sobota, 23 lutego 2013

POCZEKAM

Oby się dzieciątka bez bruzd rodziły.


Wobec tego, że tak jak większość obywateli RP czuję się nieco zmęczony oczekiwaniem na realizację przeróżnych obiecanek naszych władz i nie tylko, dlatego na razie pomilczę. Zatem, PRZERWA, POCZEKAM NA:

1.Finał rozmów rząd-Kościół dotyczących finansowania kleru z pieniędzy podatników, czyli jak państwo świeckie nadal daje się rolować tym co nie orzą i nie sieją, ale owoce zbierają.
2.Finał rozmów trójstronnych Palikot-Kwaśniewski-Siwiec w sprawie utworzenia prawdziwej europejskiej Centrolewicy.
3.Finał realizacji obietnicy złożonej przez premiera Tuska dotyczącej chwalenia ustawy o związkach partnerskich, in Vitro, a także innych ustaw wynikających z postanowień Europejskiej Karty Praw Podstawowych.
4.Finał wyboru nowego światłego, postępowego papieża. Papieża nie uciekającego przed odpowiedzialnością za przestępstwa podwładnych.
Tymczasem ogladam więc z niesmakiem:
Nie kończący się finał sprawy Katarzyny W. Dąsy światopoglądowe Gowina i Godsona, oraz rozważania nad zbrodnią Pistoriusa, zimowe śnieżyce, tudzież nieustająca analiza słów pieprzniętego w czambuł polskiego księdza katolickiego, niejakiego Langchamsa de Berier, co to dzieci poczętych metodą in Vitro rozpoznaje po bruździe na twarzy, to tematy dyżurne TOK-fm i TVN. (Panie sukienkowy, pan się myli co do umiejscowienia owej bruzdy. Otóż ona wyraźnie rozgranicza dwa półdupki. Łatwo dostrzec, albo po prostu pomacać). Prawie wyłącznie te tematy zapewniają całodobową pracę w TVN takim tuzom dziennikarstwa jak Pochanke, Durczok, Marciniak, Werner i kilkudziesięciu innym ze stada rodu Walterów. Tylko patrzeć i podziwiać ich zapał do pracy dla dobra polskiego telewidza.






