poniedziałek, 30 września 2013

ZA, A NAWET PRZECIW

„Gdybym wiedział, że dostanem tyle doktoratów to ja bym nigdy nie chodził do podstawówki, a od razu na elektryka. Przez własnom głupote straciłem tyle cennych lat a mogłem wcześniej Polskie wyzwolić, a wtedy kto wie czy nawet cały świat mogłem”.
To słowa naszego narodowego Lecha, bodajże najcenniejszego w świecie Polaka po papieżu JP2, jak sam wielokrotnie nas przekonywał budując swój image. Powyższą wypowiedź ktoś podpisujący się „Irekwj” spreparował, ale czy aż tak mocno odbiegł od rzeczywistości?. Nie, w żadnym wypadku, nie. Setki razy przyszło nam wysłuchiwać bzdur Wałęsy dzięki wywiadom telewizyjnym, do których nasz skarb narodowy był zapraszany, choćby dla umocnienia przekonań w narodzie, co my, oraz inne narody zawdzięczamy temu bufonowi. Bo niestety, ale Wałęsa był, jest i pozostanie bufonem. Za taką prezentacją przemawiają jego wypowiedzi chociażby o posłach homoseksualnych, o zdemoralizowanych rodzinach, o ciężkiej pracy jego kolegów stoczniowych, wreszcie o jego wizji budowy nowoczesnego świata. Tyle tylko że, na sprawach dot. seksu to on się zna jak Macierewicz na wybuchach bomb i twardości brzóz. Sam potrafił jeno po chłopsku spłodzić kupę dzieci (jak to chłop z jajami). O sprawach demoralizacji rodzinnych to aż wstyd mówić. Wychował pijaczków i pospolitych rzezimieszków. Jego synowie powodując wypadki drogowe przyczyniali się do kalectwa osób trzecich jak i samych siebie. Żenią się sakramentalnie, by w krótkim czasie się rozwodzić, przez co czynią ojcu, jako nosicielowi w klapie obrazka Panienki zawsze Dziewicy ogromną przykrość, Przykrość i kłopot czynią także prawnikom i lekarzom osobistym ojca, którzy na okoliczność ratowania dzieci prezydenta przed więzieniem, musieli poszerzyć wachlarz chorób o tzw. „pomroczność jasną”. Czy szanował i szanuje żonę, trudno powiedzieć. Wątpliwości same się mnożą w wypowiedział jego oblubienicy w napisanej przez nią samą (ponoć) książce. Najbardziej obłudne są jego troski o robotników zarabiających 1500 złotych miesięcznie, bo on osobiście akurat wydaje w ciągu miesiąca ponad trzysta tysięcy złotych, (60 tysięcy euro) utrzymując tę zgraję synów, synowych, zięciów wnuków, a być może niedługo i prawnuków. Część tej kwoty wydaje na utrzymanie własnej kancelarii zwanej chlubnie Instytutem. Nikomu nie może zabraknąć niczego, w końcu Lech Wałęsa jest wartością całego narodu a przede wszystkim swojej świętej wydawałoby się rodziny. Dzisiaj, z okazji jego 70 lecia organizuje za „parę ciężko zarobionych złotych” przyjęcie na … 800 osób. Takie rauty wydawali królowie Francji na salonach Wersalu, lub carowie w pałacach Peterhofu, no ewentualnie świętej pamięci prałat Jankowski. Będą się z nim bawić jakże zasłużeni koledzy i przyjaciele, którzy zrobili go prezydentem, zaś on swoją postacią (wspólne zdjęcia przedwyborcze) namaścił ich na wieczny mandat poselsko-senatorski, oraz, inne smakowite stanowiska, które z woli naiwnych wyborców piastować będą chyba już do emerytury. A ponieważ są to przeważnie ludzie oddani duszą i ciałem klerowi, Polska nigdy nie będzie krajem nowoczesnej Europy. Powiedzenia Wałęsy typu plusy dodatnie i plusy ujemne, oraz nie chce ale muszę, a także, jestem za a nawet przeciw przejdą i będą zapisane w annałach polszczyzny, jako zdania „ważne” bo wypowiedziane złotymi ustami laureata pokojowej Nagrody Nobla. Niektórzy, szczególnie skrajni prawicowi politycy mają mu za złe, że ponoć swego czasu za młodu zwąchał się z SB. Większość naszych obywateli akurat nie przypisuje mu w tym względzie cokolwiek złego. Być może musiał, skoro się angażował w strajki, ale są tacy, co to odżegnują go od czci i wiary, szczególnie jego oponenci, których Lech Kaczyński, a potem jego bliźniak umieścił w IPN. Inni z kolei nie mogą mu wybaczyć słów którymi się posłużył mówiąc o porozumieniu i równowadze w polityce, że trzeba wzmocnić lewą nogę. Po mojemu to akurat wyrwało mu się poprawnie, bo zgodnie z łacińskim audiatur et altera pars, czyli niechaj będzie wysłuchana i druga strona, to akurat go nobilituje. Cóż, Wałęsa już taki jest. Fakt, nieraz plótł jako prezydent przeróżne bzdety, chciał się witać nogą zamiast ręką ,co nie przeszło mu do dzisiaj, ale to w końcu jedna poziomka w całym bezkresnym lesie. Ja osobiście naszego Lecha traktuje raczej rozrywkowo, a jego wywiady umieszczam w grupie audycji typu „Świat wg Kiepskich”.Sto lat panie Lechu. W końcu te urodziny obchodzimy kalendarzowo w zbliżonym czasie. A właśnie z okazji urodzin dziennikarka go zapytała co może powiedzieć dziś Polakom:

„Kochani, odpowiedział: jak wy wybieracie? Proponowałem wam szybkie rządzenie, dekrety, inne zarządzanie? Proponowałem 100 milionów? Nie chcieliście, wybraliście SLD i Kwaśniewskiego, który popsuł moje i wasze zwycięstwo. Więc jeśli ktoś popełnił błąd, to nie ja. Gdybyście wprowadzili moje pomysły, to Polska byłaby uporządkowana, na innych zasadach weszłaby do NATO i Unii Europejskiej. Takie warunki, gdyby mi postawiono to trzeba by trzymać stół, bo wyrzuciłbym go wraz z tymi, którzy by to proponowali. Ale ja miałem argumenty, a Kwaśniewski nie miał.” I inne takie bla, bla, bla o globalizacji. Jak to on.
I dlatego Kwaśniewski panie Lechu został prezydentem i to najlepszym w wolnej Polsce, można by odrzec mądrali elektrykowi, ale to nie ma sensu. Trzeba by się kopać z koniem bardzo już niestety ochwaconym.
Lechowi i jego kolegom u władzy upłynęło 25 lat. W tym czasie rzeczywiście wydarzyło się w naszym kraju wiele. Polska bez Lecha wstąpiła do NATO i Unii Europejskiej, fundusze strukturalne pozwoliły nam na zmianę oblicza ziemi, (tej ziemi), organizowaliśmy ważną imprezę sportową Europy, ale też wybudowaliśmy setki kościołów i tysiąc pomników JP2. Powstało wiele nowych diecezji z seminariami, gdzie produkujemy na eksport księży z powołania ale też pedofilów, czym zasłynęliśmy w całym świecie. Wydarzyła się straszna w skutkach katastrofa lotnicza w której obok prezydenta Kaczyńskiego śmierć poniosła cała polska śmietanka polityczna. Wyjaśnieniem katastrofy zajęli się specjaliści lotnictwa rosyjskiego ( bo samolot rozbił się w Rosji), ale też rządu polskiego. Powstałe raporty wzajemnie się uzupełniają. W nich możemy wyczytać, że katastrofę przede wszystkim spowodowali niedoszkoleni piloci oraz bajzel w pułku lotniczym odpowiedzialnym za przewóz WIP. Raporty, jak zawsze budzą różne wątpliwości, które wykorzystał Jarosław Kaczyński w walce o władzę. Jego plenipotent polityczny Macierewicz powołał swoją komisję ds. katastrof lotniczych, złożoną z profesorów z nadania KUL i innych uczelni katolickich. Niektórych ściągnął z zagranicy. Po trzech latach ośmieszania się w dociekaniu i głoszeniu publicznie idiotyzmów wyssanych z palca, z ich dorobkiem zapoznała się prokuratura wojskowa. I tu nastąpił kabaret i jajca jak berety moherowe. Okazało się, że ci specjaliści swoje doświadczenia katastroficzne ćwiczyli od lat dziecięcych w garażach podczas lepieniu samolocików z plastiku, zaś jeden nawet przypadkowo leciał cywilnym samolotem jako pasażer. Miał miejsce przy oknie, dzięki czemu przyjrzał się skrzydłom samolotu, w którym jak stwierdził prawdopodobnie umieszczono bombę. Temat może odległy od naszego "Mandeli", ale warto przywołać go, bo akurat prezydent Wałęsa sam bardzo krytycznie powiada o Macierewiczu. I ma rację.

