sobota, 31 października 2015

DZIEŃ CZY ŚWIĘTO


Kilka godzin dzieli nas od Święta Zmarłych, dla katolików Dnia Wszystkich Świętych. Po mojemu brzmienie nazwy tegoż dnia jest niekonsekwencją, bowiem na cmentarzach nie leżą sami święci. Ludzie zacni leżą tam obok przeróżnych złodziei, włamywaczy, bandziorów, pedofilów, a nawet cynicznych zbrodniarzy, zatem trudno ich wszystkich zaliczyć do świętych. Wszyscy święci to balują w niebie w rytm tanga Budki Suflera aż sypie się złoty kurz. Na cmentarzach w myśl zapisów religijnych leżą porzucone jak mocno znoszony ciuch cielesne ich powłoki.
 

 

Dlatego Dzień, ewentualnie Święto Zmarłych zamiast Świętych w myśl powyższej logiki mi bardziej pasuje. Tak przynajmniej ów dzień jest nazywany na świecie. Post ten piszę w przeddzień tegoż święta, podobnie jak przed rokiem, a może przed dwu laty. Niektóre zdania z tamtego posta mi się nasuwają pod klawiaturę, między innymi to, że ten dzień jest na świecie różnie obchodzony. Jedni go spędzają na cmentarzach w zadumie i smutku inni zaś czynią to na wesoło a nawet całkowicie hucznie. Mam na myśli nacje cygańskie, meksykańskie, oraz niektóre azjatyckie byłe republiki ZSRR. Tradycje te zwykle wynikają z wyznawanych religii, a także zwyczajów szamańskich etc. Nasz polski obyczaj mieści się w słowiańskich tradycjach, tradycjach smutku i przygnębienia religijnego.
Meksykanie w tym dniu udają się całymi rodzinami na cmentarze, gdzie na płytach nagrobnych oddają się jedzeniu, piciu oraz przeróżnym maskaradom. Wieczorem wracają do swoich domostw bardziej rozweseleni, niżeli by wychodzili z balu weselnego. Podobnie czyni tak wiele nacji na całym świecie, włącznie z ludami dalekiej Syberii i Alaski. To pozostałości obyczajów indiańskich, gdzie zmarli niekoniecznie są chowani w ziemi. Często ich zwłoki zawieszane są na wysokich drzewach, podobnie jak u nas upolowane zające w celu skruszenia. Brrr. Drapieżne ptactwo i inne zwierzęta zrobią swoje, pozostaną tylko kostki. Poza smutnymi jak zawsze Słowianami, szczególnie Polakami, na świecie ten dzień został bardzo zbanalizowany, a nawet wręcz sparodiowany poprzez właśnie maskarady zwane świętem Halloween. To dzień strachów na wesoło. Osobiście pamiętam, gdy Dzień Wszystkich Świętych był tym dniem, w którym panie wyciągały z szaf nowe futra, kożuchy i nowiutkie kozaczki by od najlepszej strony zaprezentować się sąsiadom oraz rodzinie przybyłej z często dalekich stron, ale jak mi się wydaje dawniej aura bywała bardziej mroźna a nawet śnieżna, więc stroje te były bardzo pasowne. Oczywiście po cmentarnym obrządku rodzina spotykała się w restauracjach bądź korzystała z zaproszeń w którymś domu by powspominać tych którzy zalegają na parafialnych nekropoliach, przy rozgrzewającym węgrzynie, najczęściej marki „polska wódka”. W tym roku mój stan zdrowia nie
 
 

pozwala mi na odbycie podróży do grobów mi bliskich. Z tego powodu nie mam najlepszego samopoczucia, bo przecież taka podróż to nie tylko zaduma nad mogiłą najbliższych ale też miłe rodzinne pogawędki w ciepłej serdecznej atmosferze. Dzisiaj więc wspominam najbliższych, którzy odeszli. Chcę im podziękować że byli w moim życiu. Tym z najbliższej rodziny, Żonie, że towarzyszyła mi tyle dziesiątek lat zanim zabrała ją najgorsza z chorób, oraz Rodzicom, że tak wiele dobrego mi dali od siebie, ale też tym przyjaciołom i kolegom,w towarzystwie których czułem się znakomicie. Wspominam więc Wieśka Szurmieja, Kazika Łuckę., Andrzeja Ściepuro, Marka Jakubowskiego i wielu, wielu innych. Pozostaje mi też zadumać się nie tylko nad tymi którzy odeszli z powodu starości, chorób, zbrodni, wypadków, ale też polegli w wyniku wojen wyzwoleńczych swoich narodów, a takich grobów mamy najwięcej. Zarówno na cmentarzach, w podziemiach świątyń, ale także w lasach, w morzu, w górach i na pustyniach. Stawiam na ich płytach nagrobnych wirtualne kwiaty i zapalam znicze.

Fotki.
1.Zapalmy im znicze pamięci.
2.Cmentarze nocą w dniu 1.11.
3.Cmentarna fogurka z Meksyku,
4.Memory.

czwartek, 29 października 2015

STAŁO SIĘ


 
Stało się to, co miało się stać. W gruncie rzeczy nikogo wyniki wyborów nie zaskoczyły, no może poza tym, że na ostatniej prostej partyjka pt. RAZEM wyeliminowała głosem jej szefa tę większą ZJEDNOCZONĄ LEWICĘ. Nawiasem mówiąc partia Adriana Zandberga powinna zwać się OSOBNO, jako że odrzucała wszelkie kuszenie na integrację sił lewicy. Trudno, stało się, żadna z tych lewicowych partii nie dostała się do Sejmu i pozostaje na obrzeżach polskiej polityki, z jedynym plusem. Mianowicie, dzięki temu że drużyna pana Adriana Zandberga przekroczyła próg 3%, może się spodziewać ok. 3 milionów złotych dotacji z budżetu państwa. Pozwoli to na zintensyfikowanie partyjnych pomysłów na przyszłość.
 
 
W Sejmie nie ma ani jednego posła lub posłanki z „sercem po lewej stronie”, oczywiście pominąwszy biologiczny układ naszych trzewi. Można się zatem spodziewać uchwalanych ustaw w myśl powiedzenia „hulaj dusza piekła nie ma”, ale skoro naród tak chciał to trudno jest podejmować się jakiejś głębszej analizy. Nie moja to broszka, z jednym zastrzeżeniem że jako obywatel będę się przyglądał ( nie powiem, że bez zażenowania)) realizacji tysiąca zapowiedzi, które mają „uzdrowić” Polskę. Są takie, które mnie jako Polaka i obserwatora będą zapewne satysfakcjonować, jak chociażby likwidacja wylęgarni łobuzerstwa i marginesu społecznego jakim są gimnazja, a w ich miejsce reaktywacja szkolnictwa zawodowego. O innych się przekonamy w nieodległym terminie. Pozytywnych decyzji nie spodziewam się, z prostego powodu, jako że Polski budżet w żaden sposób nie wytrzyma realizacji chociażby połowy obiecanek kandydatki na premiera czyli tejże Szydło, której nikt nie znał zanim nie wyszła z
 
 

przysłowiowego worka. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę będziemy zaskakiwani decyzjami nowego, episkopalnego parlamentu, chociażby powołaniem niejakiej pani Barbary Bubuli (średniowieczna baba w XXI wieku)) na stanowisko „inspektora” polskiej telewizji publicznej. Inspektora pilnującego by nie daj boże, jakowyś program przypadkowo zapomniał otrzeć się o tematykę oderwaną od Boga, nie mówiąc już o propagowaniu istoty ateizmu, albo chociażby, tfu homoseksualizmu. Wracamy do początków lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy prawie cały sejm był upstrzony wariatami wyznaniowymi. Ta cała Bubula tak się naprawdę nazywa, wierzcie mi państwo i naprawdę będzie kościelnym okiem w TV.
 
 

Znając jej wypowiedzi z Radia Maryja, które cytują media, pomyślałem, że senator Kogut, który do tej pory uchodził w moich oczach za symbol piramidalnej ciemnoty i głupoty, chyba by się lepiej nadawał, bo przynajmniej publicznie zapowiedział współpracę ustawodawczą z biskupami. Jak zerkam w ekran telewizora, to widzę, że na razie trwają przepychanki kandydatów na przeróżne rządowe stanowiska i dużo jeszcze upłynie wody w Wiśle zanim wszyscy ludzie Kaczyńskiego pogodzą się z JEGO, a nie Szydło decyzjami. Odnośnie zaś polskiej lewicy, to powiem tylko, że cztery lata to dość dużo czasu na odbudowę struktur lewicowych, bo parlament składający się wyłącznie z jednej i do tego prawicowej partii
 
 

to tragedia dla państwa, z nazwy państwa demokratycznego. To analogia do PZPR. Jest czas na dogadanie się Adriana Z. z Barbarą N., tym bardziej, że swego czasu byli nawet ze sobą bardzo blisko w sensie towarzyskim, chociaż to ma niewielkie znaczenie. Będzie jak będzie. Tematów zapewne mi nie zabraknie i to wypowiadanych na ostro, wiadomo wszem, że mamy konstytucyjne prawo do wolnego słowa. Chyba że parlament PIS wyrzuci ten zapis z ustawy zasadniczej, bo zamiary ma w tym temacie dość obłędne.
 
