w bezkrwawych, choć dziwacznych czasach żył synu lub wnuczku. Bo o czym my mamy świadczyć?. O dziwolągach zwanych niekiedy profesorami: Pawłowicz, Zybertowicz, albo Berczyński? Podobne dziwolągi należało by dla potomnych przechowywać w formalinie. Dajcież wy spokój, bo się zakrztuszę precelkiem.

sobota, 22 kwietnia 2017

GORZAŁA TO PŁYNNY JĘZYK


Mówi się i słusznie, że międzynarodowym językiem jest język esperanto. Twórcą tego dzieła jest Ludwik Zamenhof. Ten lingwista z Białegostoku, z pochodzenia Żyd, prawdziwe nazwisko Eliezer Lazaro Zamenhof, w drugiej połowie XIX wieku wydał swoje dzieło (pierwotnie po rosyjsku) pozwalające na porozumiewanie się ze sobą ludzi z różnych stron świata. Wystarczy skorzystać z jego słownika. Dziś jego nazwiskiem zaszczycono wiele ulic, szkół i uniwersytetów na całym globie. Wielkie dzieło pana Zamenhofa, od lat czczone jest wszelkimi międzynarodowymi konferencjami oraz zjazdami (esperantystów) a też sympozjami. Wielu jednak twierdzi że bardziej międzynarodowym i bardziej praktycznym językiem pozwalającym się porozumiewać każdemu z każdym jest gorzała. Można się nim „płynnie” posłużyć.
Osobiście doświadczyłem potwierdzenia tej zasady. Było to w roku 1980 w Sankt Petersburgu, za panowania Breżniewa. Przy jednym ze stolików, a raczej stołów w hotelu (koło jednego z pałaców Ermitażu) nad Newą, siedziało towarzystwo wielokolorowe a tym bardziej wielojęzyczne. Europejczycy: Niemcy, Anglicy, Holendrzy, Polacy, Rosjanie oraz Finowie. Dalej czarni Afrykanie i żółci Japońce. Przed każdym tkwił we flakoniku mały proporczyk w barwach narodowych. Rozmawiali o czymś, ale to nie było istotne. Bardziej istotne były te dziesiątki butelek „stolicznej” i „moskowskiej”, ale też gruzińskiej i ormiańskiej brendy, no i, co najważniejsze, rosyjskie szampany. Za popitkę służyła woda „borżomi”. Kilkadziesiąt opustoszałych opakowań walało się pod stołem. Stół uginał się pod zakąskami mięsnymi, owocami z ogrodów, mórz i rzek. Każdy „gadał” z każdym, potem nastąpił śpiew chóralny, następnie poklepywanie się, uściski, ściski i szczodre pocałunki. Każdy z biesiadników w swoim języku kolejno wznosił toast za ojczyznę, za pokój, za braterstwo i coś tam jeszcze. Bez awantur, bez wrzasków i oznak jakichkolwiek burd, towarzystwo zaraz po
                           Pribałtitskoje.
Tu spotkałem wielojęzyczne towarzystwo mówiące  przy pomocy wielu gatunków wódki, koniaków oraz szampanów..
                                        
północy rozeszło się do pokojów hotelowych w towarzystwie cichych „opiekunów” ze strony KGB. Sądzę że się dogadali na założony temat. Dlatego twierdzę, że gorzała doskonale zastępuje języki świata. Gorzała to język poprawny, czysty, pozwalający na „płynne” porozumiewanie się każdego z każdym. Należy do najstarszych języków ludzkości, dlatego pozwalam sobie na konstatacje, iż pan Ludwik Zamenhof nie ma aż takiego dużego powodu do dumy.

