czwartek, 31 października 2013

PASTWISKO



Za namową moich bliskich, przygniatany skromnymi własnymi ambicjami, napisałem któregoś wieczora krótki wiersz, co to miał wskazać,... że akurat liryka jest mi ... dość obca. Tak sądzę i dlatego to „dzieło” przedkładam moim Czytelnikom do oceny z prośbą o wyrażenia krytycznego zdania. Jestem bowiem przekonany, że popełniłem to jednorazowo i chyba wystarczy. Niech stanie się to nawet najgorsze, czyli głos: człowieku pozostań przy epickim blogu.... Obym miał rację?!



Bladym brzaskiem ostry strumień wiatru
Przygiął jeszcze nierozchylone kielichy kwiatów
Które rozpychały się do pierwszych promieni
Zamglonego, szarego jak bochen chleba słońca.
Tylko kilka chabrów i maków z radosnym obliczem
Z obojętnością kiwając się na boki, jakoby kołyska
Niemrawo rozglądały się po trawach pastwiska.

Od strony wsi dolatywał tępy tupot kopyt
Bydła, które po rannym udoju z ochotą, parami
Spiesznie kroczyło na wypas, kiwając z lekka łbami..

Nabierało słoneczko ognistych kolorów
A gdy promień z uporem już w rowy napływał
Zaskrzył się łopuch kosmaty i bujna pokrzywa.
Z wolna bez obaw śmiały się twarzyczki
Wawrzynków, których chociaż mało, to wciąż przybywało.
Znienacka jak z procy wyskoczył skowronek
Skrzydłami zatrzepotał, śpiewem witał dzionek.

Pastuch struty bimbrem, mrucząc coś pod nosem
Powalił się w trawę przetykaną prosem.
Zasypiał mimo kąśliwych promieni słoneczka
Tym bardziej, że zioła, co to rwie szeptucha
Nachalnie się wciskały do nosa, ust i ucha
Zapachy cieciorki, bielistka, powoju polnego
Głaskały jego duszę, serce, a nawet całego.

Śnił z uśmiechem, bo przy nim Marysia leżała
Marą przezywana, choć cała wieś ją chciała.
Bo mary to deski gdzie legną umrzyki
Jego Mara to piosnka, to nutka z muzyki

Ta sama Marysia, co to mu onegdaj radości
Dawała wielkie, bo ją pragnął od wieczności,
Jako też i inni. Mżył, by była tylko dla niego,
A przed młodym panem z pobliskiego dworu,
Który jak powiadają brał dziewki sygnetem
Marę gotów bronić ostrym swym bagnetem.

Dziewczę Janiczka, wypasała kózki, jako ta chłopka.
Jej różana buzia, nóżki jak te brzózki
Wwierciły się w serce prostego parobka.
Śnił więc Janiczek, zwany tak przez matkę
O nocach, co to zdarzyły mu się zwykle w kratkę
Tuż zaraz po żniwach, jak też po wykopkach.

Obudził się, gdy jałówki miast twardej byliny
Znalazły obok niego kępki koniczyny.
Tedy chcąc przygarnąć swą Marę zbyt blisko
Dotknął mokrej chrapy bydlęcego pyska,
Co to, jak zimny prysznic ze snu go wydostał
Mary tu nie było, kociokwik pozostał.




wtorek, 29 października 2013

KOMEDIA PANIE, KOMEDIA

Prokuratura polska na klęczkach pyta Watykan o abp. Józefa Wesołowskiego, pisze na swoim blogu autor podpisujący się O-qu.


Jak kulawe jest państwo polskie w stosunku do Watykanu pokazuje sprawa abp. Józefa Wesołowskiego, podejrzanego o przestępstwo pedofilii, którego dopuścił się w Dominikanie. Śledztwo prowadzi prokuratura warszawska. Państwo średniej wielkości europejskiej jakim jest Polska z 38 milionowym narodem, kłania się, (ba, na klęczkach zwraca się do najmniejszego państewka świata (obszar o połowę mniejszy niżeli
posiadłości Kościoła w Krakowie) gdzie żyje i pracuje, głównie w dziwacznych sukienkach kilkuset ludzi obu płci. Czy zatem jest to normalne, czy chociażby troszkę groteskowe.. Czy polski rząd i szanowny pan prezydent nie spalą się ze wstydu?. Pytać, czy polskie władze mogą przywołać swojego obywatela, który posługuje się polskim paszportem, który żyje i żył z polskich podatków, który tu nad Wisłą otrzymał wykształcenie i egzystował na poziomie hrabiowskim w pałacu zbudowanym rękami współobywateli? To się w żadnej głowie nie mieści. I to tylko dlatego, że tu chodzi o purpurata w szatach arcybiskupa, a że akurat z charakterem pedofila z upodobaniami do chłopców o ciemnej karnacji, to mało ważne. To jest arcybiskup, q.wa mać, zrozumcie Polacy. Skromnie, jakowyś prokurator zauważył, że nie mamy jako Polska podpisanego z Watykanem porozumienia o wymianie przestępców i pomocy prawnej w aspekcie ich ścigania. No dobrze, ale to jest polski przestępca, a nie Watykańczyk co to narozrabiał w Polsce. Jeżeli już trzymać się owego zapisu bilateralnego to, co do cholery robiła przez kilkadziesiąt lat Suchocka jako ponoć nasza ambasador przy Jego Świątobliwości?. Przecież w końcu nasz kraj przez okres „pierdzenia w stołek dyplomatyczny” panienki Suchockiej nie dokonał żadnej transakcji handlowej, czy też innej międzynarodowej czynności wymagającej angażu ambasady na linii
Polska-Watykan. Co zatem robiła Suchocka tam nad Tybrem, poza odmawianiem różańca i opalaniem się. No co?., bo chyba jako była premier miała pojęcie o konieczności podpisania podobnego dokumentu między tak mocno i serdecznie zaprzyjaźnionymi podmiotami.
Nasza prokuratura zbyt drobiazgowo pyta Watykan z akcentem wprost błagalnym. Świadczy to, że nasi prawnicy do pedofilii abp. Wesołowskiego podchodzą na kolanach. Prokuratorzy pisali ten wniosek na klęczkach. Niespecjalnie można im się dziwić, gdyż politycy i spora część władzy znajduje się w tej samej pozycji do tubylczego kleru.
Okazuje się, że gdyby ksiądz Gil, pedofil o mniejszej godności i dostojeństwie, ale za to bardziej aktywny w rozdziewiczaniu dzieci, zamiast do Polski uciekł i schował się w murach Watykanu, to prawdopodobnie też by go trudno było dostać. Zapewne, skoro nawet siedział u matki pod Krakowem, kosił trawkę, a może i inną popalał, o czym media informowały codziennie, a policja bała się go zwinąć, bo może doznać.... jakoweś klątwy, to pokazuje obraz zaangażowania polskich organów ścigania przestępców w sukienkach. W Watykanie jest najbezpieczniej. Przekonali się o tym zboczeńcy, zwyrodnialcy i cwaniacy finansowi z USA, a nawet tak zblazowany seksualnie Marcial Maciel ,których papież Wojtyła, skrzydłem anielskim
przytulił w Stolicy Apostolskiej. Zresztą wokół Pałacu Apostolskiego aż roi się jak w ulu od zboczeńców i wszelkiego rodzaju ukrywających się przed prawem złoczyńców nie tylko natury obyczajowej, ale też finansowej. Pisze o tym prasa włoska, oraz raport komisji powołanej przez papieża Franciszka. Co drugi to homoseksualista, zresztą tak jak w całym Kościele katolickim. Niejaki ksiądz Oko, zapraszany do telewizji przez red. Lisa twierdzi, że wśród ponad 25 tysięcy polskich księży stwierdzono tylko jeden przypadek pedofilii, więc nie ma o czym mówić. Łżesz księże, jak bura suka. Ten jeden o którym mówisz to więzień odbywający odsiadkę, natomiast pozostałych ponad pięćdziesięciu chodzi na wolności, bo strachliwe sądy polskie skazały ich na wyroki w zawieszeniu, zaś ich przełożeni by oczyścić atmosferę przenosili ich w trybie nagłym choćby nawet do Odessy. Listę polskich pedofilów z dyplomami kapłańskimi może panu księdzu Oko przedłożyć redakcja Faktów i Mitów, gazety, której się tak boicie. W ostatnim numerze nie tylko jest wykaz tych waszych zboków ale też ich tolerancyjnych biskupów, oraz miejsca „katorżniczych”„zsyłek”.
Tak oto wygląda równość obywateli w Polsce. Tak oto wygląda poszanowanie naszego państwa i jego
prawa przez inne kraje w tym przez mini mini księstewko, którym przez długi czas zarządzał ponoć wielki patriota swego kraju rodzinnego, wielokrotny cudotwórca, obecnie po raz wtóry wynoszony na ołtarze JPII.

Spieszę o tym pisać, dopóki nasz katolicki, czcigodny, nadzwyczaj bogobojny Sejm nie uchwali kary więzienia za krytyczne słowa wypowiadane na temat katolickiego kapłaństwa, podobnie jak o żołnierzach wyklętych, do czego zresztą się przymierza. Pewno to nastąpi zaraz następnego dnia, po wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza, oraz rozwikłania przez abp Michalika znaczenia strasznego słowa gender. Bardzo też wątpię, by któryś z tych dwu knurów w sukieneczkach poszedł siedzieć. Od czego jest klęczon-prezydent, który darując im kary dozna samouświęcenia. Przecie to nie Ikonowicz, działacz lewicowy. To przedstawiciele Boga na ziemi.

