niedziela, 30 czerwca 2013

Z OKOLIC WARIATKOWA




Wołam ci ja żonę, która akurat przebywa w sąsiednim pokoju.
Nie mogę teraz, czytam książkę, odpowiada.
Ale tylko na chwilkę, upieram się.
Nie, naprawdę nie mogę, tę książkę się czyta jednym tchem, nie oderwę się.
To „Kolekcjoner kości” Deawera.
Co to znaczy jednym tchem, a co z innymi. A gdy ci go zabraknie, jak to bywa w uniesieniu albo wzruszeniu, to grozi ci po prostu uduszenie, lub zawał. Staraj się uruchomić ich więcej.
Czego, pyta zakłopotana, a może nawet zastraszona możliwością nagłej i nieoczekiwanej śmierci.
No mówiłaś o jednym tchu, dobrze by było mieć ich więcej na podorędziu.
Ale czego?, bo już przez ciebie zgłupiałam.
No tych tchów, techów, dechów, no tych co to używasz do czytania. Za chwilę sam się zastanowiłem, co też ja plotę, ... a właściwie jak naprawdę mówi się o tchu w liczbie mnogiej?. Zaglądam więc do encyklopedii, a następnie do Wikipedii, ale odpowiedzi jasnej nie dostaję. Przecież nie będę późnym wieczorem zawracał głowy panom Miodkowi, czy też Bralczykowi, ale w sposób kategoryczny nakazałem żonie oszczędzać ten jeden, jedyny tech. Chyba przekroczyłem granicę puryzmu. A niech tam.
***

Swego czasu, jeszcze w latach szczenięcych podczas upalnego lata u progu burzy, do mojego pokoju wpadła jaskółka. Zaplątała się biedna w firankę, więc łatwo było ją złapać. Była bardzo przestraszona, serduszko jej biło mocniej, niżeli moje podczas trwożnego snu. Od razu przypomniała mi się piosenka Stana Borysa o uwięzionej jaskółeczce.
-To jerzyk, powiada ojciec, który akurat wszedł do pokoju.
Jaki tam jerzyk, to jaskółka, bo w kolorach raczej zakonnych, czyli czarno-białych, upieram się. Do tego samiczka.
A po czym poznajesz?
-A po tym, że kobiety są bardziej ciekawskie i bardziej chętnie zaglądają do cudzych okien.
No dobrze, niech ci będzie, w każdym razie zanosi się na deszcz bo tych jaskółek nisko latających widzę zatrzęsienie. Wiesz o tym, że gdy jaskółki latają nisko to zwiastują ulewę.
Tato, a ja słyszałem, że jaskółki spodziewają się deszczu w chwili, gdy widzą jak ludzie im się przyglądają i wtedy umykają do swoich gniazd. Trzeba dodać, że podobnie jak psy i koty, są one bardzo przywiązane do człowieka. Gniazda budują pod oknami i okapami budynków gospodarczych. I dobrze, bo dzięki ich obecności otacza nas dużo mniej owadów uprzykrzających życie. Żywią się bowiem muchami, komarami i wszelkim innym kąsającym świństwem. . Na zimę odlatują, bo czymże by się odżywiały.
***
Czy ktokolwiek z państwa wie co to jest skapnik. Na pewno nie i nie znajdziecie, przynajmniej na razie tego terminu w żadnej encyklopedii, a skapnik istnieje w przyrodzie. To jest po prostu najdłuższy włos na damskim łonie, po którym spływa ostatnia kropelka wydalanej uryny. Skąd to wiem? Ano stąd, że termin ten swego czasu sam wymyśliłem. W służbie wojskowej bawiliśmy się z kolegami w krzyżówki. Nie było wtedy w kioskach takiego wyboru rozrywkowego jak dziś, chyba poza jedyną właśnie „krzyżówką”. Po prostu nawzajem układaliśmy je sobie po to, by coś tam wygrać, najczęściej „cosik do picia”
Pewnego razu, gdy już kończyłem redagowanie kolejnej krzyżóweczki, ostał mi się jeden wyraz, którego nijak nie mogłem spasować z innymi. Był to nic mi nie mówiący wyraz :skapnik. Koledzy, którzy rozwiązywali moje dzieło zatrzymali się na owym słowie i z rezygnacją poddali się.
Dla obrony honoru, musiałem im powiedzieć co „oznacza” ów skapnik i że można go znaleźć tam i tam. W jednym momencie wymyśliłem wytłumaczenie, że w socjalistycznym kraju wyrazów okołowaginowych, ze względów moralnych nie umieszcza się nawet w encyklopedii, co oczywiście przyjęli do wiadomości ze zrozumieniem, a słowo to spodobało się wszystkim, którzy je usłyszeli na tyle, że było przekazywane z ust do ust. Dzisiaj, po wielu latach jestem pewien, że akurat słowo to jest znane aktualnym wojakom tego pułku, bo takie rzeczy przekazuje się z pokolenia na pokolenie, a i rzeczywiście taki włos upiększa ów wycinek kobiecego ciała i służy wyłącznie … dobru. Żywię nadzieję, że przyjdzie taki czas, gdy wypełni się luka encyklopedyczna pod literką S, a autor zostanie sowicie wynagrodzony.
***

W czasach, gdy dane mi było wykonywać obowiązki w zakładowych ośrodkach wczasowych nad Bałtykiem, a konkretnie na terenie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego miałem do czynienia z dziwakami, ale też z ludźmi na swój sposób zabawnymi.
To była głęboka cicha noc. Do drzwi recepcji stuka wczasowicz i powiada że jego żona czegoś tam się najadła w czasie wyprawy do lasu, a teraz mocno cierpi, aż wije się z bólu. Oczywiście dałem co tam miałem od bólu żołądka z apteczki, zaznaczając jednocześnie, że jeżeli te leki nie pomogą, to proponuje wykonać telefon na pogotowie.
Ależ panie kierowniku, coś pan, z takim głupstwem lekarzom głowę zawracać i to po nocy?. Ja, ja sam ją wyleczę, niech się tylko bardziej rozwidni, bo panie jest takie przysłowie: od czego zachorowałeś, tym się lecz. Tymczasem moje leki pomogły, ale tylko jako tako. Kobiecinka skrzywiona chodziła po ośrodku, ale jakby mocno z dala od ludzi. Jej mąż zaraz po śniadaniu udał się do Parku i po dwóch godzinach wrócił z jakimś zielskiem. Preparuje je na swój sposób, a następnie w postaci nalewki spirytusowej podaje chorej. Okazuje się, że małżonka wyzdrowiała, jakby ręką odjął. Pytam się owego gościa, co to za preparat wypróbował na swojej żonie.
Popierdnik proszę pana, najlepsze zioło jakie znam na bóle brzucha.
Co za popierdnik, pytam coraz bardziej zaciekawiony.
Ano popierdnik, po łacinie fuj fuj. Działa tak, że przez jakiś czas wynosisz się pan z domu by nie psuć rodzinnej miłej atmosfery, bo gazujesz pan jak silnik od malucha, ale choróbsko ustępuje. W tym czasie unikasz pan przebywania w zgromadzeniach partyjnych i modlitewnych. W dalszej wymianie zdań poinformował mnie ten pan, że w przyrodzie występuje popierdnik zwyczajny i nadzwyczajny. Ten drugi jest lepszy, odwrotnie jak w hierarchii profesorskiej proszę pana. Na wszelki wypadek wziąłem od „zielarza” kilka liści popierdnika, gdyby coś się podobnego zdarzyło. Liście zasuszyłem, a po powrocie do domu zapytałem znajomej zielarki czy zna ów kawałeczek flory.
Tak, Oczywiście, to glistnik, zwany jaskółczym zielem. Dobry na dolegliwości żołądkowe i inne schorzenia układu pokarmowego, szczególnie na jego końcowym odcinku.
Bo widzi pani, gość, który uleczył żonę tym zielem zwie je popierdnikiem.
Uśmiała się bardzo, ale wie pan ta ludowa nazwa bardzo pasuje akurat do glistnika jaskółczego ziela, ponieważ po jego zażyciu nie sposób nie popierdywać. Na zdrowie.


Zdarzenie owo przypomniałem sobie po napisaniu tych kilku słów o jaskółkach. 

