sobota, 30 czerwca 2018

BALON PĘKŁ .


Wstyd!
Nadmuchany do ostatnich  granic pękł już na początku, zaraz po pierwszym spotkaniu z Senegalem. Później pozostał tylko flakiem. Ale tam, grunt że chłopaki wrócili do kraju. Wypoczęci, opaleni, dobrze odżywieni, a nawet wymodleni, bo przecie ksiądz nie odstępuje ich nawet na krok.  Wrócili z najlepszych wymarzonych przez wielu wczasów bezpłatnych, za to w aureoli ukochanych reprezentantów Rzeczpospolitej. To, że odpadli już po dwóch spotkaniach z drużynami o których bardzo rzadko kto słyszał, a tym bardziej rzadko kto widział ich poziom gry, to mało ważne. Ważne, że obronili honor ojczyzny w meczu z Japończykami strzelając im jedną bramkę, która akurat nie skrzywdziła ekipy z kraju kwitnącej wiśni. Japonia wychodzi z grupy i gra dalej. W tym momencie zarówno nasz przeciwnik jak i ekipa z nad Wisły wespół zatrzymali mecz. Jedni i drudzy stanęli jak słupy, albo jak by to powiedział  Ferdynand Kiepski, jak widły w gnoju.
Patrzyli na sędziego, sędzia z kolei na nich, tyle że kamery nie zgasły i świat dalej mógł „podziwiać” kunszt naszej piłki kopanej. A tak po prawdzie, to po co mieli się dalej męczyć  w tym wołgogradzkim upale. Honor uratowany, narzeczone i żonki wypoczęte czekają na przytulanki, z kolei kilka tysięcy naszych kibiców włóczących się po bezkresnej Rosji ze stadionu na stadion, czeka w gotowości, by zanieść ich na rękach do hotelu, wiec po co „ubiegać się o kontuzję”. Już słychać ryki kibolskie  "POLACY, NIC SIĘ NIE STAŁO”. Ba, opuściliśmy Soczi i Rosję w nastrojach szalonego optymizmu, jako że zajęliśmy ostatnie miejsce w klasyfikacji Mundialu, a więc nikt nas za cholerę nie wyprzedził. Frajerzy niech się męczą dalej. My swoje setki tysięcy odbierzemy, bo taki jest regulamin. Spoko, rodziny się ucieszą, a my będziemy sczytywać śmietankę z prasy i innych mediów, bo przecież kochamy was jak zawsze chłopaki.



poniedziałek, 25 czerwca 2018

NO I PO PTOKACH



Bo przecie polska reprezentacja to „ptoki”, a konkretnie ORŁY NAWAŁKI, jak powiadały wszystkie polskie media, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej. Bo orły to ptoki, a konkretniej ptaki pozostające od wieków symbolem narodowym Polski. Dzień 24 czerwca 2018 powinien być ogłoszony jako dzień klęski narodowej, połączonej z trzydniową żałobą.  A narodowej dlatego, ze zewsząd powiewały flagi o barwach biało czerwonych, często z ptokiem właśnie, w które ubrane było dziesięć tysięcy polskich kibiców w Moskwie i Kazaniu. Wielokroć więcej, bo setki tysięcy przyodzianych w dwukolorowe barwy zasiadało w tzw. strefach kibica. Jak przebiegały oba spotkania z Senegalem i Kolumbią nie będę opisywał bo miliony Polaków w kraju i na świecie widziało je naocznie, a wielu w euforii roztrzaskało swoje telewizory siekierami, dając upust napięciu nerwowemu. Co prawda taniej i naturalniej byłoby stłuc kilka talerzy, ale co to za terapia?, to tak jakby raka leczyć szczypiorkiem. Wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, to wyjątkowo delikatne epitety
wyrzucane ze złością w stronę narodowej   reprezentacji, która kosztowała nas miliony dolarów, a piłkarze trenera Nawałki wznosili się w towarzystwie swoich żon i panien na fali narodowego uwielbienia i sławy wysoko ponad przeciętne ciężko pracujące społeczeństwo. Piłkarz reprezentacji to zwykle milioner, bowiem każdy z nich dorabia sobie w klubach zagranicznych, podobnie jak europosłowie w Brukseli i Strasburgu. Praktycznie cały naród o godzinie dwudziestej skierował swoje oczy w ekrany TV, a  gdy z gardeł piłkarzy i kibiców rozległ się Mazurek Dąbrowskiego z oczu wielu popłynęły patriotyczne łzy. Z moich trochę też. Wystarczyło jednak tylko 90 minut, by nadzieje topniały do zera. Jako pierwszą z europejskich drużyn wyrzucono nas z Mundialu, jak kapryśne dzieci z piaskownicy. Graliśmy potencjalnie w najsłabszej grupie i w niej zajęliśmy ostatnie miejsce, czyli miejsce jakie Polska zajmuje we wszystkich notowaniach w przynależności do Unii Europejskiej z przestrzeganiem obowiązujących zasad i przepisów wynikających z Traktatu. „Wam kury szczać prowadzać”, powiedział marszałek Piłsudski do posłów. Sadzę, że dzisiaj powiedziałby te słowa również w odniesieniu do polskiej reprezentacji piłkarskiej. Zostaliśmy pośmiewiskiem świata piłki kopanej.