Tak oto panie prezydencie wygląda dzień dzisiejszy twoich rodaków. My rodacy, tak jak każdemu życzymy ci i twojej niezliczonej rodzinie wszystkiego najlepszego. Żyj nam długo i nas w miarę często rozweselaj. Jaka szkoda ,że zabrakło nam już rubryki w NIE pt. „Pan prezydęnt powiedział”.



piątek, 27 września 2013

PANIE ZMIŁUJ SIĘ


Panie zmiłuj się,- bo nie wiedzą co czynią. Otóż wiedzą, wiedzą, najzupełniej wiedzą. I to wszyscy duchowni, począwszy do seminaryjnego alumna, kadeta zwanego klerykiem, aż po biskupa. Obejrzałem najnowszy polski film fabularny „W imię”, którego treścią jest szamotanina z własnym sumieniem na tle seksualnym proboszcza małej wiejskiej parafii. Samotność podbudowana homoseksualizmem popycha go do utraty czci kapłańskiej, jaką darzą go wierni parafianie. Główną rolę zagrał Andrzej Chyra. Jego wspaniała kreacja pokazuje dramat człowieka, który nigdy nie powinien przywdziać sutanny, mimo iż jest osobą religijną i na co dzień stara się podstawowe obowiązki kapłańskie wypełniać należycie. Pokazują to jego głęboko przemyślane treści w głoszonych kazaniach. Główny bohater filmu (właśnie Chyra) pełni dodatkowo swoją powinność pracując z młodzieżą zdegenerowaną, oddelegowaną pod opiekę księdza z poprawczaków. Jest to młodzież, w środowisku której słowa na p, na ch, na k, a także pedał, ciota i inne mało przyzwoite, są na porządku dziennym. Innymi słowy ci chłopcy nie potrafią ze sobą rozmawiać budując pełne jako tako poprawne zdania. Czy to wyjątek?, otóż nie!.Prawdę mówiąc takim słownictwem posługuje się młodzież (obu płci) już w szkole podstawowej, nie mówiąc już o gimnazjum lub szkole zawodowej. Gdyby ktoś spróbował zapytać o cokolwiek chłopca stojącego w grupie kumpli to otrzyma na tyle soczystą odpowiedź, że wystarczy mu na kilka dni, a już na pewno na dzień bieżący. To schamiałe doszczętnie towarzystwo debili jest dotknięte paraliżem nie tylko umysłowym, ale i fizycznym. Wystarczy popatrzeć na opuszczone do kolan pory, oraz na glace


 ogolone łby.. do gołej skóry. Właśnie w takiej oto zbieraninie niewyżytych „byczków” znalazł swoje miejsce jako kapłan i wychowawca młody proboszcz. Ci podopieczni obserwują księdza na każdym kroku. Widzą jego tęskne spojrzenia na gołe ich ciała w czasie kąpieli, oraz wykonywanej pracy na budowie. W swoim towarzystwie wiedzą, że jest gejem, a nawet ciotą. Oczywiście on to czuje, bo jest człowiekiem inteligentnym i ma psychologiczne przygotowanie. Przychodzi wszak czas gdy już nie może ukryć własnego ego, tym bardziej, że był świadkiem stosunku homoseksualnego. Upija się na mopsa, tańczy w plebanii z portretem papieża, mówi przez internet do siostry zamieszkałej w Toronto, że nie jest pedofilem ale pedałem owszem jest. Jako widz filmu, oraz obserwator życia sądzę, a zresztą, chyba nie jestem w tym względzie sam, że nie jest to przypadek odosobniony. Życie w samotności młodego mężczyzny, oczytanego m. in w erotyce, o której ma obowiązek rozmawiać z wiernymi, człowieka w którego organizmie buzują rozbuchane żądze i chucie, najczęściej kończy się albo skrywanymi kontaktami z kobietą lub mężczyzną, zboczeniem seksualnym, a nie rzadko samobójstwem. Film pokazuje jak na
dłoni, że powoli księdzu już przestaje zależeć na jego tajemnicy upodobań seksualnych, a nawet dobrej opinii. Jako alkoholik i homoś był przenoszony z parafii na parafie, zawsze coraz gorszą. Jednym z finałowych obrazów filmu jest przechadzka po parku wokół seminarium kleryków dobranych w pary. Symbolicznym przesłaniem jest również scena, gdy jeden z wychowanków, z którym ów ksiądz spółkuje wstępuje do seminarium duchownego. Coś w tym jest. Wcześniej bohater filmu odpowiada chłopcom, którzy stawiają mu pytanie dlaczego przybył do takiej dziury. Odpowiada po namyśle, że księża tak już mają, że muszą co jakiś czas zmieniać parafie. My natomiast wiemy dlaczego zmieniają te parafie. To wynik przestrzegania papieskiej doktryny, o której pisałem, a zatytułowanej Crimen sollicitationis, która nakazuje wysyłać zboczeńców w sutannach na inne placówki, choćby zagraniczne, w momencie gdy sprawa jest już zbyt głośna. W żadnym wypadku nie ma mowy o współpracy z organami ścigania. Ostatnio rozdmuchana sprawa pedofilska z abp Józefem Wesołowskim i ojcem Wojciechem Gilem zmusiła polski episkopat do zainteresowania się problemem, ale tylko zainteresowania, bez podejmowania jakichkolwiek decyzji. Jego przedstawiciele ogłaszają bowiem, że za krzywdy wyrządzone dziecku odpowiadać będą wyłącznie winowajcy, natomiast sam Kościół umywa tłuste rączki. Nie tak jak to było w Niemczech, USA i Irlandii, gdzie aby wypłacić odszkodowania molestowanym trzeba było sprzedawać budynki kościelne. W przypadku USA i Irlandii były to miliardy dolarów i euro. Nasz ubogi kościółek nie będzie na takie gesty stać. Nie po to żyłują ile się da od wiernych i państwa, obiecując zbawienne etaty u boku Ojca niebieskiego, by teraz pozbawiać się tych dóbr, tym bardziej, że owcze stada wiernych się kurczą na potęgę. Wczoraj w „Faktach po faktach” w TVN24 red. Pochanke spotkała się z rzecznikiem episkopatu ks. Klochem. Oczywiście tematem pogaduszek były owe przypadki molestowania na Dominikanie. Słuchałem księdza z uwagą i odszedłem od telewizora zniesmaczony. Otóż ten dobrze odżywiony rzecznik nauczył się chyba od posłanki Kempy unikać ścisłych odpowiedzi na zadawane pytania. Gdy redaktorka pyta o zgromadzenie zakonne, które odpowiada za swojego zakonnika Gila, ten zaczyna pleść androny o klimacie na Dominikanie, który powoduje owe zboczenia. Gdy zaś roztacza przed nim ogrom zdarzeń z Gilem i Wesołowskim w tle, ten mówi, że jego rodzimy zakon mariawitów nie posiada żadnych instrumentów pozwalających na doniesienie do organów ścigania. No taki rzecznik jak Kloch jest wart wszystkie pieniądze z kasy episkopatu. Niby coś powie, ale nikogo z braci po stule i albie nie wyda.

Tak sobie myślę, że papież Franciszek mimo reprezentowania chwalebnej, twardej postawy w zarządzaniu Kościołem, to chyba do końca nie podoła zgniliźnie jaka rozlała się po całym świecie. Tylko w samej Polsce jest otchłań roboty ozdrowieńczej, tym bardziej, że zakleszczone w tajemnicach kruchtowych zjawisko pedofilii jest nie do wyrugowania przez najbliższe lata. Sprzyja temu atmosfera wśród wiernych, którzy nie interesują się grzesznymi instrumentami spod habitu czy sutanny. Autor książki bestselera „Lękajcie się” Overbeek Ekke, w której uwypuklił zjawisko pedofilii w polskim Kościele powiada, że naród polski, jako jedyny w świecie nie przywiązuje zbyt dużej uwagi do zboczeń swoich kapłanów. Najczęściej winę za zdarzenie przypisuje dziecku a nie zbrodniarzowi. Nie dziwie się absolutnie, bowiem akurat w biednej, zapyziałej, wolnej od edukacji seksualnej Polsce, jest najwięcej zdarzeń kazirodczych w relacji ojciec- córka, a nawet matka-syn. Jest to oczywiście niby tajemnicą, ale publiczną tajemnicą, o której mówić nie należy. No co innego księdzu przy konfesjonale, ale to nie moja sprawa powiadają sąsiedzi domu gdzie sodoma i gomora uwiły sobie gniazdo. W każdym razie film „W imię” bardzo na czasie. Reakcja episkopatu na film jest podobna jak biskupa do którego zgłosił się jeden z wiernych z prośbą o wysłuchanie skargi na księdza. Kyrie eleison. 

Fotki od góry:
1.Andrzej Chyra- odtwórca głównej roli "W imię.."
2.Groźny Tomasz Terlikowski.
3.Uradowany spowiednik.
4.Mądry znak drogowy.

