sobota, 28 lutego 2015

ŚCIGAM TEMATY


 
Od rana zastanawiam się o czym ja dzisiaj mam pisać, bo jakoś tak przyzwyczaiłem się do tego, że w odstępach kilkudniowych odczuwam swędzenie pod opuszkami palców. Myszkuję więc po zakamarkach pamięci w poszukiwaniu luk tematycznych. Mało owocnie, ponieważ w tych kilkuset postach, jakie wypuściłem między Czytelników przypomina poszukiwanie Świętego Graala. A więc,wielokrotnie pisałem o naszych polskich rodzimych politykach nie bacząc na ich cześć, którą w większości sami sobie ubzdurali. Pisałem, że większość z nich to prości materialiści, a nie idealiści, jak przystało na członków partii przekonujących wyborców do swoich racji. Tak zostało do dzisiaj zarówno w parlamencie przywiązanym do tłustej łapy Kościoła, która ich karmi w rewanżu za stanowione prawo zgodne z życzeniem kleru, oraz milionami złotych w postaci dóbr narodowych, przekazywanych im za jeden procent wartości. Politycy przyklaskują biskupom wbrew rozumowi i woli coraz mądrzejszego i światłego społeczeństwa dosłownie wszystkiemu co wypierdzi, (tak, dosłownie, wypierdzi) kler katolicki. Dziwne bardzo, bo:
Kościół katolicki chyba opiera się na kobiecych narządach rozrodczych, inaczej na zawartości damskich majtek . (nie nazwę tego tak jakby tu trzeba). Dziewictwo ,czystość ,celibat ,prokreacja , wielodzietność, anty antykoncepcja, pochwała ciemnoty seksualnej, anty in vitro, anty związki partnerskie. Przede wszystkim to czepianie się kobiet, którym można przyłożyć w razie czego, a więc anty ustawie dot. przemocy w rodzinach. A podobno chodzi o miłość Boga i bliźniego. Jestem wiekowym katolikiem i eskalacja seksu w Kościele jest już tak obrzydliwie nasilona jak w filmach porno, pisze ktoś na forum. Inny z kolei z zaciśniętą pięścią powiada:
Czarne ryje precz od naszych majtek! Nie mieszajcie Boga w wasze faryzejskie gierki. Na dnie każdej waszej zagrywki leży kasa! Kasa to wasz jedyny bóg! PS. A czy nie moglibyście się trochę odchudzić? człowiek o figurze beczki smalcu nie budzi zaufania!
Osobiście może bym nie użył podobnych słów i metafor jak pani Kora i komentator, ale jednak w tym coś jest na rzeczy.
Zatem na temat Kościoła w tym poście już w zasadzie dosyć. Dodam jeno, że obserwowałem postęp w rozwoju niektórych chorób jakie rozwijały się w łonie polskiego Kościoła wzorem złośliwego raka, jak chociażby jego faszyzacja, szerzenie fanatyzmu maryjnego, degradacja wiedzy medycznej poprzez jakąś tam klauzulę sumienia, powodując straszne w swej wymowie skutki (brak badań prenatalnych i owa klauzula doprowadziła w ostatnich dniach do urodzenia się dziecka bez rąk i nóg), pobudzanie chuligańskich instynktów wśród kiboli w imię miłości do częstochowskiej Panienki. Pisałem o naszym rodzimym szkolnictwie wyższym. Jak wiemy do tej pory, żaden absolwent polskiej uczelni nie został laureatem Nagrody Nobla, poza literackimi, ale to już wynika nie z nabytej wiedzy a wyłącznie z talentu wrodzonego. Pisałem też o przypisywaniu nam Polakom przez zagranicę obozów koncentracyjnych. Po trosze sobie na to zasłużyliśmy, bo mimo, iż w Yad Vashem znajdują się tysiące nazwisk tych Polaków którzy ratowali Żydów w okresie wojny, to jednak jest coraz więcej literatury pokazującej polskich szmalcowników, a nawet zabójców całych rodzin żydowskich dla szybkiego wzbogacenia się. Nie ma co chować głowy w piasek. To byli katolicy, a wśród nich również bardzo bogobojni katolicy.

Rekomendowałem swoim Czytelnikom niektóre, przeczytane przeze mnie książki i obejrzane wartościowe w moim mniemaniu filmy. Przy okazji polecam tym, którzy mają silne nerwy i należycie ustawioną wrażliwość, książkę pani Anny Janko pt. „Mała Zagłada” opowiadającą bardzo dokumentalnie i plastycznie o zagładzie wsi Sochy na Zamojszczyźnie. Tę literacką pozycję państwo powinniście przeczytać, chyba że jak powiadam, nie jesteście w stanie przetrawić aż takiej grozy, opakowanej w straszliwą zbrodnię dokonaną na kobietach, mężczyznach i dzieciach polskich. M.in. tych, które zostały wywiezione do Niemiec i do dzisiaj żyją w nieświadomości swego pochodzenia.

 
Aby odskoczyć od tematów smutnych, mało optymistycznych, w kilku postach napisałem o ogrodach. O tych z wyobraźni, z którymi fizycznie nigdy się nie zetknąłem i o tym z którego jako dzieciak smakowałem owoców, ale i w którym ciężko pracowałem, pomagając rodzicom. Jedna z komentatorek (nie podpisała się), zasugerowała bym wzorem opisu ogrodu poświęcił jeden post lasom polskim, jako że one również się dobrze komponują w pozytywnym aspekcie ciepła przyrodniczego. Otóż liryczne przykłady z leśnym tematem znajdujemy w wielu polskich i zagranicznych utworach literackich i to niekoniecznie. W ”Panu Tadeuszu” Mickiewicza, ale też np. lasek wiedeński, który to temat posłużył Johannowi Straussowi za inspirację do tworzonej przezeń muzyki. (Opowieści Lasku Wiedeńskiego). Ja sam las postrzegam wyłącznie w aspekcie właśnie lirycznym. Lubiłem i lubię spacerować po lasach chociażby dla usłyszenia ptasich treli nawołujących się wiosną do wspólnego zakładania gniazd w celu przedłużenia gatunku. Lubiłem i lubię zbierać owoce lasu w postaci grzybów, oraz poziomek, jagód i jeżyn, ale najbardziej lubię oddychać czystym, żywicznym powietrzem. Wiem, że prawdziwków należy szukać w ostępach dębowych i sosnowych. Koźlarzy w tych obszarach gdzie rosną brzozy i olchy, natomiast gąsek, tych zielonych i szarych w lesie młodym. Tam też znajdziemy maślaki. Nie ma natomiast reguły, gdzie rosną podgrzybki zwane czarnymi łebkami. Tak, wałęsanie się po lasach to miła czynność, z tym, że nie zawsze mi było dane mieszkać w okolicach lasów, obecnie akurat też nie, ale gdy tylko warunki pozwalają nam (mnie i Małżonce) na to, by zajrzeć do tej oazy ćwierkającego ptactwa i przebiegających dzików, saren i zajęcy korzystamy z tego z wielką ochotą.

Fotki od góry:
1.Kora, piosenkarka polska.
2.Symbolika polskiej oświaty.
3.Rekomendowana książka.
4.Fragment polskiego lasu.