środa, 26 czerwca 2013

RATUJMY ROKITĘ, WSZYSCY GO BIJĄ

Jak to dobrze być politykiem, chociażby tym już przebrzmiałym, już nie pokazywanym codziennie na telewizyjnych ekranach, już nie gonionym przez sfory dziennikarskie. Na potwierdzenie moich słów pokazuję tych jeno dwóch, jakże zasłużonych dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej: Jana Marię Rokitę i Lecha, (niestety o jednym imieniu, bo chłopisko z gawiedzi) Wałęsę. Chyba , że coś tam ma z bierzmowania, ale nie upublicznił. Ci dwaj, a także setki, a może tysiące innych, których w nocy lub nad ranem 13 grudnia 1981 roku zwinęła milicja lub bezpieka w celu przewiezienia do internatów oraz ośrodków wypoczynkowych zamienionych w obozy internowania, dzisiaj po pamiętnej odsiadce kilku lub kilkunastomiesięcznej, dzięki kolegom zasiadającym w Sejmie lub Senacie, do końca swych dni pobytu na tym łez padole mają zabezpieczony byt dla siebie i swoich jakże zacnych, często bardzo mnogich rodzin, dzięki specjalnym zapomogom. Sam, pamiętam, że już dawno, nim gen. Jaruzelski zdobył się na ogłoszenie stanu wojennego, rzuciłem czerwoną legitymację prostego, nic nie znaczącego w hierarchii partyjnej członka, przez co straciłem swój prestiż w oczach przełożonych, to jednak sądziłem, że znajdzie się dla mnie jakoweś miejsce w "internacie" z całodziennym wyżywieniem, oraz paczkami zagranicznymi, dystrybuowanymi przez Kościół i oburzonych na socjalizm ludzi kultury, znanych mi z telewizji reżimowej. Niestety, pies z kulawą nogą na mnie nie spojrzał, chociaż starałem się być mało sympatycznym przechodniem na widok milicjanta, czy też ormowca. Jak wiadomo, żadna ofiara internowania nie schudła nawet o gram, chyba że się rozpiła, a na ten temat to akurat Wałęsa ma wiele do powiedzenia.
Przyszło mi dalej stać w długich kolejkach po kartkowy cukier, wołowinę z kością, pół litra gorzały, czekoladopodobną słodycz dla dzieci, oraz buty, bo wieczne przecież nie są. Szkoda, bo dzisiaj bym mógł obok Rokity i Wałęsy, oraz wielu innych „bohaterskich” postaci tamtych lat spijać śmietankę z dorobku opozycyjnego. Bo oto czytam w wolnej polskiej prasie, że niejaki Zbigniew Romaszewski, ten sam co to dosłownie na wizji płakał, gdy kilkakrotne głosowanie senackie nie usadziło go na stanowisku wicemarszałka, gdzie przysługuje gabinet, sekretarka i służbowy samochód z kierowcą, ten sam co to wizytował wraz z posłanką Kempą kibola Starucha w areszcie obiecując mu wyzwolenie, oraz swobodną dalszą działalność na rzecz partii PIS, właśnie ten sam, który potrafił córkę usadzić na stanowisku dyrektora polskiej telewizji propagandowej TV BIEŁSAT, ten sam, którego małżonka zasiadła na stanowisku członka kapituły Orderu Odrodzenia Polski, ten właśnie sam Zbigniew Romaszewski z rąk przyjaznego sądu obsadzonego przez prawicę otrzymuje ćwierć miliona złotych z naszych podatków za internowanie w stanie wojennym. Szkoda, jeszcze raz powiadam, szkoda, że nie byłem bardziej bezwzględnym w nienawiści do rządu Jaruzelskiego. Ale co tam Romaszewski. Popatrzmy na innego działacza herbowego z Krakowa. To Jan Maria Rokita, nazwiskiem bliskim diabłu, zaś dźwięcznym głosem aniołowi. Aktywny jak górnik Pstrowski w latach pierwszej sześciolatki, obiecał w 1990 r. wszystkim, że znajdzie 100 Polaków zamordowanych z „ręki” gen Jaruzelskiego. Znalazł kilku, o których wszyscy wiedza, bo to górnicy z kopalni Wujek, którzy zginęli z rąk milicji bez wiedzy, a tym bardziej inspiracji Generała. Kompromitacja panie Mario Janie, „premierze” z Krakowa. Kto pana namówił na tak mityczne zadanie, może genialna małżonka Nelly, posłanka, która w okresie sejmowego reprezentowania PIS, dostarczyła nam multum śmiechu, przebijając kabarety, a jednocześnie ubaw, że reprezentuje samych Kaczyńskich, bo pierwej zatrudnił ją w Pałacu na stanowisku ds. kobiet sam Lech K. Szybko jednak
zrezygnował z jej usług, a ponieważ, bądź co bądź to jednak Rokicina, żona niedoszłego premiera z Krakowa, podrzucił ją bratu. „Urocza” kariera Nelly po trosze przyćmiła popularność męża, który to wałęsał się po redakcjach, coś tam pisał i ponoć nieźle zarabiał, ale w końcu wylądował na przysłowiowym bezrobociu, tym bardziej, że w rozmachu krytyki czasów socjalizmu oskarżył fałszywie (jak to on) pana Kornatowskiego o współpracę z organami bezpieki na stanowisku prokuratorskim, za co sąd skazał go na zapłacenie odszkodowania w kwocie 350 tysięcy złotych. Oczywiście Rokita powziął decyzję, że nie zapłaci, (jak bym słyszał Jarosława K), bowiem jest biednym krakowiaczkiem i nie o taką Polskę walczył. 
Na wszelki wypadek, by nie powtórzyło się internowanie, ale już nie w internatach i ośrodkach wypoczynkowych FWP, Rokita spieprzył do Włoch, chyba nawet bez Nelly, skąd drogą satelitarną poprzez TVN24 wnosi błagania o pomoc, bo został absolutnie materialnie zrujnowany. Podobnie zresztą wołał pomocy, gdy policja niemiecka zakuła go w kajdanki. „Pomocy, Niemcy mnie biją”, wołał głosikiem sopranowym, przez to, że nie posłuchał obsługi samolotu, iż jego ciuchy nie mogą leżeć w klasie VIP, gdy on sam leci w klasie niższej ceny biletu. Dzisiaj, w ramach tzw. solidarności (Boże, czy to ta sama Solidarność, do której też należałem?), koledzy zasiadający aktualnie w parlamencie deklarują się na zbiórkę pieniędzy by pocieszyć rozkapryszonego Jana Marię, aktualnie bawiącego w swojej prywatnej posesji w ciepłej Toskanii. Ot, ofiara stanu wojennego, wielka ofiara!, jak się mu bliżej przyglądnąć, prawdziwa ofiara losu.
Inaczej spoglądam zaś na karierę Lecha Wałęsy, wg siebie przywódcę strajku gdańskiego, wg innych świadków, jeno przystawki dla tych co decydowali o wszystkim. On to, wywindowany na piedestał polskiego Wernyhory, bo życiorys można upiększyć, a w istocie na bohatera narodowego z ręki innych prawdziwych przywódców z rozumem pełnym pomysłów politycznych, dzisiaj pławi się w luksusach. On i jego rozliczna rodzina na którą wydaje miesięcznie, jak sam powiada, 350 tysięcy złotych (to wartość trzech kawalerek w dużym mieście). Rozumiem, że z tej kwoty opłaca swój instytut złożony z równie dobrze opłacanych ludzi, którzy piszą mu „referaty” wygłaszane gdzieś tam na mało mądrych uniwersytetach USA. Zaiste „mało mądrych”, bowiem Wałęsa ogranicza się do odczytania tekstu, bez udzielania odpowiedzi na ewentualnie pytania dodatkowe. Opłaca też tłumacza, który po angielsku wygładza temat. Wałęsa każe sobie dobrze płacić też za udzielanie wywiadów telewizyjnych, w których plecie trzy po trzy o pluralizmie, globalizacji, tajemniczych koncepcjach i czymś tam jeszcze ku zadowoleniu tolerancyjnych i uradowanych redaktorek. Sadzę, że gdyby skład kapituły w Oslo znał zawartość mózgową Lecha zanim mu przydzielił Nagrodę Nobla, nigdy by nie doszło do podobnego qui pro quo. Lechu każe posłom gejowskim zasiadać za murem Sali Sejmowej, ględzi o katolickim wychowaniu dzieci i młodzieży, gdy tymczasem jego synowie gwałcąc prawo przyczynili się do powstania nowej choroby o nazwie pomroczność jasna. Oburzył się, gdy po jego wynurzeniach, niektóre amerykańskie instytucje, które mu płaciły za nic kupę forsy zapowiedziały rezygnacje z jego „intelektualnych” usług. A wzburzenie jego miało wstrząsnąć posadą świata. Znając Wałęsę, który w Ameryce reprezentuje ponoć cały polski naród od czasu, gdy wygłosił słowa „We the people” w pamiętnym wystąpieniu w Kongresie, (czy też Senacie) to on doskonale wie, że umrzeć z biedy mu nie pozwolą, przynajmniej ci z Chicago w góralskich kapeluszach, z oscypkami w lodówkach.
Rozmachałem się na klawiszach komputera i mógłbym podać dziesiątki podobnych przykładów nieszczęśników, skrzywdzonych w owych czasach socjalizmu, a zajmujących dzisiaj tłuste stanowiska w kraju. Pełno ich, szczególnie w partii Kaczyńskiego, ale też nie brakuje u Tuska. To jedna rodzina, jak wielokrotnie pisałem, jeno nieco skłócona ze względu na stanowiska i szanse rządzenia państwem. A zanosi się, że po najbliższych wyborach, w wyniku popełnionych błędów Tuska i oczywiście ciemnoty narodowej, jego fotel zajmie powtórnie „Jarosław Polskę zbaw” w otoczeniu ministerialnym Macierewiczów, Kamińskich, Brudzińskich, Pawłowiczów i setki innych, aktualnie mocno pracujących na rzecz budowy pomników Lechowi K., bo jak się okazuje stawianie nowych Janów Pawłów II- gich już ilościowo zagraża „populacji” ogródkowych krasnali w niemieckich ogródkach przydomowych, a to by nam Niemcy nie darowali, jako naród przodujący praktycznie we wszystkim.