wtorek, 19 lutego 2013

GKM - CZYLI TRZECH BUDRYSÓW


Jako że mój blog ma raczej charakter satyryczny, przeto w takowej barwie piszę swoje posty. Ten akurat pomaluję na kolor „sraczkowaty” z przewagą akcentu brunatnego.
Chodzi o trio polityczne, które z inicjatywy Giertycha, tego Giertycha od nabożnego szkolnictwa, oraz dwóch innych, powstaje na polskiej scenie politycznej. Bo oto trzech zblazowanych życiem na koszt społeczeństwa osobników, czyli onego Romana Giertycha, Kazimierza Marcinkiewicza, oraz Michała Kamińskiego z dodatkiem smakowym m.in. Niesiołowskiego, Moczulskiego i Libickiego, tworzy mało strawne danie polityczne pod jakże bardzo poważnym tytułem Instytut Myśli Państwowej, coś jakby Instytut Lecha Wałęsy i kilku innych łącznie z Polskim Instytutem Psychoterapii. Ten ostatni akurat bardzo pokrewnie brzmi w stosunku do KGM. Sądzę, że z „państwowej” to będzie tylko kasa.
A cóż to za gwiazdy przyrządzają ów GKM?, warto przybliżyć ich sylwetki. To Roman Giertych, zwany przez niedouczonych dziennikarzy wciąż panem premierem którym jak wiadomo nigdy nie był. Ocierał się jeno o pana premiera Jarosława Kaczyńskiego w randze jednego z zastępców do czasu gdy ten nie wyrzucił go z hukiem w parze z Lepperem w wyniku konfliktu . To gwiazda polskiej oświaty, wyrobnik klerykalny, do pewnego czasu przywódca faszyzującej Młodzieży Wszechpolskiej, z ugrupowania którego w wyniku porozumienia z Kaczyńskim powołał kilku ministrów konstytucyjnych. Zasługi Giertycha jako ministra oświaty znane nam jak i samej młodzieży szkolnej są aż nadto znane. Przed dymisją zdążył umundurować uczniów w kilku szkołach bo dalej nie zdążył, a powszechna krytyka ze strony pedagogów i rodziców położyła kres tej polskiej maskaradzie. Nawiasem mówiąc umundurowanie młodzieży szkolnej obowiązuje na Zachodzie i innych krajach cywilizowanych, ale jak wiadomo ucywilizowanie polskich uczniów pozostawia wiele do życzenia mimo intensywnej nauce religii. Pan Giertych obecnie pełni obowiązki adwokackie gdzieś tam w Kórniku na ziemi wielkopolskiej. Z jego porad i obrony skorzystał premier Tusk po kłopotach pracowniczych jego syna. To bardzo ośmieliło Giertycha by zbliżyć się do Platformy, której jako przyjaciel prezesa K. szczerze nienawidził nazywając partię Tuska ciamciaramcią. Chyba od tej pory dużo przemyślał nudząc się na salach sądowych podczas procesów.
Drugim osobnikiem założycielskim jest Michał Kamiński, dawniej spindoktor prezesa Jarosława. W akcjach przedwyborczych na spotkaniach z elektoratem wywijał chwalebne hołubce na scenie do tego stopnia, że musiał zmieniać podczas imprezy kilka razy koszule. Pocił się bowiem niesamowicie, ale usprawiedliwiał się, że czyni to dla dobra ukochanego pana, który kojarzył mu się z najwyższym dobrem Ojczyzny i Kościoła. Bo to także tytularny katolik, do pewnego czasu nawet oficjalny głośny antysemita. Z tej strony dał się poznać w czasie odsłaniania pomnika w Jedwabnem, reprezentuje właśnie on bowiem tamtych wyborców. Od czasu gdy został europosłem i doznał od kolegów z partii konserwatywnych, krajów prawdziwie demokratycznych, szczególnie Wielkiej Brytanii, przykrych uszczypliwości w związku z wyznawanym antysemityzmem, zmienił się. Po prostu przejrzał na oczy i począł smalić cholewki do Platformy Obywatelskiej, pierwej opuszczając matecznik PIS i przytulając się do Solidarnej Polski. Dzisiaj widząc, że mimo braku postępu w naprawie Rzeczypospolitej, PO ma największe szanse wygrania kolejnych wyborów, jego postawa polityczna ewoluowała na tyle, że cieplutko się wypowiada o tuskowych zastępach poselskich. Jedno jest pewne, to bardzo zdolny polityk, urodzony erudyta, przydatny na każdym odcinku w każdej partii.
Trzeci tenor to trochę wyłachany były polityk Kaczyńskiego, który to by zająć stanowisko pełnione wówczas przez Marcinkiewicza zesłał go wykorzystując partyjne znajomości do jednego z londyńskich banków. Marcinkiewicz co prawda nie znał języka Szekspira na tyle by wykonywać operacje finansowe, ale ponoć, jak pisały tabloidy świetnie sprawdzał się przy otwieraniu drzwi i zaopatrywaniu pracowników w śniadaniowe sandwicze. Dzięki fizycznemu ruchowi zapoznał się z młodą Polką o dźwięcznym imieniu Isabel. Zakochał się w niej i wkrótce zawiadomił swoją małżonkę otoczoną gromadką dzieci, iż tej miłości jest gotów poświęcić resztę życia. Było to o tyle groteskowe, ponieważ jeszcze jako działacz terenowy PIS, kandydat na premiera a jednocześnie nauczyciel w szkole średniej, podlizując się klerowi, na uczelniach katolickich wygłaszał pogadanki o nienaruszalności małżeństwa, o świętości więzów splecionych przed ołtarzem. Sam ponoć przynależał do Opus Dei. Taki to jest ten nasz Kazio Marcinkiewicz, obecnie małżonek kilkadziesiąt lat od niego młodszej, wspomnianej Isabel. Ponieważ doszedł do wniosku, że w fachu bankowym kariery nie zrobi, mimo że do tej pory poczynił zapewne duże postępy lingwistyczne i z każdym Angolem w pubie się dogada, dlatego wyraził parcie na powrót do polskiej polityki, a szczególnie do Platformy Obywatelskiej. Póki co, w oczekiwaniu na dobrą passę stał się współzałożycielem wraz z wyżej wymienionymi Instytutu Myśli Państwowej.
Trudno brać poważnie owe trio i ich żałosne przystawki, bowiem łączy ich jedno, mianowicie wszyscy z nich wywodzą się z kaczego gniazda, a więc są przesiąknięci smoleńską ideologią głoszoną do dzisiaj przez Hofmana, Brudzińskiego, Fotygę, Błaszczaka, Sasina, no i samego mściwego prezesa JK. Morale ich wszystkich zatem pozostawia wiele do życzenia mimo deklaracji przynależności do braci katolickiej. Cóż za myśl państwową mogą spłodzić ci mędrcy, tym bardziej w otoczeniu Niesiołowskiego i Moczulskiego. Przecież cała trójka była przeciwna przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Cała trójka często gościła w studiu radia Maryja chyląc się przed ojcem toruńskim. Cała trójka była przeciwna ratyfikacji postanowień Konwencji UE w sprawie praw obywatelskich i ochrony kobiet przed przemocą.
O tych ostatnich, którzy noszą się z zamiarem dołączenia do IMP nie będę się rozpisywał, mimo że jest to temat rzeka. Myśl państwowa?. Rany Julek, ale sobie ubzdurali ideę. Monika Olejnik będzie się mogła od nich wiele nauczyć w swojej „kropce nad i”.