Fotki od góry:
1.Najważniejszy nasz pedofil.
2.Towarzystwo ponad prawem.... polskim.
3.Módl się za nami kapłanami grzesznymi.
4.Wszystko trawa porośnie.

niedziela, 27 października 2013

CO TRZEBA WIEDZIEĆ O ŻYCIU BY SIĘ NIE BAĆ ŚMIERCI

Dużo, bardzo dużo. Więcej nawet niżeli nam się wydaje. Temat taki sobie wymyśliłem przy okazji zbliżającego się Święta Zmarłych. Lub Dzień Zmarłych, a nie Wszystkich Świętych, bo na cmentarzach leżą nie tylko ci uświęceni ziemskim postępowaniem, ale też wcielone diabły, skurwiele, a nawet zwyczajni zbrodniarze. Dlaczego więc ich zaliczać do wszystkich świętych?. To taka odskocznia, trampolina do zasadniczego tematu.
Otóż zadaje pytanie: Kto się bardziej boi śmierci. Czy ten, kto życie wykorzystał bardzo twórczo, pozostawił po sobie dorobek służący następnemu pokoleniu, lub całym pokoleniom w historii, czy też pierwszy lepszy prostak, podążający z batem za krowami. Taki co to budzi się kiedy chce, zje co mu dadzą inni, unika z lenistwa wszelkich ablucji a nawet odrobaczania, bo tacy w wolnej, bardzo katolickiej Polsce też są, a nawet jest ich więcej niżeli w krajach bardziej liberalnych i wyalienowanych religijnie. Prostak, który do tego przynajmniej raz w tygodniu przyoblecze bardziej czyste ubranie uda się w niedzielę lub inne święto kościelne do świątyni by wysłuchać jedynej prawdy, iż życie tu na ziemi to tylko przejściówka do tego lepszego w niebiesiech jak powiada Pismo. Wiedza, która powoduje jakiekolwiek dysputy z księdzem nie przysparza dobrych owoców, a najczęściej wtłacza w otchłań piekielną już tu za życia. Zanim jednak się to stanie taki grzesznik, tym bardziej wątpiący w granicę między padołem
ziemskim i czekającym go piekłem, ewentualnie czyśćcem ( o którym Kościół jakoby ostatnio milczy, czyżby został on skasowany, ze względu na rosnące koszty utrzymania?)., czeka go trudno wyobrażalne cierpienie. Niezależnie czy zostanie on powołany na tamten „lepszy i sprawiedliwy” świat w wyniku nieuleczalnego choróbska, ze względu na wiek wyczerpujący limit życia, czy też wypadku zwanego śmiertelnym. Tacy ludzie całe swoje życie umocowane mają w strachu przed wszystkim co to jest zagadką, tajemnicą, duchem z zaświatów i wszystkim tym o czym między sobą rozmawiają, bo przecież nie o Einsteinie i Boskiej cząstce, czyli Bozonie Higgsa. Słowo głoszone w niedzielę, powinni zapamiętać na cały tydzień, tylko tydzień, bo w następną niedzielę im ksiądz powtórzy, i tak to życie proste, w ich pojęciu szczęśliwe, ale zagrożone cierpieniem i ogniem piekielnym umyka. Ponieważ do tego żadna nauka, w tym medycyna jest im niepotrzebna, jako że wystarczy, że w razie choróbska, którym pokarała go Panienka zawsze Dziewica, wiejska szeptucha (takie jeszcze bywają, szczególnie na terenach biebrzańsko- białostockich), życie takowego kandydata na podróż do domu Ojca, nie potrwa długo.
Śmierci jako takiej, czyli przejścia w stan cmentarny mniej się obawiają ludzie światli. Zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jego komórki życiowe, tak jak każda bateria się zużywają, a proces ten trwa od kilku milionów lat, od kiedy na naszym globie pojawił się człowiek w wyniku oczywiście ewolucji darwinowskiej. Dotyczy to nie tylko homo sapiens, ale wszelkiego „stworzenia”, co to rodzi się, zjada się ewentualnie wzajemnie, rozmnaża, starzeje i odchodzi w niebyt, po to by ich miejsce zajęły następne pokolenia. Taki człowiek, do których się osobiście zaliczam wie doskonale z obserwacji życia, że dolegliwość i cierpienia w chwili śmierci są uzależnione wyłącznie od niego samego. Dzisiejsza medycyna (niestety nie w katolickiej Polsce) jest przygotowana na to by zejście śmiertelne odbyło się bez nadzwyczajnych cierpień, poza oczywiście teorią Matki Teresy. Doświadczenia oparte na chemicznych zdobyczach wiedzy, najczęściej
pochodzenia narkotycznego pozwalają tym, dla których już bezwzględnie nie ma ratunku, pomóc i ulżyć w takich momentach. Sam tego byłem świadkiem, gdy podobna tragedia dotknęła moją najbliższą rodzinę. Być może, wzorem cywilizowanych państw, kiedyś i Polska wzbogaci się o tzw. godną śmierć dla swych obywateli, którzy w oparciu o diagnozę lekarską i wolę chorego dokonywać będą eutanazji. Eutanazji, która w głowach tych pierwszych, bezwiednych, prostych naszych współobywateli, ale też wielu przykościelnych parlamentarzystów kojarzy się z obozami hitlerowskimi, co jest oczywistym zaprzeczeniem prawdy. W obozach tych zabijano masowo bez znieczulenia. A takie zabijanie ludzi na frontach, a uśmiercanie w więziennych komorach śmierci w religijnym nad wyraz USA i nie tylko, a bombardowanie całych osiedli i miast gdzie zamieszkują niewinni ludzie w tym dzieci, tylko po to by zabić kilku członków Al kaidy? Czy to jest humanitarne????. Ostatnio Sejm ma się zająć problemem kremacji zwłok. Co jest praktykowane na całym świecie. Ponoć zgodzi się na samo spalanie, za wyjątkiem tego, by urny trafiały do domów

rodziny zmarłego. Sam nie popieram tego czeskiego zwyczaju, natomiast jestem za tym, aby rodzina zgodnie z wolą zmarłego mogła prochy jego rozsypać w specjalnie urządzonych ogrodach pamięci, tak jak to bywa w Europie. Ja osobiście chciałbym by prochy moje poniosły grzbiety fal wiślanych hen do morza. Zawsze byłem i jestem ciekaw świata. Tyle tylko, że Kościół na takich zwyczajach mało zarobi, a to jednak jest problem dla naszego rządu i parlamentu.


Powtórzę: Ten mało radosny post publikuję z okazji właśnie Święta Zmarłych.

Fotki od góry:
1.Dante, Boska Komedia
2.Impresja -Niebiosa
3.Piekło
4.Dusze strącane w otchłań.

piątek, 25 października 2013

KARIERA OBIEGU INFORMACJI ( Z ŻYCIA WZIĘTE)