niedziela, 23 czerwca 2013

KWIATY I CHASZCZE POLSKIE

Jak wiemy kwiatom nasz poeta Julian Tuwim poświecił jeden z utworów. Osty pominął, pomimo, że akurat w czasie jego żywota kłuły one go niemiłosiernie. Jego i jego matkę.
O kwiatach można by w nieskończoność, tym bardziej, że ta pachnąca roślinka mieści się w wielu nieskończonych konotacjach jako synonimy, antonimy i różne wypełniacze. Przede wszystkim jako wypełniacz ogrodów, ale najważniejszy stanowi synonim piękna, radości, a nawet miłości różnie interpretowanej akurat. Po prawdzie mędrcy od polskiej literatury „Kwiaty Polskie” nie zaliczają do wyżyn poezji, co zresztą potwierdzał sam autor planując napisanie drugiej części pachnącego wiersza, to jednak ten utwór polskiego Żyda należał do obowiązkowej literatury z którą uczeń liceum w latach PRL musiał się zapoznać. Sam bardzo polubiłem dzięki „Kwiatom Polskim” Juliana Tuwima. Nie interesowałem się wtedy jako uczeń, jaka krew w nim płynie, bo nie było to istotne w latach Bieruta, ale dzisiaj wiem już, że pan Julian Tuwim, obdarzony biologicznie nosem semickim nie mógł się czuć komfortowo. Sądzę, że dzisiaj dla świętego spokoju skorzystał by z chirurgii plastycznej. Niestety w owym czasie nikt nawet nie przypuszczał, że za 30 lat pierwsza lepsza kobitka za oszczędzone pieniądze na mężu biznesmenie, lub inna celebrytka pokazywana w telewizji z nieznanych nam bliżej przyczyn zechce sobie powiększyć cycuszki. A nos pana Tuwima rzeczywiście wyrastał nawet poza rasę semicką. Był po prostu „de bergeracowski” tyle, że skrzywiony w kierunku ust. To dawało bydlętom antysemickim jasny dowód, że autor „Lokomotywy” jest absolutnym Żydem, a więc istotą godną poniżenia wszelkiego, tym bardziej, że spotykał się z Bierutem, ale nikt nie wie, że nie dla rautu i koniaków , a po to, by wstawić się za uwięzionymi opozycjonistami, co mu się akurat udawało załatwić. Mimo to mocno przeżywał przeróżne groźby ze strony ówczesnych „prawdziwych wolaków” i pozostałości przedwojennych grup antysemickich, często złożonych z tych co to dorobili się na wydawaniu Niemcom Żydów, lub po prostu kolaborantów z okupantem, by tylko zatrzeć ślady swej społecznej zgnilizny w czasie III Rzeszy. Tuwim był takim Żydem jak my wszyscy Inkami, albo Eskimosami. W jego domu trudno było znaleźć świadectwa jakiejkolwiek religijności. W jego rodzinie zawsze mówiło się wyłącznie po polsku, czytało się polskie książki miast Tory. Nawet inni Żydzi uważali go za zdrajcę, jako że nie kultywował języka jidysz. Do żydostwa przyznał się dopiero po holokauście pisząc tekst „My Żydzi polscy”. Sam uniknął śmierci dzięki emigracji, z Łodzi i Kazimierza nad Wisłą, poprzez Francję, Portugalię, Brazylię, aż po Nowy Jork. Musiał to zrobić, ponieważ poprzez ataki antysemickie okropnie cierpiał, czuł się zagrożony tak jak jego „ja”, a jego „ja” to była polska poezja.. Najbardziej bał się o swoją matkę, która jeszcze mocniej doznawała wstrząsów antysemityzmu. Zginęła prawdopodobnie od kuli faszystowskiej, chociaż niektórzy twierdzą, że popełniła samobójstwo, rzucając się z okna. Pan Julian po tej światowej wędrówce wrócił do Polski. Nie mógł postąpić inaczej, czuł się absolutnym Jej obywatelem. Zmarł w Zakopanem na serce, gdy do niego nadal dochodziły parszywe wyzwiska i wyrazy, które miały go wykluczać ze społeczeństwa polskiego, podobne zresztą tym, co dzisiaj „zdobią” polskie mury i transparenty stadionowe. Straszne to. Kto mu to robił?. Jak to kto? Polscy katolicy potomkowie Dmowskiego, a dzisiejsi „patrioci” spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, młodzieży zaczadzonej hasłami głoszonymi przez m.in. rodzinę Giertychów, że gdy zniszczą w Polsce Żydów, socjalistów, homoseksualistów, ateistów i liberałów, to zapanuje wszelki dostatek, w którym akurat oni będą się pławić najbardziej. Dzisiaj na miejscu Romana Giertych, który służy w TVN jako dyżurna paprotka wstydził bym się pokazywać swojej końskiej facjaty. Ludzie cię chłopie pamiętają i jako dziwacznego ministra oświaty i jako głosiciela zaczadziałego katolicyzmu i fanatyzmu i jako kapciowego Jarosława Kaczyńskiego.
Post zatytułowałem kwiaty i osty polskie. Osty rozpleniają się nam przy milczącej postawie rządu na każdym kroku. A jak to jest z ogrodem zwanym Polską?. Jeżeli nie pielimy na czas to pewnego dnia wśród tego zielska nie doszukamy się żadnego kwiatka. Pytam więc, czy w Polsce jest potrzebny jakowyś ruch narodowy? I jakowaś idea dzisiaj głoszona przez Zawiszę, Winnickiego i skrajną prawicę?. Nie, nie jest potrzebny, wręcz bardzo szkodliwy, ale jeżeli państwo nie przywiązuje żadnego zainteresowania życiem dwudziestolatków, którym pozostaje tylko wyjechać na zmywak, to oni szukają innego sposobu na życie. Są przecież u progu długiego życia. Słyszą jak szanuje się polskiego pracownika tu i tam. Słyszą z ust tejże prawicy, że za ich beznadzieję odpowiadają Żydzi. Trzeba ich zrozumieć, bo hasła antysemickie i rasistowskie padają tylko przy okazji, z desperacji życiowej. Ktoś tą młodzież wykorzystuje i już wiadomo kto. Jeżeli państwo te chaszcze nie wytrzebi na czas to o kwiatach niech zapomni raz na zawsze. Chodzi właśnie o chaszcze złożone z narodowców, kiboli i zawodowych bandytów rasistowskich. Do kłujących ostów mógłbym zaliczyć też beztroskę rządu w stosunku do tych, którym powodzie zabrały cały dorobek życia, a także głupie, wprost chore aspiracje organizacji olimpiady zimowej w Krakowie i Zakopanem. Szwajcaria i Szwecja zrezygnowały, bo ich nie stać, ponieważ wolą by w ich krajach żadne dziecko nie szło do szkoły głodne. Powodzianie polscy, na otarcie łez dostają od państwa po sześć tysięcy złotych, tyle co rząd dziennie wydaje na cygara i aksamitny papier toaletowy. Nie wiem, może to są dyrektywy unijne, boć słyszę od przyjaciół z Niemiec, że u nich powodzianie dostają od Angeli Merkel po 500 euro. No ale Angela to nie Donald. Angela to „Anioł”, który powodzian otoczy ciągłą, ... boską opieką. Bo ponoć aniołowie od tego są.
Polska jest narodem super katolickim, bodajże bardziej niżeli Brazylia czy Filipiny, gdzie wierni przybijają się do krzyży. Oczywiście nie bardziej niżeli kilkuset osobowa ludność Watykanu, gdzie wylała się zupa w której znaleziono jako niestrawne skwarki w postaci lobby homoseksualnego i pedofilskiego, lobby decydującego o awansach biskupich i kardynalskich, oraz ścieki wszelkiego innego kurestwa. Tak pisze prasa włoska i o tym dowiaduje się też papież Franciszek, którego ostrzegają, że za długo nie pożyje wzorem Jana Pawła I, jeżeli będzie przejawiał jakikolwiek gniew wobec status quo. Wierzę w te przepowiednie, bo władcy katolicyzmu od wieków są zdolni do najbardziej obrzydliwych zachowań, w tym zbrodni. Ktokolwiek by próbował ograniczyć ich królestwo ziemskie, czyli niebo (bo w inne niebo nie wierzą), skazany jest na śmierć. Papież Franciszek nazywa ich złodziejami i wyzutymi ludźmi z empatii, o czym pisze sobotnia GW. Jako pierwszy i najważniejszy biskup katolicki mówi, że dla niego jednako wartościowy jest człowiek wierzący jak i ateista, bowiem obaj zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Bóg stwarzając człowieka obdarza go wolną wolą, natomiast rozwój umysłowy stworzonego decyduje o jego pojmowaniu wszechświata; powiada:” jeżeli spotykam człowieka niewierzącego, rozmawiam z nim o kwestiach ludzkich, to nie przedstawiam mu od razu problemu Boga. Mówię mu dlaczego sam wierzę, jednak sprawy ludzkie mają w sobie tyle bogactwa, którym się można dzielić, które można przetwarzać, że jest się czym wzajemnie uzupełniać”. Czy na takie słowa stać jakiegokolwiek polskiego biskupa odnalezionego w czeluściach ich pałaców po drzemce spowodowanej opilstwem i obżarstwem?. Nie ma takiego. Są tylko Dziwisze, Głódzie, Meringi, Michaliki, Hosery i cała plejada służących prostemu „doktorowi” z Torunia o ekologicznym nazwisku Rydzyk. To są prawdziwe osty. Niby z kwiatkiem (pomponikiem), a jednak bardzo nieprzyjemne w kontaktach z człowiekiem.


Powtórzę więc, zatytułowałem post kwiaty i osty polskie. Sadzę, że po przeczytaniu niniejszego felietonu można odróżnić jedno od drugiego, chociaż mogą być trudności. Ja kocham wszelkie kwiaty. I te które wręczam żonie na urodziny i imieniny i te które kupuje bez okazji, by przystroić stół w salonie, i te które na grządkach ogrodowych roztaczają niebiańskie zapachy, ale najbardziej te dzikie które ukrywają się w zbożach i zdobią łąki.
One przypominają mi poezję Tuwima. Od pewnego czasu też roześmianą i ludzką twarz papieża Franciszka. Polubiłem Go, chociaż sam nie zaliczam się do wyznawców Biblii. O chaszczach z ostem nie warto mówić. To szambo, które nie zdołano posprzątać od okresu międzywojennego aż po dzień dzisiejszy i jak czuję, długo się z tym nasz naród nie upora.

środa, 19 czerwca 2013

WIRTUALNA POLSKA DONOSI

Szczątki Tu-154M przemieszane z ziemią i zepchnięte do betonowych hangarów na lotnisku Siewiernyj. RMF FM ujawnia zdjęcia z lotniska w Smoleńsku. W koszmarnych warunkach przechowywane były szczątki prezydenckiej maszyny, gdy powstawały raporty rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego i polskiej Komisji pod przewodnictwem ministra Jerzego Millera.” 

A co do koorwy nędzy mieli zrobić z tym złomem zmieszanym z krwią, trawą i błotem?. Pamiętamy wszak, że nasi boleściwi pisowcy pluli na Rosję, że wrak nie został odpowiednio umyty. Więc go umyli, okazuje się, że też niepotrzebnie. Mieli go trzymać w petersburskim Ermitażu, albo może w Soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie?. Co prawda kawałek wraku TU154 przywiozła nielegalnie do Polski jakaś siostra zakonna, by umeblować nim obraz Czarnej Madonny, ale przecież Rosja nie jest aż takim dziwadłem,( pomijając osobowość politycznego świra Żyrynowskiego), i nie praktykuje podobnego idiotyzmu umiłowania fetyszu jak Polacy i dlatego brak jest tam szacunku dla wszystkiego co polskie, tym bardziej upadłe z „niebios”. A być może nasza siostrzyczka złodziejka (bo w rzeczy samej ukradła fragment, być może istotny dla działań komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy) mogła sądzić, że ów kawałek blachy w momencie katastrofy dotykał w czasie rejsu boskiego ciała pana prezydenta. Od ponad trzech lat trwają zloty czarownic pod Pałacem i odprawiane są okolicznościowe modły za dusze pary prezydenckiej, w które są najbardziej zaangażowani aktywni partyjni żołnierze Jarosława K..