PS. W świetle dwukrotnej wypowiedzi anonimowego komentatora podpisującego się Anty/Trep....nachodzi mnie refleksja, iż jest to prawdopodobnie słaby osobnik męski, który ze strachu przed służbą wojskową ( a byli tacy) albo uciekał w „przedłużone” płatne studia, albo to Jehowita, albo wręcz mamisynek z bojaźni przed służbą wojskową zasłaniający się przynależnością do organizacji pacyfistycznych. Otóż wojsko mimo tego, że istnieje w nim wiele pejoratywnych zjawisk jak tzw. fala, chamstwo pospolite, oraz podział na rekrutów (koty)) i kadrę zawodową (trepy) miało i ma wiele zalet. Podstawową jest kształtowanie męskości i charakterów nie unikających podejmowania w życiu trudnych zadań. Tak było za I Rzeczypospolitej rycerskiej, II RP, PRL jak też jest dzisiaj, chociaż mamy już armię zawodową i żaden „szwejk” nie unika trudów służby, bowiem to jego praca i .. zarobek. Wypowiadający się Anty/Trep to prawdopodobnie chłoptaś bez tzw. męskich jaj, a tacy najczęściej nienawidzą tych co mieli trudniej w życiu. Ponadto badania wykazały, że wśród tych młodych mężczyzn, co to odbyli służbę wojskową bardzo rzadko można spotkać dilerów narkotykowych, złodziei, oraz łobuzów ulicznych. Tzw. negatywny animusz wytracili na poligonach, wykonując często złożone rozkazy przełożonych, oraz podczas porannej zaprawy. Torunczyk.

sobota, 16 lutego 2013

SZACUNEK


Po śmierci Jana Pawła II biskupi polscy, wypowiadający się do mikrofonów medialnych mówili: Papież, który do końca swego żywota pełnił obowiązki sternika łodzi Piotrowej budzi SZACUNEK wszystkich wiernych i całego świata.
Po abdykacji Benedykta XVI- tego w zdrowiu adekwatnym dla człowieka w wieku 86 lat, biskupi polscy wypowiadający się do mikrofonów medialnych powiadali: Papież, który potrafi sam odejść ze stolicy Piotrowej z powodów, które sam określił w przemówieniu pożegnalnym budzi najwyższy SZACUNEK.
Kiedy więc papież nie będzie budził SZACUNKU rezygnując z fuchy u św. Piotra?.
Może po tym jakby włoscy karabinierzy go złapali na spowodowaniu wypadku, gdy poruszał się na podwójnym gazie, jak to się zdarzyło biskupowi warszawskiej kurii, albo np. zadawaniu się z niemoralnymi damami zamieszkałymi na dość niewielkim terenie metropolii watykańskiej. Co ważne, akurat nasza przedstawicielka, niejaka dozgonna ambasador Hanna Suchocka ze względu na dość zaawansowany, ale w większości spędzony, (poza krótkim premierowaniem w Polsce) na modlitwie wiek, może czuć się bezpieczna, chociaż to pannica i prawdopodobnie jeszcze cnotliwa.
Sama obłuda i pieprzenie dla ogłupionych przez lata miernych ale wiernych, którzy pozostają przy naukach proboszczów, czyli kazaniach ściągniętych z internetu bez własnego wysiłku i przemyśleń. I tak będzie jeszcze długo i bardzo długo, do czasu, dopóki wierni nie przyswoją prawdziwych powodów abdykacji Benedykta XVI, który nie mógł już udźwignąć zabagnienia Kościoła pozostawionego Mu przez naszego Wielkiego Rodaka. Stosy listów, pism i protestów informujących o przestępstwach i zbrodniach związanych m.in. z pedofilią, rozpustą, praniem brudnych pieniędzy, oraz przekrętami gospodarczymi zmusiły Ratzingera do odejścia z tej stolicy szerzącego się i opisywanego przez wszystkie media świata (poza polskimi) zła.
Gazeta Wyborcza, której na pewno nie czytają zwolennicy ojca moherowego i wyznawcy religii smoleńskiej dzisiaj (w sobotę) zamieściła przykładowy tekst listu biskupów polskich, jaki powinien być wygłoszony w dniach Wielkiego Postu: jakże ludzki, wymowny i miłosierny w słowach (jak głosi Kościół) ale i czynach, jakich brak. Jest to tekst, który by przywrócił do Kościoła po jego wygłoszeniu te 60% wiernych, którzy już machnęli ręką na tę wrednie fałszywą instytucję. Bo jak wiadomo do kościółka biega tylko niecałe 40% babć i dziadków trzymających na siłę za rączkę wnuczęta, lub tych co to mają zamiar w krótkim czasie spotkać się z proboszczem w sprawie zawarcia ślubu kościelnego. List opracowany przez Kazimierza Bema, prawnika, publicystę, pastora kalwińskiego, oraz Jarosława Makowskiego, publicystę, autora „Wariacji Tischnerowskich”. List jest przykładowym, naprawdę uzdrawiającym dla Kościoła katolickiego w Polsce tekstem. Niechby on zastąpił te kopiowane z internetu kazania dla leniwych proboszczów. Trudno mi przytaczać całość owego słowa drukowanego we wspomnianej GW. Przytoczę więc tylko kilka:
Drogie Siostry i Bracia (zauważcie, że słowo Siostry jest wymienione wprzódy).
Przyznajemy, że popadliśmy w odczytywaniu Ewangelii w rutynę. Straciliśmy z oczu prawdę, która się w niej kryje. Nasz grzech to duchowe lenistwo. Kreślimy ten list z bojaźnią i drżeniem, ale nie ma lepszego czasu by go głosić jak Wielki Post. Walimy się więc w piersi i mówimy wprost, że Kościół jest po to by służyć, a nie po to, by mu służono. Jak wiemy w Polsce akurat służą Kościołowi nie tylko wierni ale i państwo, a także jego rządy. Dlatego od dzisiaj: Rezygnujemy z Funduszu Kościelnego z budżetu państwa, bo jest on nam płacony kosztem waszych emerytur i nędzy bezrobotnych. Obejdziemy się bez tych pieniędzy, chociaż nie będziemy udawać, że wśród nas jest wielu zachłannych. My sobie z nimi poradzimy.. Publicznie deklarujemy, że w każdy poniedziałek Wielkiego Postu znajdziecie nas wieczorem w lokalnej garkuchni dla bezdomnych. Będziemy podawać bezdomnym zupę, sprzątać i zmywać. Jednocześnie tam, gdzie jest to możliwe przekształcimy nasze rezydencje na noclegownie, gdzie nasi bracia i siostry będą mogli wziąć prysznic i w ciepłych warunkach przenocować, a nawet skorzystać z psychologów. Solidaryzujemy się z ofiarami przemocy w rodzinie i zalecamy podpisanie przedmiotowej Konwencji. Będziemy pełnić w naszych katedrach dyżury by was wysłuchać nasi najmilsi, pokrzywdzeni przez mężów i ojców pijaków. Szczególnie jesteśmy bliscy sercem rodzinom, które się rozwiodły z powodu pijackiej przemocy w rodzinie. Rezygnujemy z zabierania głosu na tematy polityczne, bo one nie należą do nas. Nie będziemy się wtrącać w obce dla naszej ewangelii tematy dot. in vitro, związków partnerskich, seksuologii i eutanazji. Wierzymy, że człowiek, który cierpi niesprawiedliwie nie ma koloru skóry i poglądów politycznych. By to dojrzeć, nie trzeba kończyć uniwersytetów, być pobożnym chrześcijaninem, muzułmaninem czy ateistą. Odwiedzimy wszystkie miasta, miasteczka i wsie popegeerowskie by wam pomóc nie tylko słowem ale i materialnie.