środa, 20 czerwca 2018

SZAMAN SZAMANOWI NIERÓWNY


Senegal zapłacił swoim szamanom kilka tysięcy euro by zadbali o korzystny wynik meczu z Polską. Polska swoim szamanom zapłaciła wielokrotnie więcej, a mimo to mecz przegrała. Wielokrotnie, bowiem episkopat dostał „swoje” coroczne ponad 120 milionów złotych, a główny szaman Tadeusz Rydzyk na swoje konto przytulił następne sto milionów, niby to na jakoweś muzeum. Zadaję sobie pytanie: czyż u nas w Polsce, w kraju maryjnym, oraz papieża JPII nie ma porządnych, w miarę uczciwych szamanów?. Kto zatem pomieszkuje w klasztorach, plebaniach i pałacach biskupich, kto?. Przecież nie prosty lud boży a właśnie szamani zdolni do zaczarowania nie tylko pojedynczych samotnych osób, szczególnie na łożu śmierci, ale i władców państwa. W tym wypadku państwa polskiego, zwanego IV Rzeczpospolitą. Skubańcy okazali się nieuczciwi, bo nie dopilnowali wyników meczu z Senegalem, a więc z czarnymi diabłami wyznania mahometańskiego. Nasz czołowy szaman, co to „ma ryja” jak milion dolarów albo stracił swoją moc, albo nie zauważył z kim to przyszło polskim katolikom kopać piłkę. Gdy jednak już to się stało, a polska drużyna przegrała z kretesem demonstrując absolutną bezradność pomiędzy bramkami oraz kompromitację głoszonej wyższości chrześcijanizmu nad islamem, czytam ci ja na FB natychmiastową reakcję ojca Tadeusza która brzmi: W związku z przegranym meczem z czarnymi diabłami z Afryki ogłaszam dla całej rodziny Radia Maryja krucjatę różańcową i podaję już numer konta, tu odczytał 26 cyfr, powtarzając je kilkakrotnie, jako że naród radiomaryjny wciąż pozostaje mało wykształconą kilku milionową rzeszą Polaków, zamieszkujących między Bugiem a Odrą. Jeden milion Polaków szczególnie górali i Podlasian wypełnia  populację Chicago. Pełnią oni rezerwę odsieczy wyborczej dla Jarosława Kaczyńskiego. Tak się zastanawiam kto popełnił największy błąd, żeśmy tak zlekceważyli przeciwnika. Trener Nawałka, obrońcy, bramkarz Szczęsny, czy owi szczodrze opłacani całorocznie szamani?. A skoro czarni szamani okazują się bardziej skuteczni, to do jasnego diabła, mamy przecież zaprzyjaźnionego i też dobrze opłacanego czarnego cudotwórcę nazwiskiem
ks. dr John Bashobora z Ugandy, który obrał sobie Polskę jako drugą ojczyznę dojną, bo okazuje się, że żaden inny mieszkaniec  Ziemi nie daje się tak otumanić i oskubać jak Polak. Tym bardziej, że ten szaman , jak sam powiada, wskrzesił ok. czterdziestu nieboszczyków i spowodował odrost kilkuset kończyn. „Mleczność” naszego społeczeństwa może potwierdzić nie tylko ojciec Tadeusz z Torunia, ale i te 40 tysięcy księży, aktualnie „usługujących” polskiemu narodowi. Reasumując, przed następnym meczem z Kolumbią zewrzyjmy wszelkie dostępne siły przyrodzone i nadprzyrodzone. Powinno być łatwiej bo Kolumbia to kraj katolicki.