Jak wiadomo, zanim Graham Bell wynalazł telefon, a przed nim Edison, Amper, Faraday, Tesla i Volt głowili się nad czym, co by pozwoliło nie tylko oświetlić mieszkania, ulice miast, ale też poruszać maszyny, ludzie systemem pierwotnym, ale jednak nie używając słuchawki, przekazywali sobie informacje ustnie, poprzez gońców, rozmaitych umyślnych, albo poprzez umówione znaki, często do dzisiaj służące szpiegostwu jako skrytki kontaktowe.
Zdążam do tego, że współczesny telefon na polskiej wsi w zasadzie pokazał się dopiero po drugiej wojnie światowej, nie licząc plebanii, właścicieli pałaców i dworów, których stać było praktycznie na każdą zachciankę. We wsi, w której się urodziłem jakiegokolwiek telefonu nie było, aż do końca dwudziestego wieku, czyli do czasu gdy masowo nastały telefony komórkowe. Ponieważ na mojej wsi nie było ani urzędu, ani też kościoła z plebanią, przeto pozostawało tylko radio i telewizja, bo akurat od roku 1965, gdy w ostatnim etapie elektryfikacji wsi wokół zagród wyrosły słupy energetyczne. Wcześniej dumny byłem, gdy po lekcjach w podstawówce, u mojej babci mogłem posłuchać przez słuchawki jednej stacji Polskiego Radia na tzw. kryształki zasilane baterią. Do tego czasu informacje i wydarzenia o charakterze regionalnym ludzie nabywali w kościołach na kazaniach, oraz na pogaduszkach między parafianami z sąsiednich wiosek zaraz po mszy, a w razie wypadku, porodu, albo pożaru wysyłało się kogoś do najbliższego urzędu wyposażonego w urządzenie pozwalające wzniecić alarm. Przykro opowiadać, ale to trwało do lat prawie siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Tylko prąd, który dopłynął do tych kolonijnie rozproszonych wiosek nieco ucywilizował życie, bo zanim zaświeciły żarówki w mieszkaniach, zanim tenże prąd uruchomił maszyny gospodarcze, radia, pralki, telewizory, lodówki i młockarnie, zboże kosiło się kosami i konnymi żniwiarkami, a młóciło często cepami. W tym czasie państwo już dawno zlikwidowało analfabetyzm. Ta mordęga i przeogromny wysiłek zżerał zdrowie ponad połowy naszego polskiego społeczeństwa, bowiem większość polskiej nacji gnieździła się na wsiach. Powracam tutaj do głównego nurtu, czyli do przekazywania informacji. Tak było w moim życiu aż do około 1966 roku, gdy jeszcze kilka razy do roku, my mieszczuchy, wraz z rodzinami odwiedzaliśmy gniazdo rodzinne. Wczesnym wieczorem, jak „Brunet wieczorową porą” Stanisława Barei, zwykle do drzwi wejściowych, przy akompaniamencie szczekających psów pukał ( a właściwie walił w nie grubym, rzeźbionym kijem (zwanym wartą) posłaniec z wiadomością od sołtysa. „Wartą”, bowiem
dodatkowym obowiązkiem posłańca było też śledzenie wsi, czy gdziekolwiek nie ma pożaru. Wiadomość mniej więcej brzmiała zwykle następująco: OKULNIK: pisownia oryg. „We ftorek (przekreślone), we środę po godzinie 5 tej pod wieczór, przy kopcu odbędzie się zebranie rolników czyli gospodarzy. Omówione będą sprawy podatków i odstawiania obowiązkowych dostaw, ale też remontu kościoła w naszej parafii, o czym w niedziele na kazaniu, oraz na kolendzie mówił w każdej rodzinie nasz proboszcz. Obecność sprawdzi pan prelegent z powiatu, wobec tego będzie obecność obowiązkowa, bo na zebranie przyjdzie też zastępca proboszcza czyli wikary.” Tutaj następował podpis sołtysa, przybity pieczątką imienną.
Miałem w ręku często taką wiadomość zwaną „okulnikiem”, bo też wkoło od domu do domu szedł okólnikiem ten papierek wyrwany z zeszytu uczniowskiego w kratę, bo łatwiej na nim było pisać. Ostatni powiadomiony „wartę” zwracał sołtysowi. A to, że zebranie miało się odbyć pierwotnie w środę zamiast we wtorek, to wynikło wyłącznie z niepewności pani sołtysowej, co to służyła jako sekretarka i żona wiejskiemu urzędnikowi, bo nie miała pewności jak się pisze słowo wtorek, przez „w” ,czy też „f”. Dokument ten był chowany w wyżłobionej dziurze tegoż grubego, rzeźbionego kija zwanego popularnie lagą.. Służyła ona za dowód dostarczenia informacji, jako też do obrony własnej przed napadem, w szczególnie zaś przed psami. Odnoszenie lagi do sąsiada odbywało się zwykle w godzinach wieczornych po pracy we własnym gospodarstwie. Aby cała wieś była na czas poinformowana, data zebrania była ustalana na wiele dni naprzód. I tu jest puenta: Owe słowo "laga" przypomniała mi po latach postać profesora Andrzeja Stelmachowskiego, założyciela kilku szkół polskich na Białorusi, marszałka Senatu, oraz ministra MEN w rządzie Olszewskiego, a który to poruszał się z takową lagą, bo kulał. Mimo to straszył, że będzie wymuszał nią realizację swoich
pomysłów, szczególnie w szkole z obowiązkiem lekcji religii, bo taka się naówczas rodziła. I tak oto historia zatoczyła koło. Laga służyła ludom pierwotnym do walki plemiennej, oraz zabijania zwierząt, by po milionach lat być nie tylko atrybutem obrony własnej, ale też narzędziem obiegu informacji w XX wieku, oraz stała się postrachem uczniów, pedagogów a i klerykalnego rządu w przewadze złożonego z posłów ZCHN. Największy użytek z niej zrobili jednak polscy kibole, czyli stadionowa hołota.
PS: Jako muzealny eksponat ponoć owa laga jest przekazywana każdemu nowo wybranemu sołtysowi. A swoją drogą, być może dałoby się nią nakłonić naszych biskupów do jakiejkolwiek skruchy.

Fotki od góry:
1.Dialogi jaskiniowców.
2.Współczesna wersja lagi.
3.Początki rozmów pasterzy z owieczkami.




wtorek, 22 października 2013

Z KOREI DO POLSKI (TAK TO PAMIĘTAM)

Był rok 1952, miałem lat 12 i byłem uczniem 5, czy też 6-tej klasy szkoły podstawowej. To były czasy, gdzie prawie na każdej lekcji, niezależnie czy to była historia, czy też inna, np. język polski, a nawet lekcja wychowawcza, wysłuchiwaliśmy przeróżnych okolicznościowych pogadanek na temat wydarzeń w świecie. Stalin jeszcze żył , a jego ideologia tym bardziej. Od dwóch lat na kontynencie azjatyckim trwała wojna Korei z amerykańskim „agresorem”.. Byliśmy przekonywani, że imperializm amerykański dąży do zawładnięcia światem, tym bardziej, że nauczycielka na lekcję przyniosła globus by nam pokazać jak duża odległość dzieli USA od Korei i kto komu zagraża. Był to dla nas dowód na potwierdzenie tegoż imperializmu, iż nie odległość ma znaczenie ale obrona wartości demokratycznych, które w tym czasie akurat Ameryce nie wszyscy przypisywali. W gruncie rzeczy dzisiaj wiemy, że były to lata ekspansji komunizmu radzieckiego, który powstrzymywany był przez świat kapitalistyczny. Działo to się już wtedy, gdy oba mocarstwa, czyli USA i ZSRR dysponowały już bronią jądrową. Wejście Amerykanów do Korei nie było podyktowane zaborem pól naftowych, bo takich tam nie ma, było obroną terenów azjatyckich przed wpływami komunizmu, poparte zresztą Radą Bezpieczeństwa młodej Organizacji Narodów Zjednoczonych, tym bardziej, że jeden z przywódców Chińskich Kaj-szek, o przekonaniach raczej mało stalinowskich, doznając klęski od Mao, uciekł na wyspę Formozę, dziś Tajwan. Wiadomo, że w wojnie koreańsko – amerykańskiej praktycznie wykorzystywano broń rosyjską przeciwko amerykańskiej. Tam walczyły ze sobą samoloty e-Fy (numery), z Migami (numery). Zanosiło się na krwawe wielomilionowe żniwo i tylko obawa Wielkiej Brytanii, iż Rosjanie mają skierowane rakiety jądrowe na ich szczęśliwą wyspę sprawę uciszyły. W wyniku decyzji ONZ Koreę podzielono na tę demokratyczną czyli

południową, wspieraną przez USA, oraz północną zwaną KRLD, wspieraną przez ZSRR i Chiny, I tak właściwie jest dotychczas. Oba te państewka są w stanie wojny od kilkudziesięciu lat, a dokładniej od lat 66. Pokoju dotąd nigdy nie zawarto. Wojska amerykańskie podobnie jak kilka lat później z Wietnamu wróciły do kraju jako mało zwycięskie, a może nawet pokonane.
Ale ja nie o tym. W roku 1952 pod naszą szkołę podjechał traktor z przyczepą a la autobus (bez silnika). Podobnym zabierano nas na wykopki w PGR.. Tym razem pan wychowawca uprzedził nas, że jedziemy na spotkanie z młodymi Koreańczykami, których rodzice zostali zamordowani przez agresora amerykańskiego. Zanim wyjechaliśmy pan wychowawca opowiedział nam o tragicznych zdarzeniach, że oto spotkamy się z ocalałymi dziećmi, których rodzice byli utopieni w studniach, ich matki miały rozcięte brzuchy by wydobyć i zgnieść butem żołnierskim ich przyszłe rodzeństwo. Często działo się to na ich oczach, dlatego naszym internacjonalistycznym obowiązkiem jest te dzieciaki przyjąć w wolnej Polsce i wychować na dobrych obywateli. Traf chciał, że dzieciaki skośnookie trafiły do Domu Dziecka w Gołotczyźnie, czyli gminie sąsiedniej. Wszyscy byliśmy mocno podekscytowani, bo w końcu mieliśmy pierwszy raz w życiu spotkać żółtych, skośnookich Azjatów i to mocno utrapionych prawdziwą, bestialską wojną.
Na miejscu spotkaliśmy naszych rówieśników, karnie ustawionych na zbiórce, ubranych w kolorowe spodnie lub spódnice, oraz bluzki. Każde z nich na pożegnanie z nami założyło pionierski krawat. Nikt z nas nie miał aparatu by zrobić aktualne zdjęcie.
 Patrzyliśmy na siebie wzajemnie bez słów, bo porozumiewanie się było niemożliwe. Wystarczyły nam uśmiechy do siebie, oraz dotyk rąk. W pewnym momencie na niebie pokazał się samolot pasażerski, którego warkot wzbudził w tych dzieciakach atak paniki. Jak jeden mąż, uciekli z placu szkolnego do budynku i jak jeden mąż wtulili się pod łóżka. Oczywiście nasz wychowawca wytłumaczył nam skąd biorą się podobne odruchy i fobie. To skutki wojny i bombardowań ich domów. Po jakimś czasie wraz z kolegą z klasy pojechaliśmy rowerami do tegoż ośrodka. Niestety nie udało nam się z żadnym z nich zaprzyjaźnić, wyłącznie zresztą ze względu na kłopoty językowe. Ich język wydawał nam się piskiem zwierzęcym. Minęły lata, a konkretnie lat kilka i tu zdążam do puenty.
Jako, uczeń dziewiątej klasy liceum, 100 km od domu, z przeciętną oceną z języka polskiego .. dostateczny, zobowiązany byłem w ramach lektury pozaobowiązkowej przeczytać książkę Mariana Brandysa „Dom Odzyskanego Dzieciństwa”. Byłem jedynym świadkiem ich pobytu w Polsce więc zgłosiłem się do odpowiedzi na trzech kolejnych lekcjach, a będąc przekonanym, że poza autorem książki nikt w klasie nie potrafi zilustrować ich pobytu i zachowań, zmyślałem przeróżne historyjki na ich temat, za co jako świadek wydarzeń, trzykrotnie otrzymałem z języka polskiego ocenę b.db. Nigdy już potem nie zdarzyły mi się podobne oceny. A nawiasem mówiąc książki nie przeczytałem, bo były w naszej bibliotece tylko dwa egzemplarze i nie sposób się było do nich „dostać”.

