wtorek, 29 maja 2012

PRACA "UBOGACA"

Możliwe, że zainspirowała mnie nowa Ustawa sejmowa dotycząca lat pracy do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego. Jak wiadomo, na emeryturę Polak będzie mógł przejść w wieku lat 67. Dużo to, czy mało nie będę filozofował. Jedno wiem, że sam bardzo tęskniłem za tym, by leżąc w łóżku do godziny dziewiątej moje słodkie leniuchowanie mógł jedynie zakłócić dzwonek do drzwi naciśnięty przez listonosza, który za chwilę z odwzajemnionym uśmiechem wręczy mi należność naliczoną w ZUS. Nawiasem mówiąc od dawna już nawet listonosze tego nie robią tracąc często owocne napiwki. Nie będę dalej rozważał słowa „praca” w tym aspekcie. Może rząd ma racje, może jej akurat nie ma, nie moja w tym sprawa. Nie będę się podlizywał ani premierowi, ani opozycji. Jedno wiem, bom się do woli nasłuchał i naczytał: Módl się i pracuj, a będziesz zbawiony, czyli ora et labora, jak powiadali mnisi klasztorni, utrzymujący się onegdaj z własnej pracy przyklasztornej. Ale o dziwo podobne „banały” wypowiadają także księża świeccy na parafiach, biskupi na stanowiskach ordynariuszy, setki kapelanów uczepionych przy wszelkiego rodzaju instytucjach państwowych jak wojsko, policja, straż pożarna, straż graniczna, szpitale, więzienia, redakcje telewizyjne i radiowe oraz inne, które na chybcika trudno wyliczyć. Jest ich od jasnej ciasnej, jak to w państwie zaiste wyznaniowym. Zatem oni by dostać się do Krainy Ojca Niebieskiego czyli nieba , nie mogą okazać się ważnym dokumentem pt. Modlitwa i praca, wszak ich rączki są najlepszym dokumentem. Dlaczego więc głoszą ten banał?. Ano tak było od zawsze. Głoszą go z potrzeby dóbr, które wytworzy dla nich ciemny lud poddany im religijnie. Oczywiście generalnie praca jest dobrodziejstwem, bowiem służy właśnie pomnażaniu dóbr. Jest też harmonią życia w zestawieniu z otoczeniem i egzystencją z rodziną. Jest zaszczytem i stanowi o wartości człowieka. Ale też do pracy wielu zalicza „zawody” wstydliwe jak prostytucja, kradzież, handel ludźmi, oszustwa, żerowanie na cudzym nieszczęściu. A właśnie kilka z tych wstydliwych terminów dotyczy akurat kleru. Kościół tylko w Polsce wyszabrował od uległego państwa pod przykrywką doznanych krzywd za PRL dziesiątki tysięcy hektarów ziemi, wiele pałaców i budynków użyteczności publicznej ( w tym szkół, kin i teatrów) posuwając się do oszustw (Komisja Majątkowa). Łacno też potrafi żerować na cudzym nieszczęściu np. przejmując majątek starszych samotnych osób, by potem machnąć ręką na zobowiązania dożywotnie tych osób. Znamy aż nadto w tym względzie przykładów. Chyba słusznie Uwe Rosenberg zatytułował swoja książkę Ora et Labora, w której stworzył wiele gier planszowych. Jak wiadomo każda gra polega na pokonaniu przeciwnika. W naszym wypadku Kościół wykorzystując ślepotę i poddaństwo władzy świeckiej zmajstrował sobie niebo tu i teraz na ziemi, bo w inne niebo większość katabasów nie wierzy. Gdyby tak nie było nie popełniali by tyle straszliwych grzechów zapisanych na kartach historii świata. Miliony zabitych w ramach nawracania na chrześcijaństwo, setki tysięcy kobiet, a nawet uczonych spalonych na stosach, setki tysięcy wykorzystanych seksualnie dzieci (Ameryka, Europa, Australia). Doposażanie banków watykańskich pieniędzmi pranymi przez mafie. Życie w rozpasaniu materialnym i rozpuście (Ojciec Maciel). ( Prawdziwa Historia Watykanu skrywana do tej pory w czeluściach papieskich). Sprzyjanie ekstremistom ustrojowym (ochrona wielu nazistów przed Trybunałem w Norymberdze, oraz przyjaźnie ze zbrodniarzami vide Pinochet). Kto o tym wszystkim wie, no kto?. Na pewno nie tacy których wizytował po kolędzie ksiądz (scena opisana w poprzednim moim poście). Na pewno nie prości ludzie, którzy przed strachem ognia piekielnego nie wezmą do ręki pisma lub książki traktującej o historii chrześcijaństwa, tym bardziej katolicyzmu. Jaką i gdzie oni mają zdobywać wiedzę dowiadują się z ust proboszcza w czasie niedzielnych spotkań w kościele, lub gazetki Goncarczyka. Ale o tym, że wiara potrafi czynić nie tylko cuda, ale przede wszystkim sobie poddanych wiedzieli politycy oraz reżimy od dawna. To nie przypadek zrządził, że na bramach obozów hitlerowskich był wielki napis: ARBEIT MACHT FREI, zaś na bramach sowieckich łagrów podobny w treści: CZESTNYM TRUDOM ODKUPAJ SWOJU WINU. Z kolei żołnierzom hitlerowskim umieszczono na pasach słowa: Gott ist mit uns, że niby swoją powinność czynią w imieniu Boga. A więc praca, praca i jeszcze raz praca dla tych, którzy cię uwięzili, albo zatrudnili, by z Bogiem na ustach, czyli modlitwą zapracować na wieczne zbawienie. Jeszcze nie tak dawno, obok powiedzenia módl się i pracuj dopowiadano łacińskie słowa memento mori (pamiętaj, że umrzesz), co jednoznacznie nasuwało myśl, że za być może niedługi czas twoja dusza stanie przed obliczem Najwyższej Sprawiedliwości. Ciekawe zatem, że ci pasterze milionów owieczek nie przejmują się tym w ogóle. Mają rację, bo właśnie papież Leon X podczas przyjęcia na zjeździe kardynałów wzniósł toast: Wypijmy kochani za to,że dzięki legendzie o Chrystusie mamy nie tylko bogactwo, ale i władzę. Wiadomo wszak, że w on czas każde stanowisko cesarskie i królewskie musiało być akceptowane, a nawet obsadzane przez papieża, oczywiście nie za darmo. Zatem drodzy państwo, ora et labora, a ponieważ nie znasz dnia ani godziny to chociaż: memento mori.
PS. Przy okazji tego posta ustosunkuję się do ostatnich komentarzy. Otóż cieszy mnie to, że moi Czytelnicy generalnie podzielają treści ostatnio zamieszczonego posta , który zatytułowałem „Dzielą ich wyłącznie inwektywy”.Wypowiedzi odmienne też szanuję. Pan Amadeo pisze, że większość księży pochodzi ze wsi. Zgoda panie Amadeo. Pochodzą ze wsi zabitych deskami, gdzie panuje opinia, iż kto ma księdza w rodzie tego bieda nie ubodzie, a ponadto cała rodzina ma gwarancje zbawienia niezależnie od tego, czy chodziła do kościoła, czy też w tym czasie ojciec rodziny pędził bimber zaraz po złapaniu sąsiadki za tyłek na sianie. Z takiej zapadłej wsi białostockiej pochodzi m.in. abp. Głódź, dzisiaj właściciel kilku pałaców. Racje ma AA, który pisze, że najlepsze „zioła” dojrzewają w klasztorach. Dodam, że nie tylko zioła ale i nalewki, oraz dobre zakąski, jak to zwykle bywa w ubogich stajenkach. Ktoś anonimowy zapewnia nas, że już nigdy do władzy nie dojdzie Kaczyński. Niech bogowie mu wynagrodzą w dzieciach za to zapewnienie. Wyczerpująca, jak zwykle jest wypowiedź Pani J. Oprócz tego, że jest przekonana o poprawnej linii mojego posta, pisze, ze ostatnio czytała „Rzeczypospolitą” i doczytała się tam o winie Tuska oraz pilnym nakazie robienia dzieci. Otóż, ja z przyjaźni podpowiem, iż sam się naciąłem na tym piśmie nakierowanym wyraźnie na tzw. „dobro” PiSu i dałem sobie spokój, do czego i Panią usilnie namawiam. Dzięki za przemyślane obserwacje. Ponadto zgadzam się, że w Kaczyńskim trudno doszukać się seksualności, chociaż posłanka PiS ze Słupska czegoś tam się dopatrzyła. Ponieważ przypadek z kolędującym księdzem k. Krakowa jest nad wyraz niesmaczny to nie skomentuję, bo nie chcę skrzywdzić człowieka. Być może mu cosik zaszkodziło, bo jak pisze Axel/rose było to za komuny. Dlatego podejrzana sprawa. Najważniejsze, że się odnalazł. Pozdrawiam wszystkich Państwa, jak zwykle z wielką atencją. Toruńczyk.