niedziela, 17 czerwca 2018

WIO KONIKU, WIO.


Miałem sen. Za tym pięknym cytatem z przemówienia pastora Luthera Kinga opowiem swój. Otóż śniły mi się wozy drabiniaste, wypełnione naszymi ministrami, udające się w kierunku Zaleszczyk. Na zydlu jednego zasiadał, zgodnie z wykształceniem, minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, na drugim zgodnie z parytetami machała batem była premier Szydło, która akurat także wywodziła się z rustykalnego towarzystwa bazarowego. Zamiast słowa wio, pokrzykiwała, że należy nam się taka przejażdżka. Konie innych wehikułów popędzali pozostali mniej ważni. Zaraz po błogosławieństwie biskupa wypoczęte rumaki z Janowa Podlaskiego, rącze araby niczym harty rwały w kierunku Rumunii, a prosty lud cieszył się mylnie rozumując, że jadą turyści i zostawią dudki. Tymczasem Macierewicz, otoczony swoim sztabem mózgów ulokowanych w głowach Misiewiczów i Kownackich nie zasypiał gruszek w popiele. Już w podróży planował schemat rządu na uchodźstwie. Cieszył się, że zabrakło miejsca na wozie dla prezydenta Dudy, do którego nie miał serca. Uśmiechnął się i pomyślał, że w końcu ktoś musiał zostać by zarządzać tą masą upadłościową. Przez moment zgubili drogę a pytać spotkanych nie mogli, bowiem cała wyprawa okryta była ścisłą tajemnicą państwa. Po to właśnie wybrali ów środek lokomocji, by gawiedź pomyślała że jadą do żniw, bo przecie każda para zdrowych rąk się liczy, a rzepak już dochodzi. Było gorąco, z nieba lał się żar. Pod Tarnopolem kolumna fur zatrzymała się przed wiejskim sklepem, by nabyć napoje. Okazało się, że nic z tego, bo co prawda ich kieszenie były wypełnione pieniędzmi z obfitych nagród, ale niestety nie w walutach przydatnych na całym świecie. Co robić, zachodzili w głowę, tym bardziej, że naczelnik narodu coraz bardziej pojękiwał z powodu nie do końca wyleczonego kolana. Do Ukraińców bali się zwracać o pomoc mając w pamięci zaszłości historyczne.
Najbliżej, choć jeszcze dość daleko, mieli do Orbana, który im w ramach wiecznej przyjaźni zapewne udzieli pomocy. Wymieni  nam te miliony, które rozpychają nam kieszenie deformując garnitury, chociażby na forinty. Niestety radość była krótka, bo podobnie jak nasz rząd, cała rządząca partia zwana Fideszem udała się w nieznanym kierunku. Ponoć na północ do Polski, powiadają przypadkowo spotkani Madziarzy. Kaczyński obiecał nam udzielenie pomocy gdyby coś było nie tak jak trzeba, mówili. Natychmiast zawracamy, zarządził naczelnik IV RP. Victor nie może czekać, obiecałem mu to, a u mnie słowo droższe od tych szydłowych pieniędzy. Wszyscy, jak jeden mąż, ze złości zaczęli rwać naszą walutę na kawałeczki i ścielić umykającą za nimi drogę. Obudziłem się spocony jak mysz, czując podświadomie ścinki banknotów na całym ciele. Spocony, bo do kolejnej emerytury pozostało jeszcze pół miesiąca. Jasna cholera, dobrze że wrócili, o czym upewniłem się otwierając telewizor. Spiker z uśmiechem zapraszał na powtórkę meczu Hiszpania-Portugalia.