Obrazkiod od góry z mediów polskich.
1.Recydywa
2.Reforma szkolnictwa.
3.Bubula w całej krasie
4.Rejtan Beaty Szydło w sztuce
5.Rejtan Beaty Szydło w realu.
 
 

poniedziałek, 26 października 2015

ŻAŁOBY NIE BĘDZIE


 
Z każdej śmierci cieszy się ksiądz, natomiast w żałobie pozostaje rodzina. Ta wielka, w miarę nowoczesna dotychczasowa rodzina nazywa się Polska. Jak wiemy w każdej rodzinie są tacy, którym na rękę jest śmierć jej członka, bowiem za trupim zapachem idą odczyty testamentów, a spadek potencjalnie był nie do odrzucenia. Ostatnio nasz rząd robił wszystko by zbuntowanych, członków rodziny, pragnących tej śmierci było jak najwięcej i to oni w 100 procentach przyczynili się do jeżeli nie uśmiercenia ojczyzny, to w każdym razie jej całkowitego ubezwłasnowolnienia. „Testament” odczytano w telewizji wieczorem w dniu 25.10.2015.Wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość i to w sposób nie pozwalający na dalszą integrację z postępową, dla wielu zaś zgniłą Europą. Głosujący Polacy zamknęli sobie drogę do korzystania z mało doskonałej Ustawy o in vitro oraz tej która zabraniała chłopom bić babę i odwrotnie, choćby po pijanemu, a nawet wracającemu prosto z kościoła, oraz wielu innych ustaw integrujących Rzeczpospolitą z postępem. Cieszy się społeczeństwo. Ci w wieku lat 60, że nie muszą rano wstawać do pracy, a emerytura w wysokości 1000 złotych wystarczy na piwo i refleksje w ławie kościelnej. Cieszą się najmłodsi, że do szkoły będą zmuszani chodzić dopiero w wieku lat siedem, a może i osiem jak PIS da. Kler polski już od lat miał powód do satysfakcji, teraz dostanie w spadku „testamentowym”

 
wszystko o czym tylko marzył i to nawet bez przysłowiowej „złotówki”, jaką płacił za wszelkie dobra, zresztą sam się mocno przyłożył do kaczego, aż tak wielkiego zwycięstwa. A więc potencjalnie wszyscy się cieszą. PIS owi pomogła rozlazła jak gacie starego dziadka, oraz mało wiarygodna i rozrzutna Platforma. Ponadto przygarnęła do siebie kilku skompromitowanych uciekinierów z PIS, a także misternie zorganizowane przez wrogie służby z wykorzystaniem kelnerów pijackie podsłuchy wysokich urzędników zajadających się ośmiorniczkami, płacących za kolację po kilka tysięcy złotych z kieszeni podatników. Pogrążyła Platformę też minister Bieńkowska, ulubienica Tuska, która publicznie stwierdziła, że tylko głupiec w Polsce zechce pracować za mniej niżeli sześć tysięcy złotych miesięcznie, sama pobierając tysięcy sześćdziesiąt. Lewica, która jak powietrze była i jest potrzebna w parlamencie odpadła z wyścigu o mandaty w sposób chyba najbardziej spektakularny, bowiem jeszcze kilka dni przed dniem wyborów notowała popularność w granicach 10%.(wystarczało 8). Tymczasem po tzw. debacie ośmiu sztabów wyborczych nastąpił krach. Przyczynił się do tego szef mało znanej partii o niewyszukanej nazwie Razem, Adrian Zandberg, który w sposób iście „leninowski” podbił serca wyborcom lewicowym na tyle, iż głosy ich straciła po części Zjednoczona Lewica Barbary Nowackiej. W tej sytuacji obie lewicowe partie nie przekroczyły progu „parlamentarnego”.. Jest jednak szansa na przyszłość zaistnienia na politycznym firmamencie mocnej, naprawdę zjednoczonej lewicy złożonej z obu tych lewicowych członów, oczywiście po dokonaniu prawdziwych czystek, czyli wyrzuceniu z nich geriatrycznych działaczy, takich jak Miller, Czarzasty i Palikot. Ten ostatni niby nie jest aż tak stary, ale jego zbyt radykalne poglądy dotyczące stosunków państwo-Kościół zniechęciły nawet wielu ... ateistów. Tu jest Polska, jak krzyczą narodowcy, a nie Dania
 

 

czy Szwecja. Trudno, stało się. Może nawet nie jesteśmy do końca aż tak przegrani. Samodzielne rządy Kaczyńskiego muszą dać ciała, jeżeli zamiarują spełnić wszystkie obiecanki rzucane na prawo i lewo przez Szydło. Jestem przekonany, że parlament , ten pisowski parlament będzie obradował w warunkach mocno hałaśliwych protestów pod nosem ich „świątyni” na Wiejskiej. Być może salę sejmową obok krzyża domeblują portretami przeróżnych świętych z Lechem Kaczyńskim, Popiełuszką i Wojtyłą na czele, być może powiększy się kaplicę sejmową kosztem kilku pokoi poselskich, być może …., być może... być może, nie moja to bajka. Jedno jest pewne. Każdy projekt poselski zanim trafi do laski marszałkowskiej musi być przejrzany, dosłownie zlustrowany przez specjalną komórkę (wydział) prawniczy episkopatu. Wiele zaś dotychczas uchwalonych ustaw pójdzie do poprawki albo wręcz do niszczarki, włącznie z zapowiedzianymi zmianami w Konstytucji, w której to preambule na 100% znajdzie się odniesienie do „żywego” Boga a nie do jakowyś tam enigmatycznych wartości, wcześniej jednak 560 szczęśliwych parlamentarzystów złoży zaprzysiężenie … Kaczyńskiemu, które zakończy słowami „Tak mi dopomóż Bóg”. Krótko, chyba że władze episkopatu rozbudują ową prośbę jeszcze bardziej wzniośle i zarazem poddańczo.

Obrazki od góry:
1.Polska straz graniczna
2. Prawdziwi spadkobiercy
3..Polska na tle Europy.Kolor episkopalny.

 

niedziela, 25 października 2015

TERAŹNIEJSZOŚĆ


 
Moi drodzy. Powiem otóż tak: Przeszłości już nie ma, natomiast przyszłości jeszcze nie ma. Zajmijmy się zatem teraźniejszością, mimo iż jest ona banalna i nudna jak przysłowiowe flaki z olejem. Piszę ten tekst w dniu gdy obowiązuje cisza wyborcza, a więc milczę w sprawach politycznych, bowiem nie chcę się narazić na karę w kwocie, której po pierwsze nie posiadam, zaś po drugie nigdy nie posiadałem. Ale np. o upodobaniach kleru katolickiego mogę pisać, bo to temat chwytliwy, dla wielu ckliwy i akurat mi dość dobrze znany, zresztą nie tylko mnie. I nie jest to temat wyborczy, aczkolwiek o samej sztuce wyborów kler wie najwięcej i zapewne w dniu wyborów posłuży się nią wplatając w modlitwę. Jednak po głębszym zastanowieniu się zrezygnowałem, bo obiad akurat mam mieć wyjątkowo przedni, zatem nie chcę sobie tych przyjemnych odczuć zbyt nadwerężać..Ogrom pracy Małżonka włoży w to dzieło gastronomiczne, jakże bym mógł nie zachować szacunku dla Jej mitręgi.
 

Zmieńmy płytę. Otóż przeczytałem ja wczoraj przypadkowo tekst, a właściwie instrukcję odbywania stosunków płciowych przez małżeństwa katolickie, zamieszczoną w opracowaniach biblijnych, a w fragmentach głoszoną przez świętych ojców w tzw. „rozmowach niedokończonych” w Radiu Maryja. Nie wiem tylko komu mają służyć zalecenia o tym, jak mąż ma się zachować przed, w czasie i po zaspokojeniu swoich chuci, bo przecież nie o potrzebę kobiety tu chodzi. Zgodnie z zaleceniem państwa Terlikowskich, po misternych przygotowaniach, oraz koniecznych ablucjach i modlitwach, taki stosunek powinien kończyć się wtryskiem w kobietę, jakby to metaforycznie uzmysłowił ksiądz Oko, „wtryskiem w cos tam”,
podobnie jak to zobrazował na przykładzie samochodowej rury wydechowej. No i dobrze, w końcu w myśl zapisów biblii pary małżeńskie (wyłącznie sakramentalne) uprawiać mogą seks wyłącznie w celach prokreacyjnych. Wyczytałem i machnąłem ręką, ale, ale, zreflektowałem się w tym momencie, że Radia Maryja słuchają wyłącznie Polacy i Polki w wieku okołoemerytalnym, a nawet mocno geriatrycznym. Po co więc mają słuchać czegoś, co dla nich przebrzmiało już dwadzieścia lat temu. Chyba że chodzi o to, (i tu się puknąłem w głowę), że ci staruszkowie mają dopilnować młodszych członków rodziny, by nie baraszkowali sobie wyłącznie, a nawet nigdy dla przyjemności, bo Bóg patrzy na nich od momentu wzwodu , poprzez eliminację gaci, aż do momentu … no, no nie będę się powtarzał. I jest On wszędzie, jak uczy katechizm. Obok łóżka, na łóżku a nawet pod łóżkiem. Gdyby jednak z powodu np. zamroczenia alkoholowego tenże regulamin poprawny katolik nieco zlekceważył, na przykład poprzez chutliwy akt na podłodze, w stodole na snopach pszenicznych, albo wręcz w świeżo zaoranym polu, powinien on (tenże mąż) w najbliższą niedzielę podejść do konfesjonału i w szczegółach opowiedzieć księdzu, jak doszło do owego zapomnienia się. Można też dokonać demonstracji „narzędzia zbrodni”. Śmiało, wielu katabasów to bardzo lubi i chętnie udzieli rozgrzeszenia. (foto2, lustracja obrzezanych członków). Im relacja będzie bardziej szczegółowa, tym owocniejsza w sensie pokutnym. Ale dość tego tematu.  Brrrrr.