czwartek, 20 kwietnia 2017

WYPIEKI Z ZAKALCEM


Tak można by zatytułować tenże post, mimo że już po świętach. Niemniej w szafkach i lodówkach pozostały jeszcze tu i ówdzie blachy z makowcami i mazurkami, bo okazało się że ciocia spod Wałbrzycha i wujek z Mińska nie dojechali mimo zapewnień, ale jak się okazało Sunia ciocina wydała na świat nowy miot szczeniąt przeznaczonych na sprzedaż. Z kolei wujek z Mińska poddusił się precelkiem do tego stopnia iż wezwano karetkę pogotowia. Zanim zdecydujemy o pozbyciu się tych przestarzałych dóbr, po przekrojeniu zaglądamy do środka, a tu uśmiecha się zakalec, ba posypały się nawet rodzynki. Jak to dobrze że goście nie dotarli. No nic, pocieszą się sikorki i inne ptaszki, bo zima wraca, jakby czegoś zapomniała ze sobą zabrać, ba, nawet się z nami nie pożegnała. Rodzynek w okolicach tego święta mieliśmy po same czoło. Mam na myśli te, które wysypały się z gabinetów ministerialnych, szczególnie obrony narodowej, MSZ, jak i polskiego episkopatu. Bo oto okazuje się , że helikopterów z prawdziwego zdarzenia mieć nie będziemy bo caracale produkowane dla Polski, „załatwił” nam negatywnie członek podkomisji ds. katastrofy smoleńskiej Wacław Berczyński, człowiek Macierewicza, nie potrafiący zbudować poprawnie żadnego logicznego zdania, człowiek rozpowiadający dziennikarzom iż w małym palcu ma firmę Boeinga, z której to do Polski miały pofrunąć śmigłowce tam produkowane w sumie dwa.
                           Wiosna 2017
Okazało się że nie pofruną, bo Macierewicz wraz ze swoim zastępcą Kownackim wyliczyli, że można wiele zaoszczędzić wchodząc w układy zbrojeniowe z Ukraińcami psując nasze stosunki z Francuzami na kolejne długie lata. Pytanie tylko skąd nasi sąsiedzi mają tradycje uzbrojeniowe?. Nietrudne pytanie. Oczywiście z Rosji. I tak kółko się zamyka, powracamy do Samary, gdzie wyprodukowano m.in tutkę rozbitą poprzez własne nieumiejętności i brak wyszkolenia. Ciekawe jak teraz rząd wyjdzie z tego skandalu który spowodował mu jakiś niby doktor Berczyński, cwaniak od wyciągania pieniędzy z kieszeni naiwnych, do których zaliczam Macierewicza i jego przełożonych. Zanosiło się na to od kilku tygodni, gdy Kownacki rzekł do dziennikarzy iż śmigłowce dla polskiej armii to sprawa dziesięciorzędna. Ważniejsze są oddziały obrony terytorialnej, oraz obsada wszelkich rodzajów wojskowych komórek kapelanami. To, że w buncie przeciwko dezorganizacji armii odchodzą dziesiątkami wyszkoleni generałowie, to nic nie znaczy. Są następcy przebierający nogami. Jednym z nich miał być chyba Misiewicz, który awansował w tempie expresu. Opowieści o dokonaniach i awansach tego antkowego misia, za 50.000 miesięcznie znudziły się prezesowi prezesów, który postanowił wygumkować misia z członkostwa w PIS jednym pociągnięciem wbrew woli jego bezpośredniego przełożonego, przez co spaskudził sobie stosunki z człowiekiem
                     Czlowiek honoru
zwanym żelaznym ministrem, oraz z prezydentem. Ten akurat miał najmniej do powiedzenia, więc jeno pisał listy na które nie otrzymywał odpowiedzi. A tu z facebooka wyciekła paskudna informacja z ust członka zespołu muzycznego o przebiegu wizyty Misiewicza w białostockim klubie dyskotekowym. Opowiada on wprost, iż był łapany za genitalia i nakłaniany do pieszczot cielesnych Kaczyńskiego w zamian za dobre stanowisko w ministerstwie. To, że misio nie kłamie, bo sam przedstawiał się jako dostojnik państwowy z sekretarką, samochodem BMW za dwa miliony złotych, oraz wianuszkiem sekretarek. Osobiście nie rozumiem dlaczego miałby Kaczyński krzywdzić Misiewicza, skoro był on skutecznym naganiaczem chętnych do pieszczot z najważniejszym posłem w państwie. Chociaż w moich oczach pan prezes mało nadaje się do owych bezeceństw, jest zbyt bogobojny i rozlazły, chyba że znakiem krzyża czaruje tylko swój elektorat. Nie wiem, chociaż rozmówca zapewnia, że ma propozycję od Misiewicza aby wszystkie zdjęcia i filmy z tej imprezy oddał mu za pół miliona złotych. Skąd misio miałby mieć 500 tysięcy, to już tajemnica poliszynela, chociaż jak wiadomo helikopterów jeszcze nie kupili a dysponują wciąż ponad 13 miliardami PLN. Fakty powyższe należą do najsmaczniejszych rodzynek wyskubanych z ciasta świątecznego, chociażby z zakalcem.

***
Jest kolejna granda na pograniczu konstytucyjnym z zamiarem na ujarzmienie przez kaczą dobrą zmianę sądów powszechnych, polegająca na wyborze wszystkich prezesów sądów, a więc w konsekwencji i ich podwładnych, przez parlament, czyli... przez pisowców. Już głośny jest bunt prawie wszystkich gremiów prawniczych, ale jak wiadomo obecna władza może wszystko. To kolejny, też gorzki rodzynek.