A ja teraz kolejny raz zapytam tych co roszczą owe pretensje do naszych sąsiadów Rosjan. Sąsiadów którzy to złożyli dziesiątki tysięcy kwiatów i zniczy pod polskimi placówkami dyplomatycznymi w dniach katastrofy, oraz zaopiekowali się pod każdym względem rodzinami ofiar, udzielając im wszelkiej pomocy i wsparcia psychologicznego: A które miejsca związane z upamiętnieniem ofiar żołnierzy rosyjskich jest w poszanowaniu Lechitów, tu nad Wisłą i Odrą?. Żadne, słowem żadne. Popatrzcie na cmentarze wojenne na zachodzie na których leżą wzajem sobie wrogowie, zebrani z pół bitewnych. Co za kultura , co za dbałość o ich pamięć To są nekropolie-muzea. Próby upamiętnień prostych, niewinnych ofiar żołnierskich w naszym kraju, kończą się zwykłymi awanturami i chamskimi, nienawistnymi poczynaniami jak oblewaniem farbą, rozbijaniem pomnika młotem, albo po prostu bezczeszczeniem poprzez oddanie moczu i nie tylko, polska prawico. Czego więc Polaku katoliku oczekujesz od Rosjan, którzy nie przyczynili się w gruncie rzeczy do tragedii 10 kwietnia, co próbują na siłę wmawiać pisowcy, by złagodzić własne udowodnione winy. To była nasza zwyczajna bylejakość, polski tumiwisizm, oraz zarozumiałość i bufonada prezydencka, podsycana zresztą przez jego bliźniaka.

Na tym ten post kończę, bo brak mi pomysłu by dalej dywagować nad czymś co nie ma logicznej racji bytu. Pisanie o ruskich trumnach, o których się wypowiadał „przesympatyczny” pisior Brudziński jest z polskiej strony upokarzającym tematem. Przecież na „wsjakij słuczaj”i na upartego, mogli zmagazynować w lukach samolotu nasze polskie katolickie trumny i byłoby po kłopocie panie BR(E)DZIŃSKI bo jak to się mówi: Przezorny zawsze ubezpieczony, chociaż w tym przypadku brzmi to makabrycznie, tym bardziej, że lot był do .. „zbrodniczej” Rosji. Raczej płakać niżeli się śmiać i to łkając baranim głosem.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

SARMACI, CZYLI KTO?

Kaczyński w Częstochowie, by się podlizać władzy jasnogórskiej, niziutko się schylając pod odwłokiem biskupim rzekł, że katolików w Polsce na każdym kroku spotyka prześladowanie, znane z historii stalinizmu, a nawet starożytnych katakumb. Dzisiejsze katakumby są nawierzchniowe w postaci chociażby Jasnej Góry, Lichenia czy Łagiewnik, ale też sarkofagów, w których umieszczono relikwie dawnych świętych, oraz kandydatów do beatyfikacji, m.in. prezydenta Kaczyńskiego z jego oblubienicą. Właśnie tam, w Częstochowie brat kandydata na ołtarzowe wyniesienie, Jarosław zwołał swój lud umiłowany, by wydać okrzyk do walki z ateizmem plującym na kler i lud uwielbiający Najświętszą Panienkę,a nawet psujący Jej oblicze farbą trudnozmywalną. Stan który się szerzy w Polsce, jak dżuma podobna średniowiecznej Europie.
Święte słowa, panie prezesie! Katolicy są bici, poniżani, wyrzucani z pracy, eksmitowani z mieszkań. Mają gorszą pracę i niższe zarobki. Muszą ukrywać się ze swoją wiarą. Kościoły są dewastowane i burzone, wkrótce wcale ich nie będzie. Katolicy muszą modlić się ukradkiem, w radiu i TV nie ma ani mszy ani żadnego śladu innego nabożeństwa. Procesje Bożego Ciała odbywają się w nocy i na obrzeżach miast. Katolikom zrywa się medaliki, niszczy się krzyże przy drogach. Nieludzkie czasy. Podobno do kraju mają być sprowadzone lwy, żeby, jak za czasów Nerona, rozszarpywały katolików na arenach, ku uciesze ateuszy. Jak żyć, panie prezesie?. Jak żyć. Uczyń pan cud, lud załkał..

Wierzyć się nie chce w te bajdy, które piszę, ale jak wiadomo jest wielu z pośród tych 38 milionów mieszkańców krainy nadwiślańskiej, którzy reagują na słowa prezesa PIS i przyjmują je do serca a priori, jak kwilenie własnego oseska. Bo właściwie, kto obok pana prezesa broni naszej słowiańskiej, katolickiej wiary? Tylko On. To, że prezydent Komoruski, miast piastować w świecki sposób swój urząd na stolcu pałacowym wychodzi naprzeciw procesji i przyjmuje we własne spracowane ręce relikwie św. Andrzeja Boboli, to jeszcze o niczym nie świadczy. A kto go widział kiedykolwiek pod krzyżem smoleńskim?.Nikt. A kiedyż, to kiedyż pofatygował się on do namiotu Sakiewicza i Pospieszalskiego?. Nigdy. A ja powiem tak: 
Panie prezydencie Komorowski, wybrany głosami całego narodu państwa świeckiego, jest mi jako Polakowi z rodziny Unii Europejskiej ogromny wstyd, bo w tym czasie gdy pan tulił do swego myśliwskiego serca owe przenajświętsze prochy, nasi polscy uczniowie szkół średnich prezentowali w USA owoc swoich umysłów w postaci łazika marsjańskiego, który został oceniony przez fachowców NASA najwyżej spośród tam prezentowanych. To skojarzenie urasta do rangi symbolu panie prezydencie dewocie. Na szczęście wszystkie posunięcia prawicy, która chwyta się kiecek biskupich jak tonący brzytwy, akurat sprzyja wzmacnianiu się lewej nogi (jak to powiadał nasz bodajże największy mędrzec wszech czasów ze śrubokrętem w ręku). A skoro już mowa o nim, to jeden ze stałych duńskich korespondentów „Faktów i mitów” opisuje spotkanie Wałęsy z mieszkańcami Kopenhagi.: Wałęsa od samego początku, gdy miał powiedzieć coś istotnego, bełkotał, bynajmniej nie dlatego, żeby przez nieostrożność nie chlapnąć za dużo, bo on mało wie, ale dlatego, że nie umiał poprawnie sklecić ani jednego porządnego zdania, ani sformułować w sposób zrozumiały żadnej sensownej myśli. Nie miałem słów podziwu dla tłumacza, który swoją ekwilibrystyką, czynił cuda, by ludzie cokolwiek zrozumieli. Znam język angielski jak i polski, dzięki temu mogłem się ubawić setnie jak w dobrym kabarecie. 
Duńczycy szybciej by zrozumieli dialekt eskimoski niż „patos” tego noblisty. Kto temu intelektualnemu kalece płaci w Ameryce i za co to już tajemnica poliszynela,... albo cwaniaków, którzy piszą mu swoje wypociny i odpowiednio je tłumaczą. Innej możliwości nie ma. I dalej dają się oszukiwać, dzięki czemu „profesor” Lech W. na swoją rodzinę wydaje 350 tysięcy złotych miesięcznie, czym się chełpi publicznie. Kogo innego, chyba tylko Kulczyka na coś podobnego stać?.
Przytoczyłem tu akurat Wałęsę, którego intelekt oceniałem od początku podobnie jak korespondent kopenhaski tylko dlatego, że okazuje się , iż nie tylko można oszukać swoją rodzinę, kolegów, środowisko, państwo, ale i cały świat, trzeba mieć tylko odpowiednią obstawę taką jak Geremek, Kuroń, Michnik, Modzelewski, Borusewicz i dziesiątki innych. To oni mu „nadali” Nagrodę Nobla, on tylko, a właściwie jego oblubienica ją odebrała. Dzisiaj Jarosław Kaczyński próbuje za pomocą sił nadprzyrodzonych, zlokalizowanych gdzieś tam na (Łysej), przepraszam Jasnej Górze dobyć miecza na ateistów i innych odszczepieńców z kręgu apostazji i walczyć do ostatniej kropli krwi o polski, prawdziwy, zaściankowy, na pół średniowieczny bastion katolicyzmu , a nuż może jemu też ktoś przypnie Wielki Medal jeżeli nie w Oslo, to może w Watykanie, a potem, jak z górki wjedzie do Pałacu Namiestnikowskiego. Morale bajek nieraz się urealniają.

A tak nawiasem mówiąc, to wraca do Polski sarmatyzm. Wraca pogarda dla biedoty, wraca pogarda do tych co odrzucają jedyne prawdy objawione, a głoszone przez kler, wraca pogarda dla tych, którzy z różnych, nie zawsze zawinionych przyczyn wypadli poza nawias współczesnej cywilizacji. Dariusz Łukaszewicz pisze w DT. „ Sarmacka pogarda dla Chama powróciła- dzisiejsi Sarmaci odróżniają się od Chama wypasioną furą, bogatym domem, wycieczkami zagranicznymi, markowymi ciuchami. Dzisiejszy Cham z pogardzanym dyplomem magistra socjologii, historii, psychologii, archeologii, siedzi na kasie w hipermarkecie.” Z pogardą i lekceważeniem mówią o nich nie tylko owi Sarmaci, ale też władze. Wszystkie władze od wójta po premiera. Tak oto dzięki prawie niezauważalnej walce klas, dyskryminacji tych drugich czyli odrzuconych przez los i społeczeństwo powracamy do Polski sarmackiej. Jedyna różnica polega na tym, że dawny utytułowany Sarmata, swoją szlachetność nabywał poprzez genealogię drzewa rodzinnego, zaś dzisiejsi przedsiębiorcy chętnie dorabiają sobie szlacheckie i herbowe korzenie, a nawet już fasują kunę i dyby dla swojego personelu. Tylko patrzeć jak sami przywdzieją kontusze, pasy, szuby,żupany oraz czerwone buty. Ale teraz?, gdy sam papież Franciszek czerwone kapcie oddał swoim nadwornym.


Niniejszy temat mi się nasunął dziś, właśnie dziś, gdy Polska podupada w sposób tajemny, bo niby premier się chwali, rząd się wielbi, rządzący szastają milionami na prawo i lewo. Słyszy się publicznie o strojach od Armaniego, hektolitrach whisky oraz kubańskich cygarach zakupywanych za pieniądze podatników dla wszystkich dostojników z otoczenia premiera. Sześć milionów dodatkowych do kieszeni Madonny, kilkaset milionów na dofinansowanie lotniska PLL LOT i to nie tylko tego w Modlinie, setki milionów na dokończenie rozbabranych autostrad, miliony na usuwanie skutków powodzi, no i te skromniutkie 8 miliardów dla Kościoła, bo klechy nie popuszczą. Obok szlachcica Sarmaty ksiądz zawsze należał do tejże elity, nie tylko jako partner do kart, dziwek, pijaństwa, ale też … zbawienia wiecznego. Cham tu na ziemi, jak i tam w niebiesiech pozostanie chamem. Sarmatów ci u nas dostatek i tylko słuchać jak padnie hasło „ociec prać”, bo z tych państwowych miliardów rodzą się właśnie wypasione fury, bogate domy i markowe ciuchy. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że tę gadaninę chwalebną naszych przywódców to tylko o du.ę potłuc. We wszystkich notowaniach i wskaźnikach Unii Europejskiej jesteśmy w niej właśnie bardzo głęboko. Sarmaci stęsknieni do złotych gaci..