Dzisiaj wiem, że te dzieci indoktrynowano politycznie, bo  jankesów , czyli Amerykanów
porównywano do esesmanów niemieckich, zaś przyjacielem ich był Józef Stalin, oraz młody przywódca Kim Ir Sen. Minęło 63 lata, a Korea Północna zwana KRLD, wciąż pozostaje w stanie wojny z Koreą Południową, która to dzisiaj należy do najbardziej uprzemysłowionych krajów, nie tylko Azji ale i świata, do której ucieczka braci i sióstr z „komunistycznej Korei” jest wyczynem podobnym jak ucieczka z NRD do RFN w wiadomych czasach. Wiem, że wielu z tych dzieciaków z Gołotczyzny nie miało po co wracać do kraju. Tu w Polsce skończyli szkoły średnie a nawet studia na łódzkich uczelniach dla obcokrajowców, a po zdobyciu tytułów inżynierskich i magisterskich, niektórzy z nich powrócili do kraju. Mniemam, że poza 38 równoleżnik, czyli do kraju słynącego dzisiaj z budowy statków, elektroniki oraz wysokiej klasy samochodów. Osobiście nie znam niczego co by podbiło świat, a wyprodukowane było myślą Koreańczyków z Północy. Chyba , że coś do zabijania ludzi, bo to widać na kolejnych marszach i paradach, co pokazał nam m.in.pan Fidyk.

Fotki od góry:
1.Migawki z wojny.
2.Zabity żołnierz amerykański
3.Sieroty koreańskie
4. Dom Odzyskanego Dzieciństwa M. Brandysa

sobota, 19 października 2013

DYSHONOR, A NAWET BLAMAŻ

Po wyjściu z sali rozpraw Urban zapowiedział, że złoży apelację od piątkowego wyroku. Premier nie powinien być zadowolony z tego, że staje w jednym rzędzie z Łukaszenką, Kaczyńskim, czy z takim demokratą jak Putin. Nie wypada, żeby premier wygrywał pyskówkę w sądzie. Martwi mnie stwierdzenie, że ten nasz tekst utrudnił mu sprawowanie funkcji premiera. To znaczy, że jest słaby. Konkurencja może się z tego cieszyć, ale mnie to martwi – powiedział oskarżony Jerzy Urban”.
Wszyscy wiemy, że chodziło o to, że w dniu 1 kwietnia, czyli w prima aprilis już tradycyjnie w swoim satyrycznym Dzienniku Cotygodniowym Jerzy Urban zamieścił tekst rzekomej rozmowy premiera Tuska z innymi kibicami meczu Polska-Ukraina, który niby to został podsłuchany przez zainstalowane w tym celu instrumenty. Były tam urywki słów dość wulgarnych wypowiadanych na osoby, a jakże wysoko postawione w naszym polskim grajdole, w tym o Lechu Wałęsie, Aleksandrze Kwaśniewskim a nawet papieżu.(skaranie boskie). Oczywiście nic takiego nie miało w rzeczywistości miejsca, o czym napisał pan Jerzy już w następnym numerze i jednocześnie zamieścił przeprosiny, jeżeli pan premier doznał jakiejkolwiek urazy. Przeprosiny podobne znalazły się jeszcze w kolejnych numerach, bowiem Tusk, zachowując chmurne oblicze zapowiedział skierowanie sprawy do sądu. Pan Urban (człek mało strachliwy) ze swojej strony stwierdził, że jeżeli Tusk będzie trwał przy doznanej traumie, to po prostu zaliczy się do idiotów, bowiem nie rozumie tradycji, bodaj kultywowanej na całym bożym świecie, poza tym jego zatwardziałość kwalifikuje go do ludzi małostkowych, nie rozumiejących, nie potrafiących oddzielić satyry od życia na serio. A życie na serio to okrzyki mas protestujących pod Sejmem (m.in. Związków Zawodowych), gdzie na tablicach pokazywanych w telewizji widniały napisy typu. TUSK ZŁODZIEJ, TUSK I PUTIN TO MORDERCY, TUSK Z KOMOROWSKIM ZABILI NASZEGO PREZYDENTA, TUSK SPRZEDAŁ POLSKĘ ROSJI., a potem NIEMCOM. i.t.p. Wyzwiska i kalumnie, które akurat podobnie jak żart Urbana z prawdą miały mało lub wręcz nic wspólnego. Kukły obnoszone w formie pomnika po miastach, gdzie trwały protesty nazbyt go nie zraziły. W każdym razie okazuje się, ze premier RP Donald Tusk to po prostu tchórz. Tchórz, który milczy, gdy obraża go w oczach całego polskiego narodu (dosłownie) Kaczyński,
Macierewicz, Ziobro, Hofman, Rydzyk i jakieś tam baby spod krzyża, a nabiera odwagi, gdy w satyrycznym piśmie jest bohaterem prima aprilisu. A przecież wykrzykiwał, że niektórych z nich postawi przed Trybunałem Stanu!. Za profesora G. za śmierć Blidy i za wiele innych świństw politycznych.. I co, i nic , po prostu stchórzył. Na Boga, panie Tusku, nie rób pan z siebie jeszcze większego idioty, niżeli jesteś, a o taki stan zdrowia podejrzewał go właśnie Urban. Urban, który ponoć wg wyroku ma go przeprosić na łamach swojego pisma wykorzysta ten fakt tylko do dalszej własnej reklamy (PR). Jak ktoś mądrze zauważył, Tusk to taki zwykły prawicowy podnóżek kościelny, który wie komu ucałować rękę, a na kogo napluć. Profesor Jacek Rońda, ten sam, który zagrał na nosie komisji Macierewicza, grając w jego lidze, by na końcu go ośmieszyć twierdząc, że cały czas blefował, pisał już w 1998 roku do redakcji NIE: Oto jego treść (pisownia oryginału): „Tradycje głupoty polskiej po kolejnej porcji lektury Pańskiego wspaniałego tygodnika "NIE" z przerażeniem stwierdziłem, że głupota leaderów polskiej prawicy jest wieczna i nie podlega modyfikacji od 75 lat. Nawet tytuły gazecin, jakie są wydawane dla zwolenników tej opcji widzenia świata, są podobne jak te przedwojenne, np. "Nasz Dziennik" teraz i "Mały Dziennik" przed wojną. Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków. Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy? W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania Wszech-Polskiej€ konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M. dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski. -Jacek Rońda”.
Ta głupota rozrasta się w dalszym ciągu na poletkach prawicowych, tych skrajnie prawicowych, do których powoli wkleja się pan Donald Tusk, zwany przez wielu normalnym tchórzem, podobnie jak tchórzem okazał się sędzia wydający podobny wyrok, bo a nóż inna moja decyzja mogłaby złamać moją piękną karierę, pomyślał. On wie, kto go usadowił na tym stolcu, może jeszcze Ziobro, a może inny minister. Nie mam zamiaru sympatyzować z Urbanem, ani tym bardziej z Tuskiem. Dla mnie , ale też dla dziesiątek tysięcy komentatorów pan Jerzy jest górą i apelację wygra, byle tylko skład sędziowski wyznawał europejskie wartości prawa, a nie te lizusowskie, gdzie punkt widzenia jest uzależniony od punktu siedzenia, czego nie znajdziesz w żadnej kodyfikacji od Greków i Rzymian począwszy, a na współczesnym prawie, której symbolem pozostaje wciąż wiecznie ślepa Temida skończywszy.

Fotki od góry:
1.Dowcipniś
2.Teoretyk Antoni M.
3.Kto się lubi...