czwartek, 14 czerwca 2018

BYKI I BUKATY


Śledząc wolne media, wiemy że kler w Polsce czuł i czuje się bezkarny na każdym odcinku życia. Słyszę, że jakiś klecha potajemnie przed parafianami sprzedał stary cmentarz za dwa miliony, inny zaś opchnął korzystnie dla niego stary kościół, albo wartościowy obraz, stanowiący wyposażenie świątyni. Jeszcze inny zbudował za pieniądze parafian piękny dom swojej kochance. Nic im nie będzie, powiadają ludzie, bo to święte krowy, a raczej święte byki, a często dopiero "bukaty". Nie słyszałem aby jakowyś ksiądz odsiadywał karę więzienia za wypadek drogowy po pijanemu, chociażby ze skutkiem śmiertelnym, a piją oni na potęgę jak przysłowiowi opoje. Nie słyszałem, aby któryś ze zbrodniarzy sukienkowych przebywał w celi więziennej za gwałty i molestowanie dzieci. Tak, zgadza się, media nagłaśniają coraz częściej rozpustne dokonania upasionych byczków w stosunku do tych najmłodszych. Jest śledztwo, zapada zwykle symboliczna, najniższa kara (najczęściej w zawieszeniu), ale skazany do końca żywota chodzi na wolności, bowiem biskup go albo wysyła do przybytku zdrowotnego, albo przenosi na inne parafie, choćby za granicę, a tam może dalej czynić swoje zboczone upodobania. Później się dziwimy, że jeden czy drugi zostaje w brutalny sposób zadźgany w ramach zemsty przez tubylców, jak to zdarzyło się niedawno, gdy naszego misjonarza zaciukał kochanek,. Finalnie takie przypadki Kościół traktuje jako ofiary za wiarę, a po latach ogłasza świętym. Trzeba wiedzieć, że blisko 1/3 kleru katolickiego to homoseksualiści, którzy zaspakajają się wzajemnie w swoich parafiach, dekanatach, albo diecezjach. Duży procent z nich ma kochanki i dzieci „pod przykryciem” opinii publicznej, a wielu to zwykli pedofile kryci przez swoich ordynariuszy. Są więc bezkarni. Mogą nawet sprzedać swoją ojczyznę na korzyść tej drugiej, obcej, czyli Watykanowi i włos im z głowy nie spadnie, mimo to, że władza zadba o dobro najwyższe całego pogłowia księży. Corocznie odpala im ponad setkę milionów w ramach niekończącego się odszkodowania za upaństwowienie majątków po wyzwoleniu.
Całkowite (sowite) koszty państwa corocznie ponoszone na działalność Kościoła to ponad 11 miliardów polskich złotych. Mało?. Ten fundusz mógłby mocno podbudować nakłady na służbę zdrowia, albo edukację, nie mówiąc już o potrzebach osób niepełnosprawnych, których w Polsce coraz więcej, ponieważ nabożnie każą rodzić dzieci chore. Te 11 miliardów pożera zaledwie 40 tysięcy osobników w groteskowych strojach. Na szczęście ogłupiony, jak islamscy