***
Następne jaja polityczne i okołowielkanocne, zafundowali nam Polakom Waszczykowski i Macierewicz poprzez wycofanie polskiego korpusu z NATO w Strasburgu. Dlaczego? Tego przeciętny polski obywatel nie wie. Być może jest to kolejny krok w kierunku wymazywania Polski z mapy unijnej. W krótkim czasie polski generał miał objąć dowództwo w owym korpusie. Tymczasem decyzje naszych „ważnych” zakrawają na zabawę w piaskownicy, albo po prostu na debilizm polityczny.

***
Waszczykowski został potraktowany przez kierownictwo NATO jak zwykły polityczny menel. Otóż zaplanował sobie sprowadzenie do kraju Tomasza Chłonia, wicedyrektora departamentu polityki bezpieczeństwa, bo jakoś mu tam podpadł. Nie udało się, bowiem Chłoń jest cenionym w NATO pracownikiem, za co dowództwo wysłało go do Moskwy jako przedstawiciela tej militarnej organizacji, a więc i USA, bez zgody ze strony Waszcza i Maciera. Kompromitacja kolejna polskiej dyplomacji i władz państwa, z którymi już mało kto w świecie się liczy. To rodzynki o szczególnej goryczy.

***
Do Warszawy przyjechał pociągiem pendolino Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, popularnie zwany prezydentem Europy, po to, by przed prokuraturą pisowską odpowiedzieć na pytanie, czy jako premier polskiego rządu zezwolił swego czasu na kontakty polskich służb specjalnych z rosyjskimi. Na dworcu witały go tysiące zwolenników, ale i pisowska horda z twarzą co najmniej Pawłowicz. Tusk przyjechał do
                       Słowo o Pawłowicz
kraju jako świadek. Mianowicie chodziło o wyjaśnienie faktu pozwolenia na przejazd polskich wojsk powracających z Afganistanu do kraju przez tereny Rosji. Oczywiście to trzeba było załatwić i prośbę Polski Rosja uwzględniła. Tak postępowały wszystkie kraje, których wojska brały udział w działaniach wojennych w Afganistanie. I to było logiczne. Niestety nie dla rządu PIS, bo być może Tusk uzgadniał z ruskimi przy okazji następny zamach, tym razem na drugiego brata, a może i na cały ten śmieszny rząd. Oczywiście piszę to z ironią, bo prawie każda decyzja PIS jest na tyle śmieszna i mało dorzeczna, że w celu pognębienia przeciwnika politycznego, przed prokuratora ściąga się Polaka, który pełni najwyższy urząd w Europie. Tylko dla samej demonstracji przed suwerenem i prężenia muskułów.

***
Na koniec uśmiech poświąteczny:
Przeziębiony pracownik pisze SMS do szefowej, usprawiedliwiając swoją nieobecność: Leżę w łóżku. Jestem cały rozpalony. Mam 39.
Po chwili szefowa odpisuje: Dziękuję za propozycję, ale dla mnie to o ponad 20 cm za dużo.
*****************************************************
Z ostatniej chwili:
inż. doktor profesor Waclaw Berczyński, postraszony tym, ze musi stanąć przed prokuratorem w sprawie jego wypowiedzi na temat caracali podał się do dymisji. Rezygnuje on z przewodniczenia w tej błazenadzie Macierewicza. Zabrał swoje grubo ponad pół miliona "należne mu za pracę" i uciekł do matecznika w USA.