środa, 16 października 2013

OJCIEC & SYN

Na wstępie mały wstęp, wstępy mało są ciekawe, ten jednak jest odruchowy jak papieskie dzień dobry. Posłużyłem się słowem Tomasza Jastruna, bo też słówko o Nim chce umieścić na moim blogu.
Pan Tomasz to dziennikarz, krytyk literacki i pisarz, syn Mieczysława, który wpisał się do polskiej i ukraińskiej literatury jako, że Mieczysław Jastrun z powodu pochodzenia semickiego, pierwotne nazwisko Mojsze Agatsztajn, ur.
koło Tarnopola, po zajęciu Polski przez Hitlera uciekł do wówczas radzieckiego Lwowa. Ojciec Tomasza był zatwardziałym komunistą aż do 1957r. W nagrodę za twórczość literacką w której w pozytywnym świetle stawiał czasy komunizmu został członkiem Związku Pisarzy Ukrainy, zaś po wojnie doznał zaszczytów z rąk Bieruta w postaci m. in. Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski oraz Orderu Sztandaru Pracy. Niektóre jego powieści zdążyłem w swojej młodości przeczytać, chociaż dzisiaj po latach nie potrafię się do nich odnieść. Była to na pewno „Smuga światła”, gdzie autor w poetycki sposób zamierzał przeskoczyć granice swej młodości. Może to był dobry zamiar, bo po wręczonych orderach przez Bieruta mógł mieć całkowity absmak, jak powiadał całkiem współczesny nam Jarosław przyjaciel kota, Wróblowej, ojca Tadeusza i Hofmana tego co to potrafi oczarować swoich kolegów na co dzień dobrze skrywanym penisem.
Nie zawsze jabłko pada blisko jabłoni, szczególnie gdy zawieje wiatr gałęzią, najczęściej wiatr historii. Tak też stało się z Tomaszem Jastrunem. Syn odziedziczył wybitne zdolności literackie po mieczu. Nie odziedziczył jednak barwy ojcowskiej krwi wraz z przekonaniami politycznymi. Tomasz od początku swych lat, gdy tylko poznał słowo pisane w stosunku do rodziciela jest opozycjonistą. Absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, w okresie PRL był związany z opozycją demokratyczną. W 1977 w swoim mieszkaniu zorganizował punkt dystrybucji publikacji niezależnych.
Uczestniczył w strajku w Stoczni Gdańskiej (poświęcił temu wydarzeniu reportaż Las Birnam ruszył). Należał do Solidarności, redagował gazety I Krajowego Zjazdu Delegatów w Gdańsku po wprowadzeniu stanu wojennego, ukrywał się przez od grudnia 1981 do listopada 1982, następnie został internowany na kilka tygodni. Od 1982 do 1988 redagował w drugim obiegu pismo literackie „Wezwanie”, od 1987 był członkiem redakcji „Res Publiki”. Opublikował w podziemiu m.in. tomik wierzy Biała łąka i reportaże. W 1983 otrzymał nagrodę „Solidarności” za poezję stanu wojennego.
Wzorem wielu naszych polityków, którzy to jako karierowicze zaliczyli kolejno wiele partii politycznych od lewa do prawa, a też i pośrodku, przykładowo Ryszard Czarnecki, obecnie w PIS, czyt też Michał Kamiński, obecnie PJN, pan Tomasz Jastrun, w swym zawodzie dziennikarskim też zaliczył już bodajże wszystkie dzienniki i periodyki wydawane na terenie kraju, chyba tylko poza Trybuną i NIE Urbana. Nie wiem dlaczego?. Czyżby był mało koleżeński w stosunku do zespołów redakcyjnych, czyżby był zbyt arogancki w piśmie, no nie wiem. Faktem jest, że pan Tomasz kolejno zaliczył Kulturę Giedroycia w Maisons Lafitte, potem Plus Minus w Rzeczpospolitej,. Następnie przeniósł się do Newsweeka, by kolejno zagościć w tygodniku Wprost. Wreszcie trafia do tygodnika Przegląd, mojego tygodnika, w sensie czytelniczym. Tłumaczy to tym , iż podąża za Uchańskim, szefem wydawnictwa Iskry, któremu zawdzięcza logiczną postawę w czasie ogłoszenia stanu wojennego. Dzisiaj postrzega Polskę w smaku słodko-gorzkim, to tak akurat jak ja. Widzę, mówi, dość duże zmiany na lepsze, ale też jest mi przykro gdy zestawiam gospodarkę mojego kraju z poziomem życia w starej UE. Pan Tomasz wzorem obywateli z Europy żąda od Polaków więcej uśmiechu. Pisał o tym w Kulturze, że Polska jest depresyjna i maniakalna z przewagą depresji. Widzi u rodaków czarnowidztwo, za co krytykowali go zarówno Miłosz jak i Szymborska. O przygnębiającym smutku na twarzach moich rodaków pisałem na blogu wielokrotnie, chociażby pokazując Czechów, nie mówiąc już o Francuzach, Holendrach czy nawet skostniałych od zimna Islandczykach.. Dobrze, że Jastrun chociażby tymczasowo, wszedł na łamy „mojego” Przeglądu. Będę Go czytać i recenzować po swojemu. A nuż Go polubię, tym bardziej, że często podzielał
moją opinię cyt: „Umysłowe pokraki, takie jak Jerzy Robert Nowak, czołowy ideolog medialnego imperium Rydzyka istnieją wszędzie, gdyż mutacje genów i surowe wychowanie prowadzą do wynaturzeń, ale doprawdy nie ma krajów cywilizowanych, gdzie tacy ludzie mogą swoje wydaliny powielać w pismach o dużym nakładzie. Wolność słowa tak, ale nie wolność wydalania gdziekolwiek”, bo smród zabija.” podobnie jak: „Jak i kim zapełnić brak Polaków w Polsce? Przyjdzie czas, gdy nieliczni młodzi, którzy jakimś cudem nie wyemigrowali, nie utrzymają licznych starych. Nie ma więc rady, albo musimy nakłonić naród, by się rozmnażał,(co jest nierealne), bo na to trzeba wielkich środków i dobrej socjotechniki oraz praw stanowionych, albo zostaje nam metoda prosta i brutalna – otwarcie bram dla obcych genów, jak uczynił to Zachód.” No, czyż nie ma racji?, Oczywiście że tak. Trzeba pozwolić na wjazd do Polski wszystkim, bez względu na wyznawaną religię, też tym nie znającym Chrystusa, ale najpierw trzeba by zlikwidować w Polsce nacjonalizm, ksenofobię, homofobie, antysemityzm i wszelaki rasizm, a to już nie będzie łatwe, bo Kościół czuwa po stronie ciemnych mocy. Innym razem wypowiedział się bardzo ironicznie o urodzie pani prezydentowej Kaczyńskiej i jej przyjaciółce Fotydze, ministrowej SZ w Kaczym rządzie. No cóż, akurat cichutko podzielałem jego zdanie.
Wydawało by się, że pomiędzy ojcem i synem istnieje granica nie do pokonania. Nieprawda. Mieczysław zmarł w roku 1983, pozostawił po sobie ogromny dorobek tłumaczeń literackich z języka francuskiego, rosyjskiego i niemieckiego. Są jednak ludzie w Polsce, którzy dopóki będą żyć „darzyć” będą go nienawiścią, bo u nich antykomunizm jest doprowadzony do absurdu. To Karnowscy, Warzechy, Semki, Pospieszalski, czy Ziemkiewicz. Bo dla nich być antykomunistą to być członkiem elity, kontynuatorem II RP, niepokornym, po prostu wyższym od niezmiennie pogardzanego ludu. Dzisiaj komunistów w Polsce praktycznie nie ma, ale antykomunistyczna figura pozostała. Ci niepokorni wciąż walczą z ludem, gardzą masami. Ten dziki antykomunizm prowadzi jakże często do rehabilitacji nazizmu. Sam Ziemkiewicz niedawno szedł na czele antysemickiego ONR-u, a w czasie audycji Agaty Młynarskiej w programie „Świat się kręci”, Dmowskiego zaliczył do najwybitniejszych Polaków w historii, zaś niejaki Gursztyn, nie widzi różnicy między Gierkiem i Hitlerem, a na okładce jednego z niszowych tygodników redaktora Tomasza Lisa ubrał w mundur esesmana z zakrwawioną ręką z której zwisa różaniec. Taką oto mamy dzisiaj Polskę, demokratyczną, nowoczesną i wolną. Rozpisałem się chyba zbytnio, a to dlatego że pisarstwo Jastruna (juniora) jest bliższe memu sercu z powodu zasadniczego. Po pierwsze obaj żyjemy. Jest on tylko 10 lat ode mnie młodszy, a ponadto obaj wyznajemy te same wartości ideowe. Zastanawiam się tylko, czy w takiej Polsce, o której marzy powyżej, możliwe jest wypełnienie Jego przesłania, by otworzyć polskie granice dla tych innych, co to mieliby odbudować naszą, powoli gasnącą sarmacką nację Polan.

Fotki od góry:
1.Mieczysław Jastrun
2.Atrybut pisarza
3. Tomasz Jastrun






sobota, 12 października 2013

E-MAIL,E-BOOK,E-PAPIEROS,E- KOCHANKA,E- ŻYCIE

Skoro nie ma zakazu palenia e-papierosów w komunikacji miejskiej, nie wiem w czym macie ludziska problem, czytam na przeróżnych portalach. Bo ponoć coś tam śmierdzi. Idąc takim tokiem myślenia "niechcianym pasażerem" powinny podlegać również stare baby wracające z rynku ze śmierdzącymi rybami w siatkach, kiszoną kapustą, bądź osoby rozmawiające bardzo głośno. Odnośnie dymu e-papierosowego, to jest on bezzapachowy, albo o zapachu owoców, Jedyne co może przeszkadzać to sam niby dym, a w gruncie rzeczy para wodna, ale gdy nie obnosisz się z paleniem e-papierosa i robisz to kulturalnie nie powinno to nikomu przeszkadzać, a jeśli masz z tym problem to może przesiądź się na rower. . . choć pewnie i tak później będziesz żalił się na coś innego. To moja odpowiedź, czyli człowieka korzystającego z tegoż wynalazku mądrego Chińczyka od blisko 3 lat. To taka moja słabostka, każdy jakąś tam ma, obok małej szklaneczki szkockiej. E-papieros jest dzisiaj używany przez miliony ludzi na świecie, a w samej Polsce ponoć jest nas już 900 tysięcy. Ileż to pieniędzy tracą wytwórcy tytoniu i fabryki papierosów analogowych. Fakt, pewno lepiej by było w ogóle niczym nie dotykać ust poza pocałunkiem, ale akurat e-papieros, czyli papieros bez ognia i dymu jest wspaniałym dla wielu palaczy erzacem. Co ważne, nie
zatruwa płuc palacza ani jego otoczenia., bo akurat sama nikotyna nie jest trucizną. Nie ma fetoru i petów. Wypuszczanie pary z podgrzanego bateryjką liquidu budzi z powodu niedoinformowania niepokój otoczenia, szczególnie tych, co są z dziećmi, ale nie czując żadnego zapachu nie powinno im to przeszkadzać. Sam doświadczyłem przypadku, gdy gość siedzący za mną na tratwie płynącej spływem Dunajca poczuł się dotknięty tym, że ja wypuszczam „dym” (parę), którą wiatr niesie w jego kierunku. Siedział za moimi plecami. Oczywiście z grzeczności wyjąłem e-papierosa z ust i starałam go się jakoś oświecić, ale był zbyt kategoryczny w swoim postanowieniu. Gdybyż on wiedział co ja i
moi współpasażerowie o nim pomyśleli, to być może ze wstydu zanurzył by głowę w nurtach Dunajca. Staram się unikać parowania tam, gdzie jest większe skupisko ludzi, bo w końcu nie wszyscy jeszcze zapoznali się z adekwatnymi wynalazkami XXI wieku. Zanim jednak zdecyduję się wypuścić kłęby pary lubię o tym poinformować otoczenie. Generalnie ludzie wiedzą już bardzo dużo o e-papierosach. Mimo że wolno mi jest palić w przedziale pociągu, to jednak wychodzę na korytarz, chociaż i tu nieraz wywołuję sensację. W pociągu na trasie Warszawa- Toruń, dwie starsze panie skończywszy lekturę Naszego Dziennika obserwowały mnie przez drzwi, a gdy w pewnym momencie schowałem papierosa do kieszeni „nie wygaszając go”, podniosły krzyk, że spalę nie tylko siebie ale i może pociąg. Na szczęście dały sobie wytłumaczyć, a nawet pozwoliły mi się zaciągać w przedziale. W restauracjach i kawiarniach natomiast nie spotkałem się z sytuacją dezaprobaty ze strony gości. Sądzę, że z biegiem czasu my wszyscy Polacy jak jedna rodzina poczniemy się
szanować i tolerować nasze małe słabości, mimo że na Facebooku, oraz innych, szczególnie niszowych środkach przekazu producenci tytoniu i papierosów posługując się przeróżnymi sztuczkami próbują nas zniechęcić do szacunku dla własnych płuc. Wyczytałem wszystko co tylko możliwe na temat e-palenia i nigdzie nie znalazłem oficjalnych, jakichkolwiek ostrzeżeń przed rakiem, nerwicą, alzheimerem, AIDS i innymi choróbskami naszych czasów.