środa, 25 września 2013

NARESZCIE OBNAŻENI

No nie, na taką minę Macierewicza warto było czekać, jest bezcenna. Jeżeli dotychczasowe jego wypowiedzi w sprawie katastrofy smoleńskiej kogoś zdołały przekonać, to akurat telewizyjny mejkap pana Antoniego M. uchwycony po obnażeniu jego „uczonych” z wyników dociekań dokonanych w garażach mówi wszystko. To typowa twarz głupiego Jasia, który ujrzawszy ojca stara się ukryć własnego ptaszka, którym się zabawiał.
Kiedyś, bodajże ze dwa lata temu, w jednym z postów pisałem, że śledząc wypowiedzi Jarosława K, szczególnie zaraz po śmierci jego brata, doszedłem do wniosku, że chłop cierpi na ukrytą na tyle chorobę, że nikt z jego partii, ani z rodziny obawiając się rykoszetu zemsty nie może mu udzielić pomocy, a tym bardziej skierować do psychiatry, chociaż dyżurne łóżeczko w Tworkach czekało na najważniejszego w kraju pacjenta. Osobiście prześledziłem wypowiedzi szefa PIS poddając je szczegółowej
analizie, po której zrewidowałem w internecie poszczególne schorzenia tych, co to najczęściej dożywają w tych wstydliwych ośrodkach i wyszło mi, że to choroba, która się w kartach pacjenta symbolicznie zapisuje F99, czyli zaburzenia psychiczne bliżej nieokreślone. Nie będę rozwijał objawów. Ci z Państwa, którzy śledzą ciąg wystąpień publicznych prezesa zestawiając je okresowo np. z kampanią wyborczą na prezydenta, gdzie jednego dnia pan K. zauroczył się Gierkiem i Oleksym, innego zaś pluł na komunę, na pewno skłonni będą przyznać rację moim dociekaniom. Z kolei jednego dnia narzeka na brak dyscypliny w społeczeństwie i bałagan gdzie tylko spojrzeć, by innego zaś bronić wszelkimi możliwymi siłami kiboli i nazistów stadionowych, nazywając ich prawdziwymi patriotami, ba wysyła delegacje partyjne do aresztów by ich pocieszać, wspierać i obiecywać, że partia uczyni wszystko by ich uwolnić od więziennego upodlenia. Zasługują bowiem na to, boć to najpewniejsi wyborcy pana prezesa.
Mina Macierewicza oczywiście nabrała owego żałosnego wyglądu zaraz po tym , gdy prokuratorzy ogłosili protokół przesłuchań jego „ekspertów od katastrof lotniczych”. Byli to profesorowie m.in. z Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także członkowie PAN. Eksperci ci stwierdzali wybuch na pokładzie Tutki na podstawie doświadczeń dokonanych w garażach, gdyż dla zobrazowania takowych twierdzeń wykonali model samolotu z papieru i plastyku. Doszli też do wniosku, że samolot nie mógł ściąć brzozy, bo po prostu nie mógł i tyle. Prokuratura wydając oświadczenie skompromitowała do końca Macierewicza i owych speców. Skompromitowała pośrednio też polskie uczelnie, potwierdzając w ten sposób, iż nie zasługują one nawet na 400 miejsce na liście światowej. To jest bardzo upokarzające. Rektorzy tych uczelni zastanawiają się nad odebraniem im tych jakże nobliwych tytułów, bowiem kompromitacji też podlegają nie tylko senaty owych uczelni, które nadawały im
profesorskie tytuły, ale też pan prezydent Rzeczypospolitej, który uczynił to nieświadomie. W tym bagnie absurdu i głupoty tonie dodatkowo kilkanaście najbliższych osób pana K, które w dalszym ciągu bredzą o katastrofie w audycjach TV typu „Fakty po faktach”, oraz „Kropka nad i”. Czołówkę stanowią: Brudziński, Sasin, Hofman, Waszczykowski, Pięta, Górski, oraz posłanki, Wróbel i Pawłowicz. Wszyscy oni popadli w ciężki przypadek F99. Wszelako jest wiadomym, że choroba psychiczna nie jest zaraźliwa to w tej sytuacji należy to twierdzenie zrewidować. Pandemia F99 niestety rozlała się po kraju i objęła ok.20% społeczeństwa, szczególnie wyborców PIS, (najczęściej z niskim wykształceniem), ale także część kleru katolickiego. Ponoć są to ludzie po studiach i dlatego przez nich wyznawana głupota świadczy nie tylko o poziomie polskiego szkolnictwa, ale i o tym , że najważniejsza jest polityka, choćby ulokowana w pospolitych kłamstwach, bo w tym przypadku jedyna „prawda” jest umocowana w Prawie i Sprawiedliwości, oraz w słowie hierarchów Kościoła. Nawet tych którzy niezależnie od tytułu byli pedofilami, gwałcicielami oraz złodziejami, przypadek abp Józika Wesołowskiego, naszego górala. Nawiasem mówiąc, w tym kraju przestępcy w sutannach, a także zbrodniarze w szatach liturgicznych mają się gdzie ukrywać, bo kościołów i klasztorów nabudowaliśmy więcej niżeli jakichkolwiek przybytków nauki. Poszukiwany przez Interpol pedofil z Dominikany niejaki ksiądz Wojciech Gil ponoć sobie wypoczywa na łonie rodziny, to znaczy w wiosce rodzinnej


pod Krakowem, a polska świątobliwa policja o tym nie wie. Nie wie, bo czyta być może tylko Niedzielę oraz Nasz Dziennik. Społeczeństwo zaś wie, bo czyta Fakty i mity oraz NIE. Wie też, co jeden z poszkodowanych chłopców opowiada prokuraturze. Cytuję za polskim wydaniem Newsweeka:

Carlo, chłopiec wykorzystywany przez polskich duchownych opowiadał w prokuraturze, że ksiądz Gil się przy nim masturbował. Że kazał mu tańczyć w żółtym bikini, kazał masturbować siebie. Że kilka razy doszło do seksu analnego oraz oralnego. Oczywiście za pieniądze.”Dodajmy, za pieniądze od wiernych. Gil tymczasem siedzi w Polsce bezpiecznie i patrzy chciwym okiem na polskie, równie apetyczne jak dominikańskie dzieciaczki. Straszny gnój księże prymasie w domu pańskim., q.wa mać.

Właśnie te dwa zdarzenia były tematem programu „Tomasz Lis na żywo”, oba frapujące, a jednocześnie mało chlubne dla naszego zachwaszczonego religią smoleńską i zwyrodnialcami w sutannach państwa. Niby nic nowego, bo mówi się, że co trzeci kapłan katolicki to homoseksualista, zaś co piąty to pedofil (w czasowym w uśpieniu).

Foto od góry:
1.Strapiony ekspert od katastrof lotniczych.
2.Specjalista i wybitny specjalista
3.Abp. -Pedofil wąchacz grzesznych rączek. 
4.Ks.Gil-Zblazowany masturbator dzieci.


poniedziałek, 23 września 2013

SPORT WIZYTÓWKĄ PAŃSTWA

Na sporcie, tak jak na medycynie i polityce wszyscy Polacy się znają. Z tym, że akurat ta ostatnia jest determinowana poglądami politycznymi, oraz ideologią szefa partii, nierzadko ulokowaną w religii. Natomiast sport i medycyna (ludowa) to nasz narodowy konik. No i co z tego, powiemy ze zmrużeniem oka i ze zdziwieniem, skoro ani jednego ani drugiego w Polsce, kraju 38-mio milionowym, o obszarze mimo okrojenia przez trzech decydentów jałtańskich, dość dużym jak na nasz kontynent w gruncie rzeczy nie ma, przynajmniej na jakimś poziomie, gdzie są setki szkół wyższych, w tym na poziomie uniwersyteckim i politechnicznym. Długie zdanie i wydaje mi się mało składne, więc do rzeczy po ludzku:
Sport mamy na poziomie Gabonu, który to przywoływał Jarosław Kaczyński mówiąc o polskiej gospodarce. Tu miał prawie rację. Prawie, bo Gabon, bez urazy, zdobywa na przeróżnych mistrzostwach i olimpiadach mniej medali od nas, ale nie aż tak bardzo. Jest wiele zacofanych krajów afrykańskich i azjatyckich, do których w sporcie Polska równa i dlatego już się przyzwyczailiśmy do nędzy medalowej. To nie czasy PRL, gdy z olimpiad wracaliśmy z prawdziwym workiem medali, w tym wieloma złotymi. Dzisiaj zadowala nas jeden złoty i kilka innych. A pieniążki idą w błoto, zresztą nie tylko w tej dziedzinie. Nasz
naród składa się z samych kibiców sportowych (poza oczywiście kibolami, bo to jest szambo rodzime), którzy niestety zmuszeni są kibicować sportowcom obcych państw tylko po to, by poczuć w sobie odrobinę adrenaliny. Ten kto dysponuje telewizją na bazie kablówki albo talerza satelitarnego może zaspokoić swój apetyt na dobre widowisko sportowe. Podziwiamy innych, tak jak kibic z zapyziałych gospodarczo krajów podnieca się na widok bijących rekordy sportowców olimpijskich z Niemiec, Francji, USA, Rosji czy nawet tak małego kraiku jak Jamajka, albo na półdzika Etiopia.
Wstyd, proszę kolestwa, jakby powiedziała aktorka kabaretowa moich czasów Janina Jaroszyńska, ale nam naprawdę jest wielki wstyd, gdy szczytem zadowolenia jest zwycięstwo naszej kadry piłkarskiej nad San Marino i Mołdawią, oraz wypocona do ostatniej kropli wygrana z Turcją w siatkówce. Nędza i dlatego chyba nie pokazują jej w telewizji publicznej tylko w kablówkach na kanałach poświęconych stricte różnym konkurencjom sportowym. Jedno jest pocieszające. Mianowicie im więcej jest w naszym sporcie nieudaczników i zawodników tylko z nazwy, błogosławionych przez kapelanów, tym więcej mamy sportowych zer, ale za to milionerów. To taka przewrotność, taki oksymoron. Prawie każdy piłkarz grający w lidze krajowej uzbierał przez sezon przysłowiowy milion złotych, zaś ci którzy potrafią grać wyłącznie w klubach zagranicznych po kilka milionów. Wyłącznie, bo na polskich stadionach te gwiazdy jakoś mają nogi spętane. Co to jest?, zachodzą w głowę działacze, kibice a nawet rzesza socjologów. Czy to ten nasz nasączony biblijnie klimat, czy też nie mamy odpowiednich trenerów mimo kilku uczelni pt. AWF. Nie wiem, wiem za to, że nie trzeba mieć żadnych sukcesów by prawie uzbierać na własny bank. Przykładem jest nasz trener piłkarski Waldemar Fornalik, któremu szef PZPN płaci 160 tysięcy! złotych miesięcznie. Ten
gwiazdor polskiego trenerstwa, tytularnie jakoby Alex Ferguson, a w rzeczywistości to fachowiec nie odbiegający umiejętnościami od jego poprzednika nazwiskiem .. Smuda, wątpliwej wizytówki naszego sportu, a więc i państwa.