środa, 25 lutego 2015

TERMINATORZY




Terminator, słowo przywołujące w mojej świadomości tytuł filmu amerykańskiego, z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej w reżyserii Jamesa Camerona. Dzisiaj, gdy się zastanowić, to tenże jakże praktyczny termin „terminator” mógł w przeszłości, a nawet w teraźniejszości pasować do wielu odniesień. Mam bowiem na myśli sposób i przebieg studiów na tzw. prywatnych uczelniach. Tu i ówdzie słuchy mnie dochodzą, a i czytam w adekwatnej prasie, że wystarczy się zapisać na obojętny kierunek w takiej uczelni, gdzieś np. w Ostrołęce czy innym Pierdziszewie, by po upływie zaplanowanego czasu studiów opuścić ją z dyplomem magistra. Warunek sine qua non, to sumienne opłacanie czesnego, bo samą pracę magisterską można kupić na rynku albo zerżnąć z internetu. Takie szkolnictwo jest bardzo dochodowe. W zależności od popularności kierunku i tzw. obłożenia, trzeba zapłacić kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych za semestr. Uczestnictwo, a dokładniej uczęszczanie systematyczne na wykłady nie jest bezwzględnie konieczne. Wykładowcy też mało znani, bowiem jeszcze do niedawna trzymający się w kilku uczelniach na ćwierć etatu, nie mogli pozwolić sobie na kilkugodzinne przebywanie na jednej uczelni i wikłaniu się w egzegezy i zawiłości nauki. Czas ich poganiał na kilka innych, gdzieś tam do Supraśla lub Garwolina, na których też mają po ćwierć etatu. To się im bardzo opłacało finansowo i organizacyjnie, chociaż nie zawsze zgodnie z prawem, jako że łatwo było uniknąć części należnych podatków. Terminatorzy o tym doskonale wiedzą i wykorzystują tenże uczelniany bajzel. Wiedzą, że profesor zanim wpisze do indeksu w czasie zaliczeń ocenę niedostateczną, mocno się zastanowi, bowiem relegowanie studenta z różnych powodów (chociażby za brak należytej wiedzy) przyczynia się do zubożenia kasy uczelni, a więc i jego uposażenia. Student zatem by zdobyć wyższe wykształcenie odbywa „termin”, a sam staje się przysłowiowym właśnie „terminatorem”. W Polsce jest ponad 150 takich „wyższych” uczelni, wiele z nich o proweniencji katolickiej, chociażby uczelnia Rydzyka w Toruniu, w których tryskają „wulkany wiedzy” empirycznej. Na świecie jedynie dwa polskie państwowe uniwersytety, UJ i UW notowane są gdzieś na pozycji między czterysta a pięćset. Uczelnie które „terminują” studentów nie są w ogóle odnotowywane w żadnym katalogu. Absolwent opuszczając mury takiej uczelni z dyplomem w kieszeni ambiwalentnie spogląda na swą przyszłość. Cieszy się, że od tej chwili zaliczył się raz na zawsze do tej części społeczeństwa, która górnolotnie lokuje się w grupie ludzi wykształconych, nieważne na ile wykształconych, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że takiego absolwenta jak on, nie zatrudni żaden szanujący się zakład pracy. Trzeba liczyć wyłącznie na tzw. plecy albo inne znajomości, co u nas w Polsce jest absolutnie naturalne, słuszne i zbawienne. Magistrów terminatorów się po prostu odrzuca, szczególnie teraz w okresie tak dużego bezrobocia. Wydawałoby się, że należy się cieszyć z tylu studentów i uczelni, bo tym podnosimy ogólną kulturę i mądrość narodu. Niestety jest to wciąż niezauważalne.

 
Kilkanaście lat temu, gdy sam pracowałem w dziale pracowniczym (kadry) w bardzo interesującym i bardzo potrzebnym społecznie zakładzie pracy, w przypadku gdy trzeba było uzupełnić lukę po tych co odeszli na emeryturę, byli zwolnieni dyscyplinarnie, albo po prostu porzucili pracę, odwoływaliśmy się do ogłoszeń w prasie by szukać następców, oczywiście z wyższym wykształceniem, czyniliśmy zastrzeżenia, iż chodzi o absolwentów uczelni państwowych. Podania i CV wszystkich terminatorów były odrzucane bez zawracania sobie głowy. I tak jest do dzisiaj. Absolwent „terminu” plus znajomości, to dopiero jest coś, to daje jakąś tam gwarancję zatrudnienia, oczywiście jeżeli „terminator” sprosta obowiązkom na powierzonym stanowisku pracy. Ale, ale.

 
Terminator kojarzy mi się z czasami już zamierzchłymi, gdy w celu przysposobienia do zawodu oddawało się do terminu syna lub córkę (częściej syna) do krawcowej, kowala, rzeźnika, czy też szewca. Opowiadał mi Dziadek, że aby syn z biednej rodziny w przyszłości zdobył zawód kowala musiał terminować w kuźni, z tym że pierwsze pół roku musiał siedzieć w koszu podwieszonym pod sufitem i obserwować werbalnie roboty kowalskie wykonywane przez majstra i jego czeladnika. Oczywiście nie cały czas przebywał w koszu, bowiem wtedy gdy majster miał przerwę, czekała na niego inna praca, np. pomoc pani „kowalowej” przy obrządkach zwierząt, szorowaniu podłogi, obieraniu ziemniaków i innych. Po upływie pół roku schodził z kosza i oficjalnie pomagał kowalowi podtrzymywać miechem palenisko, a także tłuc w rozpalone żelazo młotkiem. Do kosza wchodził nowy terminator. Ten który odchodził z terminu otrzymywał tytuł czeladnika. Może to śmieszne, ale myślę, że wielu opuszczających polskie prywatne uczelnie miast tytułu magistra (mistrza) mogłoby szczycić się podobnym, adekwatnym tytułem.

niedziela, 22 lutego 2015

MŁODYM BYĆ ...



 
Piosenkę śpiewał  Fogg, a dalej śpiewa ku pokrzepieniu serc tym wszystkim, którzy może nie zawsze potrafili się cieszyć ze swojego szczenięcego wieku, Jerzy Połomski. Młodym być, a kiedyż to było, grubo ponad pół wieku temu. Mam na myśli owe lata szczenięce. Ciekawe, że im człowiek starszy, im bardziej pochyla się ku drodze po której drepce do apteki po leki geriatyczne, lub do pobliskiego sklepiku po twarożek, mleko i płatki owsiane, tym bardziej odkrywa w zakamarkach pamięci swoje dzieciństwo. Ze mną akurat tak jest. Jako dziecko w wieku zobowiązującym do uczęszczania w progi szkoły podstawowej praktycznie żyłem przy Rodzicach i Rodzeństwie. Dalej, to wyłącznie w wakacje. Rodzice ani mnie, ani młodszego rodzeństwa zbytnio nie oszczędzali. Zaraz po powrocie ze szkoły, do której mieliśmy ok. trzy kilometry, zrzuceniu z pleców teczek i spożyciu obiadu, maszerowaliśmy do prac w gospodarstwie. A gospodarstwo to kilkanaście hektarów ziemi uprawnej i blisko trzy hektarowy sad. Roboty dla nas więc było w bród, tym bardziej , że Ojciec musiał zrezygnować z siły najemnej ze względu na ciążącą na nim łatką kułaka, co wprost prowadziło do ubeckich wizyt w naszym domu. Mimo to nie udało mu się do końca uniknąć „wypoczynku” w celi stalinowskiej katowni. Na szczęście po pół roku wrócił, zasługa Mamy i Jej pieniędzy. Chciałbym tu powiedzieć, że praca w ogrodzie, chociaż nie należała do najlżejszych (przycinanie drzew, karczowanie pieńków, orka między zagonami, dźwiganie skrzynek z owocami) była dla mnie pewną lepszym wyborem. Może dlatego, że osobiście nienawidziłem grzebania się w ziemi bezpośrednio rękami.
 