poniedziałek, 17 kwietnia 2017

PO TRZYKROĆ PRZEDZIWNA



                                   Fan Hitlera
Powiem wprost. Moim zdaniem bardziej przedziwni, nawet po stokroć, bywają katolicy którzy dają wiarę temu iż Matka Boska udała się w podróż do nieba w garderobie (sadzę że świątecznej). Rzecz tylko ocierająca się o tajemnicę, która to Matka Boska, bo jest Ich wiele i która dzisiaj w XXI wieku, czyli 2100 lat po jejnaturalnej śmierci jest najważniejsza, bo przecież jakaś hierarchia być musi, bo właśnie hierarchia w Kościele obowiązuje. Czy to Matka Boska Częstochowska, Fatimska, czy Ta od siedmiu boleści, czy Ta różańcowa, czy Ta po trzykroć przedziwna, czy w końcu Ta taneczna, dubstepowa, ponoć czczona np. w Wejherowie. Brak informacji czy chodzi o taniec towarzyski, czy też artystyczny, sceniczny. Do nieba wraz z ciałem oficjalnie wysłał Ją papież Pius XII, ten sam który to błogosławił hordy Hitlera wyruszające najpierw na Polskę, nastepnie na całą Europę. Błogosławił też plan likwidacji fizycznej wszystkich Żydów, co z punktu widzenia logiki jest właśnie przedziwne, bo przecież Matka Boska to Żydówka z krwi i kości. Zapewne gęsto się tłumaczył po swej śmierci Ojcu gdy zgodnie z teorią zasiadał po jego prawicy jako kolejny namiestnik na Ziemi na wiecznej duchowej emeryturze Ale skoro nie żyła od ponad 2000 lat, to cała operacja ograniczyła się do ogłoszenia dogmatu zamieszczonego w roku 1950 w tzw. konstytucji apostolskiej. Ja jednak powracam uporczywie do pytania, w czymże matka Boska jest przedziwna i to po trzykroć. Zaraz wielu tzw. prawdziwych katolików, czyli twardzieli ewangelicznych, pozbawionych zdolności myślenia naskoczy na mnie, iż jako niewierzący nie mam prawa stawiać podobnych pytań i to papieżowi Pacellemu, ksywa Pius XII, którego Jan Paweł II usiłował uczynić świętym, ale nieco się krygował ze względu na jego opinię. A właśnie że mam takowe prawo, bowiem Stwórca, (Natura) obdarzył(a) mnie zdolnością myślenia, czyli rozumu i zapewne by się mocno gniewał, że nie wykorzystuję Jego podarunku należycie. Tak myśle, że Jej przedziwność po trzykroć polega na uporczywym ukazywaniu się na pniach drzew leśnych, parapetach albo oknach, w czym wiejski wyborca PIS upatruje cudów. Minister Szyszko może się obawiać kary boskiej ponieważ wycinając masowo drzewostan pozbawia Matkę Boską po trzykroć przedziwną naturalnego środowiska. To mój post okołoświąteczny, czyli słowo na Niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny.



I tak oto wyczerpałem temat, który drażnił mnie i zapewne tysiące innych współobywateli katolickiej Polski. Przywykłem już do przeróżnych dziwactw, przełknę i to dziwactwo.

czwartek, 13 kwietnia 2017

ŻYCZENIA WIELKANOCNE


 
Tradycyjnym zwyczajem, (licząc na liczne rewanże), z okazji Świąt Wielkanocnych, rozchylam osierdzie serca, by z jego czeluści wydobyć i przesłać moim Czytelnikom najszczersze życzenia zdrowia, radości oraz miłości przy rodzinnym stole w otoczeniu osób najbliższych, a w dzień Dyngusa podlejcie Państwo ziarno nadziei zasiane w marzeniach. Niech rośnie i owocuje.
 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

PIERDOLEC POLSKI C.D.


Pierdolec trwa i będzie trwać dopóki kraj będzie się szczycić takimi zasobami ludzkich mózgów jak Macierewicz, Waszczykowski, Przyłębska, Berczyński i przynajmniej pół tysiąca innych „mądrali”, a w zasadzie cwaniaków ulokowanych na dobrze płatnych posadach przez samego guru czyli prezesa wszystkich prezesów, jego „wysokość fizyczną” Jarosława Kaczyńskiego. Przykładowo z tej plejady nazwisk pani sędzia Przyłębska wraz z kilkoma innymi wybranymi przez posłów PIS to spirytus movens rozpierduchy Trybunału Konstytucyjnego. W tej chwili ta instytucja sprawiedliwości jest ubezwłasnowolniona na amen. Nie wiele kumata pani prezes tylko rozkłada ręce usiłując udzielić odpowiedzi na pytania stawiane przez dziennikarzy, podobnie jak premier Szydło po złożeniu podpisu w Rzymie.