Po kiego licha wysiłkiem finansowym całego narodu budowaliśmy potężne teatry sportu ze Stadionem Narodowym na czele, skoro dzisiaj największe popisy czynią na nich kibole, bandziory i inne barachło, nie ubliżając gwiazdom estrady w tym Madonnie, która to wbrew religijnym działaczom adoptowała swoje nazwisko od „zawsze Dziewicy”, czyli też bardzo źle, jak powiadają. Ładujemy ogromne pieniądze na treningi i przygotowania do kolejnych światowych imprez sportowych, rozsiewając płonne nadzieje, że lepiej będzie w brazylijskim Rio, rosyjskim Soczi, czy też innym miejscu kolejnych igrzysk. Nie wierzę w to ani ja, ani moi bliscy, ani większość naszego społeczeństwa wygłodzonego w tym temacie. Sport nasz jest taki jak nasza gospodarka. Kręci się jak koło młyńskie w tryby którego sypie się piasek. Taki jak nasz system ochrony zdrowia, gdzie mimo płaconych składek leczysz się za własne pieniądze chodząc na tzw. wizyty prywatne. Jak prawo traktujące inaczej przestępców w habitach i sutannach, a inaczej pospólstwo. Jak niepotrzebny parlament złożony z aż 560 obiboków, w tym tzw. senatorskiej izby dumania przynależnych do różnych przeciwstawnych sobie partii. W kraju ponad 20 razy mniejszym od USA, gdzie nie do pomyślenia jest usadowienie w ławach parlamentarnych proporcjonalnie aż tylu cwaniaków. W kraju, gdzie szef opozycyjnej partii wydaje milion złotych z naszych pieniędzy na ochronę własnego dupska, zaś szef partii rządzącej z takich pieniędzy funduje garnitury i kiecki. W kraju, gdzie bandyta ma więcej praw niżeli policjant, a uczeń więcej od nauczyciela, gdzie złoczyńcom zwykle zasłania się twarz. W kraju klerykalnym dosłownie na każdym kroku, gdzie ściga się szefa policji, który zgodnie z zapisem konstytucyjnym chce pełnić obowiązki w komisariacie wyłącznie świeckim, dlatego na ścianie jego urzędu wisi godło państwa zamiast krzyża. W kraju, gdzie pedofil
w sutannie nie jest sądzony wedle prawa państwowego, a jego „karaniem” w zasadzie zajmuje się biskup, który przenosi go do innej parafii, by tam dawał dalszy upust swoim zwyrodniałym chuciom, zgodnie z zaleceniem papieskim pt. Crimen sollicitationis. Taki oto mamy sport, taką oto mamy służbę zdrowia, takie oto mamy szkolnictwo porażone informacjami w postaci bajek religijnych. Takie w końcu mamy prawo, „różne dla różnych”, taką mamy ustawę o bankowości, z powodu którego setki ludzi traci swój dorobek całego życia. Jakie państwo taki poziom sportu proszę kolestwa, że się powtórzę. Ileż to było gadania ulokowanego oczywiście w nienawiści do tamtego systemu, gdy MKOL wychwycił kilku sportowców NRD, którzy wspomagali „legalnie” swoje wyczyny anabolikami (zresztą wyczyny niewspółmierne do wielkości narodu). Okazało się, że podobnie wspomagali się w owym czasie również sportowcy milszego naszemu dziennikarstwu państwa, RFN. Wtedy morda w przysłowiowy kubeł. Nic się nie stało. Najlepiej milczeć, naród zapomni, podobnie jak brednie Macierewicza w sprawie smoleńskiej. Powtarzam: najlepiej milczeć.

Foto od góry:
1.Najważniejsi kibice polscy
2.Kibole podpalacze.
3.Jak wyżej.
4.Kibole na eksport.

piątek, 20 września 2013

BIAŁE RĘKAWICZKI PANÓW MINISTRÓW

Wydaje się, a nawet gdyby się uprzeć, to właściwie każde dzieło sztuki, a więc obraz, książka, esej, a nawet post blogowy można by uznać za – w pewnym sensie- autobiograficzne. Bo jeśli nawet nie czerpało się z życiorysu, to przynajmniej z emocji, uczuć, doświadczeń, a choćby nawet z przemyśleń i mądrości autora. Tak właśnie to bywa i ciągle się temu przyglądam. Zajrzałem wstecz do swoich postów (felietonów) i one tak naprawdę nawiązują w jakimś sensie do moich osobistych doświadczeń pomalowanych autobiograficznymi wydarzeniami, a w każdym razie mocno ulokowanych w takowej asocjacji. Mam na myśli opowiadanka, które nawiązywały do osobistych zdarzeń sprzed lat, także zdarzenia z lat szkolnych, prawie już zapomniane, podróży krajowych i nie tylko, jakie odbyłem prywatnie, ewentualnie wykonując służbowe obowiązki, ale też obserwacji dnia codziennego w odniesieniu do naszych władz państwowych, stosunku państwo - Kościół, a jakże obserwacji nieprawidłowości jakie mnie rażą z tego tytułu. Mnie, ale także wielu moich Rodaków, wszystkich nie obojętnych na ludzką krzywdę. Nie obojętnych też na próby fałszowania naszej polskiej historii, na odradzający się nazizm i usiłowania wypchnięcia naszej Ojczyzny z rodziny krajów o ukształtowanej demokracji, a więc po prostu z Unii Europejskiej.
Właściwie w tym poście chciałem sobie ( a może nie tylko) postawić pytanie; o co właściwie chodzi w temacie wypadków syryjskich i co o tym myśleć?. Ten temat akurat nie ma nic wspólnego z tym, o czym wspomniałem na początku, chociażby metaforycznie. Wiadomo, że w wyniku użycia bojowego gazu (sarin) ucierpiało wiele setek obywateli Syrii. Wśród ofiar śmiertelnych jest masa dzieci. To musiało oburzyć świat, jako że broń taka jest zaliczana do broni masowego rażenia podobnie jak broń jądrowa, a wszystkie międzynarodowe porozumienia i podpisane wzajem konwencje wykluczają jej stosowania we współczesnym świecie. Ale niestety stało się. Rzecz w tym, że aby ukarać winowajców, najpierw należy dokonać czynności śledczych, którzy zacz nimi są. Bo rebelianci dążący do obalenia prezydenta Baszara al- Asada, o ten czyn oskarżają właśnie wojska rządowe. Tymczasem sam Asad twierdzi, że z użyciem gazów nie ma nic
wspólnego, a sarin był użyty prowokacyjnie przez samą opozycję. Jednego i drugiego wykluczyć całkowicie nie można, aczkolwiek świat daje więcej wiary rebeliantom. Aby jednak zlikwidować bojowe gazy w Syrii i ukarać zbrodniarzy trzeba porozumienia dwóch mocarstw USA i Rosji, które to państwa mają swoje interesy w Syrii i powiązane są z nią politycznie, a także ideologicznie. Dla obu tych mocarstw Syria to potężne zasoby ropy naftowej, to rynki zbytu, to wreszcie stabilizacja polityczna na styku krajów arabskich, w tym Iranu z Izraelem. Iran, Syria i większość rodziny krajów arabskich to obszar wpływów Rosji, która masowo wysyła na ten obszar nowoczesny sprzęt uzbrojeniowy zarabiając krocie i dzisiaj staje obok Chin w obronie tyrana syryjskiego. Z kolei USA nie pozostają w tyle. Dozbrajają opozycję, po to by po obaleniu Asada sprzyjającemu Rosji, posadzić na czele syryjskiego rządu kogoś kto przeorientuje sympatie z Rosji na Amerykę. Nie wiem, czy rokuje to dobrze w aspekcie światowego pokoju, bo jak wiemy armada lotniskowców USA okrąża Syrię i czeka tylko na rozkaz do ataku. Mają jankesi w tym względzie doświadczenie z Iraku, Afganistanu i wielu innych rejonów świata. Rzecz w tym, że tenże atak może otworzyć Puszkę Pandory i świat stanie u bram katastrofy wojennej, bo trudno wtedy przewidzieć czy Putin zachowa błogi spokój. Podniecony początkowo mocno Obama gotów był do szybkiej wojennej reakcji, ale Kongres go nieco ostudził i namówił do skorzystania z decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która ewentualny atak by usprawiedliwiała. Za takim rozwiązaniem optuje też rząd rosyjski. Jak będzie, trudno powiedzieć, bo nawet ewentualne wejście wojsk ONZ - towskich, oraz kasacja składów gazów bojowych na terenie Syrii kosztować ma ok. jednego miliarda dolarów i może potrwać kilka lat. Kto za to zapłaci?. Oczywiście USA i Rosja, bo w tym kierunku podąża bilateralne porozumienie rosyjskiego ministra SZ

Ławrowa z jego kolegą z USA Kerrym, czyli panów w białych rękawiczkach. Ważne by uchronić świat przed katastrofą nuklearną, która właśnie w wyniku takich konfliktów regionalnych mogłaby zagrozić temu, podobno najpiękniejszemu ze światów. My jako Polska, kraik pozbawiony sympatii dla sąsiadów, ale usłużny dla dalekiej Ameryki już przebieramy nóżkami by na kiwnięcie paluszkiem pana prezydenta USA, kosztem jeszcze większego zubożenia własnego społeczeństwa wysłać kilka tysięcy szwejów we wskazany rejon walk. Prawda panie prezydencie Komorowski?, prawda panie były premierze Kaczyński?, prawda panie aktualny premierze Tusku?, prawda panie szefie MSZ Sikorski?, prawda panie ministrze MON Siemoniaku? Prawda, prawda, bo najprawdopodobniej Kościół matka nasza, też poprze taką decyzję. Trzeba lać niewiernych w Chrystusa i Panienkę zawsze Dziewicę. A poza tym głosimy jedno, robimy drugie. Jak zawsze.