 
Ogród, a raczej sad był poprzedzielany alejkami (ścieżkami), które jednocześnie wyznaczały rodzaj kultury agrarnej, ale też odmiany owoców. Z zamkniętymi oczami trafiałem do wczesnych czereśni, albo innych owoców, do smaku których organizm już tęsknił po zimie i wiośnie. Wiosna oczywiście była cudowna. Patrząc z domowego strychu na ogród widziało się ocean białych i różowych kwiatów uśmiechających się do słoneczka, a zapach jakim owe drobne kwiatki generowały wpadał do mieszkania, powodując natychmiastowy i do tego twardy sen po ciężkiej całodziennej pracy.Pożnym wieczorem, szczególnie w czerwcu nie miałem odwagi sacerować po ogrodzie. Po prostu bałem się milionów chrabąszczy krążących nad nim. A lekcje niestety odrabialiśmy też dopiero wieczorem przy naftowej lampie. Dzisiaj, chociaż sadu już dawno nie ma, po przeszło pół wieku potrafię sobie odtworzyć w pamięci wszystkie sektory sadu, w których rosły poszczególne odmiany jabłoni, grusz, śliwek, a i krzewów porzeczkowych. Z samego rana, gdy słoneczko wspierało się już na promykach, biegłem pod smukłe i dostojne jak modelki na wybiegu grusze salisbury, albo rozłożyste i rosochate, jak stare baby z koszem jaj na prowincjonalnym targu, jabłonie koszteli, że podeprę się damską metaforą, bo nas dzieciaków najbardziej pociągały owoce słodkie.
 
 
Im bardziej słodkie tym bardziej atrakcyjne. W sektorze grusz puszyły się też swoimi owocami bery, klapsy, król Sobieski i inne, ale zielona i jednocześnie bardzo słodka i soczysta salisbura była dla nas dzieciaków ponad wszystko i tylko można było ją zastąpić blokiem z masy kakaowej, albo chałwą. Podobnie szczęśliwym dla nas był czas dojrzewania śliw, takich jak renkloda, czy też ulena. W sektorze śliwek największą populacją oczywiście były węgierki, chętnie nabywane przez mieszkańców miasta , ale i wsi, bo w owym czasie nie było w okolicy zbyt dużo dobrych sadów, a już na terenach Warmii i Mazur szczególnie, dlatego większość owoców z naszego ogrodu była wywożona na rynki Giżycka, Mrągowa i Szczytna. Oczywiście głównym naszym produktem były jabłka, jak na owe czasy dość nowoczesnych odmian. Niektóre spod ręki doświadczalnej profesora Pieniążka. Nie wszystkie odmiany się do dzisiaj zachowały wśród producentów, a były to jak sięgam pamięcią, grochówka, oliwka czerwona, antonówka, glogierówka, grafsztynka, koksa, kosztela, kronselka, malinowa oberlandzka, boiken, dwa rodzaje renet i jonatan. Nasza piwnica, specjalnie do przechowywania owoców, zbudowana jeszcze za pradziadka, a więc w latach odzyskania przez Polskę Niepodległości składała się z trzech pomieszczeń wyposażonych w długie półki na których rozkładano delikatnie na odpowiednią wysokość jabłuszka, które co jakiś czas przebierano w celi eliminacji tych które zdradzały oznaki nadpsucia. Okrywane słomianymi matami mogły przeleżeć nawet przez srogie mrozy do następnego lata. Każde wejście do owocowej piwnicy to uderzające spotkanie z potężną falą przemiłych krzyżujących się zapachów, podobnie jak wiosennego kwiecia na łąkach i polach uprawnych łubinu, seradeli, albo innych pobudzonych do wydzielin zapachowych przez pszczoły i chrząszcze. Pradziadek w moim mniemaniu zasłynął z dwu powodów.
 

 
Po pierwsze, to przegrał w karty z miejscowym proboszczem i szlachcicem pół gospodarki, po drugie zaś dlatego, że zbudował w szczycie stodoły elegancką sławojkę zanim premier Sławoj -Składkowski nakazał budowanie wygódek w sposób obligatoryjny. Do dzisiaj ta „budowla” stanowi relikt tamtych czasów. Nasz dom w okresie lata, chociaż stoi na odludziu, nie był widoczny z drogi dojazdowej, bowiem całą swoją bryłą tkwił w ogrodzie, jedynie jego front „spoglądał” na podwórze, oraz duże inspekta, w których pod podnoszonymi oknami wzrastały, w oczekiwaniu na klientelę rozsady kapusty, pomidorów, całego zestawu włoszczyzny, ale też kwiatów, szczególnie stokrotek i bratków, tak chętnie nabywanych dla upiększania grobów. Oczywiście rosły tam też kwiaty wyłącznie dla domu, jak lwia paszcza, lilie zwane smolinosami, róże, astry, chryzantemy, a także inne byliny, których nazwy już nie pomnę. Zaraz za oknami rosła maciejka.
 

Od strony południowej dom nakrywał częściowo swoją czapą ogromny orzech włoski, kilka lat temu zniszczony oburzonym na jego dostojność złośliwym piorunem. Tak oto świdrując pamięć odnajduje swoją szumną i durną młodość, którą wielu z nas wiekowych ludzi stara się przywoływać, a rzeczywiście warto, bo każda młodość jest piękna, chociaż często chmurna i durna.

PS: Bodajże dwa lata temu w jednym z postów wyłuszczyłem wszystkie odmiany drzew owocowych, bogactwo mojego rodzinnego sadu. Przepraszam zatem jeżeli zanudzam bieżącym postem.

Fotki od góry:
1.Sad owocowy.
2.Ślinka cieknie.
3.Czereśnie, ach czereśnie
4.Tonie w kwiatach.
5.Orzech włoski.

piątek, 20 lutego 2015

ZABOLAŁO



Zabolało. Mocno zabolało. Chodzi o wypowiedź aktora i reżysera Krzysztofa Pieczyńskiego w telewizji na temat Kościoła katolickiego w Polsce współczesnej. A clou wypowiedzi było to, że „Celem Kościoła w Polsce jest władza. Władza i pieniądze”.
 