PS. Ten post nie jest na zamówienie i nie jest reklamą producentów e-papierosów.

czwartek, 10 października 2013

KTO MNIE K.... PRZEPROSI?.

Od kilku lat, praktycznie od czasu, gdy zacząłem pisać bloga, który poświęciłem zwykle krytyce postaw i czynów ludzi sprawujących w jakimś stopniu władzę, niezależnie od orientacji politycznej, wypaczeniom Kościoła, z naciskiem na ten katolicki, bo Polska to ponoć 95% katolików (bzdura), a także moim osobistym odczuciom wynikającym z odbytych podróży (dawniej i dziś), ciekawostkom, które się przypominają z czasów wykonywanej pracy i przeczytanym ciekawym (wg mnie) książkom. Tak, istotnie te tematy zatapiam w postach mojego bloga. Czynię to z konieczności kontaktu z ludźmi jako „bezrobotny” emeryt średnio niskiej emerytury. Ludzie czytają, a nawet niektórzy mają odwagę skomentować moje felietony, często z dowcipną puentą, bowiem akurat bywa tak, że post można umieścić w tej konwencji dziennikarsko-literackiej. Komentarze są, jakie są, najczęściej miłe, ciepłe, ale niestety mało wnoszące, chociaż zdarzają się też zdania przemyślane i dające autorowi do zrozumienia, zresztą z wielkim kunsztem polszczyzny, iż o czymś akurat w tym tekście zapomniał, lub pominął z zamysłem. Zauważyłem, że mam kilku, może kilkunastu komentatorów, którzy odzywają się do mnie cyklicznie, a nawet częściej. Bardzo Ich szanuje i składam dzięki za załączane pozdrowienia. Rewanżuję się podobnymi. Dużo zdrówka i pomyślności wszelakiej.
Bodajże rok, lub dwa temu, po przeczytaniu książki Mariusza Szczygła, książki nagrodzonej, jako wydarzenie literackie Europy pt; „ Zrób sobie raj”, opisałem swoje odczucia jako czytelnik. Otóż pozazdrościłem społeczeństwu czeskiemu, naszym południowym sąsiadom raju, jaki sobie sami zrobili. Fakt, jest to społeczeństwo absolutnie poddane sekularyzacji. Nawet można powiedzieć w przewadze ateistyczne. Stan taki u nich następował powoli przez setki lat, już od daty spalenia na stosie Husa, tego co to się postawił Watykanowi. Dzisiaj społeczeństwo czeskie, społeczeństwo nastawione do życia w radości, bez strachu przed wyimaginowanym piekłem, bez religii w szkołach, a nawet bez udziału księży przy pogrzebach (najczęściej kremacyjnych), potrafi się wzajemnie szanować, ba, kłaniając się sobie na ulicy bez względu na znajomość, czy całkowitą obcość. Nie ma tam problemu z aborcją w przypadkach uzasadnionych, z zawieraniem związków partnerskich, czy korzystaniem z in vitro. O tym wszystkim napisałem, jako że pan Szczygieł tą książką pokazał Polakom, że można żyć inaczej, bardziej na luzie, bardziej humanistycznie i wzajemnie przyjacielsko. Wtedy to właśnie
kilkoro komentatorów poddało mnie absolutnemu zgnojeniu, że oto jestem podłym komuchem, bezbożnikiem, nie szanującym polskiego kościoła katolickiego, matki naszej, a szczególnie kleru, naszych pasterzy, któremu w tym i innych tekstach przypisuję pedofilie, oraz życie ponad stan. Wyssane niby z palca fakty złego zachowanie księży podrywające całkowicie autorytet Kościoła skazują mnie jako człowieka wyklętego z polskiej tradycji bezwzględnego szacunku dla kleru, w tym oczywiście najbardziej dla JP2. Ty złoczyńco, bezbożniku i gnoju, tylko pomyłkowo żyjący w naszej bogobojnej, oddanej naszemu świętemu papieżowi ojczyźnie. Ty parchu popierający zabijanie niewinne dzieci i rozmnażanie przez inseminacje jak krowy i świnie. Życzymy ci abyś niespodziewanie zdechł, a twoje szczątki po czesku niech będą rozsypane na gnojowisku. Takie oto były odzywki naszego, chamskiego, katolickiego społeczeństwa, w tym wypadku reprezentowane zapewne przez klan moherów. Tylko ze względu na poczucie dobrego smaku literackiego, oraz przestrzegania norm stosowania, poprawnego słowa takie plugastwa jako autor posta po prostu wyrzuciłem. Dzisiaj Panie i Panowie, bo tak należy mimo wszystko się do was zwracać, ze wszystkich stron macie odsłony najzupełniej prawdziwych, „ludzkich” zachowań waszych księży, waszych biskupów, a nawet arcybiskupów. Telewizja i prasa, którą kneblowano przez dziesiątki lat zgodnie z życzeniem episkopatu, dzisiaj codziennie i to w kilku audycjach jednocześnie pokazuje Wam prawdę. Ta prawda Was kole w uszy i oczy, ale jest to prawda najprawdziwsza, jak mawiał wasz idol polityczny Kaczyński Jarosław, iż jest to oczywistość oczywista. Znajdziecie w niej swoich uwielbianych ojców duchownych, różnych Gili, Wesołowskich, Pieronków i Michalików, oraz ponad 50-ciu innych polskich kleszych pedofilów wykorzystujących perfidnie z wytryskiem na twarzy wasze dziatki, ale też tych, którzy czynili wszystko by przed Wasze oczy i do Waszych uszu nie dotarła żadna podobna informacja, że kąpią się we wzajemnych homoseksualnych miłosnych uniesieniach, mimo z ich niby strony walki z tą orientacją, ale przede wszystkim zbrodniczej pedofilii. Żyli w luksusie i deprawacji seksualnej za Wasze, ciężko

wypracowane pieniądze, często zabierane poprzez oszustwa i wymuszenia sądowe, bo na uczelniach katolickich, utrzymywanych przez strachliwe państwo są wydziały prawa, z których absolwenci robią wszystko by Was oszukać dla dobra Waszych pasterzy i chwały Boga. I teraz puenta posta:

Kto mnie k***a dzisiaj przeprosi, jak zwykł mawiać nieodżałowany Jasiu Himilsbach, no kto, bo chyba na moherowych czytelników nie mam się co oglądać. To pytanie pozostanie bez żadnej niestety odpowiedzi, zgodnie z tradycją katolicką.
PS. Po cichu przeprosin w imieniu wszystkich moherów i ich idoli, mógłbym się spodziewać od rzecznika episkopatu pana księdza Klocha, ale to taki jakiś jąkający się jegomość z wrodzoną tendencją do kłamstwa i owijania w poświęconą bawełnę wszelkich prawd. To po cholerę mi takie przeprosiny.

Fotki od góry:
1.Biskup z myślami szatana
2.Całowanie rąk biskupich, to specjalność polska.
3. Modlitwa przed spotkanie z dziwnym księdzem .