Fotki od góry:
1.Pisowskie modły krzyzowe.
2.Boże Ciało na tle miłej reklamy.
3.Alegoria z udziałem posłanki PIS.
4.Mówca, polski Cyceron
5.Cham w pojęciu Sarmaty.
6.Podstawowe atrybuty do rządzenia pańtwem wg.PO

piątek, 14 czerwca 2013

WOŁANIE NA PUSZCZY

Każdy biskup, zwłaszcza w naszym kraju, staje się osobą publiczną i musi się liczyć z tym, że jego słowa wypowiedziane w przestrzeni publicznej spotkają się z reakcją. Nie żyję na tym świecie tak długo, jak ksiądz biskup, pisze ksiądz Lemański, zesłaniec na najbiedniejszą parafię za krytykę baronów Kościoła, ale pamiętam jeszcze akcje publicznego piętnowania w naszym kraju osób uznanych za godne pogardy i publicznego odcinania się od owych napiętnowanych przez tak zwane autorytety. W istocie chodzi oczywiście o wypowiedzi bp Wiesława Meringa na temat artysty Nergala, czyli Adama Darskiego. Dodajmy biskupa z Włocławka.
To, co zawarł ksiądz biskup w wypowiedziach na temat tego artysty, a już zwłaszcza to, co napisał ksiądz biskup w liście otwartym, uważam za niegodne nie tylko biskupa, ale i prostego chrześcijanina. Wypominanie ludziom wymienianym z nazwiska ich rodziców i ich niejednoznacznej przeszłości jest niedopuszczalne, a nawet bardzo podłe.
Jeśli ksiądz biskup takimi metodami chce głosić całą prawdę, to proszę napisać list otwarty do niektórych swoich braci w biskupstwie, których
rodzice również mocno związali się z ideologią marksistowską, a rodzeństwo niektórych tonie w nałogach nie tylko alkoholu ale i innych używek. Proszę piętnować podstępne dzieła szatana wśród hierarchów uwikłanych w świadomą współpracę z organami bezpieczeństwa, lub w czyny głęboko niemoralne rzucające straszliwy cień na nasz Kościół, a nawet brudny homoseksualizm abp Paetza. Wszyscy robiliście wszystko by mu to odpuścić (moja wstawka). Na pewno hierarchowie znają łacinę, więc przypominam panu Michalikowi i jego kumplom w słowie łacińskim powiedzenie Horatiusa: Falsus in uno, falsus in omnibus. Co znaczy, ( dla tych ubogich w nauce), że fałszywy w jednej sprawie staje się fałszywym we wszystkim. I faktycznie to widać, słychać i czuć. Jakże mądre i nadzwyczaj sprawiedliwe z ludzkiego punktu widzenia słowa ks. Lemańskiego zamieszczam na moim obcym ideowo Kościołowi blogu. Dalej bardzo wzruszony ks. Wojciech Lemański pisze: Wszystkich dotkniętych treścią listu otwartego, jaki wystosował ksiądz biskup, zarówno tych wymienionych z nazwiska, jak i poruszonych jego lekturą PRZEPRASZAM w imieniu Kościoła. A tak na zakończenie: w Chełmnie nad Nerem, w diecezji powierzonej trosce księdza biskupa, szatan pozostawił straszliwe ślady. W tamtejszym kościele hitlerowscy oprawcy przetrzymywali przed śmiercią tysiące Żydów, zanim nazajutrz zamordowali ich w samochodach śmierci metodą wyziewów spalin z rur wydechowych. Odwiedzałem ten kościół wiele razy i nie znalazłem żadnego śladu piętnującego to straszliwe dzieło szatana. Do dzieła, księże, obłudny biskupie.
Ów list dwa lata temu wystosował ksiądz Wojciech Lemański do biskupa Meringa   ordynariusza Włocławka, a ja od siebie jako bloger dodam: Zarówno słowa bpa Meringa z Włocławka, a także abp Michalika z Przemyśla, to zaiste słowa obłudy i zasłaniania się słabą pamięcią, szczególnie tą, która dyskredytuje jednego jak i drugiego z tytułu człowieka uczciwości, dokładniej z prawdziwego człowieczeństwa. Ksiądz Lemański, dzisiaj bodaj obok ks. Ludwika Wiśniewskiego, który przerywa kazanie katolickiego księdza blubrającego o polityce i ks. Adama Bonieckiego to jedyni, którzy nie pozwolili sobie na obłudne przysłonięcia spojrzeń na polski katolicyzm. Inni uczciwi po prostu wystąpili z Kościoła katolickiego, Kotliński, Obirek, Oszajca i wielu innych mądrych dzisiaj filozofów teologii. To są księża – ludzie. 
Reszta to zaszczute owce wykonujące polecenia swoich hierarchów, zgodnie ze średniowieczną zasadą bezdyskusyjnego posłuszeństwa, bo w przeciwnym razie usłyszą: won na nędzną parafię. Skazuję cię na nędzę, zresztą taką, jakiej doznają miliony polskich świeckich ogłupiałych obiecankami zbawienia wiecznego katolików i innych życiowych powodów, np. poprzez zawłaszczenie dobytku w zamian za opiekę do śmierci, co zwykle kończy się cierpieniem obdarowującego cwaniaków Kościoła. Abp Michalik, po tym , gdy prasa ujawniła jego wprost chamski i bezczelny stosunek do policjanta w Bieszczadach, gdy tenże policjant zgodnie z obowiązkiem przepisów drogowych nałożył na jego kierowcę mandat 200 złotych za przekroczenie szybkości, spowodował swoim kur(wi)eńskim„autorytetem”  wykorzystując przyklęcznego „przełożonego policjanta”, nie tylko do zwolnienia go ze służby, ale też osadzenia w areszcie. 
Policjanta, jedynego żywiciela rodziny (żona i dzieci). Tak mogę jako Polak nazwać owego arcybiskupa wyjątkowym chamem i bezdusznym ćwokiem, tym bardziej, że ze służbowego punktu widzenia, ten policjant zachował się poprawnie. A przecież jeszcze Seneka powiedział: „że panować nad sobą, to najwyższa władza”. Ten policjant gdzieś poza Polską zasługiwał na nagrodę a nawet order. Tak oto wyglądają uświęcone brzuchy naszego społeczeństwa, które nie tylko rządzą policją, sądami, prezydentami miast( Głódź) i burmistrzami gmin i sołectwami, ale też w znacznej części parlamentem. Polacy, jeżeli, w najbliższych czasach premier będzie uzgadniał jak dotychczas ustawy sejmowe z episkopatem zanim wypowiedzą się posłowie, jeżeli w najbliższych czasach episkopat będzie dyktował (nienależny zresztą) w nieskończoność odpis kwotowy jako niby należność rekompensaty za utracony majątek kościelny, jeżeli dalej biskupi będą wam zaglądać pod kołdry małżeńskie, a nawet do majtek waszych żon... spie..alajcie z tego kraju. Niech Tusk z arcybiskupami jako ostatni zgaszą światło w tym skansenie zwanym Polską. Zdajemy sobie sprawę, że wy biskupi potem będziecie jeszcze żyli w luksusach za zagrabiony przez dziesięciolecia majątek narodowy. Na długo wam wystarczy, oj na długo., chyba że papież Franciszek spostrzeże te wasze nieuczciwie zagrabione majątki i zmusi was do pracy naprawdę twórczej, jak zresztą Chrystus nakazał. Módl się i … pracuj, a będziesz zbawiony. Trudno dotychczasowy żywot naszych hierarchów nazwać jakąkolwiek pracą poza machaniem kropidłem i pleceniem homilii. 

Widocznie sami nie wierzą w zbawienie wieczne, bo ich raj jest wyłącznie tu na ziemi, ziemi polskiej. Tu uciekają z całego świata kieckowi pedofile i przestępcy bankowi. Tu zostaną otoczeni opieką, a nawet nagrodzeni stanowiskiem w ramach dyspozycji kościelnych. Polsko, pośmiewiskiem świata cywilizowanego, obudź się!. Nie wyszukuj cudów ukazywanych się na koronach drzew i parapetach nie mytych okien. Jesteś w                świeckiej Europie, więc postaraj się być europejską, a nie watykańską enklawą. Suchocka jako jeszcze nie do końca zestarzała niewiasta może dostać robotę chociażby jako ta, która przeprowadza bezpiecznie dzieci przez jezdnię. Sama dzieci jako wieczna dziewica nie ma, (chociaż pobyt przez wiele lat w środowisku samych chłopów, chociażby tych w ornatach, że mogę się więc dosadnie mylić co do dziewictwa) niech więc zażyje uciechy z cudzymi pociechami. Innej roboty dla tej cwanej baby, co to podpisała nielegalnie konkordat, nie widzę. Moje przypuszczenia odnośnie dziewictwa Suchockiej opieram na raporcie, jaki dostał papież Franciszek opisujący w tym „kłębowisku zła” jaki jest Watykan nie tylko pedofilię, przekręty podatkowe, korupcję i wszelkie paskudztwa, które zresztą jawiły się już za JPII.
I na koniec; Dlaczego akurat ja na swoim blogu o tym pisze, ja człowiek z Kościołem, jakimkolwiek Kościołem nie mający nic wspólnego, pozostaję bowiem zdeklarowanym ateistą. Otóż piszę, bo żyję wśród społeczeństwa, a więc i jego reprezentacji w Sejmie, a ten akurat mnie i tych 38 milionów moich współobywateli nie reprezentuje demokratycznie. Reprezentuje wyłącznie władze Kościoła katolickiego. Inne religie milczą, ale to ich problem.