Otóż z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem obejrzałem i wysłuchałem dyskusji dwóch polskich aktorów Jerzego Zelnika i Krzysztofa Pieczyńskiego w programie „Tak jest” w TVN 24 w dniu 16 lutego 2015, a Pieczyński m.in. mówił: Każdy mój kontakt z Kościołem katolickim jest kontaktem, w którym moja godność ludzka i moje prawa obywatelskie są deptane.", oczywiście ku oburzeniu Zelnika, jak wiadomo nie tylko przesiąkniętego do szpiku kości zapachem krucht, ale też ścisłego oblubieńca i fana PIS, oraz samego Jarosława K. Pomijając natychmiastową wściekłość prawicy i duchowieństwa, na forach internetowych, oraz w prasie natychmiast pojawili się komentatorzy, którzy podobnie jak ja z uszanowaniem dla rozumu ludzkiego odebrali wystąpienie aktora, np. słowami: Zgadzam się całkowicie z Panem Pieczyńskim - brawo! Szkoda tylko, że jest jednym z niewielu bardzo przytomnych ludzi w naszym kraju, bez względu na wykształcenie. Przykro tylko niestety, że jest aż tylu ciemniaków, prostaków parafialnych, omamionych sektą kościelną. Z kolei na Fb napisałem: Panie Krzysztofie, dziękuję Panu w imieniu milionów Polaków którym pokazał Pan że warto się otworzyć i śmiało stawić czoła podobnym oszołomom jak pański rozmówca Zelnik. Nigdy nie przypuszczałem, że można się aż tak zeszmacić jak ten nasz krajowy kreator Faraona. Inni wyrażali podobne komentarze:
 



Dziękuję panie Krzysztofie. Prezentuje pan odwagę, mądrość i erudycję. Nareszcie ktoś zabrał głos i w moim imieniu. Ja się w naszym kraju czuje jak "outsider", napiętnowana bo nie należę do tzw. "większości" bogobojnych katolików. Tak, jesteśmy krajem wyznaniowym i nietolerancyjnym i oby Polacy przejrzeli na oczy, tym bardziej, że pan Pieczyński mówił dalej, że Kościół katolicki jest właścicielem tego kraju i Polacy muszą odzyskać ten kraj, to znaczy - Polska musi się stać krajem świeckim”. Jego zdaniem i nie tylko jego, bo ok.40% rodaków uważa, że Polska jest krajem wyznaniowym, bo wszyscy, niezależnie od wiary czy niewiary płacą na Kościół i z tego wynika bezkarność Kościoła.


Moja ocena jest taka, że posłużę się słowami red. Mariusza Max Kolonko: Jestem jednym z kilkudziesięciu milionów Polaków. Jedni są bez analizy i przemyśleń bardzo związani z Kościołem, ponieważ nie potrafią oddzielić świeckiego dobra od zła. Wolą przyjmować bez prostej analizy, na słowo (ponoć słowo Boże) to, o czym mówią ich pasterze odziani w sukienki, zaś inni usiłują uruchamiać swoje komórki mózgowe po to , by oddzielić ziarno od plew. Wiadomo, że w sytuacji, gdy przewaga plew nad ziarnem jest bardzo zatrważająca chleb z owego paskudztwa staje się jeszcze obrzydliwszym paskudztwem. Takim chlebem z domieszką brukwi żywiono skazanych na śmierć krematoryjną. My Polacy w masowej skali nie godzimy się na podobne traktowanie i o to właśnie chodziło panu Pieczyńskiemu. Osobiście nie mam nic przeciwko katolikom, broń mnie Boże (nieistniejący). Znam wielu z nich, w tym nieźle wykształconych, ale są to ludzie którzy właśnie zgodnie z rozumem potrafią uczciwie oddzielić ziarno od plew. Nigdy natomiast nie jestem w stanie zrozumieć takich zamroczonych celebrytów jak aktor Jerzy Zelnik, aktorka Katarzyna Łaniewska i wszystkich tych, co to potrafią wykrzykiwać swoje „racje” pod krzyżem każdego dziesiątego dnia miesiąca, obok Jarosława, co to ma Polskę zbawić. Trzeba jak najszybciej w sposób rzeczywisty zgodnie z zapisem konstytucyjnym oddzielić Kościół od państwa, bo dzisiaj właściwie nasze państwo czyli Polska jest własnością Kościoła katolickiego, czyli de facto kolonią Watykanu. Powszechnie jest znana wypowiedź naszego publicysty satyryka Stanisława Tyma; „Przed wojną Polska miała Kościół, dzisiaj Kościół ma Polskę”.



Po prawdzie powinno mi być obojętnym to co się dzieje na styku państwo-Kościół. Sam jestem i czuje się wykluczonym z prawa kruchtowego, zresztą na własną prośbę, ale też jestem płatnikiem podatkowym na tę instytucję i obserwatorem, a przy tym krytykiem poczynań biskupów, coraz natarczywiej wtrącających się do stanowionego prawa, dyktujących Sejmowi co i w jakiej formie ma uchwalać, zaglądających pod kołdry i między nogi polskim kobietom, a jednocześnie rozpasanych w bogactwie, dostatku, nienasyceniu, ale też rozpuście seksualnej, (pedofilia). Od czasu ratyfikowania tej haniebnej umowy z Watykanem przez prezydenta Kwaśniewskiego, ofiarowaliśmy Kościołowi ok. 220 miliardów złotych. Zobaczcie bracia i siostry jak im Bóg błogosławi. Dlatego też taki głos jak wypowiedź publiczna pana Krzysztofa Pieczyńskiego uważam za cegiełkę wyjętą z twardego, ale już bardzo zmurszałego muru. Dzięki takim głosom, (wyjętym cegiełkom) tenże mur da się łatwiej rozmontować podobnie jak znienawidzony mur berliński. To potrwa, ale tylko dzięki podobnym wypowiedziom moc truchleje. Amen.

Fotki od góry:
1.Dialog aktorów
2.KK każe, wojsko musi
3.Biskup opój w mundurze generała
4.Czyj że ten pałacyk?.




 

 
 
 