Fotki od góry:
1.Syria. Los biednych dzieci.
2.Ministrowie SZ USA i Rosji.
3.Obrazek z wojny syryjskiej.
4.O to chodzi.


wtorek, 17 września 2013

OD NAŁĘCZOWA DO KAZIMIERZA

Może dla wielu to będzie zbyt trudne do przełknięcia podczas lektury, ale muszę się wyspowiadać z mojej (wspólnie z Małżonką) wyprawy na ziemie po której od dawna stąpali nasi pozytywiści, a dzisiaj właśnie tam wielu polskich artystów malarzy, reżyserów, aktorów i całej plejady ludzi polskiej kultury za zaszczyt poczytuje sobie właśnie tam być, podobnie jak muzułmanie w Mekce czy Medynie. Bo Nałęczów to miasto ogród, miasto Prusa i Żeromskiego. Pisarz, chociaż Warszawiak urodzony w Hrubieszowie, upodobał sobie nałęczowskie uliczki biegnące na przemian w górę i w dół, żydowskie budownictwo, oraz stary rozłożysty drzewostan, gdzie specyficzny mikroklimat rodzi zjonizowane powietrze. Nałęczów to perła naszej ziemi, pisał autor Emancypantek i Faraona. Powiadają, że człowiek wyjeżdża stamtąd lepszym.
Dziś Nałęczów to miasteczko zamieszkałe zaledwie przez ok. 5000 stałych mieszkańców, ale obiekty sanatoryjne przysparzają miastu dalszych 10000. Zresztą nie tylko sanatoria,
bo właśnie ten klimat pozwala dochodzić do zdrowia dotkniętym przeróżnymi schorzeniami, szczególnie zaś sercowcom. Może też dlatego na każdym prawie kroku można spotkać sprzedawców miodu pszczelego, jakże zdrowotnego produktu pożytecznych owadów. W tym oto miasteczku próbowali podleczyć swoje wątłe zdrowie nie tylko Bolesław Prus, którego ślady znajdujemy na każdym dosłownie kroku. Bywali tu też Stefan Żeromski, Henryk Sienkiewicz, Zofia Nałkowska, Stanisław Witkiewicz i wielu innych parających się m.in. piórem. Autor „Lalki” i „Placówki” przez dziesięć lat od roku 1900 zamieszkiwał w pensjonacie EWELINA, do którego dzisiaj chociażby na filiżankę dobrej kawy lgną ludzie kultury, w tym sztuki pisarskiej. Obok wielu znakomitości, prawie na stałe można tam spotkać m.in. panią Marię Szyszkowską, prawnika, filozofa i pisarkę. Jak powiedziałem, Bolesław Prus, dzięki pobytowi w Nałęczowie, zapewnił temu miasteczku swoisty, unikatowy klimat. Jest tam urzekający park zdrojowy, wiele cichych,

kameralnych kawiarenek, ale też restauracji na wysokim poziomie. Wszystkie one szczycą się panem Bolesławem Głowackim (Prusem) prezentując Jego popiersia lub okolicznościowe portrety. A przecież wiemy, że Prus pomieszkiwał m.in. też w Warszawie, Milanówku, Lublinie, Puławach, a nawet u swojego brata w Siedlcach. Pochowany na Powązkach, a na płycie nagrobnej można przeczytać sentencje „serce serc”, bo Prus był bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę, przeto polska bieda rysowała się w wielu Jego powieściach. Ciekawostką jest nazwa miasteczka, która wzięła się od nazwiska właściciela ziem, Stanisława Małachowskiego, herbu Nałęcz. Było to w roku 1772, a więc w roku pierwszego rozbioru Polski. Wcześniej współczesny Nałęczów nazywał się Bochotnicą.

Jako, że do Kazimierza Dolnego z Nałęczowa jest żabi skok, była okazja by odwiedzić miejscowość do którego lgnie cała polska bohema, tym bardziej, że w galerii sztuki współczesnej „Dom Michalaków”, po raz bodajże trzeci miała swój wernisaż znana toruńska malarka, absolwentka wydziału sztuk pięknych UMK, nasza przyjaciółka Maria
Szurmiej. Z zaproszenia więc skorzystaliśmy i bardzo z tego powodu jesteśmy szczęśliwi, bo obok wyrażonego podziwu dla nowych dzieł rodzących się spod Jej pędzla, miło było spotkać po dłuższym okresie przyjaciół i koleżeństwo. Maria uprawia malarstwo sztalugowe, malarstwo na tkaninach (odzież), małe formy na papierze w technikach mieszanych, projektuje znaki graficzne, okładki płyt muzycznych, proporce, sztandary. Jest członkinią Związku Polskich Artystów Plastyków (ZPAP). Jej prace były wystawiane w wielu galeriach w kraju i zagranicą. Ponadto obrazy naszej Marii zdobią prywatne domy w Niemczech, Norwegii i USA. Jeden z nich od lat zaszczyca moje mieszkanie. Ta wystawa była poświęcona zmarłemu przed trzema laty mecenasowi Jej twórczości Andrzejowi Ściepuro. Andrzej to wieloletni dyrektor muzeów toruńskich. Osobiście wspominam Go jako mądrego, bardzo inteligentnego i do tego przyjacielskiego kompana.
Była to dość krótka wyprawa, ale jakże budująca nasze wnętrza. Spokojny prawie zawsze Nałęczów i dla odmiany zaludniony „po brzegi” Kazimierz Dolny. Na szczęście na
każdym kroku można się natknąć na inne zaproszenia, na przeróżne wystawy i występy twórców nie tylko zawodowych, ale też tych spod polskiej strzechy, po prostu wszelakiej „cepelii”. Znudzonych z kolei kuszą niezliczone kawiarnie, restauracje i puby. Z jakże miłymi wrażeniami wróciliśmy do „bazy” w Nałęczowie. Jedno jest pewne, że lata nie udało nam się zatrzymać. Pada ... za to będzie urodzaj grzybków. 

Fotki od góry:
1. Pensjonat EWELINA, miejsce pracy Prusa 1900-1910
2.Jeden z budynków sanatoryjnych
3.Domek Żeromskiego
4.Obraz pt. PLUSK i jego autorka
5.Stado metalowych kaczek.

środa, 11 września 2013

KOLEŻEŃSTWO I PRZYJAŹŃ

Wedle rozpatrywań socjologicznych jest między tymi dwoma terminami niezbyt duża różnica. W jednym i drugim przypadku to dobra relacja pomiędzy osobami, opierająca się na wzajemnym zaufaniu, pomocy i życzliwości. Przyjaźnie, jak to często bywa rodzą się jeszcze z dzieciństwa, często w bardzo infantylnych okolicznościach. Każdy (a) z nas miał kogoś komu mógł powierzyć tajemnicę ze szkoły, rodziny albo podwórka. Ja też takich miałem. Niestety po wielu latach, gdy nasze drogi życiowe się mocno rozeszły takie przyjaźnie ulegają przekształceniu tylko w tzw. znajomości. Przyjaźń to mimo wszystko coś więcej niżeli koleżeństwo. Ono się „panoszy” nie tylko w relacjach między ludźmi sobie obcymi, ale właśnie najczęściej z osobami krewnymi, a więc rodzeństwem i rodziną bliższą i dalszą. Tak by można powiedzieć. Niestety, najczęściej prawdziwe przyjaźnie mają mało wspólnego z pokrewieństwem, przynajmniej w wieku dojrzałym. Koleżeństwo, a jeszcze bardziej przyjaźnie rodzą się wedle wyznawanych wspólnych wartości, takich jak światopogląd, orientacja polityczna, podobne umiłowanie tej samej sztuki, dyscypliny sportu, porządku, mody, smaków, a nawet płci pięknej (chociaż dla niektórych akurat niekoniecznie). Najczęściej jednak, szczególnie dzisiaj w naszej Najjaśniejszej, oddanej całkowicie Panience, która przed laty urodziła się w Częstochowie (dla niektórych jednak w Licheniu) przyjaźnie są podtrute aspektami politycznymi. Masz przyjaciela, któremu ufałeś bezgranicznie i naraz się dowiadujesz, że on roznosi ulotki reklamujące twojego przeciwnika politycznego, albo nagadał cokolwiek niezgodnego z prawdą na twój temat do „swojego”
przyjaciela. Tenże „przyjaciel” dotychczas siadał z tobą na wspólnej ławie przy piwku, przytakiwał twoim racjom, wypowiadał się zgodnie z twoimi sympatiami politycznymi. Okazuje się, że zachowywał się tak najczęściej, a nawet chyba jednak wyłącznie w podzięce za zapłacony rachunek u bufetowej. Takiego kolegę, czy przyjaciela można umiejscowić tylko w groteskowym otoczeniu rodzin maryjnych, religii smoleńskiej, albo szeroko pojętym obozie kaczystowskim . Oni potrafią się obracać jak chorągiewki na tę stronę, z której mają doraźne korzyści. Wystarczy poczytać, ileż to byłych usadowionych dość wysoko w PZPR ludzi potrafi lizać tyłek księdzu i Kaczyńskiemu, dla których akurat wszystko co związane z PRL jest wstrętne, Oczywiście chwilowo poza Gierkiem. Niektórzy tak efektywnie lizali, że w podzięce dostali w kaczej partii wysokie stanowiska. Tacy nigdy nie będą kolegami dla ludzi etycznych. Muszą znaleźć gniazdo wśród swoich. Znałem ludzi, którzy piastowali stanowiska sekretarzy PZPR w zakładach pracy, ba wygłaszali marksistowskie pogadanki, a którzy to zaraz po 1989 roku ubiegali się o prymat noszenia baldachimu nad proboszczem w święto Bożego Ciała i nie tylko. Wielu z nich natychmiast brało zaległe (często po dwudziestu latach) śluby kościelne i chrzciło dorastające dzieci. (vide Tusk). Innym przykładem, gdzie światopogląd jest gwarantem przyjaźni, lub jej nadwerężenia jest stosunek do religii jako takiej. Mam osobiście doświadczenia w tym względzie. Jako całkowity agnostyk, a nawet człowiek o przekonaniu wręcz ateistycznym wyznaję owe wartości w połączeniu z wiedzą szeroko pojętej nauki od Voltaire,a, poprzez Darwina po samego Dawkinsa. Z tego bodaj powodu moje przyjaźnie, a nawet rodzinne więzi mocno ucierpiały. Niestety, dla samej idei (zafałszowanej zresztą) nie jestem w stanie zmienić swoich przekonań, bowiem musiałbym się całe życie ukrywać choćby pod kołdrą czy lustrem, by nikt nie mógł spojrzeć, w tym ja osobiście w moją obłudną twarz. Szczególnie nie potrafię prezentować „gęby” gombrowiczowskiej w zależności od tego z kim akurat jestem. Dla swojego dobrego samopoczucia, iż potrafię bronić owych wartości, przyszło mi zgodzić się na zerwanie więzów tejże przyjaźni, a nawet kontaktów rodzinnych,
bowiem część mojej rodziny, tkwi mocno w kreacjonizmie i żadne z nich, mimo humanistycznego wykształcenia uniwersyteckiego nie potrafi zrewidować dotychczasowego światopoglądu. Fakt, mało się oddają literaturze i dociekaniom wiedzy jako takiej. Bardziej starają się przyswajać przypowieści ewangeliczne. Nawet dzisiaj, gdy światowe agencje, a nawet te polskie codziennie donoszą o świństwach wysokich duchownych katolickich polegających na aktach pedofilii, przekrętach finansowych, pospolitym złodziejstwie, łajdactwie, a nawet zbrodni. Rzecz w tym, że o tych dewiacjach duchownych nie piszą gazetki katolickie, przeto długo będą nieświadomi, bo akurat te im najczęściej trafiają do ich rąk, a każda taka wiadomość podana przykładowo w TVN jest walką z Kościołem, a nawet z samym Bogiem. Czy mi jest przykro z tego powodu?. Oczywiście, że odczuwam pewny dyskomfort, ale idąc tropem przedwojennego ministra spraw zagranicznych Polski Beka, który powiedział, że najwyższą wartością dla Polaków jest honor, ja pójdę jego drogą rozumowania. Dla mnie jako człowieka kierującego się drogą uczciwości, umiłowania prawdy i zdobyczy nauki światowej, honor służy do zapieczętowania w moim rozumie tego, co moje komórki mózgowe zdołały zmagazynować pod czerepem, dla niektórych czerepem rubasznym. Na koniec takie moje spostrzeżenie:
Ponieważ zawieranie wartościowych przyjaźni jest swego rodzaju sztuką, przeto trzeba zgodnie z przysłowiem zjeść beczkę soli zanim takowa się zdarzy, można by nad tym długo dywagować. Niestety, każdy z nas potrzebuje grona ludzi bliskich, a tu w naszej Polsce czasem mamy kłopot z ich znalezieniem. Kolega, a szczególnie zaś przyjaciel, zresztą jeden i drugi jest wartością samą w sobie, bo jeden i drugi to ktoś kto do ciebie przychodzi, gdy inni wychodzą. Warto to zapamiętać.