***
                               Błaganie misia,
Z kolei inny „movens” zaistniał dzięki Macierewiczowi i jego „naukowcowi” ponoć dr. Wacławowi Berczyńskiemu, którego Macierewicz zwie profesorem, przewodniczącemu tzw. podkomisji smoleńskiej. Ten to chcąc zatkać gęby tym co ujawniają pieniądze jakie pobrał wraz ze swoja podkomisją, stwierdził oto, że brzoza smoleńska nie miała żadnego wpływu na upadek samolotu TU154M w dniu 10.04.2010 roku. Na pokładzie nastąpił wybuch bomby. Opinia którą Berczyński, zwany profesorem czegośtam wygłosił, degraduje go nawet jako absolwenta szkoły średniej w przedmiocie fizyki. Te sensacje zademonstrował pan B. w dniu siódmej rocznicy katastrofy. Żaden z pozostałych członków komisji nie zareagował, co świadczy o całym składzie mędrców ustawionych przez Macierewicza, a pobierających przez półtora roku 20000 złotych miesięcznego honorarium. Oczywiście plus utrzymanie na poziomie iście arystokratycznym, a trzeba dodać, że oni są permanentnie głodni co pokazywała migawka telewizyjna. Film science fiction jaki komisja zaprezentowała spowoduje jeszcze większy chaos w zrozumieniu przyczyn katastrofy bowiem katastrofa ta niestety opowiedziana została graficznie językiem domniemanych teorii studiów lotniczych. Przeciętny widz nic nie zrozumie poza tezą, że była tam jednak bomba, tylko kto ją tam umieścił przed odlotem z Warszawy. No cóż Polska jest już na tyle skompromitowana i ośmieszona, że dzieło tworu podkomisji Macierewicza pozostawiamy w sferze obojętności. Ustalenia na podstawie wybuchu pudełka od zapałek napełnionego czymś palnym, wiara w zgnioty puszek po piwie oraz pękających parówek a jednocześnie rezygnacja z wizyty w Smoleńsku by dokonać oględzin wraku (mimo zaproszeń ze strony rosyjskiej), świadczy, że jest to też składnikiem polskiego pierdolca.Na najwiekszy idiotyzm zakrawa postawa samego Kaczyńskiego, który twierdzi, że Tusk poświęcił 96 ofiar dla Putina w zamian za stanowisko  UE.
Właśnie siódma rocznica owego nieszczęścia uruchomiła w członkach PIS instrument propagandy, której celem jest utrwalanie w umysłach Polaków przeświadczenia iż do katastrofy przyczynili się przeciwnicy polityczni, czyli dzisiejsza opozycja, w porozumieniu z Putinem. Aliści wiadomo, że w tę religię zwaną chorobą smoleńską jest umoczonych około dwadzieścia procent wyborców PIS. To zbyt mało aby zawładnąć Konstytucją do końca. Trzeba więc kuć żelazo póki gorące, a temperaturę tegoż żelaza podnosi się takimi okazjami jak chociażby tragiczne rocznice. Ten kowalski zabieg jest o tyle niebezpieczny dla Polski, bo jest mocno utrwalany przez episkopat i cały szeregowy kler, a polski naród jak wiadomo stanowią obywatele w 90% wierzący w cuda, a wyborcy PIS to nawet w 100%.

***                            
                          Pięta jak byk.
Poseł PIS nazwiskiem adekwatnym do rozumu, Stanisław Pięta popisał się poselskim pomysłem. Mianowicie chciałby umożliwić nabywanie broni przez patriotyczną młodzież, jako że w ten sposób poczuje się ona bardziej bezpieczna na styku z przeciwnikiem politycznym oraz zagrożeniem ze strony ciapatych. A to ci Pięta. Pięty się szoruje ostrym pumeksem, ale jemu nawet to chyba nie pomoże. Jeżeli ktoś nie może sobie skojarzyć kto zacz ów Pięta, to podpowiadam. Jest to ten młodzieniec który wraz z kumplami od gorzały okradał z gotówki samochody stojące przed różnymi instytucjami, np. przed posterunkami milicji. Jak powiada, nie chodziło o pieniądze w kieszeniach pozostawionej garderoby, ale o broń, która była mu potrzebna do obalenia ustroju. Taki to właśnie bohater. Dziś walczy z Owsiakiem i teatrami, na deskach których odbywają się spektakle pokazujące m.in. świństwa kleru.

***
                                       Dla młodzieży polskiej.
Skoro mowa o teatrze to dwa słowa o estradzie na której eksponuje się sparciały dziś artysta nazwiskiem Jan Pietrzak niegdyś pieszczoch komuny, członek PZPR, oficer LWP. Otóż owo bożyszcze po latach dostąpiło rozstroju po klęsce wyborczej na prezydenta kraju. Oczywiście dziś pozostaje w dalszym ciągu pieszczochem, tyle że jedynie słusznej partii zwanej PIS. Z estrady głosi oceny niektórych opozycjonistów. Na język giętki wziął m.in. posła Niesiołowskiego słowami: Ludzie mnie pytają kto wybrał do Sejmu posła Niesiołowskiego. To jest proste. On jest entomologiem. Jego naturalne środowisko to wszy, gnidy, pluskwy, muchy plujki, żuki, gnojniki i to jest właściwy jego elektorat. Tak wygląda kultura polskiego artysty i byłego kandydata na urząd prezydenta III RP. Dzisiaj zdziadziałego pana plującego nie tylko na komunę, podczas rządów której był bogiem estrady, ale i na dzisiejszych polityków, którzy nie pałają serdecznością do jego współczesnego ojca narodu. Przyznam, że sam lubię użyć nierzadko ostrych słów na swoim blogu, ale wypowiedź estradowa Pietrzaka lokuje go w centrum kloacznego rynsztoka. Planowałem choćby skrótowo odezwać się na temat „movens” Macierewicza i Waszczykowskiego, ale doszedłem do wniosku iż obaj orły polskiego rządu dali się na tyle poznać Europie, że każde moje słowo w gruncie rzeczy już jest mało potrzebne.
Natomiast chciałbym w tym trupio żałobnym dniu Polaków ten post zakończyć czymś co budzi nadzieję na przyszłość, czymś optymistycznym, ale dalibóg nie dokopałem się w swej mózgownicy choćby zalążka światełka w przysłowiowym tunelu. Może dlatego że żyję, a ów tunel jest bramą dusz podążających do niebios lub piekieł, a może dlatego, że nic, dosłownie nic nie rokuje w najbliższym czasie chociażby minimalnej redukcji pierdolca polskiego.