Obrazki:
1. ks. Lemański
2.bp. Mering
3.były ks. Kotliński
4.bp. Hoser




wtorek, 11 czerwca 2013

PRAWDA CZY BLEF

Człowiek pochodzi od małpy, tak twierdzą wszyscy uczeni zbliżeni do Karola Darwina, twórcy teorii ewolucji. Tak uczą też w szkołach całego postępowego świata, może poza .. Polską. Mimo, że teoria ta obowiązuje od grubo ponad 100 lat, wielu dzisiejszych homo sapiens w nią nie wierzy. Mają prawo, bo to przecież sapiens, a nie małpy skaczące z drzewa na drzewo. Co prawda uczeni mówią, że jakiś tam pierwotny gatunek małpy był wspólnym protoplastą dla obu gatunków, co to przez miliony lat rozdzieliły się raz na zawsze, jak to bywa w rodzinach, ale to akurat do końca nie jest udowodnione. Ponoć jeden małpi odłam uparcie trzymał się gałęzi i nie puszcza jej do dzisiaj, zaś ten drugi powoli przybierał pozycje bardziej pionową z aktywnym wykorzystaniem kończyn dolnych. Ten pierwszy swoją wieczną egzystencję znalazł wraz z pożywieniem w puszczach, zaś ten drugi popróbował pójść w cywilizację urozmaicenia, to znaczy zaczął polować na mięso, rozpalać ogień, konstruować koło, budować jaskinie a potem jakoweś tam domy, pobierać nauki od mądrzejszych, używać pługa, aż do współczesności, która pozwoliła świat upiększyć nie tylko Darwinem, ale też m.in. Chopinem, Schopenhauerem, Beethovenem, Marksem, M.Monroe, ale także Stalinem i Hitlerem. Tak oto wg póki co, obowiązującej teorii wielkiego Karola, którego uszanował nawet nasz papież JPII, wyglądał początek naszego człowieczeństwa, ale niestety wielu z nas, co bardziej mniej sapiens, a więcej o barokowej konstrukcji ducha uważa, że ludzkość poczęła się w rajskim ogrodzie Adama i Ewy,
o czym na lekcjach religii dzieciom bajdurzą katecheci. Część młodych słuchaczy, nie bacząc na irytację wykładowcy może zadać pytanie: a jak to się dalej wszystko potoczyło, to znaczy zaraz po banicji szczęśliwej rajskiej pary z ogrodu pełnego owoców, ale i diabłów udających węży. Legenda zapisana powiada, że Ewa poczęła dwu udanych synów Kaina i Abla. O córkach nic nie wspomina, być może dlatego, że w on czas płeć piękną konstruowano z żeber męskich przy pomocy sił nadprzyrodzonych, a oni jako potępieńcy takich układów z Stwórcą już nie mieli. Wiemy z egzegezy zapisów biblijnych, że po jakowymś konflikcie, (ponoć chodziło o suchara,) Kain zabił Abla, pozostając sam na tym globie ziemskim. Rodzi się tu pytanie, jakim cudem Kain samotnie spowodował zasiedlenie Ziemi, bo akurat tego nie mogę się nijak doczytać. Czyżby współżył z pierwotnymi przedstawicielami fauny, co dzisiaj zwie się zoofilią i jest surowo karalną „przyjemnością” przypisaną juhasom, a jeżeli tak, to upłynęły by następne miliony lat, by potomek tego pierwotnego, a jakże skutecznego klonowania mógł przybrać, też zgodnie z Darwinem, chociażby moją nie do końca doskonałą ludzką postać. Trzeciej teorii o powstaniu ludzkości brak. Z dwu przytoczonych bardziej mi odpowiada darwinowska teoria o powstawaniu gatunków, tym bardziej, że poprzez pokoleniowo przekazywane geny jeszcze dzisiaj osobiście znam ludzkie istoty zachowujące się jak małpy nie tylko w sferze fizycznej, ale przede wszystkim w aspekcie mocno okrojonego mózgu. Nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo każdy zna teoretyków religii smoleńskiej(foto), kiboli stadionowych oraz tych wszystkich, co to zgromadzili się onegdaj na zlocie narodowców, by zapowiedzieć wojnę społeczeństwu. Przypominają się lata trzydzieste w III Rzeszy. Tam podobnie ludzie z bardzo okrojonym mózgiem najpierw organizowali spotkania, zloty, manifestacje na których upewniali się wzajemnie o wyższości ich nordyckiej rasy nad pozostałymi nacjami, by po kilku zaledwie latach podpalić świat i wymordować ponad 50 milionów ludzi. Prasa polska, zarówno ta z prawej, jak i lewej strony jakoś bezpłciowo, bez ikry dziennikarskiej odnotowała fakt tegoż zbiegowiska, na którym było kilkaset, a może kilka tysięcy zwolenników Zawiszy i Winnickiego. 
Relacja prasowa wyglądała podobnie jak reportaż z występów Madonny na stadionie narodowym, co to ostatnio stanowi numer jeden tematów w TVN24 z powodu rozrzutności pani minister Muchy. My, w miarę normalni Polacy, byśmy byli bardziej usatysfakcjonowani prawdziwym twardym napiętnowaniem, negacją, potępieniem i skutecznym działaniem rządu zdążającym do delegalizacji owych faszyzujących organizacji. Okazuje się, że nasz ponoć bardzo demokratyczny rząd uważa ku uciesze kleru, za większe niebezpieczeństwo dla społeczeństwa praktyki in vitro, związki partnerskie i aborcję, niżeli kiełkujący, ale już i pełzający po polskiej ziemi faszyzm, wyrażający się ksenofobią, homofobią i antysemityzmem. Nie zawsze historia powtarza się w formie farsy, ale machanie szabelką zawsze kończy się katastrofą.

Obrazki:
1.Miejskie WC z konieczności, gdzieś w Polsce
2.Pasja wg.emmerich
3.Religia smoleńska na Kaszubach.



niedziela, 9 czerwca 2013

BEZ CZYTANIA NIE MA ŻYCIA (CZYŻBY?)

Szlachta posiadała skromne zainteresowania czytelnicze. Warto wspomnieć na początku o  kalendarzach. Jednak o nich utarły się niezbyt pochlebne opinie, które to znajdujemy w dawnych inwentarzach bibliotecznych, mimo, że kalendarze były w tamtych czasach rodzajem książki najbardziej rozpowszechnionym. W drugiej połowie XVIII w. coraz więcej kalendarzy przeznaczonych było dla miast, jednak najwięcej to na ogół dla małych i średnich dworów szlacheckich. Były jedynymi książkami na tych dworach. Kalendarze można spotkać w Polsce w dwunastu bibliotekach  z różnych okresów XVIII w. w ogólnej liczbie 70 egzemplarzy. Nie zachowały się wskutek częstego użytkowania i wypadków historycznych. Nabywcy zachowanych kalendarzy to byli zwykle bogaci mieszczanie, ale też i to w większości szlachta ziemiańska.
Tak było drzewiej (jak to się powiada o czasach mocno zamierzchłych). Dzisiaj dostęp do czytelnictwa jest tak powszechny, jak do bułek i chleba w piekarni, albo specjalisty lekarza (żartuję).Tak czy owak wprawdzie się mówi, że współczesny XXI wieczny Polak generalnie nie czyta książek, (tylko ponoć 20%), a czasopisma lub gazety sporadycznie, to możemy z lekka zdobyć się na odwagę w twierdzeniu, iż nie za bardzo różnimy się od dworskiego XVIII wiecznego prostaka z tytułem szlacheckim jakiegoś tam herbu, bowiem współczesne czytelnictwo gazet brukowych i kolorowego FAKTU niczym nie różni się od czytelnictwa owego kalendarza. Chłopa pańszczyźnianego pomińmy milczeniem, bowiem należał on do tej większości dla której słowo pisane było tajemnicą, a do której zaliczyłbym współczesne masy mieszczące się w tych pozostałych 80% moich współrodaków, którzy zostali wyprowadzeni z analfabetyzmu w czasach PRL.
Ten wstęp nie jest po to by na jego tle moim zamiarem było chwalenie się swoim czytelnictwem. A przyznam, że z upodobaniem od wielu lat dużo czytam i nie czuje się dobrze w ciągu dnia, gdy z jakowyś przyczyn nie miałem szansy wzięcia do ręki ulubionej codziennej prasy. Mój tydzień prasowy wygląda następująco: Poniedziałek do ręki biorę dziennik TRYBUNĘ oraz tygodnik PRZEGLĄD. We wtorek i środę TRYBUNĘ i GAZETĘ WYBORCZĄ. W czwartek także podobny zestaw ze względu na dodatek w postaci DUŻEGO FORMATU. W piątek natomiast obok magazynu TRYBUNA, oczekiwane przez wielu czytelników tygodniki Urbana i Kotlińskiego. W sobotę musi mi wystarczyć magazyn GAZETY WYBORCZEJ, zaś dodatek WYSOKIE OBCASY trafia do rąk mojej Małżonki. Trafiają do Jej rąk też wszystkie inne przeczytane przeze mnie tytuły, bo zaszczytem i szczęściem moim jest to, że akurat mamy podobne spojrzenia na współczesność, która nas otacza z tym, że moje „Szczęście” bardziej lubi kartkować książki, na które wydajemy dość wymierną część jej emerytury. 

Czytać zawsze lubiłem, zawsze miałem ulubionych dziennikarzy, np.(foto). Zmieniały się rządy, zmieniały się ustroje, zmieniały się tytuły czasopism, ale zawsze posiadane grosze w kieszeni obok innych przyjemności lokowałem w prasę i oczywiście książki. Książki akurat zakupujemy przez internet znajdując pierwej ich zapowiedź wydawniczą lub reklamę prasową. Bywa, że mój przyjaciel zadzwoni z ciekawą propozycja czytelniczą, co zdarza się także z wzajemnością.
Dawniej pamiętam zawsze ciekawiły mnie wydarzenia polityczne i kulturalne niezależnie od tego kto w Polsce rządził i jaki był odbiór społeczny wydawanej prasy. Do historii już przeszły takie tytuły jak KULTURA, TU I TERAZ, PRZEGLĄD LITERACKI, SZPILKI, POLITYKA Rakowskiego i wiele innych ciekawych czasopism o różnym zabarwieniu społeczno -politycznym. Pamiętam wspaniałych dziennikarzy jak chociażby Broniarek, Kapuściński, Małachowski, a i obecny dzisiaj Michnik, Hartman, Środa, Stomma, Szczygieł (ze względu na jego umiłowanie naszych sąsiadów Czechów), oraz dziesiątki innych krajowych i zagranicznych. Miło się czyta młodych współczesnych dziennikarzy opętanych chociażby feminizmem, czy też ideą równości np. Szczukę. Po to, by nasycić się współczesnymi wydawnictwami, przynajmniej w tej ulubionej części wydawniczej trzeba poświęcić masę czasu kosztem innych czynności związanych z domową egzystencją, ale też i snu. Na szczęście organizm na tyle przyzwyczaja się do „nocnego markowania”, że potrafimy się z Małżonką z nim „dogadać” każdego wieczora. Poczuwam się też do obowiązku osobistego uprawiania „dziennikarskiej” amatorszczyzny. Wyrażam to cyklicznym prowadzeniem bloga, co akurat niniejszym popełniam. Tematy nas otaczają, a nawet przytłaczają. Wystarczy być nieco, tylko nieco asertywnym.