Spoglądam za wschodnią granicę, a tam feta na cztery fajerki. Na Ukrainie w siłę wyzwoleńczą nie rośnie państwo, natomiast organizacje paramilitarne, te które nie są jakoby zainteresowane Donbasem (czyżby już sobie odpuścili), natomiast wciąż łakomym okiem patrzą na ziemie polskie, a więc Podkarpacie aż po San, oraz Beskidy, mobilizując się w paradach. Ziemie te utracili w wyniku akcji Wisła, akcji zorganizowanej przez Polskę m.in. po rzeziach wołyńskich. Ponad 150 tysięcy polskich trupów musiało wzniecić gniew polskiego rządu z poparciem batiuszki Stalina. Co te tematy mają ze sobą wspólnego?. Otóż nic, ale skoro ma być cicho, przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma, to zajmijmy się teraźniejszością. Miłego dnia.
 
Fotki od góry:
1.Rozmowy rodaków o Polsce
2.Poszukiwanie Żydków -II wojna swiatowa.
3.Mądry góral w sutannie.
4.Parada UPOwców we Lwowie.

piątek, 23 października 2015

TWARDO ZA TWARZ


Urodzony 200 lat temu Otto von Bismarck, premier Prus i kanclerz Rzeszy Niemieckiej wypowiedział jakże sławetne słowa o Polakach, cyt: "Dajcie Polakom rządzić się samym sobie to wnet się wykończą.” Można by te słowa uznać za złośliwość Prusaka, bo właśnie Otto urodził się w takiej typowo junkierskiej rodzinie, gdyby nie miał całkowicie racji, a niestety miał. Potwierdziła to historia naszej ojczyzny. Polityka rozpasanej szlachty doprowadziła do rozdrapania Polski na ponad 120 lat, a każdy zryw do walki o niepodległość miał na tyle cherlawy charakter, większościowe zobojętnienie mas, iż nawet niewielkie oddziały wroga w mig sobie radziły w gruncie rzeczy z niewielkim pospolitym ruszeniem powstańców. Ale my Polacy lubimy klęski, zatem bardziej czcimy upadki powstań, kościuszkowskiego, listopadowego i styczniowego niżeli majowe zwycięstwo berlińskie w 1945 roku. To nam pasuje. Słowa Bismarcka sprawdzały się właśnie po zwycięstwie nad okupantem hitlerowskim, kiedy to Polska dostała się w objęcia Stalina. Przez ponad 45 lat kraj nasz mimo tzw. wesołego baraku, prosperował na obrzeżach niby demokracji, praktycznie bez jakichkolwiek większych protestów, nie licząc zrywu robotników fabryki Cegielskiego w Poznaniu, oraz łatwo spacyfikowanych buntów w Radomiu i Ursusie. Kraj centralnie zarządzany z Moskwy poprzez wybranych z "99,9" procentową frekwencją wyborczą rząd PRL, mimo to liczyliśmy się w świecie, który znalazł dla nas miejsce w ONZ i innych organizacjach międzynarodowych, a nasi żołnierze brali udział w naprowadzaniu pokoju w różnych zakątkach świata, i gdyby nie było stanu wojennego oraz Okrągłego Stołu, to prawdopodobnie zarządzał by dzisiaj Polską namiestnik Władimira Władimirowicza Putina.
 
Dzisiaj nie możemy się dopasować do demokracji krajów zachodnioeuropejskich, w których w większości zarządzają politycy o charakterze lewicowym i to od wielu lat. My tęsknimy do dyktatury, przynajmniej w większości populacyjnej. Widać to dzisiaj w tzw. słupkach, które odnotowują owe tendencje przedwyborcze. Krótka pamięć naszych obywateli nie pozwala wyciągnąć wniosków z czasu rządów Prawa i Sprawiedliwości braci Kaczyńskich i całego ich otoczenia. Szybko zapomniano o osiągnięciach czteroletnich rządów polskiej lewicy, która to po Buzku i AWS zastała kraj z 90 miliardową dziurą budżetową, szaleńczą inflacją, 25% bezrobociem, oraz zerowym przychodem PKB. By dokonać naprawy polskiej gospodarki potrzebne były cięcia w dochodach obywateli, a to spowodowało klęskę lewicy podczas kolejnych wyborów. Właściwie aż do dzisiaj ta partia się tak naprawdę nie podniosła z kolan, tym bardziej, że
premier Miller tych kolan nadużywał na styku państwo-Kościół rozdając biskupom profity na prawo i na lewo, przez co rozzuchwalony kler dzisiaj zawładnął państwem, zmuszając już nie tylko rządzących ale i społeczeństwo, w większości katolickie do całkowitej uległości. Sprawdza się zatem kolejny raz powiedzenie Bismarcka. Ktoś musi nami rządzić. Jak nie okupant zewnętrzny to wewnętrzny, a takowym jest Kościół reprezentujący obcy nam Watykan. Patrzę ja na notowania przedwyborcze 2015 i kolejny raz dochodzę do tego samego wniosku. Tęsknimy za twardą ręką rządów, chociażby one nie miały nic wspólnego z zasadami państwa demokratycznego, chociażby łamano prawo, chociażby o świcie w drzwi naszych mieszkań walono kolbami karabinów, a więzienne cele były wypełniane nie bandytami, złodziejami i pijakami powodującymi śmierć na drogach, nie ofiarami aresztów wydobywczych, a tymi, którzy będą krzywym wzrokiem patrzyć na rządy PiS. O frekwencję w ławach sądowych zadbają kelnerzy ze swoimi urządzeniami podsłuchowymi, oraz przeróżni usłużni donosiciele. Chciałbym na kilka godzin przed ciszą wyborczą uwierzyć, że tak się nie stanie, ale aż tak naiwnym nie jestem.
 
Fotki od góry:
1. Otto von Biskarck
2.Polacy w ruskich szynelach
3.Policja kościelno-pisowska
 
 

środa, 21 października 2015

ZAGŁOSUJĘ NA BASIĘ NOWACKĄ


 
Skoro jeszcze nie obowiązuje tzw. cisza wyborcza (dziwoląg na skalę światową), skoro jako bloger mogę korzystać z wolności słowa, którą tą wolność może mi zabrać jedynie (o ironio) Prawo i Sprawiedliwość, wypowiem się publicznie na kogo zagłosuje w dniu 25 października 2015 i dlaczego. Tak, boję się ewentualnych rządów Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyńskiego a nie Szydło, bo ta posłanka, nie w sensie poselstwa, ale posłańca, reprezentuje w gruncie rzeczy wyłącznie tego „zbawcę Polski”. Piszę to po obejrzeniu telewizyjnych dwu debat przedwyborczych. Nawiasem mówiąc dla mnie słowo debata to wymiana poglądów, dyskusja problemowa, a nie odpowiadanie na pytania prowadzącego program, wzorem teleturnieju „Jeden z dziesięciu” pana Tadeusza Sznuka. No ale było jak było. Każdy może mieć swoje zdanie na temat kto zwyciężył, kto najskuteczniej przekonał potencjalnych wyborców do swoich racji. Powiem krótko: dla mnie najbardziej skutecznymi, a może nawet tymi, którzy wzbudzili moją nieokiełznaną sympatię było dwoje uczestników.
 