niedziela, 9 kwietnia 2017

ZDERZENIE Z ROZUMEM


                                 O jak miło synu.
Wyjechał kmiotek na rolę z pługiem, aby ją sprawował, któremu imię było Jan a przezwisko Czeczek. I kiedy jedną część roli sprawił, dalej idąc z pługiem stanęły mu woły i dalej postąpić nie chcą. Dziwuje się, co się dzieje, bo tego przedtem nigdy nie czyniły . (…) I sam tedy ich zacinał i temu, który był do pomocy, zacinać każe. A gdy tym bardziej i pilniej tego bicia przyczyniał i przyczyniać kazał, to po tym biciu przyklękły woły na ziemię. Jakże przypominają mi one zachowanie koni ciągnących przeładowane wozy do Morskiego Oka, byle sypały się dutki. Cuda jak nic. Tymi słowami Jerzy Trebnica, dominikanin, spisał w 1636 roku przekazywaną ustnie od ponad stu lat tradycję o okolicznościach wyorania w polu figurki Matki Boskiej z Dzieciątkiem na ręku. Znalezisku, które miało miejsce w 1516. Tak rodziły się legendy. M.in. ta o objawieniach fatimskich. Jakże podobne przypadkowi Jerzego. Rożnica żadna. Tam były trzy ubogie wieśniaczki (nie czytate analfabetki), tu zaś kmiotek Jerzy, równie obcy jakiejkolwiek wiedzy i samodzielnemu pomyślunkowi.

                   Serdeczne dzień dobry.
W rzeczy samej, tak rodziły się legendy. Z wielką pieczołowitością zamieniane w cuda boskie, a konkretnie te czynione przez Matkę Boską, Zawsze Dziewicę mimo wydania na świat potomstwa. Ja rozumiem, że podobne opowiastki, spisane w testamentach kilkaset lat po Chrystusie przez kościelnych skrybów mocno oddziaływały na wyobraźnię milionów podobnie nie czytatych, ale gdy dzisiaj wierny, zdawało by się jako tako oświecony naród wysłuchuje na kazaniach te mity i jednocześnie karmi nimi od maleńkości swoje pociechy tego zrozumieć na miły Bóg nie sposób. Przy okazji taka mi myśl naszła. Wiadomo że inna legenda głosi że Matka Boska udała się w podróż do nieba w ubraniu. Po kilkudziesięciu latach odkopaliśmy gen. Sikorskiego by przy okazji wymienić my mundur na nowy. Matka Boska od tysięcy lat w tej samej sukienczynie zasiada w niebiesiech. Czy nie powinniśmy jako wierni Jej Polacy na czele z Rydzykiem, uczynić wszystko dla odnowienia garderoby?. Warto wymodlić Jej jednorazową podróż na Ziemię, zapłacimy jak zajdzie potrzeba, stać nas. Znajdą się u nas doskonali krawcy, szczególnie wśród członków PIS. Ubieramy od setek lat w złote -metalowe szaty Jej obraz (bez żadnych wygód), no i nie znając współczesnych wymiarów świętej Klientki. Skoro żywcem wybyła do Niebios, to zapewne żyje do dzisiaj, a wymiary ciała ulegają przecie zmianom. Wydawało by się, że nie sposób, a jednak. W unurzanej podobnymi mitami iście katolskiej Polsce nawet najwyższe świeckie władze ulegają czarowi podań i bajek.
                  Rozdzial z Kosciołem.
Pan prezydent w każdej wolnej chwili klęczy w nawach kościelnych albo na stosownym klęczniku pozostawionym po równie doświadczonych modlitewnie prezydentach, Wałęsie i Komorowskim. Wprawdzie jedna z kolęd przypomina że w stajni przed Nowonarodzonym klękały nawet bydlęta, co zachowało się do dzisiaj, tyle że bydlęta poprzestały się wygłupiać natomiast tradycje zachował naród polski. Tu i ówdzie na kolanach w kierunku wędrującym kopiom obrazu Czarnej Madonny ulicami posuwają się umęczone ciężką harówą polskie kobiety, szczególnie te wiejskie. Pal diabli, to ich modlitewna rozrywka, widowiska które chętnie przyciągają turystów z krajów iście świeckich, ale to, że mitycznym cudem z Fatimy zajmuje się Sejm, władza ustawodawcza kraju, to już woła o pomstę do Boga (nieistniejącego). Żyjąca tu i teraz posłanka toruńska, dziewica (chociaż mężatka) nazwiskiem Anna Sobecka, znana z kilkuletniej pracy w roli spikerki Radia Maryja, oraz z publicznego odmawiania z trybuny sejmowej różańca, to doskonały materiał na robienie tytułów profesorskich z psychiatrii i psychologii. To ona, właśnie z trybuny sejmowej w imieniu partii do której należy zgłosiła projekt uchwały dotyczącej uszanowania przez państwo i jego władze setnej rocznicy objawień fatimskich. Gdyby żyły
                 