Oczywiście, jak piszą autorzy przykładowego listu na Wielki Post, wielu biskupów, którzy czytają najpopularniejszą gazetę w Polsce, po zapoznaniu się z tekstem uśmiechnie się szyderczo. Bo jak wiadomo, to nie jest w ich charakterze by służyć wiernym. Oni wiedzą, że wierni muszą im służyć wzorem piesków z łapkami podniesionymi do góry. Kto choćby trochę pomyśli, dozna oświecenia, dlaczego Benedykt XVI pieprznął tak zaszczytną fuchę i poszedł do klasztoru. Mimo wszystko miał po prostu odruchy człowieka. Człowieka normalnego, nie do końca o zafałszowanym i ideologicznie przesiąkniętym obłudą charakterze, jakim był jeden z jego z wcześniejszych poprzedników papież Pius XII, którego przekonania antysemickie i antylewicowe pokazał wczorajszy film w telewizji „Ale kino”. Wiedział co robi. Przywłaszczył dla Kościoła wiele skrzyń złota zrabowanego Żydom, wydając w zamian kilkaset lewych paszportów watykańskich esesmanom hitlerowskim, chroniąc ich przed stryczkiem sądu w Norymberdze. Przypomnę, że nasz papież czynił wiele podchodów by zaliczyć Piusa XII do grona świętych, mimo protestów nie tylko Izraela. Nie zdążył, bo wezwał go Ojciec, a Ojcu się nie odmawia.