 

Mianowicie mało znany w przestrzeni publicznej szef maleńkiej Partii Razem pan Adrian Zandberg, oraz przemiła z aparycji, uśmiechu, ale przede wszystkim głoszonego programu szefowa Zjednoczonej Lewicy pani Barbara Nowacka, niezmordowana działaczka na rzecz sprawiedliwej i świeckiej Polski, córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. Słuchając obu tych postaci odnosiłem wrażenie że jeszcze do końca ta Polska nie zginęła, jeszcze nie spsiała na tyle, by już tylko machnąć ręką na jej przyszłość. Rzeczowa wypowiedź pana Adriana odnośnie tematu uchodźców, oraz świeckości państwa, a także w podobnym, ale jakże delikatnym tonie pani Basi, która logicznie przestrzegała przed nadchodzącą i wręcz nieuniknioną katastrofą związaną z objęciem rządów przez PiS przekonała zapewne wielu niezdecydowanych rodaków, szczególnie tych o wrażliwych sercach i percepcyjnym rozumie. Tych, którzy potrafią pomyśleć, iż nawet niewielka wygrana PiS spowoduje odejście wielu posłów PO do bardziej napełnionego koryta Jarosława Kaczyńskiego. Od serca głoszone przez premier Ewę Kopacz nadzieje na „niby” lepszą przyszłość, są duszone obiecankami kaczego posłańca Szydło, obiecankami wyliczonymi na dziesiątki miliardów, branymi z sufitu sali sejmowej, a raczej z obłoków nieba, bo akurat najczęściej obiecanki składane są na spotkaniach pod gołym niebem. Aby nie dopuścić do samodzielnych rządów PiS nie wystarczy mobilizacja i strachy wygłaszane przez Platformę, bo wyborcy od niej jednak odchodzą. Próg wyborczy musi przekroczyć jak najwięcej małych partii. Wtedy nie będzie możliwe szaleństwo polityczne Kaczyńskiego i to jest najprawdziwsza prawda. Nam normalnym Polakom zależy najbardziej na opinii wyrażanej dla naszej ojczyzny przez Europę i świat, dlatego niezbędnym warunkiem pozytywnej opinii jest świeckość naszego państwa w myśl obowiązującej Konstytucji, bez podpierania się jakimiś przeklęcznymi konkordatami, albo innymi porozumieniami pt; Ustawa z tytułem „państwo-Kościół”. Tylko tych dwoje uczestników debaty miało skrystalizowany pogląd na ten temat. Reszta z bojaźni przed biskupami w tym temacie milczała, albo półgębkiem powiadali, że nie czas na wojnę wyznaniową. Premier Kopacz co prawda kilka razy użyła w sensie krytycznym słowa „republika wyznaniowa”, ale nie dopasowała do tych słów konkretnych zagrożeń dla Polski, czyli panu
 
 

Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Zdaję sobie sprawę, znając polskie zindoktrynowane Kościołem i siłą medialną prawicy społeczeństwo, że Zjednoczona Lewica, ani Partia Razem nie mają szans na wysokie notowania, ale wystarczy gdy przekroczą próg wyborczy, by wprowadzając do parlamentu po kilkanaścioro posłów nie dopuścić do tego, że Polska stanie się drugą Koreą Północna, na czele której stanie jakże podobny Kim Dzong Un- owi , nie tylko fizycznie Jarosław Kaczyński i jego akolici. Do wyborów pozostało naprawdę kilka dni. Do dzieła panie Adrianie i pani Barbaro. Trzymamy kciuki.

poniedziałek, 19 października 2015

STRASZNIE NIEWYGODNY TEMAT

 
Pamiętacie Państwo sławetny dzień, gdy szef rządu Donald Tusk głośno z trybuny wypowiedział słowa. Nie będziemy klękać przed księżmi. Mówił to w imieniu partii rządzącej czyli Platformy Obywatelskiej, której przewodził od dobrych kilku lat. Upłynęło dosłownie kilka miesięcy, gdy przez niego namaszczona na premiera Ewa Kopacz odbywająca podróż do Watykanu nie tylko uklękła przed papieżem, ale z chciwością lizała rączki szefa rządu państwa watykańskiego. Oczywiście już od dawna w geście całkowitej uległości i poddaństwa nasz rząd, oraz władze terenowe, czyli zarządy województw, powiatów a nawet gmin obdarowywały nasz najbiedniejszy w świecie Kościół katolicki kolejnymi cudeńkami w postaci połaci ziem, budynków a nawet całkowitego poddaństwa policji, wojska, szkół, oraz władz wybieralnych przez społeczeństwo. Jedynie prezydent Poznania pokazał arcybiskupowi Gądeckiemu zgięty łokieć. Dość, powiedział i począł rozgraniczać boskie z cesarskim. Dość żyłowania społeczeństwa Wielkopolan, co trwało przez dziesiątki lat z rozkazu geja nr.1 abp Paetza.
 
 
Kuria kazała m.in. sobie płacić setki tysięcy za przysłowiowe g*wno, czyli przejazd dziecięcej kolejki przez płatek ziemi ponoć kiedyś należącej do Pana Boga, czyli biskupa. Podobnie przeogromny, liczący czynsz za wykorzystanie budynku dla potrzeb szkoły baletowej kosztował miliony rocznie. Pan prezydent Jaśkowiak powiedział w końcu dość i wysłał kuriewnych na drzewo. Gdyby tak powiedział episkopatowi rząd centralny. Marzenie, bo mimo że Tusk zapowiedział wstrzymanie dotowania Kościoła funduszem Kościelnym, wystarczył pomruk niezadowolenia Dziwisza i kilku innych purpuratów a temat umarł, bowiem kościółek sobie policzył ewentualne szkody z tytułu takowych postanowień rządu. Odpis choćby 0.5% z podatku na rzecz wyznawanej religii od każdego wiernego spowodowałby masowe rezygnacje z przynależności do Kościoła, podobnie jak to się stało w Niemczech, gdy napominano pracujących tam Polaków do płacenia podatku na rzecz kościoła katolickiego. Masowo stali się ateistami i agnostykami, no i zapis, że w Polsce jest 95% katolików można by wsadzić psu pod ogon. Jest kampania wyborcza w Polsce. Każda partia obiecuje cudeńka ewentualnym wyborcom, żadna jednak nawet nie piśnie w sprawie bodaj najważniejszej, czyli wyrwania z łap kościelnych około 11 miliardów złotych rocznie, bo do takiej kwoty darowanej Kościołowi przyznaje się rząd. Ale to przecież nie wszystko. Być może podobną kwotę
 
 
klechy wyrywają z funduszu gmin i powiatów. Wszystkie te śmierdzące brakiem opieki prawnej operacje nie podaje się do publicznej wiadomości. Zestawienie tych „darowizn” odnajdujemy przynajmniej raz na pół roku w Faktach i Mitach. Zamyka się zwykle kwotą kilkuset milionami złotych, zwykle otrzymywanych bez rejestracji podatkowych, a jeżeli już ktoś ma zapłacić podatek to spada on na darczyńcę, czyli państwo. Temat finansowania Kościoła w Polsce jest ciemnią absolutną, Wszystkie partie ubiegające się o mandaty poselskie na ten temat generalnie milczą. To bardzo gorący kartofel, by brać go do ręki. Jedynie Zjednoczona Lewica słowami przewodniczącej Barbary Nowackiej ten temat porusza na
 
 
spotkaniach z wyborcami. Chce wyprowadzenia religii ze szkół, chce też zniesienia zapisów na temat karalności za tzw. obrazę uczuć religijnych, a ponadto całkowitego rozdziału Kościoła od państwa. Żaden tam przyjazny rozdział jak to powiada pani premier Kopacz. Rozbrat przyjazny może się odbywać między małżonkami po rozwodzie, bowiem jest umocowany w wyroku sądowym, ale nie między proboszczem i wójtem, chyba że mają wspólne zainteresowania np. spotykają się w klubach gejowskich, albo we wspólnym łóżku, co nie bywa wielką rzadkością. Mało, że Kościół polski wpieprza się w stanowione prawo, np. w sprawie in vitro i związki partnerskie, to nie przestrzega też demokratycznych zasad kampanii wyborczej. Oficjalnie głosi, namawia, prosi a nawet rozkazuje wiernym by zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość czyli partię Kaczyńskiego, bowiem ma przyrzeczone z jego strony że gdy wygra wybory dostatecznie na tyle, by rządzić bez koalicjanta podzieli się Polską, być może pół na pół. Konstytucje dostosuje do biblii, zwolni wszystkich pedofilów w sutannach z więzień, a tym którzy mają już wyroki a nie siedzą, anuluje kary. Tak można mniemać. To nic, że Europa i świat będą spoglądać na Polskę jak na dziwadło, jak na skansen XIX wieczny. Nie szkodzi, bowiem faktycznie już od dawna nas tak postrzegają.
 
PS. Tekst ten piszę na kilka godzin przed debatą telewizyjną szefowych dwu największych partii. Debaty, która ma ostatecznie przekonać Polaków do głosowania na ich programy. Jestem najzupełniej przekonany, że temat finansowania Kościoła będzie tematem tabu, bo komu tam by zależało na tych kilkudziesięciu miliardach złotych ofiarowanych sługom bożym raz na rok.
 