Nie piszę tego tekstu dla uwypuklenia swojego angażu czytelniczego na tle społeczeństwa. Nie piszę też dla reklamy wymienionych tytułów czasopism, bo one się bronią same, wystarczy kierować się własnym sumieniem, a nie nakazami rzucanymi z ambony. Piszę to dla ukazania na zewnątrz swojej skromnej osobowości. Jest taka jak setki tysięcy innych Polaków i niech tak zostanie na wieki wieków … amen.,

czwartek, 6 czerwca 2013

MOJA "SARNOWA GÓRA"

W dniu 18 sierpnia 2012, w Sarnowej Górze po raz pierwszy zorganizowano widowisko
historyczne „SARNOWA GÓRA 1920”, upamiętniające bohaterskie zmagania 5 armii gen. Władysława Sikorskiego która w sierpniowe dni 1920 roku walczyła w tej okolicy nad rzeką Wkrą. Rekonstrukcję bitwy można obejrzeć na YouTube. Głównym organizatorem widowiska było Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej 79 pułku piechoty z Ciechanowa i Mławy, a współorganizatorami: Urząd Gminy w Sońsku i WKU. w Ciechanowie. Uroczystości rozpoczęły się pod pomnikiem odsłoniętym w roku 2005 z inicjatywy PTTK i władz gminy Sońsk. Tyle komunikat Wojskowej Komendy Uzupełnień w Ciechanowie.


Sarnowa Góra graniczy m.in. z miejscowościami: Bądkowo, Brodzięcin, Żochy, Łebki, Chrościce. Z dwoma pierwszymi miejscowościami związane jest moje dzieciństwo. Do Brodzięcina od czasu do czasu wracam do dzisiaj, bowiem tam się urodziłem i zamieszkiwałem do 14 roku życia. Ponadto mieszka tam mój braciszek z rodziną. Z kolei Bądkowo, to miejscowość gdzie w latach 1947-54 pobierałem nauki w szkole podstawowej, zwanej wówczas szkołą powszechną.
Dlaczego ten dziś mało atrakcyjny dla wielu temat umieszczam na blogu. Otóż dlatego, iż za PRL żaden nauczyciel nie odważył się na to, by nas dzieciaków zamieszkałych tak blisko historycznego miejsca bitwy o nim poinformować, bowiem wszystko co było związane z wojną polsko- bolszewicką stanowiło tabu, podobnie jak wieści związane z osobą Marszałka Piłsudskiego, a tym bardziej dotyczące Katynia. O bitwie generała Sikorskiego z wojskami sowieckimi w SARNOWEJ GÓRZE wspominał nam Ojciec, niestety w wieku dziecięcym przyjmowaliśmy owe informacje w sferze nieco bajkowej anegdoty. Dopiero, gdy po latach pewnego dnia zatrzymałem się przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie i na obelisku odczytałem wśród wykazanych miejscowości bitewnych polskiego żołnierza SARNOWĄ GÓRĘ 1920 poczułem się nawet trochę dumny, a nawet wzruszony.

W gruncie rzeczy jedynym moim dotykalnym kontaktem z Bitwą Warszawską był epizod związany właśnie z podstawową szkołą, a właściwie z powrotem z lekcji do domu. Otóż wraz z kolegami zwykle zanim zrzuciliśmy drewniane teczki (deczki, bo z cieniutkich deseczek) by po spożyciu obiadu natychmiast wziąć się za robotę, do której gonili nas rodzice, powrót do domu opóźnialiśmy jak tylko mogliśmy, tłumacząc, że lekcje były przedłużane. Dlatego włócząc się po okolicy szukaliśmy ciekawych miejsc, gdzie można było własnie poszperać i wytracić czas. Jedną z takich był stary zapuszczony cmentarz z kilkoma zaledwie krzyżami i to prawosławnymi. Nie przywiązaliśmy uwagi do tego, co to za cmentarz i kogo tam grzebano. Szukaliśmy tam, dzisiaj nie wiadomo czego, np. żelastwa lub innych „unikatów”. Przy jednym z porośniętych trawą i zielskiem kurhanów wystawało kawałek rurki. We dwóch rozkopaliśmy częściowo ten kopiec. 
Oczom naszym ukazał się karabin. Po oczyszczeniu z piasku dało się odczytać typ broni, to karabin zwany MOSIN-NAGAN, napis oczywiście w języku rosyjskim. Miał już bardzo zniszczoną kolbę drewnianą, a i zamek, oraz inne części metalowe mocno zardzewiałe. Mimo to znalezisko kolega zabrał do swego domu, ja zaś miałem prawo przychodzić do niego i korzystać ze zdobyczy w czasie wspólnych zabaw. Wszystko oczywiście do czasu, gdy właśnie w Sarnowej Górze młodzi ludzie tragicznie zginęli podczas próby rozmontowania pocisku artyleryjskiego, niewybuchu z ostatniej wojny światowej. To był wstrząs na okolicę. Rodzice nas przypilali i wręcz błagali, byśmy nigdy nie dotykali jakichkolwiek znalezisk w postaci pocisków i innych elementów broni. W tej sytuacji, wstrząśnięci tragedią, oraz udziałem wielu mieszkańców w pogrzebie ofiar, obaj z kolegą uroczyście, podczas marszu do kościoła na religię, rzuciliśmy MOSINA w nurt rzeki Sony (foto). Tak oto dzięki tylko przypomnianym sobie zdarzeniom, opowiedzianym w sposób może mało koherentny, ale na pewno prawdziwy mogę w moim skromnym przekonaniu uczcić 93 rocznicę bitwy pod SARNOWĄ GÓRĄ.

wtorek, 4 czerwca 2013

POLSKA WOLNA ... ZBYT WOLNA




Czwarty czerwca roku 1989 to data dla Polaków ważna. Nawet bardzo ważna. Pamiętam jak mocno przeżywałem wyniki historycznych wyborów parlamentarnych. Przeżywałem tym bardziej emocjonalnie, bo byłem w komisji wyborczej i wespół z innymi liczyłem głosy. Pamiętam, że gdy wracałem nad ranem do domu, spotkałem kolegę spieszącego do piekarni po świeże bułki, który jako pierwszy dowiedział się ode mnie że wygrała Solidarność i to bardzo wysoko, w przypadku Senatu całkowicie, co publicznie kilka tygodni później na antenie telewizji ogłosiła aktorka Joanna Szczepkowska słowami: proszę państwa, dzisiaj skończył się w Polsce komunizm. Nie wiem co ta młoda wówczas aktoreczka rozumiała pod słowem komunizm, bo przecież jej tatuś Andrzej Szczepkowski, aktor wybitny, jakby nie było, wypełniał mandat poselski w Polsce Ludowej obok innego zresztą jego kolegi , wybitnego aktora Gustawa Holoubka. Do owych wyborów mogło dojść tylko dzięki Okrągłemu Stołowi, przy którym „komuniści” na czele z Jaruzelskim, na tacy oddali władzę opozycji solidarnościowej. Okrągłemu Stołowi, w wyniku którego dzisiejszy prezydent III Rzeczypospolitej hrabia Bronisław Komorowski w Pałacu pełni najwyższy urząd, a był wtedy przeciwny temuż porozumieniu, jak dzisiaj powiada. Panie hrabio prezydencie powtórzę jeszcze raz: gdyby nie Okrągły Stół i porozumienie w Magdalence pan nie wręczałby w Pałacu zaszczytnych orderów w imieniu Państwa, a być może kłusowałby pan na zwierzynę syberyjską, co akurat w pańskim przypadku stanowi upodobanie. Nawiasem mówiąc, hrabiów ci się u nas odnalazło dość dużo, zarówno tych z krzyżami maltańskim, watykańskimi, jak i celtyckimi, w kraju jak i na obczyźnie, gorzej z usadowieniem ich w herbarzu, ale okazuje się, że wszystko jest na sprzedaż, jak w filmie. 
O ile cieszyłem się z odzyskania całkowitej wolności państwowej w tym czerwcowym dniu, o tyle dzisiaj patrzę na to wydarzenie bardzo sceptycznie, a nawet z pewnym rozczarowaniem i myślę, że nie jestem tu odosobnionym. Początek mojego zasmucenia wziął się od balcerowiczowskich reform, gdy setki tysięcy pegeerowców i nie tylko, stanęło u bram nędzy i wprost somalijskiej poniewierki, a następnie z jego zamysłu w ręce nie zawsze „czyste” trafiały co ważniejsze zakłady pracy zbudowane przez trzy pokolenia Polaków. Polska stała się „wolna, niestety zbyt wolna, wręcz powolna i dziadowska” w porównaniu z gospodarką krajów Europy. Stan ten trwa do dziś. Mimo to, prawica czyni wszystko, by zapomnieć o tym „meblu” przy którym po raz pierwszy od 1945 roku doszła do władzy. Robiła to od samego początku, gdy w kieszeni ulokowała mandaty poselskie. Pamiętam opluwające wypowiedzi na temat tych co ich dopuścili do Sejmu: Romaszewskiego, Niesiołowskiego, Łopuszańskiego, Moczulskiego i jego zięcia Króla, co to okazał się złodziejem wartościowych woluminów z biblioteki uniwersyteckiej, Goryszewskiego (co to Polskę widział choćby w szałasie byle by była katolicka). Szalał w swych wypowiedziach Rokita, który „ponoć” znalazł aż 100 zabitych kapłanów w czasie PRL, szalało wielu innych, ale wszyscy siedzieli w wewnętrznej kieszeni sutann biskupich, bowiem zaczął się czas spłaty opozycji za opiekę nad nią przez Kościół w okresie stanu wojennego. Jak wiadomo Kościół z władzą PRL współżył na bardzo pokojowych warunkach, obłudnie zresztą, jak to Kościół. Dzisiaj spotykam się z opinią, że czwarty czerwca 1989 jest ważniejszy niżeli rok 1918, czyli odzyskanie niepodległości. Bzdura. Jak można w ogóle porównywać odzyskanie niepodległości Polski po ponad 120 latach zaborów z datą odzyskania wolności (jakże enigmatycznej) bowiem jako Polska byliśmy przez cały okres PRL uznawani przez wszystkie światowe organizacje polityczne z ONZ włącznie, gdy tymczasem za zaborów jako państwo polskie uznawała nas nieco humorystycznie tylko Turcja, mimo to, że kilkaset lat wcześniej Sobieski sprawił jej lanie pod Wiedniem. Ale to tak nawiasem. Wypowiedzi o wyższości czerwca 1989 nad listopadem 1918 zaliczam do humoresek podobnie jak pytanie o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Obie daty są ważne, ale trudno porównywać niepodległość zabraną nam na ponad 120 lat, nad prawie wirtualną wolność obywateli (nie wszystkich zresztą) narzuconą przez Wielka Trójkę na okres lat czterdziestu. A akurat wielu dzisiejszych Polaków zalicza czerwiec ponad listopad., między innymi autorka poczytnej trylogii „Cukiernia pod Amorem” pani Małgorzata Gutowska. Nie przypuszczałem, bo po przeczytaniu jej książek sądziłem, że mogę jej wystawić bardziej korzystną ocenę … jako oczywiście obywatel polski, tym bardziej, że autorka w swoich opowiadaniach umieściła wiele przykrych dla współobywateli opisów wynikających z cierpień zadawanych przez zaborców. Takich wypowiedzi w dzisiejszej, iście demokratycznej Polsce, członku Unii Europejskiej i NATO można znaleźć wiele, podobnie jak wypowiedzi oceniających stosunki polsko- ukraińskie w aspekcie mordu wołyńskiego. 