wtorek, 12 lutego 2013

ABDYKUJE


Ale szał medialny, Joseph Ratzinger porzuca robotę. Po prostu abdykuje i już. Wcale Mu się nie dziwię, bo w końcu cała odpowiedzialność za zgniliznę w katolickim świecie spoczywała na Nim, chociaż w większości przypisywana jest jego poprzednikowi JPII. On niestety też głaskał główkę ojca Marciala Maciela, gwałciciela dzieci i studentów jego zakonu Legion Chrystusa, dostarczyciela dla Watykanu kwot miliardowych. Maciel co prawda uniknął odpowiedzialności dzięki własnej śmierci, ale brud na Ratzingerze jako tym, co to odpowiadał za Kongregację Nauki Wiary przylepił się jak łajno do okrętu. To jest unik przed odpowiedzialnością za tysiące molestowanych, a nawet zgwałconych dzieci na całym świecie, tym bardziej, że sądy USA i nie tylko, chciały go postawić przed trybunałem odpowiedzialności za ową zgniliznę moralną. Na wielką skalę skandale pedofilskie nie tylko te w USA, ale też w Irlandii, Australii, Austrii, Niemczech i wielu innych krajach, w tym również w Polsce dopełniły reszty. Ostatnie lata życia spędzi na emeryturze, gdzieś tam w szczelnie odizolowanym od świata klasztorze , gdzie teoretycznie nie sięgają ramiona Temidy. Oczywiście kler katolicki wymyśli wiele przyczyn z powodu których odejście Ratzingera zaciemni powód ten jedyny, skandaliczny. Benedykt XVI doszedł do wniosku, że dopóki jeszcze sam się względnie dobrze porusza i mówi swobodnie do rzeczy, nie powinien sam dźwigać ciężaru odpowiedzialności za wszystkie grzechy Kościoła. Trza uciekać w bezpieczną kryjówkę. Takie postanowienie przynajmniej jest bardziej ludzkie w zestawieniu z Jego poprzednikiem, który to mimo całkowitego zniedołężnienia w wyniku choroby Parkinsona nie tylko „istniał” jako papież na urzędzie, ale też odbywał w specjalnie skonstruowanej klatce na kółkach podróże, pozostawiając po swojej prezencji wielki niesmak. Nie tylko nie potrafił się samodzielnie poruszać, ale też niepoprawnie mówił. Nawet najwierniejsi katolicy w takich momentach czuli się mocno zażenowani swoim ojcem świętym. W końcu, gdy Jego życie dobijało do portu zwanego śmiercią, w czasie gdy niewyobrażalnie cierpiał, mimo, że wyznawał jedynie słuszną wiarę w Boga Ojca, nakazał odłączyć aparaturę podtrzymującą jego życie. Czyn, który nasz „cywilny biskup” Terlikowski usprawiedliwia zbawczym zaprzestaniem uporczywej terapii, co jak wiadomo jest niczym innym jak po prostu czynną eutanazją, bowiem sam, ze względu na niedołężność tego dokonać nie mógł. Jedno jest pewne Stan zdrowia Ratzingera na głowę bije żywotność Wojtyły i to nawet na kilka miesięcy przed jego odejściem do Domu Pana. Wnioskuję zatem, że abdykacja Benedykta XVI jest głęboko przemyślana i ma ona związek z ewentualną odpowiedzialnością za czyny tysięcy podwładnych, którym pod sutannami mocno „prężyły się” hormony, a także za tych co zbudowali potęgę finansową watykańskiego banku na przekrętach gospodarczych, zbrodniach, oraz praniu brudnych pieniędzy w kwotach niepoliczalnych. Jako obywatel państwa zabitego przez faszyzm niemiecki mam tylko ogromny żal do Jego Świątobliwości, że podczas pobytu w obozie Auschwitz- Birkenau stać Go było jako Niemca tylko na słowa: To straszne, że kilku opętanych ludzi spowodowało takie cierpienie, tak jakby cały naród niemiecki był przeciw Hitlerowi. Nie przeprosił jako papież wywodzący się z kraju tych opętanych, tym bardziej, że sam nosił broń faszystowską jako młody „rycerzyk” Hitlerjugend. Nieutulony żal mój i na pewno nie tylko mój pozostanie na zawsze. Pocieszam się tylko informacją, że na Wielkanoc będziemy mieli nowego papieża. Będą zachwyty. Klękanie i ucałowania w pierścień przez naszych polityków, ich żony, a także dziennikarzy. 