środa, 18 lutego 2015

MELANCHOLIA Z NUTKĄ OPTYMIZMU





Luty. Chyba jeszcze nie przedwiośnie, ale na pewno już przedsionek. Kalendarzowo jeszcze zima. Ale co to za zima bez odrobiny śniegu, zima wręcz wirtualna. Prawdziwe zimy bywały za naszej wczesnej młodości, gdy z domu do drewutni szło się tunelem wykopanym w śniegu na wysokość chłopa. Tymczasem słoneczko rozsiewa promyki zwiastujące nadzieję tym, którzy oczekują prawdziwego przedwiośnia, podobnie jak literacki Cezary Baryka szklanych domów. Nie jest to słoneczko z intensywnie nasyconymi promieniami. Wydawałoby się, że wstydliwie, a w każdym razie nieco skrępowanie, próbuje szukać u ludzi zrozumienia, że nie z jego winy na kilka miesięcy oddaliło się od nich. W końcu nie ma za co przepraszać. Musi odpocząć, bowiem intensywnie przez większość roku rozleniwiało miliony powalających się na plażach, zachęcało kwiaty do rozchylania kielichów ku radości właścicieli ogródków, pobudzało zasiewy do wegetacji, przyspieszało dojrzewanie owoców i winorośli. Tymczasem jest luty. Spoglądam przez okno i widzę ludzi ubranych niestety w zimowe ciuchy, mimo słoneczka zawieszonego stosunkowo jeszcze dość nisko na firmamencie. Aliści luty to nie jest jeszcze najgorszy czas w kalendarzu, chociaż już oczekujemy na pierwszy świergot ptaszków, tych co to wracają z krajów cieplejszych niżeli Polska, ale też tych, co to jakimś, im tylko wiadomym sposobem udało się przetrwać mroźną zimę nad Wisłą, często dzięki pomocy człowieka (karmniki wypełniane ziarnem, szpyrki słoniny podwieszane na drzewach, ulubiony pokarm sikoreczek). Dla mnie, ale zapewne nie tylko, jednak najgorszym miesiącem jest listopad. Zimno, plucha, walające się zbutwiałe liście, przykrywające resztki co jaśniejszych placyków, a także cmentarnych grobów, tych co to rodziny wysprzątały na Święto Zmarłych. Chodząc po cmentarzach (szczególnie starych), co jest moją ulubioną czynnością, z powodu zamiłowania do historii, zauważam, że tabliczki nagrobne pokazują, że najbardziej śmiercią ludzi obdarzał listopad. Nie lubię go, podobnie, jak moja ukochana wrażliwa i krucha Połówka, cywilnie tytułowana Małżonką. Dzisiaj stan zdrowotny nie pozwala mi na wojaże, ale gdy tylko uda się przezwyciężyć chorobę, w każdy listopad udamy się choćby w polskie góry. To czas gdy poza odgłosami jesiennych ptaków i szumem jodeł nie uświadczysz przewalających się w tą i z powrotem tłumów turystów. Co prawda dolinami Kościeliską i Strążyską spacerowaliśmy w kwietniu. Słoneczko słało złote promienie przez jeszcze drobniutkie liście buków, a biegnący opodal strumyk górski olśniewał niemal włoskim lazurem. Milutko. Ot tak mi się zebrało na wspomnienia. Listopad, ten listopad melancholijny, który nie bez kozery Mickiewicz wykorzystał bodaj we wszystkich częściach „Dziadów”, gdy los się do nas uśmiechnie, wykorzystamy na dalsze górskie (ale przyziemne) wędrówki, tam gdzie osobiście byłem i skąd wracałem oczarowany.
 


Musimy dowlec się do Doliny Pięciu Stawów, gdzie bodajże na polanach najszybciej pokazują się światu krokusy, fiołki i szarotki. Zapewne nie wybiorę się już po raz drugi piechotą na Kasprowy Wierch, bowiem szczególnie ostatni odcinek jest przynajmniej dzisiaj przeze mnie, nie do pokonania. Co innego moja przyboczna „kozica”, ale przecież nie odważy się beze mnie na solowe rajdy, chociaż podczas ostatniej wyprawy w Tatry, gdy zbyt się zmęczyłem nie darowała sobie i pofrunęła dalej, zostawiając mnie za obopólną zgodą na przydrożnej prowizorycznej ławeczce. Mam nadzieję, że pochodzimy więc jeszcze np. Doliną Chochołowską, ewentualnie wyprawimy się, przynajmniej częściowo piechotką do Morskiego Oka, bo przecież nie ma nic bardziej romantycznego niżeli włóczenie się z kimś bliskim, kochanym ścieżkami górskimi, przy których można spotkać przydrożne maleńkie kościółki, wręcz kapliczki, przy których prosty naród góralski znajdował upragnione ukojenie. Żałuję, że skończył się czas, gdy bez większego wysiłku łaziłem po Czerwonych Wierchach, do Doliny Pięciu Stawów, czy też na Zawrat. Dzisiaj tylko ten czas można powspominać przy kawce i kropli dobrego winka. A wspomnienia budzą się właśnie teraz, już w lutym, gdy słoneczko jakby prowokuje i generuje ochotę na dalsze wyprawy... tylko to zdrowie. Cóż, pożyjemy, zobaczymy, jak powiadali ... starożytni Rosjanie.


Foto: kwiaty Tatr polskich i słowackich.

niedziela, 15 lutego 2015

BRUNATNA SUTANNA


 
 
Niepojęte, że takie opinie publicznie głosi katolicki ksiądz - komentuje Rafał Pankowski, naukowiec z Colegium Civitas, działacz antyfaszystowski Stowarzyszenia Nigdy Więcej. - Tacy księża jak Wojciech Lemański czy Adam Boniecki mają nałożony przez przełożonych zakaz wypowiadania się publicznie, natomiast na tak groźne i skrajne komentarze nikt nie reaguje. Propagowanie faszyzmu czy jakichkolwiek ideologii totalitarnych jest w naszym kraju zabronione przez Konstytucję i Kodeks karny. A sprawa dotyczy księdza, miłośnika faszyzmu Romana Kneblewskiego z Bydgoszczy, o którym głośno na polskich forach internetowych. Ciekawym jestem jego życiorysu od tzw. poczęcia. Kim są (byli) rodzice faszystowskiego katabasa, że w jego krwiobiegu krąży ideologia rodem z Mein Kampf. Do jakiej to szkoły uczęszczał Romcio i kto go uczył zanim trafił pod skrzydła seminaryjne, gdzie akurat nie przywiązuje się uwagi do prawdy historycznej, aczkolwiek wiadomo wszech i wobec że naziści wymordowali w czasie okupacji tysiące księży katolickich, w tym dwóch biskupów diecezji płockiej: (abp Nowowiejski, oraz bp Wetmański). KL Dachau pochłonął najwięcej Polaków odzianych w sutanny. Ale księżulo ideolog faszyzmu tej informacji się nie doczytał ani w „Niedzieli”, ani w „Naszym Dzienniku” Rydzyka, chyba że ofiary zakwalifikował do tzw grupy księży patriotów, czyli wrogów okupanta z swastyką.
Kapłan coraz bardziej radykalizował się w swoich wypowiedziach, został nieformalnym kapelanem wszechpolaków i narodowców, czemu akurat się nie dziwię. Swoimi przemyśleniami dzieli się z wiernymi z ambony i w internecie. Wygłasza antysemickie tyrady w kanale Gloria.TV, zamieszcza skrajnie radykalne opinie na otwartym profilu facebookowym obserwowanym stale przez prawie 2 tys. ludzi.
Ciekawe w jakich to środowiskach znajduje słuchaczy i czytelników. Podejrzewam ,że zbytnio chłonął przemyślenia kard. Stefana Wyszyńskiego, który jeszcze zanim żołdak Hitlera stanął na polskiej ziemi pod niebiosa wychwalał społeczno-polityczne zamiary furiera III Rzeszy. A oto poglądy zamieszczone przez Stefana Wyszyńskiego w „Ateneum Kapłańskim” w latach 1932-1939: „Zasady wychowawcze nacjonalizmu niemieckiego są WZORCEM dla innych narodów.
„Dzisiejsza III Rzesza podjęła tytaniczną próbę realizacji wielkiej idei, która ma przynieść odrodzenie ludzkości. Niemcy stały się obok Włoch rzecznikiem ideologii o zasięgu ogólnoludzkim.”
„Dzisiejsza Trzecia Rzesza reprezentuje nie tylko określony system polityczny. Podejmuje ona tytaniczną próbę urzeczywistnienia wielkich idei, mających przynieść odrodzenie ludzkości”. Brrrrrr.