Prawicowy poseł Kowal, wzorem Jerzego Giedroycia chciałby zamydlić straszną tragedię, jaka w ostatnim stuleciu dotknęła nasze sąsiedzkie stosunki. Dla potrzeb prawicowych według niego nie należy wracać do tych 200 tysięcy zamordowanych siekierami Polaków przez zbrojne bydlęta ukraińskie, byle przypodobać się zachodniej Ukrainie, w której dawni UPO -wcy chodzą w chwale i szczycą się narodowym bohaterstwem. Jak to wyszło z Juszczenką i jego decyzjami o narodowej czci dla UPA już wiemy, tym bardziej, że przymykał na to oko „wybitny” jego przyjaciel prezydent Kaczyński. Dobrze, że następca Juszczenki zareagował zgodnie z historyczną prawdą wyrażaną przez Polaków i unieważnił podłe decyzje poprzednika. Tak to dzisiaj wygląda. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Powiedziałbym jeszcze dodatkowo, że punkt widzenia w sprawach państwowych zależy od przekonań politycznych, gdzie nie ważna jest gospodarka i korzyść państwa, ważna jest tradycja mściwości i nienawiści do sąsiadów Polski wynikająca z ideologii i zaszłości. 
Po to mamy IPN, którego powołanie było jedną z nadrzędnych zamiarów polskiej prawicy po odzyskaniu tzw. wolności w 1989 roku, by wykluczać z polityki każdego, kto ma poglądy liberalne a tym bardziej lewicowe, by dzieci i młodzież ukształtować wedle prawicowych poglądów z jednoczesną pogardą wszystkiego co przypomina PRL. Biedna polska młodzież, oj biedna.
Młodzieży polska, idź na wybory i poprzez kartkę wyborczą posprzątaj ten kraj, swój kraj.

niedziela, 2 czerwca 2013

PRAWO POLSKIE CZY JEDNAK BOSKIE

Dość ubogi w słowie, najbardziej uświęcony komitywą z Karolem Wojtyłą i najbardziej fizycznie "wycieńczony" nędzną egzystencją , kustosz świętych członków i krwi zmarłego przed laty papieża, polski góral abp Dziwisz z popularnym na Podhalu imieniem Stanisław, podczas homilii wygłoszonej z okazji święta Bożego Ciała przeczytał z kartki, że prawo boskie, czyli to co zostało zapisane w ewangelii jest ponad prawem stanowionym przez parlamenty. Uszy postawiłem jak spłoszony zając, bo sądziłem że się przesłyszałem. Zaraz po tych jakże uświęconych słowach ojca Krakowa i okolic odezwały się głosy wszystkich tych mediów, gdzie dziennikarze posługują się w zasadzie własnymi logicznymi przemyśleniami.
Podstawili oni natychmiast pod brody polityków, szczególnie tych z lewicy mikrofony i kamery pytając co lewica myśli o słowach Dziwisza. Okazuje się, że najbardziej przejrzyście i soczyście, jak zwykle odezwał się Leszek Miller, który zdobył się na prasową konferencje w tejże sprawie.
Leszek Miller podczas owej konferencji powiedział, że czuje się oburzony ględzeniem (moje słowo) arcypasterza i kieruje list do prezydenta RP, strażnika polskiej Konstytucji z zapytaniem, co wg niego stanowi najwyższe prawo, Konstytucja czy też ewangelia. Jeśli prezydent poprze słowa kardynała Stanisława Dziwisza, ( a jest taka ewentualność bo prezydent to dewot) to niezbędna będzie nowelizacja Konstytucji. Jego zdaniem prymat Ewangelii nad prawem stanowionym może istnieć tylko w państwie wyznaniowym. Tu przytoczył Iran w czasie rządów ajatollaha Chomeiniego, na co prawica się bardzo nabzdyczyła. Otóż niepotrzebnie. Zarówno w Iranie rządził wtedy kler, podobnie jak dzisiaj w Polsce. Kler decydował o prawie stanowionym przez parlamenty, tak by nie odbiegało ono od zapisów ewangelicznych lub koranu. Panowie ze skrajnej prawicy, zważcie, że Chomeini posługiwał się zapisami boga koranicznego, z kolei nasz episkopat słowami boga chrześcijańskiego, a dokładnie katolickiego. Obaj bogowie czyli Allach i Chrystus jednako obiecują za posłuszeństwo klerowi wieczne zbawienie i pobyt w niebiańskich rozkoszach. Obaj nie udowodnili do tej pory, że obiecanki zostają spełnione, bowiem z „nieba” nikt nie powrócił z relacjami, ale wierni w ciemno zobowiązani są ufać swoim pasterzom. A który z tych bogów jest bardziej słowny i rzeczywiście zrealizuje obiecanki, to już ocena wiernych. Panowie z prawicy i usłużni wam dziennikarze, sprawa pozostaje nie rozstrzygnięta, dlatego brzydko z waszej strony naigrawać się z Millera i jego racji. Miller w swojej polityce wiele zrobił na rzecz rozpieszczania polskiego kleru, ale tłumaczy to dobrem wyższym, czyli zdobyciem poparcia Kościoła dla akcesji w aspekcie przystąpienia Polski do UE. Czy warto było, nie wiem. Wiem natomiast że JPII popierał wejście Polski do wspólnoty europejskiej, ale jak to bywa, papież swoje, a proboszcz swoje. Okazuje się, że pan prezydent nabrał wody w usta - mniemam że ze strachu. 
W sytuacji powagi słów Dziwisza i milczenia pana prezydenta, można śmiało powiedzieć, że wybrany przez naród parlament tyle znaczy co Ignacy, a Ignacy g..no znaczy, jako głosi powiedzenie ludowe. Odnosi się to też do prezydenta Komorowskiego, bo jak wiadomo ten mocno usadowiony w ewangelicznych zakamarkach człowiek (sam uczył się w seminarium) nie powinien się nazywać prezydentem wszystkich Polaków, ale już takie czasy nastały, że nasze społeczeństwo miało wybór między wiecznym ministrantem i porąbanym w wyniku zderzenia z betonową brzozą i oczadziałym smoleńską mgłą bratem najbardziej „wybitnego męża stanu” jakiego Polska w swej historii miała. Pan prezydent nic nie może i się nie odezwie, podobnie jak premier, o którym się mówi „Donald Nic Nie Może Tusk”. Co ciekawe, Komorowski twierdzi, że był osobiście przeciwny Okrągłemu Stołowi. Nie pomyśli tą seminaryjną mózgownicą, że gdyby nie ten historyczny mebel, to dzisiaj miast pławić się w luksusach pałacowych, być może by zbierał szyszki w tajdze. Może nawet ze mną. Z drugiej strony patrząc, parlament polski, jako środowisko elitarne na każdym kroku pokazuje chamstwo i prostactwo, chociażby we wzajemnych kontaktach międzypartyjnych. Stąd mały szacunek dla tej zbieraniny wyposażonej w immunitety i stanowionego przez nich prawa. Sadzę, że oni innym językiem posługują się w domu a innym w parlamencie. Przecież nie sposób by poseł Pawłowicz (nie posłanka, bo zabrania się tak tytułować) była w domu lub w towarzystwie najbliższych aż taką chamicą.
Leszek Miller w tym dniu okazał się bardzo aktywnym politykiem, bowiem po tym jak Andrzej Seremet, prokurator generalny wygłosił, że śledztwo w sprawie domniemanego samobójstwa Barbary Blidy zostało w sposób należyty sprawdzone i nie znaleziono żadnych dowodów, iż było inaczej, szef SLD Leszek Miller oświadczył, że nie zgadza się z opinią prokuratora generalnego Seremeta, który uznał, że okoliczności śmierci Barbary Blidy badane były rzetelnie. Według Millera, jest szereg dowodów świadczących o mataczeniu w tej sprawie. - Seremet stoi po stronie swoich kolegów, a nie stoi po stronie prawdy. I tu ma oczywiście Miller rację, bo Seremet został mianowany na to stanowisko przez Lecha Kaczyńskiego, brata premiera, a więc moralnego opiekuna Ziobry i Kamińskiego z CBA. Wiele filmów nakręconych z wykorzystaniem świadków przekonuje, że Blida zginęła od kuli swojego pistoletu, ale niestety z cudzej ręki. Świadczą o tym umyte ręce od prochu, oraz zamiana kurtek policjantki. Ponadto tor przejścia pocisku nie wskazuje by istniała możliwość oddania strzału pod takim kątem. Oczywiście Ziobro wskazał winnych. Rzekł do kamery, że Blida zginęła przez Millera, bo była uwikłana w przekręty węglowe. Jak wiadomo, prokuratura nie doszukała się na to dowodów. Panie Ziobro, czy zadaje pan sobie pytanie, ile ludzi w Polsce po pańskiej wypowiedzi chętnie by napluło panu prosto w twarz?. No ale akurat ten typ, typ kaczystowski tak ma i nic na to nie poradzimy. 






AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...