słynne pastuszki zmarłyby ze śmiechu, bo na tyle zapewne miały poczucie humoru, którego polscy parlamentarzyści mają w bardzo ubogich ilościach. Wydawało by się, że momentami Polacy mądrzeją i poszerzają zarys swojej tolerancji religijnej innym, ale to tylko złudzenie, bo o ile w kościołach znajduje ukojenie coraz mniej wiernych, o tyle sami duchowni podżegają wprost do wojen religijnych. Mam na myśli np. księdza Oko, wybornego kandydata na szefa inkwizycji, albo księży na Jasnej Górze, którzy hordy ONR porównują do Szarych Szeregów z Powstania Warszawskiego. Co tu więcej mówić. To oni rozgrzebują rany powstałe z owej nietolerancji religijnej. Wielu posłów PIS (np. Pięta, Pawłowicz, albo Piłka czy Terlikowski) to zaplecze Kościoła katolickiego do walki z tymi, którzy wyznają wyłącznie rozum, oraz preambułę do obowiązującej jeszcze Konstytucji. Bardzo mądrej Konstytucji, jak na czasy jej uchwalenia. Zbliżają się święta, pomyślmy o tym przez chwilę.

niedziela, 2 kwietnia 2017

MOJA STAROŚĆ, OPTYMISTYCZNIE


Właśnie optymistycznie. Ten tytuł opieram oczywiście na swoich emeryckich doznaniach. I nie chodzi o tzw. szczęście rodzinne, bo akurat te mam uporządkowane i spełnione. Chodzi o przemyślenia związane z wiekiem spinającym klamrą jego całość. Spowiadam się zatem sam przed sobą. I to niekoniecznie ze względów religijnych czyli rozważań około wielkanocnych, bo akurat one mnie nie dotyczą jako bezwyznaniowca. Mówi się i to jest prawda, że stary człowiek nie potrzebuje aż tyle snu co młodzież, przeto mimo późnego zasypiania, budzę się na długo przed pianiem koguta. Mam więc czas na owe przemyślenia. Ale o czym tu myśleć gdy się ma na karku dwie siódemki. No i co z tego. Gdyby człowiek był nieśmiertelny, czy mógłby marzyc o jutrze, czy potrafiłby kochać słońce gdyby nie istniał mrok, albo ciepło po zimie, jedzenie po głodzie, łyk wody po pragnieniu? Właśnie. Wracam więc myślami do lat szkolnych, do lat pracy, do tych lat, które upłynęły w smutku, ale i lat radosnych. Per capita moje życie zaliczam do tych drugich. Przez te wszystkie lata żyłem, uczyłem się, pracowałem, a także kochałem w warunkach pokoju. Wiem, że przez nasz kraj średnio co dwadzieścia lat przewalała się nawałnica wojenna. W drugiej połowie wieku XX oraz na przełomie na XXI w Polsce i praktycznie w całej Europie zapanował pokój, oczywiście wyłączając Bałkany. (Jugosławia). Był czas i okoliczności pozwalające na przekraczanie polskiej granicy w głąb Europy. Jesteśmy w Unii i NATO. To dobry czas. Dzięki stanowisku na którym pełniłem powierzone mi obowiązki mogłem zwiedzić (przynajmniej powierzchownie) wiele krajów. Zmieniając więc pozycję porannego zalegiwania w małżeńskim łożu próbuję myślami jeszcze raz przebiec po krajach, w których stanęła moja noga. A więc Rosja, Gruzja, Armenia, Czechy, Austria,  Słowenia
Francja, Węgry, Ukraina, Słowacja, Chorwacja, Irlandia. Oczywiście moje pobyty w zasadniczej części wymienionych państw ograniczały się do dwóch, trzech dni, poza Węgrami (tydzień) i oczywiście co zrozumiałe ze względu na obszar, Rosją gdzie gościłem przez dwadzieścia pięć dni. Tę podróż odbyłem w ramach wycieczki zorganizowanej przez Orbis. Wszystkie te eskapady (kilka w ramach delegacji służbowych) dzisiaj wspominam bardzo miło. Wspomnienia te na chwilę przywracają mi minione lata względnej młodości, gdy mój organizm