środa, 9 października 2013

CO NA TO FRANCISZEK

Prawdopodobnie nie dotknąłbym kolejny raz tego tematu, gdyby nie wypowiedź abp Michalika, ojca duchowego narodu podkarpackiego, jako że sam się za takowego uważa. Otóż ten świątobliwy mąż stanu duchowego wypowiedział się wszem i wobec, że wszyscy, którzy pleciemy trzy po trzy na temat pedofilii w Kościele jesteśmy w absolutnym błędzie. To nie księża molestują i gwałcą dziatki nasze. Jest akurat odwrotnie. To nasze bachory gwałcą osoby duchowne. Dzieci, których rodzice w swoim pożyciu nie stanowią harmonii, a tym bardziej są po rozwodzie, mszczą się na naturze i przymilając się do nóżek kapłańskich jak kotki podążają w kierunku osaczenia kapłana, by na końcu go zgwałcić. Tak może mówić nie arcybiskup, nawet nie prosty proboszcz, w zasadzie nikt, kto ma jakąkolwiek odrobinę oleju pod czerepem, ale tylko cham, tępak, prostak, albo wręcz bydle, bo takowym bydlęciem bez serca akurat okazał się pan Michalik już kilka lat temu, pozbawiając środków do życia policjanta i jego rodzinę, w kilka dni po tym gdy ów policjant nałożył na niego mandat 200 złotowy za zbyt szybką jazdę po krętej dość wąskiej jezdni bieszczadzkiej. Zaraz po tym ów arcypasterz owczarni przemyskiej nakazał przełożonemu zgnoić policjanta na amen, bo do biskupa odzywał się przez per pan i nie uszanował jego majestatu nakładając mandat jak jakiemuś prostemu pastuchowi lub innej łajzie. Oczywiście nadkomisarz-katolik skrzętnie, bez dyskusji wykonał polecenie pierwszego po Bogu na Podkarpaciu i nie bacząc na swój szczątkowy już honor, którego mu zabrakło do cna, nie tylko wyrzucił policjanta ze służby, ale przypisał mu inne wykroczenia ocierające się o kwalifikacje
przestępstw i posadził podwładnego w więzieniu. Rodzina, w tym niepracująca żona i dwoje dzieci została bez środków do życia, o czym szeroko pisała prasa. Ale co to obchodzi arcybiskupa polskiego katolicyzmu. Honor w jego mniemaniu został mocno podbudowany. A figa panie Michalik. Figa, bo spaskudził pan sobie jego resztki, gdy pan ze wszystkich sił bronił księdza pedofila z Tylawy, mimo że ten już był skazany przez sąd. Cała myśląca Polska umieściła pana w koszyku chamów i impertynentów. Tam pan pozostawał aż do wczoraj. Wypowiedzią na temat gwałtów dzieci na księżach stał się pan jeszcze dodatkowo tym, .....” że nawet się ku... tego nie chce komentować. Jakbym go dziś spotkał na ulicy to bym mu przyp.... Każdy dzień utwierdza mnie w słuszności decyzji mojej mamy, że od Kościoła trzeba trzymać się z daleka. I tak też trzymam z daleka moje dzieci. Czekam teraz na reakcję Prezydenta RP czy nadal zamierza całować po rękach tego idiotę i dlaczego? Każde jego słowo jest niewiarygodne w tej sprawie. Powinien być ścigany z urzędu za ukrywanie pedofila jak każdy przestępca. Kiedy rząd RP zacznie chronić swoich obywateli przed kościelnymi przestępcami. Ich bezkarność bije po oczach”. Tak napisał na portalu WP amorvertical. Brak słów na poparcie tej wypowiedzi. Tak też komentują wypowiedź Michalika Polacy, których dzieci spryskane święconą wodą Kościół przyjmuje jako dziatki boże, a właściwie po trosze i swoje dzieci. To tylko jeden głos z setek innych. Nie będę więcej cytował, bo szkoda nerw, a i
szkoda czasu, każdy może sobie przeczytać praktycznie na każdym krajowym, a nawet zagranicznym portalu. Ja osobiście , jako człek myślący zdaję sobie sprawę, że być może w ferworze emocjonalnego podminowania po ględzeniu abp. nadużyłem nieco słów „mało ciepłych” a może wręcz bazarowych, ale niech mi Czytelnicy spróbują wybaczyć, bo niestety, ale nie potrafię inaczej nazwać pomysłu Michalika, nie mówiąc już o moich emocjach, które się rodzą po absolutnie seryjnych doniesieniach o polskich pedofilach rozrzuconych po całym świecie, a które z mocą szatana usprawiedliwiają dyskutanci w koloratkach w osobach księdza Dariusza Oko, publicysty katolickiego (taki współczesny kandydat na inkwizytora), księdza Wojciecha Lipkę, dotychczasowego kanclerza kurii zarządzanej przez bpa Hosera i wielu innych. Nawet Terlikowskiemu „rura” zmiękła mocno, tym bardziej, że przegrał sprawę z Alicją Tysiąc i za swoje chamskie wypowiedzi musi jej zapłacić.

PS. Na temat „mądrości” Michalika bardzo słusznie wypowiedzieli się pod poprzednim postem: Pani J., oraz pan Iloczyn. Tak przyznaje rację i jestem całym sercem za tym, że należy w trybie natychmiastowym wycofać religię ze szkół. Trzeba za wszelką cenę chronić księży przed upierdliwymi bachorami, ale też należy przestać finansować tę panoszącą się w sposób wprost przerażający zarazę. Kto chce, niech im płaci.


poniedziałek, 7 października 2013

STRATEGIA

W życiu codziennym strategia to plan działania człowieka opisujący jego zachowanie w każdej możliwej sytuacji. Strategia w pełni określa akcję (ruch), którą on podejmie w danej sytuacji, na każdym etapie postępowania, dla każdej możliwej historii prowadzącej do tej sytuacji, a przede wszystkim dla osiągnięcia zamierzonego celu. To tak w ogólności.
W szczególności zaś skupiam się na głębokiej analizie ostatnio nagminnie ujawnianych faktów pedofilii wśród kleru i to niezależnie od wieku ani stopnia w hierarchii kościelnej. Bo jeżeli w ostatnich dniach świat się dowiedział o kilku pedofilach w randze arcybiskupów, mimo zatajania tych informacji za wszelką cenę, no to mój Boże, jak wierni mają postrzegać ten swój drogowskaz którym się kierują w drodze do wiecznego zbawienia, by zasiąść na długiej ławie obok ukochanego JP2. Fakt, kto chciał to się dowiedział jak wygląda zagadnienie dot. pedofilii w Kościele katolickim, ale najczęściej było tak, że skoro na ten temat nic nie mówiły media, a tym bardziej ksiądz w czasie niedzielnego kazania, więc nie ma sprawy. Ja, jak wielu otwartych na wszystkie prawdy ludzi znałem problem od podszewki i po dzisiejszej wypowiedzi biskupa, że w Polsce być może są trzy, może cztery przypadki pedofilii księży, uśmiałem się do łez, bowiem znam z prasy co najmniej sześćdziesiąt odnotowanych pedofilów w Polsce i na każde zapytanie mogę przytoczyć taką listę z FiM. Zwykle się mówiło, że udowodniona zbrodnia pedofilii dot. księży
młodych, głupich, którzy znaleźli się w seminarium niepotrzebnie. Okazuje się, że to zboczenie dotyczy też tuzów w biskupich a nawet w arcybiskupich szatach. Jeszcze papież Ratzinger zdjął z pełnionego stanowiska kilku pedofilów w kościele austriackim. O innych przypadkach nie słyszeliśmy, bo takie fakty zawsze były objęte najwyższą klauzulą tajemnicy. Gdy nastał na tron papieski Argentyńczyk, który przybrał imię uczciwego św. Franciszka, w Watykanie i Kościele powszechnym odsłoniły się wrota ukazujące bagno moralne nie tylko wyrażające się generalnym homoseksualizmem, oraz nie bójmy się tego słowa, kurestwem, ale przede wszystkim zdemoralizowaniem moralnym polegającym na masowej właśnie pedofilii. Nie tylko abp Wiśniewski stracił posadę, podobnie abp chilijski został zdymisjonowany za „pieszczoty” pedofilskie. Bagno rozlało się też na bezpański bank watykański, do którego płynęły pieniądze z całego katolickiego świata i to często tzw. brudne pieniądze. Nierzadko z mafijnych przekrętów. Sprawa polskich księży wysłanych dla niesienia dobrych wiadomości dla mieszkańców Dominikany stała się zaczynem dla rewizji w sprawie kościelnych wycieczkowiczów za pieniądze wiernych, którzy w ramach nawracania innych siali samo zło w postaci gwałcenia dzieci za przysłowiowe trampki, batona, albo kilka dolarów. Jak się okazuje, co wynika ze śledztwa prokuratury na Dominikanie, sprowadzali oni te dzieciaki na plebanie, gdzie po ich obnażeniu wspólnie się masturbowali, uprawiali seks oralny, a nawet wpychali paluchy w ich odbyty, by często zaraz po tym odprawiać msze i tymi oto uświęconymi paluchami rozdawać opłatki komunijne wiernym parafianom, bo obywatele tamtejsi są bardzo oddani Kościołowi” już od setek lat, gdy konkwistadorzy pozbawiali ich nie tylko głów.
Nagłośnienie wypadków w Polsce nastąpiło, gdy papież Franciszek odwołał abp Wiśniewskiego z nuncjatury na terenie Dominikany i na razie ulokował go przy sobie w oczekiwaniu na postępy w śledztwie. Nawiasem mówiąc Wiśniewski dobrze trafił, bo towarzystwo kardynalskie w Stolicy Apostolskiej ma też wiele za uszami. Przy okazji Wiśniewskiego wydało się, że jeszcze większym zwyrodnialcem polskim na obczyźnie był
niejaki ojciec Gil, mariawita, którego wyczyny można by opowiadać godzinami w najbardziej zdegenerowanym towarzystwie burdelowym. Amator sadyzmu i perwersji. Gdy KAI nadała za pośrednictwem TVP info audycje z udziałem opłaconych suto adwokatów, którzy mieli zdezawuować winy obu duchownych, po to by zasiać wątpliwości co do jakiejkolwiek oskarżenia, jeden z komentatorów na WP. napisał: zmusiłem się do oglądania tej farsy, ale tylko przez pół godziny, bowiem zaraz po tym,
gdy pokazano zeznania gwałconych chłopców, pobiegłem do łazienki by się wyrzygać.