Tymczasem lato ma ochotę nas pożegnać, wobec tego jadę do Nałęczowa tudzież do Kazimierza Dolnego by go jeszcze trochę zatrzymać. Jeżeli się uda to Państwa zawiadomię.

Foto od góry:
1.Prawdziwa przyjaźń
2.Prawdziwe koleżeństwo
3."Miłość "polityczna
4.Koledzy po fachu.

poniedziałek, 9 września 2013

DESPERACI


Zbrzydły mi wieści o polskich pedofilach ubranych w uświęcone ciuchy, zatem sądziłem, że zabraknie mi na razie tematu, ale oto TV1, przypomniała narodowi o tragedii sprzed lat. Wzbudziłem się więc na nowo, bo:....
Niejaki Ryszard Siwiec, weteran AK, ponoć filozof, z zawodu księgowy, w dniu 12 września 1968 roku, podczas uroczystości dożynkowych na stadionie dziesięciolecia, zasiadał na trybunach. W pewnej chwili oblał się benzyną i podpalił. W tym czasie do uczestników przemawiał Władysław Gomułka. Świat za pośrednictwem opozycji politycznej i dziennikarzy zagranicznych obiegła wiadomość z Warszawy, iż jeden z obywateli szczęśliwego kraju, przynależnego do obozu socjalistycznego dokonał samospalenia na znak protestu przeciwko wejściu m.in. żołnierzy Wojska Polskiego na teren Czechosłowacji w trakcie tzw. Praskiej Wiosny. Możemy mu i jego najbliższym tylko bardzo współczuć, bo człowiek się wycierpiał straszliwie zanim oddał ducha. Była to bowiem śmierć bodajże najbardziej tragiczna jaką można sobie tylko wyobrazić. Do dzisiaj pan Siwiec pozostaje bohaterem „politycznym” dla współczesnych. Budują mu pomniki i fundują tablice przypominające jego „bohaterski” czyn. Tylko trudno zrozumieć dlaczego. Nie tylko dlaczego to musimy przypominać, ale dlaczego w ogóle człowiek wykształcony dokonał tego czynu. Wiadomo, dla każdego, iż żaden przywódca, a w tym przypadku kilku przywódców z „nadprzywódcą” moskiewskim na czele, nie wzruszył by się jakimś tam przypadkiem, który może sobie wytłumaczyć jako czyn chorego psychicznie, lub po prostu zwykły wypadek podczas zabawy z zapalniczką zatankowaną benzyną. Nawiasem mówiąc nikt nie odważył się na pewno Moskwę o tym poinformować.
Z drugiej strony, każdy zdrowo myślący wie, że żaden pojedynczy akt rozpaczy nie może wpłynąć na decyzję władz państwowych. Od daty desperackiego czynu pana Siwca w Polsce dokonało się kilkadziesiąt prób samospalenia i pies z kulawą nogą
się nimi nie zainteresował, że tylko przytoczę przypadek z Krakowa, gdzie 42 letni kolejarz w odruchu protestu przeciw zwolnieniu z pracy dokonał próby samospalenia. Z kolei niejaki pan Andrzej Żuromski z powodu doznanej krzywdy osobistej podpalił się w TV Polsat w programie "Państwo w Państwie". Podobnie jeden z Polaków próbował sobie w ten sposób odebrać życie przed siedzibą premiera. Osobiście twierdzę, że pan Siwiec cierpiał na jakoweś dolegliwości natury psychologicznej, które pchnęły go do tego czynu, bowiem na stanowisku księgowego nie może siedzieć ktoś pierwszy lepszy. Pan Siwiec miał też ponoć dyplom filozofa, prawy człowiek. Dość często prasa donosi o samospaleniu jako wyrazie protestu przeciw tam czemuś. A to z powodu utraty majątku w wyniku bezdusznej decyzji banków lub sądów, a to w wyniku utraty pracy, a to z powodu innych tragedii rodzinnych i nikt nie funduje im tablic pamiątkowych, a tym bardziej nie buduje pomników. Ot, wypadek jak stłuczka na drodze z ofiarą śmiertelną w tle.

Pan Siwiec przeszedł do historii, wyłącznie dzięki splotom wypadków politycznych, jakie przewaliły się przez obóz „szczęśliwych narodów”. Komu maja służyć te "wypominki"?.Chyba tylko jego rodzinie.

sobota, 7 września 2013

ODWAGA

No i stało się. Wszystkie media polskie pokazały oficjalnie arcybiskupa, który jednocześnie jako dyplomata na Dominikanie uganiał się za dziećmi tubylczymi, by w imię chwały bożej (jak mniemam) uprawiać pedofilię. Abp Józef Wesołowski, polski góral jak wielu polskich dostojników kościelnych, po obnażeniu się z sutanny i przywdzianiu trochę bardziej cywilizowanych ciuchów zaglądał też do domów uciech seksualnych, bo jako arcypasterza było go stać na wszelakie ziemskie „rozrywki”. O tym, dosłownie w parę minut po ogłoszeniu mojego posta (nie, nie, takim megalomanem to akurat nie jestem i nie poruszyłem bryłę świata), wszystkie media na czołowych miejscach audycji podały tę informacje do wiadomości z akcentem potępieńczym, z wyjątkiem kardynała Nycza, który próbował dezawuować wiadomość słowami: „a to się jeszcze zobaczy, a to trzeba sprawdzić, itd.etc” Dosłownie jakbym czytał komentarz Pani J., która poddaję w wątpliwość poważnego potraktowania sprawy, szczególnie przy użyciu takich sił dziennikarskich jak Terlikowski, co to potrafi np. po „swojemu” odczytywać wszystko co papież Franciszek powiedział, a nawet pomyślał, a ja przyznaję Jej rację. Chociaż akurat nie chodzi tu o jakiegoś wiejskiego prostego proboszcza, ale o dostojnika Kościoła, a przy tym dyplomatę.
Skąd się bierze naraz taka odwaga uciśnionych dotąd przez KAI polskich mediów, bo przecież nie ze względu na strach przed papieżem Franciszkiem, bo akurat jego bicz boży do Polski nie sięga. To zasługa takich odważnych ludzi jak ksiądz Lemański, jak ksiądz Stasiak, jak ojciec Mądel, oraz kilku zeświecczonych profesorów teologii. Istotną sprawę odgrywa spostrzeżenie, iż kościoły w Polsce, zbudowane z rozmachem z myślą o tłumach wiernych zaczynają pustoszeć. Dzisiaj GW podaje, że obok Wesołowskiego, w dziecięcych majtkach grzebał na Dominikanie inny ksiądz polski nazwiskiem Gill, który to, gdy dowiedział się, że jest ścigany przez policje, pozostawił na włoskim lotnisku małych chłopców i zbiegł. Jest poszukiwany przez Interpol. Początkowe wieści o pedofilii i rozpuście seksualnej wśród kleru, polski nadzwyczaj katolicki naród odbierał w formie plotek, które są niby wyssane z palca, dopóki nie odważył się jeden czy drugi sędzia wsadzić za kraty zboczeńca w sutannie.
W dniu 3 czerwca 2013 roku sędzia Luis Liranzo z Santiago wydał nakaz aresztowania księdza Wojciecha Gila ksywa 'padre Alberto' w związku z dochodzeniem w sprawie kilkunastu przypadków molestowania seksualnego małych dzieci i niemowląt... Całe Juncalito na Dominikanie pogrążone jest w żałobie, gdyż tamtejsi katolicy czują się zdradzeni i oszukani przez kapłana z Polski, który masowo molestował ich dzieci i niemowlęta powierzone jego opiece jako człowiekowi zaufania publicznego. Najstarsze molestowane ofiary miały po 11 lat oraz niecałe 15 lat, najmłodsze ledwie kilkanaście miesięcy. Dla Dominikany jest to kolejna tragedia jaką powoduje ksiądz pedofil z Polski. Ksiądz miał pod opieką łącznie 180 dzieci, a policja ma dużo pracy aby wszystkich przesłuchać. Tyle cytat z Google.
Chyba wracamy powoli do normalności. Oby na pewno
Odważył się też nasz rząd przyznać się do błędów popełnionych przez swoich poprzedników ( z tej samej partii, AWS). Przyznał, że wprowadzenie drugiego filara emerytalnego zwanego OFE było wielkim błędem i dopiero gdy powstała gigantyczna dziura budżetowa w kwocie ponad 24 miliardów złotych, a przy tym zagrożenie niewypłacalności rent i emerytur, co doprowadziłoby do sytuacji znanej na Helladzie. Dzisiaj premier już bardzo zmiękł, a jeszcze kilka miesięcy temu gotów był bronić swoich reform jak niepodległości. OFE „częściowo” odchodzi do lamusa, bo jak dotychczas to rządowi bardziej zależało na dobru banków, niżeli na tym, że ludzie tracą pracę, nie mówiąc już o nędzy przyszłych emerytur.