dżichadziści obiecankami raju po śmierci, polski naród zaczyna się buntować, zaczyna rozumować, że skoro ewangelia mówi, że bogaty nie przeciśnie się do raju niebieskiego przez ucho igielne, a mimo to głoszący tę teorię nie chudną, a wręcz przybierają w pasie i na podgardlu, to znaczy, że głoszą oni obłudną, fałszywą wieść, słowem hipokryzję. Każą żyć skromnie, pracować za darmo, głodować w imię zbawienia, rozmnażać się po katolicku, czyli licznie, to dlaczego sami tego nie robią?, chociaż w kwestii technik rozmnażania bez poczęcia, czyli z antykoncepcją chętnie się „angażują”. To trzeba im przypisać. Owe zachowania traktują jako równoważnik celibatu. W tej sytuacji Episkopat postrzega, że ich Kościół słabnie. Co kilka miesięcy dokonują przeliczeń wiernych. Coraz mniej Polaków, wzorem sąsiadów z Unii Europejskiej uczestniczy w ich teatrzykach zwanych nabożeństwami, choćby ubierali się w jak najśmieszniejsze stroje, przypominające szamanów afrykańskich. Do kościołów aktualnie uczęszcza zaledwie 35% społeczeństwa. To wierni i mierni staruszkowie, niezdolni do najprostszej egzegezy i rozumowania filozofii religii, spodziewający się rychłego spotkania z dla nich istniejącym gdzieś w chmurach dziadkiem brodatym, czyli Bogiem. Laicyzująca się młodzież, szczególnie ta powracająca z zagranicy już oficjalnie olewa szopki niedzielne i nonkonformistycznie zatyka uszy gdy biją dzwony. Coraz więcej Polaków ma odwagę nie wpuszczać na swoje pokoje księży podążających po kolędzie w ramach tzw. żniw noworocznych, czyli kolędy.
Wielu rodziców rezygnuje z chrztu swoich dzieci, mając na uwadze trudności jakie kler stwarza w przypadku późniejszej ewentualnej apostazji. Blisko połowa małżeństw w Polsce żyje i wychowuje potomstwo w wolnych związkach, decyduje się na in vitro, a nawet gdy zachodzi konieczna potrzeba jedzie za granice by dokonać aborcji, szczególnie gdy zdrowie dziecka lub matki jest zagrożone. Kler to wie. Zna doskonale wszystkie niewygodne fakty jakie mają miejsce w ich parafiach. Po to ma parafianki, które klęcząc donoszą im w ramach spowiedzi. To najlepszy wywiad od tysiąca lat. Kościół zdaje sobie też sprawę, że owe usłużne, darmowe TW za niedługo wymrze i zostaną sami, chyba że będą opłacać z własnej kieszeni donosicieli. Polska im się kurczy. Dlatego mimo, iż mają na razie wszystko, a zasoby majątkowe pozwolą im na luksusowe życie jeszcze długie lata, to głupi nie są. Zauważają, że Kościół słabnie, dlatego tak skrajnie się upolitycznili. Musieli się podpiąć pod silnego gracza, któremu mogą ufać. 