Nie wspomina się też o fakcie, że kardynał Wyszyński w specjalnym orędziu we wrześniu 1968 r. poparł inwazję wojsk polskich na Czechosłowację w celu stłumienia tam próby reform demokratycznych. Zatem nie wykluczone że Wyszyński popierał komunizm w Polsce i na świecie, a jego pobyt w odosobnieniu wraz z Gomułką, przyszłym I Sekretarzem PZPR to tylko przykrywka.
W 1972 r. na wniosek Wyszyńskiego Watykan ostatecznie zerwał stosunki dyplomatyczne z polskimi władzami na emigracji, co oznaczało de facto prawne uznanie przez Kościół komunistycznej Polski. Rozpoczął się okres jawnej kolaboracji prymasa z komunistami. Tak, tak, kolaboracji. Stefan kardynał Wyszyński określany prymasem Tysiąclecia jest tym, który utorował drogę Karolowi Wojtyle na stolec papieski. Być może tak, być może nie, ale coś w tym jest, bo Wojtyła jako papież JPII bardzo sobie chwalił towarzyskie spotkania z faszystami., chociażby z Pinochetem i innymi przywódcami junt wojskowych w Ameryce Południowej, gdzie dożywali pławiąc się w zrabowanym luksusie uciekinierzy esesmańscy. Ponadto z ochotą nadawał tytuły świętych byłym zbrodniarzom wojennym. Jako charakterystyczny przykład stanowi wniesienie na ołtarze rzeźnika Serbów oraz Żydów bpa Alojzego Stepinaca z Chorwacji. , Tak, tak, ten nasz święty santo subito jest wart tyle, ile warta jest świętość nadana Jego ręką właśnie Stepinacowi, Matce Teresie i wielu innym, których nazwiska dla dobra chociażby tak mocno w Polsce zakorzenionej religii nie należy przywoływać. Póki co Bydgoszczanie obudźcie się. Czyż nie pamiętacie swojej krwawej niedzieli w pierwszych dniach najazdu hitlerowców, którzy na pasach mieli wypisane że Bóg jest z nimi, oczywiście za zgoda innego papieża Piusa XII, ulubieńca III Rzeszy i Adofa H.

 

środa, 11 lutego 2015

CO TO JA CHCIAŁEM...


Kiedy mama poszła ze mną do kościoła, bo chciała mnie ochrzcić i powiedziała księdzu że jestem z in Vitro, on na to odpowiedział: "Ale wie pani, nie ma takiej możliwości, to jest dziecko bez duszy, ono nie ma prawa istnienia!" - mówi 22-letnia Karolina Wolf, jedna z najstarszych Polek urodzonych dzięki tej metodzie. Po latach, przed 18 urodzinami moja mama do mnie podeszła i powiedziała "Karola, bo wiesz, ty jesteś invitrem". Jak to "invitrem"? - w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. To kwestia tego, że w Polsce nie mówiło się o tym. Nie miałam pojęcia, jak to wygląda, dlaczego, z jakiego powodu. I potem usiedliśmy, rodzice mi to wytłumaczyli... Byłam w lekkim szoku, ale to nie ma najmniejszej różnicy, pomyślałam. Nie ma.” Można by się tylko zastanowić nad techniką umieszczania tam tejże duszy, która przesądza o wartości człowieka. Czyżby była wstrzykiwana za pomocą fallusa?, skoro dziecko jako owoc naturalnego poczęcia ją posiada. Jeżeli tak, to przyznam że nabieram coraz większego szacunku dla mojego ….. za przeproszeniem fiuta.

Ale, ale, co to ja chciałem?.Dzisiaj Karolino, zanim poddasz analizie ten temat powinnaś wiedzieć, że Pius XI i XII byli przeciwni transplantacji jeszcze w 1952 r., gdyż człowiek NIE JEST panem swego ciała. Taka „otchłań” ciemnoty.. A dzieło Kopernika " O obrocie ciał niebieskich" zostało obłożone kościelną klątwą przez 300 lat .A to, że żywcem spalili Giordano Bruno za propagowanie odkrycia Kopernika. Ot, i takich mądrości nauczano i w gruncie rzeczy częściowo do dzisiaj naucza się młodych adeptów kapłaństwa w seminariach duchownych. Ksiądz nie należy do tych ludzi z którymi można podyskutować w cieniu nauk filozoficznych i socjologicznych. Ci, którzy byli najjaśniejszym światłem Kościoła w Polsce, czyli bp Życiński oraz ks. Tischner pomarli. Współczesnym zaś, czyli ks. Bonieckiemu, albo ks. Lemańskiemu zamyka się usta, a otwiera się OKO, ten ks. OKO, bo na cóż etyka klerykom. Oni są przygotowywani przez swoich wykładowców do nakłaniania wiernych, by materialnie dbali o Kościół., a więc ksiądz musi posiąść sztukę przekonywania swoich parafian, że bez ich Boga, no i enigmatycznej duszy życie nie ma sensu. Aż dziw bierze, że do tej pory nie popełnili zbiorowych samobójstw prawie wszyscy obywatele Szwecji, Czech czy Francji. Kiedyś któryś z mędrców kościelnych powiedział że dusza zjawia się w ciałku chłopca bodajże po 60 dniach ciąży, zaś u dziewczyn po dniach 90. I takie inne bla, bla, bla biorące się z wilgoci pochwy. Pominąwszy już sam aspekt jej (duszy) istnienia lub nie, to w owe bzdety mogą uwierzyć tylko ciemni parafianie (przypomnę, że słowo „parafianin” z greckiego, oznacza prostaka, pachołka), natomiast każdy myślący z przeciętną pojemnością IQ nazwie głosiciela owych mądrości na wpół idiotą. Podobnie ma się właśnie sprawa z in Vitro i nie tylko. Kościół cokolwiek dla niego jest niezrozumiałe umieszcza w modlitwie, czyli klepaniu pacierzy. By wyzdrowieć każe się modlić, by wygrać w totka każe się modlić, by nie wybuchła wojna każe się modlić, gdy żona nie może zajść w ciążę każe się modlić, ale gdy któregoś z urzędników Pana B. zaboli choćby odwłok, to natychmiast udaje się do najlepszych lekarzy. Gdy zagraża im śmierć to namawiają wiernych do modlitwy za jego zdrowie, zaś sami niezależnie od kosztów leczenia udają się do specjalistów, miast poddać się egzorcyzmom, tak często proponowanym ludziom świeckim. A przecież chyba zdają sobie sprawę, że dobry lekarz nie nabył wiedzy przy modlitwie tylko na prawdziwych nie teologicznych uczelniach. Tej wiedzy, przed którą się tak bronili od setek lat i z powodu której utworzyli watykańską bibliotekę ksiąg zakazanych, z powodu których z kolei na stosach spalili tysiące co mądrzejszych od nich ludzi. Tysiące ksiąg w których ta wiedza była zapisana na pożytek ludzkości niszczyli przez wieki. Dzisiaj, jak pisze w swej książce pt. „Sekrety Watykanu” John Thavis. Watykan to gniazdo zgnilizny moralnej (prawie od zawsze). To zbiorowisko purpuratów pomazanych rozpustą seksualną i niezmywalnym brudem zachowań. Tu od wieków wykuwała się wygodna dla kleru interpretacja Pisma Świętego. Tu decydowano o tym, co jest nauką a co bluźnierstwem. Szkoda tylko, że w zasadzie każdy katolicki kraj posiada takich prof. Zollów, Rzeplińskich i Chazanów, otoczonych kokonem władzy świeckiej, w przypadku Polski w osobach Komorowskiego, Kopaczowej i ponad połową składu parlamentarzystów, dla których wszelki postęp niewygodny Kościołowi pcha ich w czeluści piekieł.
Co to ja chciałem powiedzieć na koniec. Otóż szanowna Pani Karolino. Dla mądrzejszej części ludzkości stanowi Pani najlepszy dowód na to, że tylko nauka i jej owoce popychają ten świat mimo oporu ku postępowi, ku lepszemu i zdrowszemu życiu, wbrew odwiecznie rozsiewanej ciemnocie, li tylko dla wygody purpuratów. Na szczęście ogłupionych ubywa, dlatego „Pasterze” co pewien czas zarządzają skrupulatne liczenie swoich owieczek.