Jeszcze trochę, a znajdzie się oficjalna odwaga, by powiedzieć publicznie, nie tylko nam dorosłym, ale przede wszystkim młodym ludziom w szkole, że wywołanie Powstania Warszawskiego w 1944 roku było wielką zbrodnią dokonaną na 200 tysiącach mieszkańców stolicy, ale też na samej stolicy jako

mieście. Do tej pory tylko odważni dziennikarze potrafią przytoczyć m.in. słowa generała Andersa, który przywódców Powstania właśnie nazwał zbrodniarzami, za co w imię sprawiedliwości powinni być osądzeni przed naród polski. Powoli, jeszcze trochę i historycy (nie ci z IPN) otworzą oczy nam wszystkim, najpierw oczywiście sobie.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a właściwie miejsca siedzenia. Dopóki bowiem w ławach poselskich i na stanowiskach rządowych będą zasiadać ludzie z rodowodem przedwojennej szlachty, również endeków, skrajnej prawicy, a także ludzi o poglądach sklerykalizowanych, nigdy organizacje wojskowe typu WiN, NSZ i inne podszywające się pod AK, które to dokonywały zbrojnych napaści na Żydów, oraz polską ludność cywilną w latach czterdziestych nie będą nazywane po imieniu , czyli żołnierze przeklęci. Buduje się im pomniki od Zakopanego po Gdańsk jako żołnierzom „wyklętym”. Niestety ten tytuł się nie obroni, bowiem na polskich cmentarzach leżą tysiące dowodów ich zbrodni. Moim zdaniem
jako syna żołnierza AK, skoro odkrywa się po tylu latach zbiorowe mogiły ofiar UB i NKWD, skoro już nie milczymy nad zbrodniami UPA, należy też pochylić się nad niewinnymi ofiarami złożonymi z mężczyzn, kobiet a nawet dzieci, które padły z rąk tych niby żołnierzy wyklętych, bo zdecydowali się przyjąć kawałek ziemi z parcelacji majątków pańskich, lub ktoś z rodziny pełnił funkcję w milicji albo wstąpił do LWP.. Decydenci odwagi trochę!, wróćmy wreszcie do uczciwości i normalności.

Oczywiście jest jeszcze wiele kwestii i spraw, którymi rząd powinien się zająć, gdyby miał odrobinę odwagi to m.in. wypowiedział by krzywdzący Polskę konkordat, lub przynajmniej zmusił Kościół do przestrzegania jego zapisów.
- to zdekryminalizował by posiadanie małych ilości marihuany, tak jak to jest w większości cywilizowanych państw.
- to wprowadził by w życie Europejską Konwencje Praw Człowieka.
- to zdelegalizował by organizacje faszystowskie m.in. ONR, MW zgodnie z
Ustawą, która twierdzi że głoszenie haseł o charakterze nazistowskim i komunistycznym jest karalne.

To tylko kilka spraw, załatwienie których wymaga nie tyle odwagi (bo ona by się znalazła), ale przedtem wymiany parlamentarzystów prawicowo-klerykalnych na prawdziwych Europejczyków. Niestety, zanosi się na jeszcze gorszy, wręcz cuchnący piekłem skład poselski, jako, że Kaczyński z dużym rozmachem idzie po władzę zapowiadając powtórkę z IV RP.

Foto od góry:
1.Pedofil z  Polski na Dominikanie
2.Zaślepiony katolik.
3.Gill, następny jurny pedofil z Polski.
4.Młodzież ONRu.
5.Postawa polskich władz "świeckich".

czwartek, 5 września 2013

Z WYŻSZYCH SFER

Nuncjusz apostolski na Dominikanie arcybiskup Józef Wesołowski został odwołany ze stanowiska w związku z oskarżeniami o pedofilię - tę wiadomość mediów potwierdził rzecznik Watykanu ks. Federico Lombardi. Decyzję o odwołaniu podjął papież Franciszek, tyle tok fm.
Co ciekawe, ten sam arcypasterz katolicki sprawował obowiązki ambasadora Rzeczypospolitej trzeciej na owej wyspie. Pytanie do pana ministra Sikorskiego: czy po ujawnieniu tego skandalu, Wesołowski, jako ambasador (osoba nietykalna z immunitetem) może być dalej reprezentantem „wyznaniowej” Polski, czy może się kazać Sikorskiemu w uświęconą d..ę pocałować. Polski wyznaniowej, bo oto okazuje się że na typowo świeckie stanowiska w Polsce mianuje się księży i biskupów, jak za czasów I Rzeczypospolitej. Ja rozumiem, nuncjusz apostolski, ale nuncjusz Polski?.Nikt z nas by się o tym nie dowiedział, gdyby temu byczkowi w stroju katolickiego szamana nie zachciało się seksu z dziećmi. Ponoć tam są bardzo ładne i seksowne dla zboczeńców dzieciaczki. Ilu jeszcze takich facetów w strojach odpustowych siedzi po ambasadach i konsulatach polskich.?. Pewno to tajemnica bo już zbyt głośno w świecie Polskę zalicza się do kondominium watykańskiego. Tę krainę dla współczesnego pedofila z Polski odkryli księża katoliccy u boku Kolumba, a wiele lat później swoją krew przelewali polscy żołnierze z oddziałów napoleońskich. Szczerze mówiąc, w tej sytuacji to tylko patrzeć jak na stanowisko premiera w Polsce kandydował będzie biskup, a na stanowisko prezydenta kardynał. Już dzisiaj w polskim Sejmie zasiadają szamani duchowni i świeccy. Gdyby tak się stało to nastąpiła by wtedy nie tylko konsternacja, ale i strach parlamentarzystów,, którzy często z łaski kleru zasiadają w ławach poselskich. A różnie może być, jako że
każda zmarszczka na czole biskupa polskiego wzdraga strach u władz. Czytam dzisiaj, iż decyzja władz polskich o finansowaniu Kościoła poprzez odpisy podatkowe wiernych napotkała ostry sprzeciw biskupów. No i co, czyż nie żyjemy w państwie wyznaniowym?, bo oto pierwotne ustalenia dot. odpisów miały wynosić 0,3%, następne to 0,5%, kolejne 0,7%, by żądania oparły się o 1,0%. Na tym się nie skończy, bowiem biskupi śledzą rozwój wypadków, czyli masową desakralizacje Polaków. Kościoły zaczynają świecić pustkami a i taca dużo lżejsza. Zatem strach przed utratą luksusu życia ściska duchowne pośladki.
Dobrze, bardzo dobrze, że papież Franciszek wywalił tego polskiego pedofila na zbitą twarz. Gdy przez kilkanaście lat inny dostojnik z malowaną „torbą po cukrze” na głowie, abp Paetz „kurwił” się w czerwonych majtkach z klerykami, oraz z przygodnymi gejami w poznańskim parku, o czym donosiły FiM, to nasz papież JPII umywał rączki, chociaż do niego pisali prośby inni biskupi, by zajął się Paetzem. Wiadomo jednak, że nasz papież ubogacony tysiącem pomników (niektóre osobiście poświęcał) nie był skłonny do napiętnowania ani pedofilii, ani homoseksualizmu w jego katolickiej stajni. Pogroził paluszkiem jeno biskupom amerykańskim. Ciekawe co teraz panowie Terlikowski i Oko powiecie? W tych swoich Frondach i innych nabożnych pisemkach.. Ano nic. Bo milczenie jest ewangeliczną cnotą Kościoła.

Foto od góry:
1. Abp Józef Wesołowski, pedofil(po prawej)
2. John Godson, szaman na posadzie posła PO