niedziela, 10 lutego 2013

PROPORCJE

Znaj proporcjum mocium panie, zdanie, które przeszło do historii dzięki Fredrze i jego „Zemście”. Jaki ono ma związek z moim felietonem?. Trochę jakby ma. Mianowicie, kiedy trzydzieści kilka lat temu służyłem w Ludowym Wojsku Polskim, powtarzam: polskim, nie polskojęzycznym, jak głoszą wrogowie naszej prawdziwej historii, czyli specjaliści od jej zakłamywania, zainteresowałem się mianowicie liczbą generałów piastujących pieczę nad blisko siedemset tysięczną armią. Dowiedziałem się z jakowyś tam źródeł, że jest ich tylu mniej więcej ilu zasiada w polskim episkopacie biskupów. Mniej więcej i ta proporcja się utrzymała aż do lat współczesnych. Tyle tylko, że obecnie polska armia składa się z niecałych stu tysięcy żołnierzy, a wykarmić, ubrać i stworzyć warunki egzystencji barona musimy dla 119 generałów. W moim odczuciu powinno ich być nie więcej jak 15-20, wliczając w tę liczbę tych z krzyżykami na patkach. Na co nam więcej generałów przy tej „setce” żołnierzy. My wojny nie planujemy, bo wiadomo jak się one dla nas kończą, pominąwszy ... wstydliwe Zaolzie. Przywykliśmy już do czczenia klęsk wojennych i powstań, choćby w tym roku Styczniowego. Ponoć zawsze tak było , (jakaś niepisana tradycja, czy cuś), że ilość generałów pokrywała się z ilością biskupów, arcybiskupów i kardynałów łącznie, a nawet obie profesje się zrosły. Przykładem jest abp Głódź, który z plutonowego błyskawicznie za łaską Wałęsy przywdział mundur generalski wszystkich trzech rodzajów broni. Flaszka, bo tak go zwali koledzy w wojsku ze względu na umiłowanie alkoholu, jest emerytem wojska po 12 latach służby. Otrzymał też kilkusettysięczną odprawę. To najbardziej śmieszny generał III RP. Pewnie chciał naśladować generała, hulakę Wieniawę Długoszowskiego z czasów II RP. Tamten wciąż powtarzał swoje ulubione kredo: Przez cale życie ta miłość mnie goni. Do pięknych kobiet, koniaku i koni. Wieniawa niestety nie był biskupem. Za tzw. komuny kapelanów w wojsku zastępowali oficerowie polityczni, którzy odpowiadali za socjalistyczne morale żołnierzy zbieżne z doktryną moskiewską. Dzisiaj w każdym oddziale o statusie pułku lub samodzielnego batalionu rolę politruka wypełnia kapelan (najczęściej katolicki), który poprzez msze, studiowanie modlitewników i pielgrzymki kształtuje w żołnierskiej braci morale zbieżne z doktryną watykańską. Taki żołnierz może co najwyżej specjalizować się w ochroniarstwie. Nie dotyczy tych przygotowywanych do pełnienia służby np. w Afganistanie. Oni mają inny cykl szkolenia. Warto w tym miejscu głośno powiedzieć, że jest rzeczą zdumiewającą, iż istnieją biskupi gotowi błogosławić okręty wojenne, bombowce lub wojsko przed bitwą, a którzy jednocześnie potępiają regulację urodzin. Ostatnio zarówno stan liczebny generałów, jak i eminencji fioletowych wzrósł do liczb mało „proporcjonalnych”, bo jak szanować generała, który przekłada papierki na biurkach sztabu generalnego, bo nie ma dla kogo opracowywać planów zadań taktycznych, oraz kim dowodzić. Ponad normę „napłodził” ich prezydent Wałęsa, który to jako człek do dziś pozostający w kręgu tych najbardziej zarozumiałych i nadętych, lubił się otaczać biskupami i generalicją jak współcześnie Kim Dzong Un. Oni go zapraszali na poligony, dali mu postrzelać z kałacha, a on jako ten, który „potrafił ocenić ćwiczebne pole bitwy” jak mało kto, wracając do Pałacu awansował ich, jak dobry zwierzchnik sił zbrojnych. Vide obiad drawski. W kilka lat później MON doszedł do wniosku, że jeżeli będziemy redukować stan liczebny szwejków a jednocześnie awansować pułkowników na stopnie generalskie, dla których taki awans jest często spełnieniem całej kariery, to generałowie będą dowodzić plutonami, jak to się zdarzyło w hiszpańskim wojsku za panowania Francisco Franco. Wysłano więc ich na emerytury, by zajęli się bawieniem wnuków. Mamy ich dzisiaj w Wojsku polskim 119, chłopów zdrowych, bez brzuchów deformujących mundury, znających po trosze języki obce .Panujący nam prezydent Komorowski, jako ten któremu strzelba myśliwska zastępowała żonę w czasie gdy akurat nie płodził dzieci, a jednocześnie konstytucyjny zwierzchnik sił zbrojnych i przykładny, często pod publikę komunikujący katolik, też się lubi otaczać generałami i biskupami. Być może dlatego są oni w Najjaśniejszej potrzebni jako asysta belwederska. Podobnie jest z krajowym „pogłowiem” biskupów. Proporcje „fredrowskie” utrzymywały się do 1989 roku. Oscylowało to, jak powiadam wg. proporcji 110 na 110. Do roku bodajże 1989 w Polsce było 14 diecezji kierowanych przez dwóch biskupów każda. Diecezjalnego i pomocniczego, czyli 24 eminencji, ubranych we fiolety z wielkim krzyżem na piersi, grubym złotym pierścieniem i pastorałem, ale nie tylko. Reszta tych „wychudzonych” zasiadała w Komisji Episkopatu Polski, a także jako rektorzy w uczelniach katolickich, oraz jako delegaci naszego episkopatu przy Watykanie. Najwięcej biskupów polskich mianował papież JPII, szczególnie zaraz po tym gdy utworzył w Polsce dodatkowych 30 diecezji. Powstało zatem nowych 30 seminariów, na czele których też często zasiada biskup. Mamy dziś 101 biskupów plus 34 tzw. spracowanych seniorów emerytalnych. Kilku też zasiadło na czele nowych diecezji na terenach byłego ZSRR, utworzonych w wyniku porozumienia papieży z władzami Rosji, Ukrainy i Białorusi. Jak widać mimo procesu sekularyzacji stan biskupiego „pogłowia” nie ulega zmianie, podobnie jak w wojsku, gdzie mimo permanentnego zmniejszania się stanu osobowego armii, generałowie trzymają się mocno... jak chińczyki w dramacie Wyspiańskiego. Kiedyś mój Ojciec zadał mi pytanie odnośnie tych proporcji. Nie potrafiłem mu tego wytłumaczyć, podobnie jak innych zjawisk, nie tyle paranormalnych, ale jako tych co to się nawet … „fizjologom” nie śniły. Jedno jest pewne: Biez wodki nie rozbieriosz, jak powiadali starożytni Rosjanie. Nie miałem przyjemności uściśnięcia ręki żadnej fioletowej eminencji, natomiast generałom i owszem, włącznie z generałem Jaruzelskim, w czasie gdy jeszcze pełnił on obowiązki Szefa Sztabu Generalnego, ale dziś już sam nie mogę w to uwierzyć.