funkcjonował jak nieźle naoliwiona maszyna. Dzisiaj pozostały mi w pamięci tylko epizody zdarzeń podobne porwanym przez wiatry chmurom pierzastym, które staram się sklejać. O wielu z nich udało mi się w latach ubiegłych opowiedzieć na blogu, a więc tylko one mają szansę zachować się dla potomnych, jeżeli to kogokolwiek zainteresuje. Oczywiście jak w przypadku każdego człowieka, nie wszystkie lata życia mogę uznać za pełne szczęścia. Były ciężkie choroby i były śmierci najbliższych. Były dramatyczne wypadki. Zdarzył się też pożar domu rodziców wraz z całym wyposażeniem. Mieszkańcy przez kilka miesięcy spali w stodole. Mimo wszystko, summa summarum swoje życie bilansuję na plus. Wiek i przebyta choroba, co prawda umniejsza moją sprawność fizyczną, mimo to staram się być w miarę pogodnym człowiekiem. Umożliwia mi to otoczenie domowe i piosenka Wiesława Michnikowskiego, wesołe jest życie staruszka. Wreszcie urodził mi się wnuk, który podtrzyma rzadkie, ale jakże piękne nazwisko, które rodzina nosi z dumą pana Juliusza, wielkiego, nieżyjącego kompozytora i pianisty, twórcy słynnego kwartetu fortepianowego g-mol. Chyba przesadziłem, wychodzi ze mnie chwalca, ale niech tam, trochę miodu nie zawadzi. Wydobywam z czeluści swoich zwojów mózgowych, wspomagając się fotkami przeróżne przypadki i anegdotki zwiezione ze świata. Mam zdjęcia osobiste z Iranu i Turcji ( a to już Azja). Po prostu stanąłem w rozkroku na granicy tych państw w drodze do podnóża Araratu.
Zdjęcie mi zrobił polaroidem młody Amerykanin, niestety w czasie powrotu je zagubiłem. Wspominam zakupy na arabskich sukach w Armenii, charakteryzujące się tzw. targowaniem się do upadłego. Wspominam moją pantomimę gdzieś w budapeszteńskim sklepie AGD. Otóż pokazałem gest cięcia gardła, by uzmysłowić Madziarowi, że chcę kupić nóż stołowy, by skosztować salami. Piekielnie wymęczyli mnie w tańcu (kołowym) uczestnicy wesela w chorwackim mieście Vukovar. Dokładnie pamiętam całonocną podróż pociągiem wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego z Tbilisi do Soczi. W pociągu wyprzedałem się z odzienia dosłownie, aż do podkoszulka zarabiając środki na zakup złotych obrączek.

     Chorwacja.      Most łączacy Krk z lądem..
Przyjemnie zapisałem w pamięci przebieg gotowania na wolnym powietrzu zupy gulaszowej z obowiązkiem kosztowania tuzina win białych i czerwonych obok zamku przy granicy węgiersko-słowackiej nad  Dunajem.”Zmęczeni” napojem króla Bachusa spaliśmy na trawie rozległej puszty. Z rana o rosie obudził nas tentent małych koni na których siedzieli jeźdżcy prawie dotykający nogami ziemi. Wyglądali jak Sancho Pansa czekajacy na Don Kichota. Ot tak było. Może ja Czytelników bloga zanudzam, wybaczcie staremu, bo w końcu nie są to opowiastki Toniego Halika. Wybaczcie mu, niech się cieszy, no bo co mu pozostało. Ano pozostało mi czytanie dobrej literatury. W ostatnich tygodniach wpadły mi do ręki kolejne dwie bardzo ciekawe i dla wielu pouczające pozycje. Mianowicie kryminał wojenny Alana Fursta "Misja w Paryżu", oraz książka Bena Eltona "Dwaj Bracia". To saga żydowskiej rodziny. Obie pozycje  z osnową wplecioną w stosunki polityczni-społeczne w nazistowskich Niemczech. Obie powieści czyta się z otwartymi ustami i mocno powiększonymi źrenicami. Polecam serdecznie i pozdrawiam.


ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...