Fotki od góry:
1.Oficjalnie nie będę przed eminencją klękał.
2.Zestaw świeckiej wladzy u boku pana prezydenta.
3.Lotto kandydatki na premiera
4.Sztuka i kultura zawsze z partią.
5.Urocze slowianki z PIS

piątek, 16 października 2015

MAM SWOJE ZDANIE


Cóż może być radośniejszego niżeli wybory ogólnopolskie. Bo przecie wybory to narodowe święto demokracji, prawda?. Prawda, ale nie całkiem. Do świąt ludziska się przygotowują powiedzmy z radością, ale nie wszyscy tę radość uwypuklają na swoich twarzach, bowiem uwypuklenie na twarzy oznacza zwykle wklęsłość w portfelach. Ile nas Polaków będą kosztowały te najbliższe wybory, tego nikt nie wie. Dużo, bardzo dużo i dużo za dużo. Spoty, bilbordy, autokary, wywiady medialne, spotkania z mieszkańcami rejonów i miast, wreszcie krawcy, fryzjerzy, manicurzystki, ochroniarze, asystenci i doradcy, że nie wspomnę o zamawianych na tę okoliczność mszach i innych imprezach z Kościołem w tle. Kosztuje to setki milionów złotych z podatków tych, co to mają być uszczęśliwieni, a uszczęśliwia się nas wyborców najprzeróżniejszymi obiecankami składanymi przez
kandydatów wszystkich startujących partii. Rozdawnictwo wirtualnych pieniędzy trwa przy każdej okazji i w każdych ilościach. Skoro jedna partia obiecuje, że po wygranych wyborach najniższa stawka godzinowa pracownika ma wynosić 12 złotych, to inne natychmiast „dają” 14, 18, a nawet 20 złotych. Nie mówię tu o innych obiecankach związanych z podatkami, uszczęśliwianiem rodzin wielodzietnych, górników, rolników, emerytów, nauczycieli i cyklistów. Tylko ani słowa o duchowieństwie. Rząd i opozycja milczy w tym temacie, tak jak zresztą milczy kler, bo obie strony wiedzą, że akurat Kościół niezależnie kto w Polsce będzie u władzy, to swoje ponad 11 miliardów złociszy rocznie dostanie.
 

Dostanie, bo jakby mogło być inaczej skoro przez dwadzieścia pięć lat dostawał co chciał, a nawet więcej. Nie godzi się być aż tak małostkowym względem przewodniej siły w Polsce. Święto radosne, wybory do parlamentu. Uszczęśliwimy 460 nowych (albo starych) posłów i 100 senatorów do sali dumania. Jak się zanosi większość z nich podziękuje Stwórcy (nie wyborcom) za mandat, pozostając z Nim w kontakcie absolutnym słowami ślubowania „tak mi dopomóż Bóg”, po czym natychmiast uda się do kasy po pierwszą wypłatę kilkudziesięciu tysięcy złotych, bo im się należy zapłata z góry, czyli dosłownie za słowo ślubuję plus owa prośba do Boga. To jest dopiero stawka, a nie jakieś tam 12 złotych za godzinę. Tylko akurat mnie to święto nie cieszy w ogóle. Nie dlatego że jak się zanosi, do władzy dojdzie antyeuropejska, antydemokratyczna, antyspołeczna partia Beaty Szydło z premierem in spe Kaczyńskim. Nie mam powodu do radości, bo mnie nie cieszą żadne święta z Bożym Narodzeniem i Wielkanocą włącznie. Pamiętam z lat młodzieńczych, że gdy zbliżała się Wielkanoc to zaczynało się żebractwo. A to jakieś tam wypominki, a to zamawianie mszy za dusze tego czy innego krewnego, którego duch już od dawna umościł sobie gniazdko w niebiosach, albo został strącony w czeluście ognia piekielnego. Bywają też takie dusze, które po wieki wałęsają się w przestworzach międzyplanetarnych w ramach karnego kodeksu czyśćca. Takie dusze szczególnie należy wykupować datkami mszalnymi. Przed dniem rezurekcyjnym na podwórka wjeżdżały pojazdy konne funkcjonariuszy parafialnych, czyli organistów i kościelnych, którzy w ramach wspomożenia ich egzystencji
zbierali od ludzi przeróżne datki jak mięso, (bo ludzie na święta bili wieprzki), wędliny, jaja, ziemniaki, ziarno, pieniądze, a nawet snopy zboża. Z kolei święta Bożego Narodzenia, były nieco bardziej znośne, bowiem wiązały się zwykle z długo oczekiwanym mrozem i śniegiem, co umożliwiało harce na sankach i łyżwach, ale też niespodzianki znajdowane pod choinką, często w postaci nowej poświęconej książeczki do nabożeństwa. Z tych świąt zapewne nie cieszyły się nasze matki i babcie, które nie dosypiając starały się sprostać tradycji. Pitrasiły więc i wypiekały przeróżne smakołyki, by chociaż poprzez uśmiech wywołany łaskotkami podniebienia wprowadzić radość przy stole wigilijnym i w dniach samych świąt. Aby jednak oddać szacunek i cześć Nowonarodzonemu Dziecięciu, wszyscy, jak jeden mąż udawali się na uroczyste nabożeństwo, gdzie z gardeł całej populacji parafialnej wykrzyczeć radosne „Bóg się rodzi, Alleluja.”, przy czym właśnie w tym dniu, proboszcz z tacą wolno się przeciskał pomiędzy wiernymi w towarzystwie ministranta z workiem, który jednocześnie toruje księdzu drogę. Worek ów służy jako zsyp napełnionej tacy, bo akurat w tym radosnym dniu ludziska są jakby bardziej hojni. Proboszcz też jest bardziej uśmiechnięty, toteż z rozkoszą gładzi dziatwę po główkach ku zadowoleniu rodziców i zazdrości sąsiadów. Zaraz po świętach tenże dobrodziej i pasterz parafialnych dusz, wraz z asystą w postaci ministrantów, którzy kiedyś wyrosną na ministrów najczęściej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, udaje się na żebraninę zwaną kolędą, a według niego wizytą duszpasterską. Nie zadowoli się on jajkami, czy podobnymi darami. Zbiera pieniądze, najlepiej w dużych nominałach. Zwykle dostaje datki w złotówkach ale też innej walucie. Znałem starszą parafiankę, która zbierała złotówki za sprzedawane jajka w skupie, by przed kolędą zamienić je na „dularki”, bowiem proboszcz wybiera się do Lourdes, czy tam Santiago de Compostela, aby u stóp Niepokalanej Dziewicy wyprosić dla mnie zdrowie, bom pokrzywiona przez reumatyzm, opowiadała mi miła staruszka w chwilach szczerości. Oczywiście często sąsiedzi prześcigali się w wysokości datków podczas rzeczonej kolędy. Dlatego czas kolędowania, to czas żniw, po których proboszcz zmienia samochód na lepszy rocznik i nowszy model, a często zrzuca sutannę, koloratkę i poświęcone gacie, by udać się na zasłużony urlop do Włoch, Hiszpanii czy południowej Francji. Tam łącząc spa z rozrywką, często cielesną, ładuje akumulatory zdrowotne do walki o dobro polskiej prawicy. Gdzieś przy okazji za grosze kupi obiecane badziewie dla hojnej parafianki i można oczekiwać następnych świąt albo parafialnego odpustu.
 

Osobiście jak wielu Polaków nie znoszę świąt, podczas których do rodzinnego gniazda zjeżdżała się cała rodzina. Te opłatki i inne poświęcone jajka, które służyły za rekwizyty wzajemnej życzliwości były dla mnie wyłącznie chwytem marketingowym. Przy stole zwykle królują sztuczne uśmiechy, dyskusje polityczne raniące uczucia tych co inaczej mają w głowach poukładane, albo kabotyńskie dowcipy moralnie uzależnione od ilości wypitej gorzały. Po świętach rozjeżdżamy się do swych domostw, zapominając często, że gdzieś tam mieszka ktoś bliski, z którym kilka miesięcy temu się obcałowaliśmy składając sobie najsłodsze życzenia. Tak to moi Rodacy, trudno się cieszyć ze święta polskiej demokracji zarówno w aspekcie wyborów, jak i zbliżających się za kwartał świąt Bożego Narodzenia, pierwej upstrzonych tysiącem przeróżnych pajaców w czerwonych myckach z pomponami. Głupi naród to kupi, jak powiadał spin doktor Kurski, a potwierdzi w dniu Wielkanocnym pieśnią „Wesoły nam dziś dzień nastał”, na który to jeszcze poczekamy do wiosny.
 
 
Fotki od góry:
1.Moje motto.
2.Oj, jeszcze nami porządzą.
3.Gałczyński moja milość.
4.Tu hartowala się "moja stal"
5.Moherowe marzenia wielu Polaków.




wtorek, 13 października 2015

DYSTANS


Mieć dystans do siebie '' - umieć żartować sobie z siebie, ze swych wad, zalet. Oznacza też akceptowanie tych wad. Czasami też żartowanie ze swych zainteresowań. Ogólnie, mieć luźne podejście do siebie, do swego życia. Nie obrażać się, jeśli ktoś cię krytykuje. Patrzeć na siebie obiektywnie”, i tyle, albo aż tyle.