czwartek, 7 lutego 2013

LOTTO


Z życiem ludzkim powiązane są przeróżne czyny, które akurat mają na celu jego upiększenie, ewentualne polepszenie egzystencji, a już na pewno jako takie ubarwienie. Otóż od blisko czterdziestu lat gram w lotto. Gram nieustannie, permanentnie, wysyłając kupon ważny na cały miesiąc po to, by czuwał on nad cyklicznie losowanymi liczbami. W tym momencie rodzi się pytanie, a na ileż udało mi się ograć kasę tej państwowej instytucji. Na nie więcej niżeli wynosi współczesna cena zakupu powiedzmy, pralki lub standardowej kanapy. Jakieś tam groszowe trójki, bardzo sporadycznie czwórki. Wydałem za to na owo marzenie milionera taką kwotę, za którą dzisiaj bym bez żadnej wątpliwości mógł kupić bardzo porządny samochód. Pomyślałem nawet, że w państwie uczciwym, mógłbym oczekiwać jakowejś nagrody lub innej premii, jako, że przyczyniłem się do sponsoringu wielu stadionów, czy też dofinansowania polskiego sportu., chociaż trudno w to uwierzyć, jako że polski sport stoi generalnie na takim poziomie jak moja skuteczność w wysiłku na rzecz trafienia głównej wygranej. Kiedyś o swojej przegranej kwocie rozmawiałem z kimś mi bliskim, dodając, że z kolei następny samochód niestety ulokowałem w polskim monopolu tytoniowym, wypalając 20 papierosów dziennie, a zdarzało się też i więcej. Policzyłem więc swoje lata w dorosłości, mnożąc je przez 365 dni razy cena jednej paczki średniej klasy papierosów i jak nic pozostawiłem w sklepie motoryzacyjnym całkiem dobrej klasy cztery kółka. Gdyby to już był koniec moich niekoniecznych dla przeżycia wydatków można by się uśmiechnąć, ale niestety, bo przez ten okres wydałem duży grosz na ulubioną prasę książki i kino, a ponadto obliczyłem bowiem, że przez swoje życie na tym łez padole, jako zwyczajny mężczyzna przy różnych okazjach, a to imieniny, urodziny, potańcówki, wczasy, inne spotkania okazjonalne i towarzyskie, w swoje gardło wlałem prawdopodobnie kilka wanien alkoholu. Nie, nie myślcie znowu, że to aż tak dużo. Sam się przestraszyłem, ale oto policzyłem, że wanna przeciętna mieści około 200 litrów wody. Gdybym w każdym tygodniu życia zakupił lub skorzystał z poczęstunku około tylko ćwiartki napoju alkoholowego (nie licząc oczywiście złotego napoju browarnego), to pomnożywszy lata dorosłego życia razy 52 tygodnie, jak nic wychodzi kilka wanien i na pewno jest to w cenie następnego samochodu. Ponieważ w tym czasie, rzeczywiście miałem samochód, więc powiadam mojemu interlokutorowi: Chłopie, mam przecież samochód, a po cholerę mi aż trzy inne samochody. Chyba po to by płacić na ich amortyzację, ubezpieczenia i paliwo. Oczywiście powiedziałem to dla usprawiedliwienia moich nie zawsze do końca słusznych „hobby”. Z drugiej strony drodzy rodacy, nie wolno nam żałować niczego. Widocznie tak miało być i to niekoniecznie w myśl powiedzenia, że życie jest krótkie, a pić się chce. Dzisiaj, jako szczęśliwy, w miarę zdrowy emeryt, z skromną polską emeryturą zrezygnowałem z posiadania samochodu, bowiem policzyłem, że wydatki związane z jego utrzymaniem wielokrotnie przewyższają koszty zamawianych taksówek, z których korzystam w miarę potrzeby. Z papierosów zrezygnowałem na rzecz wynalazku amerykańskiego (e-papieros) , zaś alkohole z przedłużonym okresem „gwarancji” wypełniają barek i służą tylko celom, zbliżonym do terapii. Wdzięczny pozostaję swojej wątrobie, że do dzisiaj zachowała świeżość i mogłaby posłużyć jeszcze nie jednemu potrzebującemu. Niestety, nie potrafiłem przerwać gry w lotto. Gram od początku tymi samymi liczbami, które swego czasu z kolegami wylosowałem z pośród 49 umieszczonych w worku piłeczek pingpongowych. Nieraz mnie korciło, by te liczby zmienić, ale wtedy pomyślałem, że co to by było, gdyby akurat one padły w kolejnym losowaniu. Dlatego do końca swych dni pozostanę im wierny. Był okres, że wypełniałem też w inne zakłady z rodziny lotto, ale na czas się wycofałem, bowiem mógłbym popaść w chorobę zwaną hazardem, a to już dramat nie tylko osobisty, ale też całej rodziny. Na razie wszystko gra, lotto też.

sobota, 2 lutego 2013

PANNA KRYSIA Z TURNUSU TRZECIEGO


Chodzi mi po czerepie rubasznym wiele dość ważnych tematów, ale postanowiłem sobie, że dzisiaj się odezwę na temat mało istotny, a jednocześnie chyba etycznie mało czysty. Otóż ostatnio odbyłem podróż do miasta, któremu z życiorysu oddałem lat 35. Ale o tym po tym. Zwykle by podróż minęła w miarę niezauważalnie obkładam się szeroko pojętą prasą, reprezentującą różne środowiska polityczne. Wtedy zanurzając się w tekst, poszczególne stacje kolejowe nie wciskają mi się w świadomość, że owa podróż zbyt długo trwa, tym bardziej, że do przedziałów roznoszą kawkę lub herbatę. Przeglądam więc tytuły i podtytuły donosów prasowych, a tam obok oskarżeń rządu, że nie dopilnował budowy dróg i autostrad za unijne dotacje, że jakaś tam, aktoreczka, której akurat nie znam z żadnego ekranu ani sceny ( a być może powinienem) rozchodzi się z partnerem oddając mu dziecko jako ojcu i bardzo dobrze na tym wychodzi w sensie podziału majątku, to najwięcej widzę tytułów prasowych dotyczących niejakiej posłanki PIS Krystyny Pawłowicz, przez niektórych nazywanej panią profesor, gdy jak już powszechnie wiadomo ta celebrytka osiągnęła doktorat habilitowany kosztem staropanieństwa i bezdzietności. Bo należy dodać, że pani Pawłowicz aktualnie jest w wieku babci i żadna prokreacja, która stanowi clou jej przeróżnych wypowiedzi jej nie zagraża, chociażby przygarnęła sobie zawodowego zapładniacza.