niedziela, 8 lutego 2015

W BÓLACH ZRODZONA


Słowo KONWENCJA w tych dniach wymieniane jest w wielu znaczeniach. Po pierwsze odbywają się zloty partyjne zwane konwencjami z okazji wyłanianych kandydatów na wybory prezydenckie. Pokazano Polakom więc kandydata PIS, niejakiego dr Andrzeja Dudę, którego rozpycha energia do tego stopnia, że nie będzie strażnikiem żyrandola, kandydatkę SLD, niejaką dr Magdalenę Ogórek, historyczkę Kościoła, która zapowiedziała powołanie Gwardii Narodowej na wypadek wojny, oraz całkowitą zmianę prawa w Polsce. Kandydatem PO pozostaje dotychczasowy prezydent Bronisław Komorowski. Spodziewamy się dalszych rozrywkowych konwencji partyjnych.

Najciekawszą jednak KONWENCJĘ, oczekiwaną od lat, ratyfikował wczoraj Sejm Rzeczypospolitej. Konwencje zakazującą stosowania przemocy w rodzinach, w tym szczególnie wobec kobiet. No i mleko się rozlało na wszystkie posadzki kościelne III Rzeczypospolitej.

To jest naruszenie podstawowych zasad cywilizacyjnych - ubolewa rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Józef Kloch. - Nie rozumiem postaw wielu posłów, co do których wydawało mi się, że moglibyśmy na nich liczyć. Okazało się, że zawiedliśmy się - komentował. ks. Kloch stwierdził, że posłowie zignorowali zdanie Episkopatu Polski, ale również Watykanu. Czyżby?. Czyżby rzeczywiście jest to naruszenie zasad cywilizacyjnych?, panie KKKKloch, kleszy Kidawo-Błoński., czy kim pan tam jesteś. Potwierdza się zatem to o czym pisałem na swoim blogu wielokrotnie, że zanim jakakolwiek Ustawa Sejmowa jest uchwalona, to jej treść robocza podlega lustracji episkopatu. Panie Kloch, jest akurat odwrotnie. To absolutnie zachowanie zgodne z zasadami cywilizacji. Dotyczy przynajmniej większości poselskiej. Tej większości, która już nie potrafiła chować twarzy przed wstydem, bowiem stało się to dopiero po kilku latach starań o to, by przynajmniej w tej kwestii dołączyć do cywilizowanej Europy.

Zgodnie z przewidywaniami okazało się, że w polskim Sejmie jest zatwardziała grupa posłów na co dzień uwięzionych w kruchtach kościelnych, a mentalnie wypuszczanych tylko na czas głosowań nad ustawami niewygodnymi Kościołowi katolickiemu. To posłowie (o ironio) Prawa i Sprawiedliwości w całości, oraz połowa wystraszonych gniewem proboszcza posłów PSL (koalicjant partii rządzącej). Ale nawet w partii, zwanej zbiorowiskiem liberałów europejskich, czyli Platformie Obywatelskiej znalazło się kilku buntowników. To Biernacki, Budnik i Staroń. Cała trójka to okruch z byłych czterdziestu rozbójników przynależnych konserwatywnej frakcji Gowina i Żalka, którzy to systematycznie blokowali przyjęcie każdej postępowej Ustawy ideologicznie niewygodnej Kościołowi. Dzięki oczyszczeniu z dewotów składu Platformy Obywatelskiej zapala się światełko w tunelu dla ostatecznego ustawowego załatwienia problemu in Vitro oraz legalizacji związków partnerskich, bo o rewizji Ustawy aborcyjnej mowy być nie może. Zbyt mocno w świadomości społecznej zaszczepiono przekonanie, że każda zygota to już człowiek, tak jakby ziarnko pszenicy to już bochenek chleba i to dość dobrze wypieczony.


Ja nie wiem, jakim wzrokiem posłowie PSL o nazwiskach Abraham Godson, z zawodu pastor chrześcijański, Kłopotek Gienio z zawodu poseł od lat 25, Waldemar Pawlak z zawodu generał straży ochotniczej. Janusz Piechociński z zawodu grzybiarz, ale też wicepremier, Marek Sawicki z zawodu minister od rolnictwa, ten sam co muzułmanom chciał sprzedawać świńskie mięso, oraz 14 innych niby chłopów, mogą patrzeć w oczy ponoć z miłości sakramentalnie poślubionym żonom i powiedzieć im, że zgodnie z uchwalonym (nie przez nich prawem) już bić ich nie mogą bezkarnie. Trochę niedobrze, bo i spowiadać się nie będzie z czego. Przecież z jednym grzechem i to za oszustwa podatkowe wstyd przystąpić do konfesjonału, a z łapownictwa przecież nie sposób się spowiadać, bo powszechnie wiadomo że nie jest to żaden grzech.



czwartek, 5 lutego 2015

NUDA VERITAS

Po pielgrzymce parlamentarzystów do "źródła mądrości" politycznej czyli Częstochowy, ma niżej zamieszczony rysunek naprawdę kolosalną wymowę. A gdy się czyta wypowiedż posła Błaszczaka z PIS, to nawet wcale nieutopijną, tak sądzę., pisze jedna z moich Czytelniczek.

Modlimy się przede wszystkim o to, żeby pomyślność Najjaśniejszej Rzeczpospolitej była zachowana, żeby przy łasce Bożej, przy wspomożeniu Pańskim, zorganizowali to wszystko, na czym zależy nam i przyszłym pokoleniom, a więc żeby tożsamość chrześcijańska Europy i Polski była zachowana. Dziś, w sytuacji, w której na Zachodzie naszego kontynentu ci, którzy rządzą wyrzekają się swojej tożsamości, tym ważniejszy jest głos z naszego kraju, z Polski”.
 
Tak powiadają wybrańcy narodu? Kto ich cholera wybierał? Pisałem o półmózgowcach w odniesieniu do zlotu kiboli na Jasnej Górze, a ci to kimże są?. Może ćwierćmózgowcami?. Tak mi na to wygląda. Zresztą jedni warci drugich. Gdy policja zamknęła przywódcę warszawskich kiboli za napaść na reportera telewizji, to w jego obronie stanęli murem posłowie Kaczyńskiego, ba nawet na odwiedziny z darami do aresztu udała się posłanka Kempa, oraz nieżyjący już senator Romaszewski.