Zdystansowanie się jest nieodłącznym elementem uwolnienia się od uzależnień, choć nie jedynym i wystarczającym. Jeżeli ktoś posiada dystans do siebie, wówczas mówi się o jego dojrzałości. Dzięki zaufaniu samemu sobie, łatwiej poradzimy sobie nawet w najbardziej zaskakującej sytuacji, korzystając z pokładów kreatywności i pomysłowości. Jednak trzeba pamiętać, że jest to efekt długotrwałej pracy nad sobą. Nie jest łatwo osiągnąć taki stan własnych emocji. Często oglądam pana Jerzego Urbana odgrywającego w filmikach satyrycznych na YouTube postaci zgoła mu ubliżające jako osobowości liczącej się w społeczeństwie. Pan Urban kpi i wyśmiewa zjawiska dziejące się w kraju oraz osoby umocowane w rządzie, parlamencie ale też w wyznawanych religiach, odgrywając komedianta, a przecież nie jest aktorem, jest wręcz osobnikiem śmiesznym. Na łamach jego tygodnika NIE ukazują się teksty w których nie tylko sam z siebie błaznuje, ale też miesza w nie swoją najbliższą osobę, czyli małżonkę nazwiskiem Daniszewska. Można by spojrzeć na to okiem spetryfikowanego
złośliwca z PiS, albo jakiegoś niedouczonego teologa. Można,
ale po co?. Gazetę przeczytasz wykrzywiając być może z obrzydzenia twarz, podobnie jak obejrzysz filmik, w którym
Urban pokazuje scenkę nie tylko ośmieszającą tzw. ważną figurę, ale używa przy tym wulgaryzmów, zwykle nie zamieszczanych w publicystyce, ale zamieszczonych w Encyklopedii PWN, no i nic się nie stało. Zarówno on już dawno oswoił się z wyzwiskami jakie na jego temat kieruje wielu „niedotykalskich”, podobnie jego małżonka nie czuje się w żadnym stopniu dotknięta opisami jej kobiecości oraz przyzwyczajeń w tym opilstwa i upodobań seksualnych. Małżeństwo państwa Urbanów jest najlepszym przykładem właśnie absolutnego zdystansowania do siebie. Czy w związku z tym pan Urban ma bardziej zawężone towarzystwo. Nie, po trzykroć nie. Jest zapraszany sam lub z panią Daniszewską na przeróżne imprezy, oczywiście do stałych, długoletnich przyjaciół. Jak wiadomo każdy ma swoich przyjaciół i bliższych znajomych. W sumie można powiedzieć, że jest postacią lubianą, ale tylko przez tych, którzy również potrafią zachować dystans o którym mowa. Trudno jego przyjaciół szukać wśród polityków prawicy, szczególnie skrajnej prawicy, oraz kleru. Kler należy do ulubionych tematów urbanowego tygodnika.
Wyśmiewanie się z hierarchów i fundamentalizmów religijnych jest w jego tygodniku na porządku dziennym. Oczywiście, jak to w kraju dotkniętym „szariatem” katolickim, pan Urban musi często stawać przed obliczem sądu, bowiem ktoś poczuje się urażony, szczególnie zaś obrazą tzw. uczuć religijnych. Najczęściej z takich opresji pan Jerzy wychodzi zwycięsko, zależy jednak jaka „osobowość” wydaje wyrok . Jeżeli jest to sędzia, który oprócz szacunku dla naszego papieża ma podobny dla Monty Pytona, to sprawa rozchodzi się po kościach pozwanego. Jeżeli zaś trafi na sędziego z ramienia byłego ministra Ziobro, to ma przechlapane. Stać go na zapłacenie każdej kwoty, ale swój honor zachowuje zawsze. Polska to nie

Francja, gdzie tygodnik Charlie Hebdo może bezkarnie naśmiewać się z władzy i kościołów i nikogo to nie razi (no może oprócz czcicieli Allacha). W Polsce, chociaż to śmiechu warte wypowiedź iż biblię prawdopodobnie napisali skrybowie będący pod wpływem palonych ziół i oszołomieni winem, trafia nie tylko pod sąd ale i Trybunał Konstytucyjny. Tak, dosłownie, pod Trybunał Konstytucyjny. To są jaja warte właśnie Monty Pytona. Mam wrażenie, iż skarga złożona do sądu europejskiego w Strasburgu zamknie jadaczki wszystkim, którzy żerowali na ukaranej pięcioma tysiącami złotych Dorocie Rabczewskiej. Nie znam nikogo z prawej strony politycznej, kto by potrafił z siebie zażartować, już nie mówiąc
o tym by się zganić za popełnione faux pas. W ogóle politycy wszystkich opcji starają się utrzymywać pion jak słupy solne, albo utknięte widły w coś tam, w coś tam. Przypadek żartów jaki zainscenizował poseł SLD wysiadając z helikoptera a przy tym naśladując gesty papieża Wojtyły, spowodował niewyobrażalne wprost jak na państwo liberalno-demokratyczne wzburzenie. Kilka razy stawał przed obliczem sądu. Poseł Marek Siwiec należy do tych posłów, którzy potrafią się zdystansować w stosunku do swojej osoby. Z takimi ludźmi chce się przebywać i szkoda, że osobiście nie mam takiej okazji. Podobnie ma ukształtowany ustrój Piotr Gadzinowski, były dziennikarz w redakcji Urbana, a także poseł Rozenek z partii Palikota, zresztą sam Palikot, mimo, że w swej młodości współpracował z redakcją taliba Terlikowskiego „Fronda” już dawno wydostał się z tej matni. Pan Palikot, człowiek iście usposobiony rozrywkowo potrafi zakpić z tego, z czego do niedawna miał chleb i co przyniosło mu niezły majątek.

Poseł Rosati, powtarza publicznie że chodzi jak pijany marynarz, albo piosenkarka Ewa Farna, co to zaprzecza jak tylko może, iż jest ładna. Dla mnie akurat jest. Natomiast trudno się spodziewać od Kaczyńskiego, jak zresztą od wielu z jego partii, słów samokrytyki, że jest nie tylko złośliwym, cynicznym i bezprzykładnym hipokrytą, ale też małym, pospolitym karłem. On tego nie powie, ale w Sejmie jest tak akurat postrzegany. „Siadaj kurduplu”, ktoś do niego krzyczał, na co Jarosław złożył natychmiastową skargę, wzorem dziecka z piaskownicy do Marszałka Sejmu, a przecież mógł te słowa obrócić w żart w formie: „proszę pani a on mnie wyzywa od kurdupli”, posłowie nawet z jego ugrupowania by wybuchnęli śmiechem i sprawa była by zamknięta. Trudno bowiem komukolwiek uwierzyć, że jest on wysokim przystojnym brunetem obdarzonym prześlicznym uśmiechem. O mnie też nikt nie powie, że jestem wysoki i przepięknie upierzony na głowie. Jestem jaki jestem i każde pochlebstwo odbiegające od rzeczywistości postrzegam wyłącznie w formie żartu. Nie wszystkie śmieszne zachowania poselskie należy uznać za zdystansowane. Trudno bowiem normalnemu człowiekowi przełknąć Modlitwę Pańską „Ojcze nasz” posłanki Sobeckiej z trybuny sejmowej, gremialne poselskie modły o deszcz, albo teatralne podskoki wyprowadzanego z Sejmu posła Janowskiego. Ponoć najbardziej krytycznie do siebie są usposobieni mieszkańcy Norwegii, natomiast najlepszym
 
 humorem, obdarzeni są Anglicy, aczkolwiek jest to często humor wisielczy. Polacy muszą w realiach dzisiejszego prawa umocowanego w odniesieniu do religii zachowywać się z odrobiną hipokryzji. Swoje myślą, zaś czynią to czego od nich oczekuje szef, policjant, ksiądz, żona i kochanka. Tak oto wygląda dystans Polaków. Jeszcze  mamy długi do... przebiegnięcia. Ja osobiście staram się ten dystans skracać na swoim blogu Z IRONIĄ NA OSTRO. 
 
Fotki od góry:
1. Motto tematu.
2. Urban w TV jako biskup.
3. Szczerość.
4. Katolicki Trybunał Konstytucyjny
5. Jas Fasola uczy dystansu.
6. Chłopska mądrość.
ZAPRASZAM PAŃSTWA DO CZYTANIA POPRZEDNICH POSTÓW.




poniedziałek, 12 października 2015

POWTÓRKI Z HISTORII



 
Historia lubi się powtarzać, raz jako tragedia innym razem jako farsa. Dzisiaj najbardziej rozpalonym, wręcz gorącym jak pieczony kartofel pozostaje postać Antka policmajstra, czyli Macierewicza, który na spotkaniu z Polonią amerykańską naplótł takich głupstw, że głowa boli nawet jego akolitów. Do tego stopnia, że kandydatka na premiera Szydło z partii kaczej musiała w ciągu kilku minut dokonać podmiany na stanowisku przyszłego ministra ON z Antoniego M. na Jarosława G. Mnie, jak i wielu Polakom opowiadającym się za dobrem Ojczyzny i Jej lepszą przyszłością owa podmiana „wisi jak kilo kitu”, że wyrażę się „literacko”. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, albo też z deszczu pod rynnę i takie tam jeszcze inne powiedzonka. Nie tęsknię za powtórkami z historii, bowiem nie jest mi tęskno ani za tragedią, ani za farsą, bowiem tylko te widzę w aspekcie stanowiska ministerialnego dot. obronności państwa. Pierwszym, jak go pamiętam był niejaki Jan Parys. To taki chłopek przypominający studencika przedwojennego

 

ubrany w berecik. Minister obrony narodowej wolnej Polski z wykształcenia filozof. Z wojskiem miał do czynienia tylko tyle, że krył się przed żołnierzami z orzełkiem na czapce, spacerującymi ulicami Warszawy w czasie stanu wojennego. Ministrem był tylko do czasu gdy przyłapano go na perfidnym złodziejstwie. Mianowicie pełną garścią wziął sobie nagrodę w wysokości 100 tysięcy złotych z pieniędzy przeznaczonych jako fundusz kombatancki. Ot taki ruch kombatanta z czasów rządów komunistycznych. Ruch ten zamieniono na Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej Jana Olszewskiego, adwokata rodziny św. Popiełuszki. Znany był też z tzw. obiadu drawskiego, gdzie główną rolę odegrał Wałęsa Lech. Od czasów Parysa do dnia dzisiejszego mieliśmy kilkunastu ministrów ON, którzy prochu nie wąchali nawet na strzelnicach odpustowych. Wystarczy że reprezentowali swego czasu opozycję wobec rządu Jaruzelskiego. Bardzo śmiesznym ministrem był też Szeremietiew, jedyny który szczycił się stopniem oficera rezerwy. Zapamiętałem go z tego mianowicie, że jego zastępcę, wiceministra Farmusa, uciekającego przed wymiarem sprawiedliwości za przekręty do Szwecji ścigano śmigłowcem po Bałtyku. Piękna farsa. I tak by można było wymieniać kolejno przełożonych polskich szwejów aż do kandydującego Gowina, z wykształcenia filozofa teologii katolickiej, z przekonań wielbiciela (od niedawna, po przeszczepie z PO) Jarosława K. Polska armia, tak wychwalana ze względu na swoją wojenną historię nie zasłużyła na taką rozpierduchę.
 