Ale powróćmy do osoby samego Gila. Otóż, kiedy wyczuł że jest śledzony przez policję, uciekł do Polski. A gdzie miał uciekać jak nie do Polski, gdzie po plebaniach kryje się wielu przestępców seksualnych w habitach i sutannach. On akurat schował się u bogobojnej mamusi na wsi pod Krakowem, która w każdym duchownym widzi rękę samego Boga, choćby śmierdzącą po wyjęciu z krocza ministranta. Trzeba dopowiedzieć, że kolejne nominacje w hierarchii kościelnej Wiśniewskiemu nadawał sam Jan Paweł II, boć to razem z Dziwiszem ziomale spod samiutkich Tater. JP2 najmocniej przyczynił się do tego, że te zbrodnie nie były w żadnym wypadku karane, ale też nie ujawniane. Nakazał biskupom diecezjalnym czynienie wszystkiego, by nigdy nie ucierpiała twarz Kościoła szczególnie w Polsce, ponieważ smród się wylał w kilku innych państwach na tyle, że wypłacone odszkodowania pokrzywdzonym przez księży doprowadziły do bankructwa wielu diecezji. Zbyt wiele w Polsce by kościółek stracił. Sprawa jednak wygląda obiecująco. Mimo, że biskupi zarzekają się, iż jest niemożliwością, by mogli ponosić konsekwencje finansowe za przestępstwa seksualne podwładnych, twierdząc , że sam winowajca będzie ponosić zasądzone przez sąd koszty, to jednak chyba stanie się inaczej. Skoro pan biskup ukrywał zboka po różnych parafiach, a często i za granicą, to stawał się współwinny jego przestępstw. Tak mówi prawo. A Kodeks K. powiada, że za
ukrywanie złoczyńcy idzie się siedzieć panowie biskupi, arcybiskupi i kardynałowie nawet na 3 latka. A teraz odnośnie tytułu posta. Zadaję sobie pytanie. Na czym obaj pasterze owczarni dominikańskiej opierali swoją STRATEGIĘ działań i egzystencji na całe lata wśród tego ludu. Księdzem ponoć się pozostaje raz na zawsze, tak jak ponoć katolikiem po przyjęciu chrztu. Wiemy, by nie nosić brzemienia katolickości można się wypisać z tej obłudnej sekty, co w Polsce już bardzo wielu uczyniło, mimo stawianych im trudności i rzucaniu kłód pod nogi. Natomiast ksiądz, mimo popełnienia najcięższych zbrodni nadal pozostaje kapłanem, tym bardziej gdy kolega udzieli mu rozgrzeszenia. R O Z G R Z E S Z E N I A w imieniu samego Boga. Co za hipokryzja. Zatem zarówno pan abp Wiśniewski i o. Gil, jak też dziesiątki innych zbrodniarzy seksualnych mogą się czuć dalej pośrednikami samego Boga, bo od czego ma się kolegów, często także zboków. Chyba że papież pozbawi ich święceń, ale to rzadko wchodzi w rachubę. Zatem strategia tych księży jest bardzo prosta (przynajmniej dotychczas). Skoro im się tak mocno chce pieprzyć chłopców, to czemu sobie mają żałować. W seminarium uczyli miłowania przede wszystkim mężczyzn, a chłopiec to mężczyzna, chociaż mały. Jak złapią to i tak nikt dziecku nie uwierzy. A jeżeliby już nakryli in flagranti to przecież nie posadzą, bom ksiądz, urzędnik boski na tym łez padole. Kompromitujące zasoby na twardym dysku komputera prawdopodobnie ktoś złośliwie podrzucił za walkę z mafią narkotykową. Warto poszaleć, bo życie jest krótkie, te ziemskie, a w niebieskie przecież sami nie wierzymy.

Fotki od góry:
1.Kłopoty celebranta.
2.Wyznanie matki księdza
3.Przyjdżcie do mnie dziatki.
4.Taki koniec czeka zbrodniarza.





sobota, 5 października 2013

GNIAZDO


To słowo ma wielorakie znaczenie. Można się nim przede wszystkim posłużyć w biologicznym opisie zwyczajów ptactwa i nie tylko, ale też w formie metaforycznej odnieść do wielu innych tematów. Zasadniczo gniazdo toróżnego typu konstrukcje, wykonane przez zwierzęta jako schronienie, a zwłaszcza jako miejsce wylęgu i odchowywania młodych. Gniazda budują stawonogi, ryby, ptaki a także gady. Ponoć gniazda pełniące funkcje inkubatorów budowały także dinozaury. Ssaki budują zwykle gniazda mieszkalne lub legowiska. Tyle tytułem wstępu w odniesieniu do meritum. Gniazdo zawsze kojarzy nam się z rodzinnym domem, gdzie powiły nas matki, które opiekuńczo patrzyły nam w oczy oczekując od nas pierwszych słów mama, tata, baba. O dziadku mało się mówi. Dopiero po kilku latach słowo dziadek też wydobywało się z drobnych małych usteczek wnuczęcia. Trudniejsze do wymowy fonetycznie. Rodzinne gniazdo ponadto bardziej kojarzy nam się z domem na wsi, mniej z mieszkaniem gdzieś tam w bloku, szczególnie dużego miasta. Domek na wsi, otoczony często choćby kilkoma drzewami na których z kolei można zauważyć gniazda i gniazdka ptasie, a w krótkim odstępie czasu również usłyszeć trele i przeróżnie barwne dla ucha świergoty. Na dachach wielu gospodarstw, szczególnie w Polsce od lat wysiadują bociany, których klekot usypia wieczorem mieszkańców. Ludzie mają do ptactwa bardziej miły stosunek niżeli do innych zwierząt, szczególnie psów, które przez całe doby pozostają na uwięzi łańcuchowej, mimo, ze zdają sobie sprawę, że ich pies ciągle pozostaje przyjacielem, a często obrońcą ich mienia. Gniazdo rodzinne to matka, ojciec oraz dzieci., często babcia lub dziadek. Do takiego gniazda bez żadnych zahamowań, kierowani rodzinnym uczuciem i nie tylko, powracają dzieciaki, które po ukończeniu szkół rozpierzchły się gdzieś po świecie, zakładając swoje gniazdka. Dzisiaj, gdy czytam prasę, do rodzinnego gniazda przybywają najczęściej w weekendy tzw. słoiki, ludzie młodzi zamieszkali gdzieś na obrzeżach wielkich miast, po to by zabrać wszelkiego rodzaju przetwory i inne dobra zgromadzone przez kochających rodziców. I oto tak kwitnie ta miłość rodzinna obliczona bardziej na zysk niżeli na samą nić miłości. W stanie wojennym, oraz w okresie zakupów wyłącznie na kartki żywnościowe, moi rodzice którzy zamieszkiwali na wsi, gdzie posiadali gospodarstwo, średnio co kwartał słali do mnie listy, bym znalazł czas na odebranie od nich kolejnej ćwiartki ubitego świniaczka. Było nas czworo, a więc każde z nas mogło pocieszyć się „świeżonką”. Tacy są generalnie rodzice i ich serca, dopóki oczywiście żyją i w miarę sprawnie mogą się poruszać. Z chwilą, gdy stan zdrowia nie pozwala im już na samodzielną egzystencję, oczekują opieki od swoich pociech. Tak było i jest w całej przyrodzie, z tym ,że słabe osobniki wśród ptaków i ssaków są usuwane z życia, jako że nie poradzą sobie podczas przebazowania, którą nakazuje pora roku. Wśród rodzaju ludzkiego niestety też zdarzają się przypadki, gdy matki zabijają swoje dzieci eliminując je w ten sposób z gniazd rodzinnych. Przykłady się mnożą coraz bardziej.
Pamiętam, moje dość rzadkie z przyczyn służbowych przyjazdy do gniazda rodzinnego. One były podświadomie odczuwane jako powrót do źródeł. Z uśmiechem i lekkim drżeniem serca przekraczałem kamienny próg ,by zaciągnąć się aromatem pieczonego ciasta, oraz innych smażonych wiktuałów. Przyswajałem zapach podwórka, po którym grupkami poruszały się kwoki z kurczętami, oraz kaczki z żółtymi dziećmi. Z ochotą biegłem po wodę do studni z żurawiem, ale też pomagałem w podstawowych czynnościach gospodarczych. Po prostu wchodziłem w rytm swojego dzieciństwa. Wszystko było po staremu. Bociany, które od lat pokoleniowo powracają, stały się niejako dodatkowymi członkami rodziny, podobnie te dziesiątki mniejszych i większych ptaków, które uwiły gniazda na drzewach owocowych. Wszędzie słychać było kwilenie malutkich jaskółek. Dlatego jest już zasadą, że dopóki z tych gniazd nie wyfrunie ostatni ptak, drzew nie powinniśmy ścinać mimo ich biologicznego obumarcia. Taka zasada obowiązywała zawsze w moim wiejskim, wręcz bardzo rustykalnym „GNIEŹDZIE”.
Słowo gniazdo ma bardzo miłe i bardzo rozległe konotacje. Tym słowem zatytułowany jest film polski o początkach państwa polskiego, gdzieś tam koło Gniezna. Zresztą nazwa miasta pochodzi właśnie od gniazda. Z gniazdem jako takim spotykamy się między innymi w nazwach różnych stowarzyszeń, oraz nazwach ośrodków wypoczynkowych, tytułami książek i filmów. Właśnie w Nałęczowie spotkałem jedną z willi której nazwa brzmi Orle Gniazdo. Gniazda rzadkich ptaków dzięki kamerkom internetowym możemy obserwować całą dobę, bo bez wątpienia wysiadywanie, a następnie dorastanie orła bielika, czy też sokoła, to tak jak czytanie dobrej książki, a przede wszystkim poczucie, że należymy do tej wielkiej, jedynej rodziny we wszechświecie ogólnie zatytułowanej fauną i florą.


 

NA MARGINESIE MADRYCKIEJ KONFERENCJI

Czytałem, słyszałem (wierzę, że to prawda), iż służby kwatermistrzowskie w Wojsku Polskim wydały zarządzenie, że w   soboty i niedziel...