A tak w ogóle to jak mamy zinterpretować fakt nadania orderu przewodniczącemu Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, panu profesorowi Rzeplińskiemu przez przywódcę obcego państwa Watykan. No jak!!!?, w podzięce za sprzyjanie Kościołowi katolickiemu. Oczywiście stało się to za zgodą prezydenta Komorowskiego, który konstytucyjnie zobowiązany jest na wyrażenie takowej w podobnych okolicznościach. Może pan prezydent miał bardzo słaby dzień, po prostu nie domagał po uciążliwych pielgrzymkach do sanktuariów i na uroczystości związane z koniecznością pochylenia się nad upamiętnianiem Żołnierzy Wyklętych, a może wyczerpany był po dekoracji medalam setek wciąż odnajdujących się bohaterów styropianowych. W każdym razie gdyby nawet, to Pałac się roi od wszelkiego rodzaju doradców i innych urzędników dbających o to, by pan prezydent nie popełniał czynów sprzecznych z Konstytucją na straży której wraz z Trybunałem stoi. Okazuje się, że tenże Trybunał uznał iż przyjmowanie wyróżnień chociażby w postaci orderów od obcych państw jest zgodne z Konstytucją RP, podobnie jak zgodny z nią jest podpisany (nielegalnie przez odwołany rząd Suchockiej) konkordat „regulujący” stosunki między państwem i Kościołem. Taka jest naga prawda. Nuda veritas, jak powiadał Horacy.

Rysunek górny: Trybunał postanowił uznać Konstytucję za niezgodną z Pismem Świętym.





poniedziałek, 2 lutego 2015

FIOLET TO JEST COŚ!


Temat wydawałby się nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. Przynajmniej dla mnie, bo w blisko 30% moich felietonów nawiązuję do niego. I tu zanim się uruchomię powiem, że nie jestem otwartym wrogiem ludzi „skażonych” (jak to niektórzy powiadają), homoseksualizmem. Każdą orientację seksualną traktuję na równi. Każdy człowiek jest dla mnie człowiekiem, a jak wiadomo: człowiek to brzmi dumnie, co podpieram obrazem Caravaggia Ecce Homo stanowiącym podpis pod obrazem biczowanego Chrystusa. Nie godzę się natomiast na żadne, choćby odpryski obłudy i hipokryzji, a właśnie z nią mamy do czynienia w Kościele katolickim, poprzez:

  • pogardę dla kobiet, szczególnie starych ( tych bez cennego majątku)
  • ukrywany seksualny pociąg do młodych chłopców.
  • ideologię gender, czyli próbę przykrycia pedofilii księży.
  • kłamstwa dot. in Vitro, oraz stosowania antykoncepcji.
  • wzajemne homoseksualne zaspakajanie chuci (tajemnica poliszynela)
  • walkę o niedopuszczenie do sprzedaży pigułek „dzień po”.
  • walkę o niedopuszczenie do ratyfikacji ustawy dot. przemocy.
  • pazerność majątkową.

Ksiądz Andrea Gallo, który umarł w ubiegłym miesiącu w Watykanie, napisał w swojej ostatniej książce, że w Kościele katolickim jest "bardzo silne lobby homoseksualne: grupa biskupów, którzy ukrywają swój homoseksualizm i sublimują go nie w dążeniu do czystości, tylko do władzy. Starają się rozszerzyć swoją siatkę, czyniąc innych homoseksualistów biskupami". Z kolei ksiądz Paolo Farinella z Genui stwierdził, że papież Franciszek powinien być bardzo ostrożny, jeśli chce zmierzyć się z gejowskim lobby. "Oni mogą go otruć. On tam nie jest bezpieczny, już jest dosyć osamotniony. Ryzykuje życiem" – podkreślił. W tej materii urzędnicy Watykanu mają historyczne doświadczenia. Ostatnia zbrodnia to zamordowanie zaledwie po miesięcznym pontyfikacie Jana Pawła I. U nich to normalne, ponieważ ustanowili sobie prawo nie pozwalające na sekcję zwłok. Organizacje gejowskie drwiły ze wzmianki papieża o lobby homoseksualnym. "To nie jest grupa, która działa w interesie społeczności gejów, tylko grupa, która jest częścią agresywnie homofobicznej struktury władzy Watykanu" - powiedział Franco Grillini, prezes Gaynet. Przypuszczam, że nasi biskupi w przypadku niespodziewanej śmierci Franciszka nie uronili by nawet jednej łzy. Fałszywie by zgonili do świątyń wiernych, by odprawić (obłudne) modły za Jego duszę. Wyzwolili by się z nakazów do ubogiego życia, rezygnacji z przepychu, oraz dbałości o biedny lud, chociażby katolicki.

Inny jakże smakowity przykładzik, z hierarchą w tle, którego trudno się wyprzeć pochodzi z Belgii.
W kwietniu ubiegłego roku ordynariusz Brugii, 74-letni biskup Roger Vangheluwe, podał się do dymisji, gdy wyszło na jaw, że 25 lat temu wykorzystywał seksualnie swego małoletniego krewniaka. Duchowny przyznał, że molestował chłopca także wówczas, gdy był już biskupem. Zatem nasz Wesołowski nie jest osamotniony ze swoim „CV.” Jeszcze lepsze osiągnięcia w praktykach gejowskich ma nasz abp Paetz z Poznania, który przez wiele lat wybierał sobie do wyra młodych kleryków, przebierając wśród nich jak w ulęgałkach. Tak naprawdę, to codzienna prasa, oraz internet przynoszą wciąż nowe wieści w tym zakresie. W zakresie obłudy i bezczelnego kłamstwa wymykającego się z ust nie tylko prostych księży ale też hierarchów do kardynała włącznie. Dlatego, jeżeli już przytaczać podobne przykłady to należy pokazywać tych o barwach fioletowych, jako że oni nie tylko kształcą swoje kadry ponoć dla poszanowania prawa, ale niestety sami to prawo łamią, bo co tam jakiś ks. Gil, czy jakiś ksiądz Jacek S. z Legionowa. który gwałcił, uprawiał seks z małoletnimi, oraz nakłaniał do aborcji, podobnie jak ksiądz w jednej poznańskiej parafii, u którego na plebanii kobieta sama rodziła dziecko. Nawiasem mówiąc dziecko, które zmajstrował proboszcz. W czasie jej porodu, obok w pokoju oglądał telewizję, nie udzielając żadnej pomocy. Był niepocieszony, że nie dokonała na czas aborcji. Aborcji, której w imię Boga zakazuje parafiankom. Moi drodzy. nie warto sobie zawracać głowy jakimiś tam zbokami w czarnych kieckach, bo ich „dokonania” pokazuje na co dzień prasa i telewizja. Biskup albo arcybiskup, to jest jednak ktoś, bo rzadki kolor. Kolor niewinnego fioletu.
 
Fotki od góry:
1. Obraz Caravaggia Ecce Homo
2.Gender atakuje ... księży i posłankę Kempę.


NA MARGINESIE MADRYCKIEJ KONFERENCJI

Czytałem, słyszałem (wierzę, że to prawda), iż służby kwatermistrzowskie w Wojsku Polskim wydały zarządzenie, że w   soboty i niedziel...