 
W blisko 40 milionowym kraju średniej wielkości, nie całe 100 tysięcy żołnierzy nie jest w stanie w sytuacji dzisiejszych zdobyczy militarnych naszych potencjalnych wrogów, obronić chociażby połaci jednego powiatu, a co dopiero mówić o kraju. Żadne szpice, żadne grupki składające się z kilkudziesięciu żołnierzy NATO nie mogą skutecznie wzmocnić naszego bezpieczeństwa, mimo że prezydent Komorowski jako zwierzchnik sił zbrojnych (a w zasadzie kompanii honorowej) wnioskował wydatki na zbrojenia w postaci 2% PKB, zaś jego następca prezydent Duda i pątniczka do miejsc miłych jej sercu Szydło zapowiadają, że dorzucą wojsku jeszcze jeden procent PKB, czyli amerykańscy cwaniacy wydębią z naszej biedy dodatkowe 50 miliardów złotych, sprzedając nam (okazyjnie) uzbrojenie, które przemieszcza się między jednostkami paramilitarnymi a szrotem. Wszyscy, poza może dwoma dotychczasowymi ministrami obrony nie służyli w wojsku, bowiem woleli siedzieć w internatach lub celach więziennych w roli więźniów politycznych, niżeli zapieprzać przez tor przeszkód, oraz opychać się grochówką i śledziami. Kolejno byli to Szczygło, Klich, Sikorski i Siemoniak. Jak wiemy Szczygło "poległ" bohatersko u boku najwybitniejszego prezydenta wszech czasów Lecha Kaczyńskiego pod Smoleńskiem, zaś Sikorski biegał z aparatem fotograficznym po ziemi afgańskiej wspomagając mudżahedinów w walce z wojskami Breżniewa. Dzisiaj na te

 

zaszczytne stanowisko pretendował (być może dalej pretenduje, to tajemnica Jarosława) Antek Macierewicz do czasu oczywiście jego wygłupu w USA. Wymknął on się z szafy, w której jego aparycja schowana była do czasu wyborów i cichutko wyleciał za ocean. A ponieważ był tą odsiadką zdeterminowany do walki, ruszył z kopyta oskarżając m.in. Donalda Tuska o współpracę z STASI, oraz Komorowskiego o kradzież ponad stu dzieł sztuki autorstwa wybitnych artystów. W normalnym kraju proszę ja was moi Rodacy, to taki człowieczek, bądź co bądź osoba bardzo publiczna, na lotnisku Chopina, zaraz po wylądowaniu powinna być zakuta w kajdanki, albo nawet w kaftan, po to by mogła się wręcz natychmiastowo znaleźć albo w areszcie, albo w zakładzie zamkniętym dla obłąkanych. U nas niestety nie, bo Antek ma zasługi w walce o dobro robotników, oraz wyzwolenie spod „jarzma” sowieckiego. Jakie to zasługi, to już tajemnica prawicy i jego samego. Jest w każdym razie bohaterem, bowiem jako jedyny nie uciekł spod Smoleńska, tylko natychmiast przystąpił do odbijania z rąk ruskich tych trzech pasażerów którzy ocaleli z katastrofy, a że później zmarli, to już nie jego działka. Kończę na wybitnym kandydacie na ministra czyli przyjacielu kard. Dziwisza, J. Gowinie, filozofie w każdej postaci, czyli takiej, która zawsze nadaje się (jak w PRL) na ministra sprawiedliwości (w rządzie Tuska), ministra obrony narodowej, w zapowiadanym rządzie Szydło, a może nawet na kustosza muzealnego w Świątyni Opatrznosci Bożej. Wszystko możliwe. Panta rei.
 
Fotki od góry:
1.Oni (PIS) nie potrafią sie z siebie śmiać.
2.Wojsko polskie pod wodzą Macierewicza lub Gowina.
3.Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani.
4. Prawdopodobni ministrowie sprawiedliwosci i obrony narodowej w rządzie PIS.

piątek, 9 października 2015

BIEGUNI

 
 
 
Książka pani Olgi Tokarczuk zatytułowana BIEGUNI nie jest nowością literacką na polskim rynku księgarskim. Autorka za BIEGUNI została laureatką nagrody Nike już w 2008 roku, ale zabrałem się do jej przeczytania dopiero „dzisiaj”. Nie znaczy to, że można ją przeczytać przez jeden dzień. To dzieło wymaga dni kilku, bowiem zmusza czytelnika do przemyśleń o swoim życiu, dopasowując niejako je do treści książki, czyli o miejscu zamieszkania, pracy, rodzinie, ale i wielu innych okolicznościach związanych z powolnym upływem właśnie życia, oraz dobyczy nauki. Autorka jest psychologiem, ale też wspaniałym filozofem, a także etykiem. W tym roku otrzymała kolejną nagrodę Nike za inne dzieło literackie (dzieło nie tylko objętościowe, 900 stron) pt. „Księgi Jakubowe”. Czytałem w zasadzie każdą książkę wyróżnianą nagrodą Nike. Wszystkie były interesujące, bowiem dotychczas najbardziej poraził mnie swoim opisem podróży poprzez bałkański świat pan Andrzej Stasiuk książką „Jadąc do Babadag”. (Nike 2005).

Nie potrafię znaleźć usprawiedliwienia, że BIEGUNI pani Tokarczuk od roku 2008 mi umknęły, dobrze że nie na zawsze. Jak pisze autorka, tytuł zaczerpnęła od nazwy odłamu prawosławnych starowierców, którzy odrzucali wszelką hierarchię kościelną. Uważali oni, że zło tworzy się gdy człowiek stoi w miejscu. Jedynym sposobem ochrony przed złem jest ruch, podróż. Książka pani Tokarczuk to właśnie ciągła podróż nie tylko mierzona w kilometrach, w przestrzeni, ale wgryza się w etapy życia, w charaktery, w wyznania i w bardzo złożone myśli. Znajdujemy w niej opisy zachowań ludzkich na dworcach, lotniskach, w samochodach, samolotach, statkach morskich i na trasach turystycznych, ale też rękami patologa rozbiór ludzkiego ciała. Autorka pokazuje ludzkie rozważania o życiu, wychowaniu, pracy właśnie w tych okolicznościach, okolicznościach związanych z podróżą. To prawdziwa filozofia ludzkiej egzystencji podpatrywana z psychologicznego punktu widzenia pani Olgi. Czytając sam się umiejscawiałem w podobnych okolicznościach, jak chociażby w wątku podróży do Chorwacji, ale też do
Danii czy Włoch. Te moje oniryczne wspomnienia, dzisiaj przebiegające między jawą i snem, bowiem do wielu powracam poprzez sen, przypominają już na prawdziwej jawie podobieństwa zapisane na kartkach BIEGUNI. Mała wyspa chorwacka na której gubi się kobieta z dzieckiem ku rozpaczy męża i ojca jest też kalką mojej wyprawy na podobną wyspę, bowiem wszystkie one (wyspy) są jakoby dziećmi tej samej matki. Rosną na nich te same rośliny, te same owoce, utkane są podobnymi zatoczkami, hotelikami i budowlami przypominającymi czasy starorzymskie. Pani Olga powiada: ziemia jest okrągła i nie ma zatem powodu aby wytyczać sobie kierunki. Człowiek musi odnaleźć człowieka poruszając się po kuli, chyba że padnie z głodu lub wyczerpania. Autorka, jako globtroter po tym globie obserwuje zachowania podróżnych poruszających się bodaj wszystkimi środkami transportu. Obserwuje ich też w poczekalniach, podczas zakupów, zabawiania piskliwych dzieci, oraz głośnych pijaczków w tawernach i knajpach portowych, tudzież podczas przemarszu kiboli. Na kilku kartkach zręcznie mieści całe życiorysy wielu bohaterów. A są to bohaterowie, którym życie upływa i rozlewa się po całym właśnie globie. Od symbolicznej Polski poprzez narody wschodnie, aż do biegunów i portów oceanicznych. Czy sama autorka tego wszystkiego doświadczyła?.
 