Rzecz w tym, że panna Krysia produkuje się jako profesor (podobnie jak w szkołach średnich, bo tam też są „pospolici” profesorowie) w Ostrołęce, w prowincjonalnej kurpiowskiej filii jednej ze stołecznych uczelni. Ponoć jej wykłady (co pokazuje You Tube ) poświęcone są osobistemu zachowaniu w przypadku spotkania się z koleżanką sejmową panią Anną Grodzką. Jej złośliwe, a nawet chamskie i kabotyńskie opowieści wplecione w temat wykładów, do tego okraszone wymachiwaniem, wytrenowanymi od podawania snopków rękami, wywołują salwy śmiechów wśród żaków. Cóż, nie studiują tam młodzi inteligentni zbuntowani. To młodzież kurpiowska z piasków, lasków i karasków, a więc można by uznać, że wart pac pałaca jak mówi przysłowie. Pomyślałem sobie, jakże by zareagowali studenci w Berlinie, Paryżu czy też w Brukseli, gdyby panna Krysia spróbowała im zafundować podobny wykład. Jestem pewien, że nazwali by ją starą, chorą dewotką, która odeszła chwilowo od kopcowania ziemniaków, by podzielić się swoją frustracją, a następnie otworzyli by dla niej szeroko drzwi prosząc, by zabrała ze sobą torebkę w której najważniejszy dokument stanowią: książeczka do nabożeństwa, oraz stała przepustka na teren ojca Rydzyka i do apartamentu ukochanego prezesa i jego kota. Nie wiem dlaczego wszystkie tabloidy aż tak się mszczą nad tym biednym wiejskim (z uczesania) babsztylem. Sam prezes wydaje się być zadowolony z jej sejmowych i telewizyjnych wypowiedzi. Podobnie postrzega ją cała partyjna kacza otoczka. Właśnie w ten sposób panna Krysia z turnusu trzeciego wyrosła na postać, której należy poświęcać aż tyle uwagi. Po przeczytaniu jednak wszystkich dziennikarskich opinii pomyślałem, że poziom naszego dziennikarstwa nie zawsze nadąża za europejskimi tabloidami. To takie brukowe produkcje, które można przykleić do super ekspresu albo faktu. Celowo nie wspominam o stricte prawicowej prasie typu Nasz Dziennik albo Uważam rze, bo akurat dla nich panna Krysia stanowi rodzynek ideologiczny.


I tak dowlokłem się do Torunia, który zawsze będzie dla dużej części moich rodaków najpiękniejszym miastem. Nie ze względu na siedlisko Rydzyka, nie ze względu na czterechsetletnią tradycję piernikowych smakołyków, ani miejsce urodzenia Kopernika, ani Starówki z zerowym notowaniem UNESCO, ani w końcu ze względu na kuźnię astronomów z UMK z profesorem Wolszczanem na czele, nie z powodu przemysłu włókienniczego z Elaną i Merinotexem, oraz Apatorem, potężnymi zakładami pracy zatrudniającymi po kilka tysięcy ludzi, które to fabryki III RP zaorała, pracownicy wyjechali za granicę, a na ich miejscach stanęły zagraniczne hipermarkety, a wśród nich bodaj najpotężniejszy market PLAZA, którego właścicielem jest obywatel Izraela. W końcu też niekoniecznie jestem dumny z drużyny żużlowej UNIBAXU, który to ze zmiennym szczęściem walczy o kolejny tytuł mistrza Polski na najpiękniejszej MOTOARENIE w Europie. W chwili obecnej, jako były mieszkaniec kopernikańskiego grodu jestem dumny z kończącej się budowy trzeciego mostu przez Wisłę. Mostu, którego konstrukcji i projektu może pozazdrościć pani Gronkiewicz Waltz, prezydent stolicy, też ponoć buduje mosty. Postęp budowy można śledzić w internecie. Swego czasu pan Jerzy Urban w telewizyjnym wystąpieniu, na pytanie jakie miasta uważa za najpiękniejsze odpowiedział że, w Polsce dla niego miastem które mu się śni jest gotycki Toruń podzielony Wisłą na pół, podobnie jak Londyn Tamizą. Londyn właśnie jest według niego miastem ponad wszystkimi innymi w świecie. Od tego czasu pan Jerzy spodobał mi się jeszcze bardziej, a jego dziennik cotygodniowy NIE stanowi stałą moja lekturę, w której od czasu do czasu zamieszczam swoje felietony.

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...