wtorek, 3 września 2013

MOJA PRZYGODA Z FILMEM


Był rok 1980. Przepychu w sklepach nie było, wiadomo, Gierek „dogorywał”, a w stoczni gdańskiej i nie tylko się gotowało. Dzisiaj zresztą nie wiem po co, bowiem większość strajkujących, którym zresztą nakazano przyjęcie takowej postawy, po 30 latach jest normalnymi dziadami. Ci którzy decydowali o tym by stocznia padła dzisiaj odbierają profity, ponieważ cierpieli jako internowani (jak brzmi) w internatach szkolnych, gdzie otrzymywali paczki od litościwego Zachodu, a ponadto miliony dolarów, z których nikt nie potrafi się do dzisiaj rozliczyć. To jest dopiero przekręt. Wyjaśnienie go nie jest możliwe. Po to powołano IPN, CBA, CBŚ i (HGW), czyli coś nie do rozpracowania. A podobno cała dokumentacja tych przekrętów leży w piwnicach dworku w miejscowości Połażejewo, gdzieś tam k. Środy Wlkp. Tak mówią miejscowi.
I był właśnie ten czas. Czas w którym myślałem jak sobie dorobić do tzw. świeżutkiej 50% emerytury względem uposażenia w Ludowym Wojsku Polskim. Zdarzyła się okazja: Wytwórnia filmowa DEFA (NRD) kręci film wg powieści Johannesa Bobrowskiego MŁYN LEWINA. Jest to powieść, a właściwie dramat
rozgrywający się na ziemiach Prus Wschodnich, na terenie Warmii pod koniec XIX wieku i pokazuje moralność człowieka w walce z tym co ciemne i antyludzkie. Miejsce akcji filmu to tereny zamieszkałe prze Niemców, Żydów i Polaków. Treść filmu : Bogaty właściciel młyna, Niemiec Johann chce koniecznie wyeliminować z konkurencji mały młyn Żyda o nazwisku Lewin.
Tak, „zagrałem” w tym filmie, zaraz po tym gdy w toruńskim Collegium Chemicum ogłoszono nabór na statystów, zresztą z dość interesującym honorarium płaconym w tych tańszych markach NRD. W moim przypadku, jak pamiętam, było to ok. 2000 marek DDR.
Zgłosiłem się na umówiony dzień. Przydzielono mi rolę offiziellena miejskiego, inaczej mówiąc Stadtschreibera, czyli mówiąc po polsku, jakiegoś urzędnika miejskiego zresztą w towarzystwie innych prawdziwych aktorów. Było miło. Kręcenie filmu trwało kilka dni na różnych planach, m.in. Rynku Nowomiejskiego
w Toruniu, który dla potrzeb filmu przekształcono w plac zaścielony słomą i straganami, pośród których wałęsały się owce i kozy. Wszelkie informacje i inne napisy na ścianach budynków były zaklejone lub zamalowane. Pozostała tylko knajpa „Pod Modrym Fartuchem” i Bożnica.. Moja rola polegała na wypowiedzeniu kilku słów po niemiecku, gdy czyniłem zakupy na tych straganach. Byłem ucharakteryzowany zgodnie z obowiązującą modą urzędniczą na on czas (foto). Najwięcej jednak radochy sprawili mi polscy aktorzy grający w filmie. Z niektórymi miałem okazję pogadać i się nawet polubić. Jako w statyście widzieli we mnie coś jakby bardziej przynależnego do tego filmu.
Zasadnicza grupa aktorów to Niemcy, ale byli też właśnie Polacy: m.in. Iga Cembrzyńska, Teresa Śmigielówna, Józef Nalberczak, Hanna Skarżanka, Wirgiliusz Gryń, Kalina Jędrusik, Leon Niemczyk, Andrzej Szalawski. Wszystkich ich na planie filmowym mogłem oglądać. Z niektórymi pożartować. Śmieszne były sceny gdy polscy aktorzy wypowiadali zdania po niemiecku. Powtarzać musieli po kilka razy, przeto reżyser Horst Seemann wściekał się jak raniony zwierz. Oczywiście nie dotyczyło to Leona Niemczyka, który to z równą swobodą wypowiadał się w języku polskim jak i języku Goethego. Taka to oto przygoda z filmem mnie spotkała. Był to film wytwórni z czasów NRD, a więc dzisiaj państwa wyklętego. Ja, który akurat polityką się interesuję zgodnie ze swoimi spostrzeżeniami historii, mam zdanie dosyć odmienne. Było NRD i go nie ma. Był ZSRR i go nie ma, był PRL i go nie ma. Ale my jesteśmy. My którzy budowaliśmy swoje miasta i wsie zniszczone przez wilkołaki z Berlina, a potem Moskwy. Ci drudzy nigdy by nie przyszli do nas, gdyby ci pierwsi nie zadusili naszego narodu.
*******
PS. Za "udział w innym filmie" w kilkanaście lat później zapłaciłem ja. Nagrywała mnie policja z radiowozu nieoznakowanego, jadąc za mną z Kołobrzega do Bydgoszczy, czyli około 100 km. Zapłacilem mandat w wysokości 500 PLN.

Foto od góry:
1.Ja, torunczyk w charakteryzacji urzędnika miejskiego na tle starych murów toruńskich.
2.Chata z młynem wodnym Żyda Lewina na Warmii.


poniedziałek, 2 września 2013

CEL: PRZEPĘDZIĆ DUCHA

Jestem obywatelem kraju, którego stolicą rządzi Duch Święty za pośrednictwem nawiedzonej damy o dwuczłonowym nazwisku Hanna Gronkiewicz Waltz. Owa dama z tą nadprzyrodzoną istotą związała się na dobre i na złe, do tego stopnia, że zaraz po osobistym przebudzeniu budzi niewidzialnego towarzysza, by jej asystował, a właściwie wskazywał ścieżkę, po której ma stąpać w ciągu dnia podczas sprawowania odpowiedzialnej funkcji prezydenta miasta stołecznego Warszawy. Z Duchem Świętym pani Hanna szła przez życie po wielu stanowiskach, na których umieszczał ją On właśnie. Ponoć na stanowisku prezesa NBP pomagał jej liczyć nasze narodowe miliardy, bo przecież kto fizycznie mógłby to zrobić bez sił nadprzyrodzonych. Ponoć dzięki duchowi pani HGW objęła stanowisko jednego z wiceprezesów EBOiR w kraju, gdzie pensje wypłacają w funtach, co oczywiście bardzo ją satysfakcjonowało, jako że miliardy polskiej gotówki przepływające przez jej dłonie nieco jej zbrzydły, nie mówiąc już o tym, że utrudniały ich złożenie do szczerej modlitwy, której oddawała się co jakiś czas. Duch Święty jednak czuwał przy niej, pozostawał on na etacie jej osobistego nie tylko ochroniarza, ale też doradcy. Ja rozumiem, każdy premier, czy też prezydent, a nawet byle poseł otoczony jest wianuszkiem doradców. Żaden z nich, nawet bardzo klerykalny urzędnik, a takich mamy bez liku nie korzysta z podpowiedzi sił niebieskich. Pani
HGW natomiast powiada sama, że jak trwoga to do Boga, a najważniejsze decyzje powierzam osobistemu Duchowi Świętemu, z którym jestem związana w tzw. Odnowie. A ja tak sobie myślę, że ten jej osobisty niewidzialny „Obiekt” musiał być też dobrze zżyty z prezydentem Wałęsą, bo wystarał się dla swojej służebnicy o decyzję nadania jej najwyższej fuchy bankowej. Co prawda Wałęsa ma lepsze układy z Panienką Jasnogórską, którą nosi w klapie swoich marynarek i pidżam, ale jak to się mówi ręka rękę myje, a znajomości nigdy dość, choćby wśród stworzeń niebiańskich. Podobnie było z załatwieniem roboty w EBOiR, a jak wiadomo, wtedy jeszcze nie obowiązywał układ z Schengen i ani w Anglii, ani Irlandii na zmywaki nie przyjmowali doktoryzujących się magistrów z Polski. Towarzystwo z duchem rozzuchwaliło panią HGW na tyle, że w pewnym momencie zechciała zostać prezydentem Polski. Niestety, mimo usilnych modlitw, mimo pamiętnych spotkań z potencjalnymi wyborcami na tle murów kościelnych i klasztornych, a nawet podszeptów z nieba, kandydatka uzyskała zaledwie niecałe 5% głosów. Pierwszy raz zawiodła się na duchowym przyjacielu, który (jak powiadała) absolutnie gwarantował jej fotel pod żyrandolem. Z braku laku i rak ryba,( jakoś się tak mówi) i siłami Platformy Obywatelskiej, która zdobyła władzę w kraju została prezydentem Warszawy, Oczywiście zabierając ze sobą pierwszego doradcę czyli Ducha Świętego. Od tego momentu, każda jej decyzja w sprawach gospodarki stołecznej była pierwej konsultowana z polecenia tegoż ducha z warszawską kurią, osobiście z kardynałem Nyczem. Dziwne? - skądże, żyjemy wszak w kraju wyznaniowym, w którym o ocenę słuszności podejmowanych decyzji, do biskupów zwraca się prawie każdy polityk prawicowy, szczególnie wywodzący się z dawnej
rodziny ZChN i AWS. Dlatego, wszyscy ci, którzy za tzw. komuny próbowali żyć w oderwaniu od Kościoła, czyli po świecku, szybko przeprosili episkopat biorąc w tri miga śluby kościelne i chrzcząc swoje dziatki. Jaskrawym przykładem jest Donald Tusk, właśnie z partii HGW. Dzisiaj już wiadomo, że na prezydenckim stanowisku długo nie pobędzie, bowiem warszawiacy zebrali więcej podpisów niżeli trzeba by HGW wraz z jej duchem wysadzić z cieplutkiej posady. Powodów jest multum. Rozgrzebane inwestycje. Nie dotrzymanie obietnic złożonych mieszkańcom stolicy, przerost stanowisk w ratuszu i wiele innych. Dlatego korzystając jeszcze z czasu przedreferendalnego pani Hania wstaje raniutko, by w pociągach metra częstować ludzi jadących do pracy poranną kawą. Czyni to z iście kontrolowanym uśmiechem. Nie za szeroko, bo wtedy uśmiech jest nieco mniej atrakcyjny. Wszystko wskazuje, że referendum będzie skuteczne, a więc nastąpi dalsze obniżenie notowań Platformy Obywatelskiej, tym bardziej, że wszystkie dotychczasowe wybory na prezydentów miast w miejsce odwołanych wygrało PiS. Platforma jest w potrzasku. Składa się na to beznadziejna polityka rządu przytroczonego stułą kapłańską z obficie obdarowywanym Kościołem, ale też niechlujność finansowa państwa, co spowodowało dodatkowy deficyt 24 miliardów złotych. Jeszcze w większym potrzasku będzie, gdy Tusk, dla ratowania nie tylko PO, ale też pani Hani, po jej odwołaniu, wyznaczy ją na stanowisko komisarza stolicy. Wtedy żaden Duch Święty, choćby do niego dłonie składała cała Platforma Obywatelska nie kiwnie nawet palcem. Wiem to jako ten, który z duchami żyje raczej na stopie obojętnej, ale za to szczerej.

NA MARGINESIE MADRYCKIEJ KONFERENCJI

Czytałem, słyszałem (wierzę, że to prawda), iż służby kwatermistrzowskie w Wojsku Polskim wydały zarządzenie, że w   soboty i niedziel...