Trudno powiedzieć. Jest psychologiem i filozofem, a więc ma przebogatą wyobraźnię, która owocuje według jej pomysłu. Pisze, że gdyby jednak na zakończenie mojej opowieści ktoś mnie zapytał, czy napisałam prawdę i tylko prawdę, gdyby potrząsnął mnie za ramię krzycząc: zaklinam cię, powiedz mi czy historie opowiedziane są prawdziwe, odpowiedziałabym: Tak mi dopomóż Bóg, na honor mój przysięgam, że historie które opowiadam w głównych zarysach są prawdziwe. Stąpałam bowiem osobiście po pokładzie promu, zasiadałam w fotelach samolotów, autokarów i pociągów, ale jeszcze więcej przesiadywałam w ciekawych miejscach obserwacyjnych, jak chociażby poczekalnie, knajpy i ciemne kruchty sakralne. Wszędzie tam moje największe zainteresowania kierowałam w stronę człowieka, podkreśla autorka. Nie sposób jednym postem zrecenzować całej materii BIEGUNI. Dostrzegam w opisach życia pani Olgi wręcz boskie, jeeli nie szatańskie oczy autorki. Chwytam więc tylko pewien, nie wiem zresztą czy najważniejszy krwiobieg powieści, która jak by w odniesieniu do prawosławnych starowierców wskazuje nam drogę ucieczki przed złem. Książka nie zawiera żadnych odniesień do chwały albo też odwrotnie, do biasfemii z powodów religijnych czy jakichkolwiek innych. Nie personifikuje żadnych współczesnych osób. Jako przeciętny czytelnik, pozostający w tym 40 procentowym sektorze Polaków, dla których książka stanowi wartość, absolutnie zgadzam się z głosami, które umieszczają panią Olgę wśród przyszłych laureatów Nagrody Nobla. Ta wybitna powieściopisarka, tłumaczona na wiele języków świata jeszcze zaskoczy nie tylko jej wiernych czytelników, ale też całe rzesze tych, co do księgarń zaglądają wyłącznie w celu zakupu prezentu z okazji urodzin szwagierki. Cieszę się, że sobie przypomniałem o pani Oldze Tokarczuk. Sadzę, że w niedalekiej przyszłości za „Księgi Jakubowe” też się zabiorę.

PS. Cieszę się, że Swietłana Aleksijewna autorka m.in. książki "Wojna nie ma nic z kobiety", którą przed trzema laty reklamowałem na moim blogu, w dniu wczorajszym otrzymała Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Naprawdę jest mi bardzo przyjemnie..
 
Obrazki:
Olga Tokarczuk odbiera nagrodę.
BIEGUNI, książka Olgi Tokarczuk
Księgi Jakubowe.Wyróżniona książka poraz drugi.
 

środa, 7 października 2015

JEDWABISTE UCZUCIA POLAKÓW



 

Jedwabiste, bardzo delikatne, wręcz jak nić pajęcza uczucia religijne Polaków, wciąż, dosłownie na każdym kroku, każdego dnia, a nawet każdej godziny narażone są na obrazę, doznanie krzywdy moralnej?, uszkodzenia duchowej siatki przekonań, no nie wiem jeszcze czegoś tam. Podpowiedzcie mi proszę, ponieważ sądziłem, że wieści o obrazie czyichkolwiek uczuć religijnych mogą nadejść wyłącznie od wyznawców Allacha, no i okazuje się, że i z Polski, ale nie do końca w to wierzyłem, traktowałem to dość groteskowo. Oczywiście z fundamentalnej religijnie Polski. Tyle, że w Polsce obrażony bywa nie tylko Chrystus i Jego Matka, zawsze Dziewica, rozdrobniona na dziesiątki sanktuariów przydrożnych, której tron królewski „rozdzielon” jest na Częstochowę i Licheń, ale też Jej wierni. Słusznie. Tu się urodziła, tu zrodziła Syna, a przypisywanie Jej krwi żydowskiej jest bluźnierstwem i tylko patrzeć jak zajmie się tym problemem Trybunał Konstytucyjny. Pierwej tylko wzmocni się siłami wygranego PiS zapis o polskości Maryi Dziewicy, który trzeba umocować w Konstytucji, co nie będzie zbyt trudne po zwycięstwie wyborczym kaczystów. Karanie za przestępstwo obrazy uczuć religijnych jest zgodne właśnie z Konstytucją - orzekł Trybunał Konstytucyjny. Tą
Konstytucją!. To pokłosie skargi złożonej przez piosenkarkę Dorotę Rabczewską ("Dodę") skazaną prawomocnie za takie przestępstwo. Wyrok grzywny w wysokości 5 tysięcy złotych usłyszała trzy lata temu. Pytam ja, proszę ja was, z jaką Konstytucją. Czy to konstytucja kraju demokratycznego, nowoczesnego, członka UE, czy też jakiegoś prawa Hammurabiego, według którego każda władza i obowiązujące prawo pochodzi od Boga. Pani Rabczewska (Doda) w przypływie szczerości publicznie odpowiedziała na zadane jej pytanie, jak wygląda jej stosunek do podartej przez Nergala biblii, odpowiedziała: Otóż według mnie trudno jest wierzyć w coś napisanego przez autorów naprutych winem i palących jakieś zioła i z tego powodu bardziej wierzę w dinozaury niżeli w zapiski biblijne. Według mnie zaś, ma rację, bo osobiście wolę uwierzyć w dinozaury, których kości od dziesiątek lat człowiek znajduje tu i ówdzie, natomiast trudno uwierzyć w wydumane, napisane sto lat po narodzinach Chrystusa relacje z Jego „działalności”. Wprawdzie w latach 1947-55 w 11 grotach miejscowości Qumran nad Morzem Martwym archeolodzy znaleźli zwoje rękopisów w językach hebrajskim, aramejskim i greckim, mówiące o życiu i działalności człowieka nazwiskiem zbliżonym do Jezusa, ale wyłącznie jako postaci historycznej bez jakichkolwiek opisów cudotwórstwa i posiadanych przezeń cech boskości. O tym uczyłem się na lekcjach z historii, a znalezisko było traktowane jako amerykańska zdobycz naukowa nie mająca nic wspólnego z genezą chrześcijaństwa, tym bardziej, że w kościołach na lekcjach religii o znalezisku nie było też ani słowa. A były to lata odkryć w Qumran. Uczucia religijne Polaków, ta delikatna materia jest chroniona Konstytucyjnie, ale też urzędowo. Urzędnikiem etatowym w sprawie „uczuciowej” pozostaje Ryszard

Nowak, poseł jednej kadencji kilka dobrych lat temu, ale wciąż otwarty na krzywdy w sferze pokrzywdzonych uczuć. „Idź ku*wo pierdzielona, nie obrażaj Boga i moich uczuć religijnych”. Takie teksty słychać z ust tysięcy moherowych istot. I już by pobiegła do sądu z oskarżeniem jej nadwerężonych uczuć, a nóż coś wywalczy, a może nawet 5 tysiaków. Tyle Doda ma zapłacić za swój ateistyczny język. Niestety szczątkowe wykształcenie obrażonej nie pozwala na złożenie odpowiedniego pozwu. Dlatego ja, z tego miejsca pouczam wszystkich katolików, których serca i dusze zostały kiedykolwiek zniewolone. Proszę, zwracajcie się do pana Nowaka Ryszarda, który tylko czeka na wieści o skopanych uczuciach religijnych. Ponoć mało bierze za napisanie pozwu, a może nawet czyni to za darmo, zależy od wyglądu i seksapilu mohera. Ma wprawę, robił to już dziesiątki razy. Jest pan Nowak ciągle czynnym działaczem. Mieszka w Gdańsku, a wnuczek z ochotą ustali w internecie jego adres urzędowy, a może i domowy. Pomyślności na drodze do zbawienia osobistego i dusze tych za których czujemy się odpowiedzialni przed Najświętszą Panienką. Panienką, która sama, osobiście nie może świadkować, bowiem ma etat podzielony na Częstochowę, Licheń, a nawet z doskoku ma coś do roboty w Toruniu. Pozdrawiam gorąco, bo akurat ostatniej nocy dobrze spałem.

PS.Własnie dzisiaj, w dniu 7.10. TK orzekł, że lekarz kierujący się tzw."klauzulą sumienia"nie musi odsyłać kobiety z chorym płodem do innego lekarza. Tak oto łamana jest już dzisiaj, trzy tygodnie przed wyborami Konstytucja RP. A tak w ogóle to obawiam się czy Unia nie wywali poza swój nawias kraju w którym rządzic będzie dzicz m.in. z Macierewiczem na czele. Z Macierewiczem, który powiadamia Polonię amerykanską, iż ma dowody na to, że Tusk był agentem STASI. Panie prezydencie Europy, Antek M. wzywa na dywanik!.
 
Fotki od góry:
1. Polski Chrześcijański Trybunał Konstytucyjny
2. Wycena krzywdy.
3. Ryszard Nowak, pies na sekty i uczucia religijne..


ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...