                                   
Oczywiście pod PiS, ale każdego psa można zezłościć w czasie tresury. Na pokaz na razie jeszcze gremialnie, w szyku wojskowym rząd klęczy w każdą niedzielę i święta na betonowych posadzkach, ale jak można zauważyć niektórych bolą już kolana i biodra na tyle, że rozglądają się za dobrą kliniką, gdzie można w razie czego dokonać artroskopii stawów biodrowych, na koszt NFZ. Przykładowo „pierwsze kolano” leczy się w Warszawie na Szaserów. Także zwycięstwo PiS i Dudy to naprawdę wielka wartość dodana Kościołowi. To tzw. żniwo ewangeliczne kleru. Wyłącznie, bo Polska jako państwo i naród w ciągu zaledwie niecałych trzech lat straciła twarz nie tylko w Unii Europejskiej ale i na całym świecie. Nikt nas nie szanuje, skutkiem tego nasz pan prezydent "siedzi" w przedpokoju  Białego Domu oczekując na moment wezwania, gdy lokaj Donalda Trampa powie: Proszę wejść, pan prezydent prosi, tylko proszę dobrze wytrzeć buty.



niedziela, 10 czerwca 2018

MOJE LATA


            


Nie w sensie mojego wieku. Nie te, które wpisujemy w rubrykę pytającą o wiek właśnie. Mam na myśli te, które następują zaraz po wiosnach, otwierających gardła miliardom ptaków wołających o pokarm, ale przede wszystkim gotowych do chóralnych, śpiewnych treli. Gdy skiby rozoranej ziemi pachniały świeżo upieczonym razowcem. Otóż moje lata miały przeróżne barwy i odcienie, bo nie oceniam je jako czas wakacji, kanikuły, czy wreszcie bezterminowego leniuchowania, pozwalającego na izolację myśli o książkach, rannym wstawaniu z łóżka i wszystkich tych obowiązkach spoczywających na młodym chłopaku. Oceniam je w sensie innych obowiązków wynikających z posiadania rodziny (brzmi jak przysięga ślubna). Rodziny zamieszkującej na mazowieckiej wsi. Rodziny chłopskiej w posiadaniu której były od niepamiętnych czasów hektary ziemi ornej, ogród owocowy, inspekty, oraz zwierzęta hodowlane. Byłem (oczywiście nadal pozostaję) najstarszym dzieckiem z czwórki mojego rodzeństwa. Mądrzy, pracowici, a jednocześnie bardzo bogobojni rodzice przed sześćdziesięciomaczteroma laty, a więc w okresie szalejącego stalinizmu wysłali mnie do liceum z nadzieją, że po latach zostanę księdzem lub chociażby kimś zbliżonym środowisku ludzi „zacnych”. Swój punkt widzenia na moją przyszłość i życie ustalili z księdzem, miejscowym proboszczem, a także z moimi dziadkami, równie, a może jeszcze bardziej ortodoksyjnymi katolikami, którzy akurat zdążyli ulokować swojego syna (mojego wujka) w płockim seminarium duchownym. A czasy były iście „romantyczne”. W klasach szkolnych, w urzędach, a nawet w gminnej spółdzielni skupu żywca wisiały portrety generalissimusa Stalina, a obok nich facjaty naszych rodzimych kacyków. Miejsce skupu świń wyjątkowo pasowało dla ich lansu. Grasowały bandy wyklętych, ale i innych przeklętych. Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Czyż można było w takich okolicznościach przyrody, delektować się śpiewem ptaków, urokiem rozwijających się pąków kwiatowych w przydomowych ogródkach, zapachem  zbożowych łanów, albo chociażby powiewem spódniczek szkolnych koleżanek?. W liceum, z dala od rodziny wstrząsał mną strach o najbliższych, tym bardziej, że ojciec w wyniku prowokacji został aresztowany przez UB i osadzony w ciechanowskiej katowni. Piszę o moich latach, tych latach wyczekiwanych kończącym się rokiem szkolnym. Wydawało by się radosnych. Niestety, bo poza tym, że jawiły się one w czasach stalinowskich, to dodatkowo zaprzęgały one mnie, nieco później również rodzeństwo do ciężkiej pracy w gospodarstwie, jako że nie można było liczyć na pomoc kogokolwiek z zewnątrz. Kułakom patrzono na ręce, a ojciec zgodnie z teorią komunizmu do takich należał. Dopiero w kilka lat po śmierci „ukochanego” Józefa Dżugaszwili i otwarciu bram katowni mogliśmy nabierać powoli oddechu.. A każde następne lato, choćby deszczowe i wietrzne, oraz mimo że generowało ono multum obowiązków i ciężkiej pracy bardzo nas wszystkich cieszyło. "Wstrętny" PRL pozwolił mi poszerzyć horyzonty na tyle, że obecnie, w czasie gdy wyczerpują się moje, biologicznie określone lata potrafię ocenić ich wartość i oddzielić prawdziwe dobro od zła. Dzisiaj pozostają tylko wspomnienia.
Dziadkowie, rodzice, oraz ich rodzeństwa już dawno spoczęli na cmentarzach, zaś najmłodsze pokolenia nie chce nawet słuchać naszych wspomnień. Uznają je za bajki z okresu dinozaurów. A przecież upłynęło zaledwie siedemdziesiąt lat, gdy padł stalinowski, prawdziwy komunizm. Siedemdziesiąt lat, czyli, dwie trzecie z setki, gdy Polska odzyskała niepodległość. Jak się okazuje, skoro w tym roku minie 100 lat od jej ODZYSKANIA, to hipokryzją jest twierdzenie, że w okresie PRL Polska była pod jakąkolwiek okupacją, a tym bardziej, że nie istniała. Do pana mówię panie Morawiecki. Byliśmy biednym, ale dość wesołym barakiem. Najweselszym z wszystkich krajów obozu moskiewskiego. Szkoda że tę wesołość daliśmy sobie zabrać populistycznej i jednocześnie antyeuropejskiej partii Jarosława Kaczyńskiego.

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...