sobota, 26 maja 2012

DZIELĄ ICH WYŁĄCZNIE INWEKTYWY

Kilka dni temu, aktywny politycznie bloger Bogumił Kolmasiak, zamieścił w Internecie tytuł posta: „POPiS istnieje i ma się dobrze”. Wiem i wie o tym każdy, kto bacznie obserwuje scenę polityczną od czasu, gdy Rokita, Marcinkiewicz i kilku innych przebrzmiałych już dzisiaj polityków o to zabiegali. Tylko zachłanność obu Kaczyńskich nie pozwoliła zaistnieć temu tworowi. Po tym jak Lech K. chciał zostać prezydentem, a Jarosław ogłosił, że nie wypada mu w takim wypadku pchać się na fotel premiera, tymczasowo, jako cwany i obłudny lis posadził tam katolickiego nauczyciela fizyki Kazia Marcinkiewicza. Ten absolwent kościelnej uczelni głosił wszem i wobec, nawet z ambon kościelnych (klasztor w Tyńcu) nauki o nierozerwalności i świętości małżeństwa do czasu, gdy w wygrzanym przezeń fotelu premiera zechciał usadowić swoje dupsko wbrew zapewnieniom, ojciec jedynej najsłuszniejszej partii w Polsce. Tedy Marcinkiewicz, nie bacząc nawet na osobiście głoszone nauki puścił swoją żonę wraz z dziećmi w jasną cholerę, by posiąść młodziutką Isabel, emigrantkę spod Warszawy, która akurat złapała robotę w banku londyńskim, w którym Kaczyński znalazł mu właśnie posadę zastępczą. W ten oto sposób kaczy klan po przejęciu całkowitej władzy wypiął się na drugie prawicowe płuco czyli Platformę Obywatelską i mimo różnych podszeptów ze strony teoretyków politycznych, aby jednak zaryzykować rządowe braterstwo ogłosił się jedynym twórcą IV Rzeczypospolitej obsadzając jej stanowiska przeróżnymi włazidupami o przekonaniach skrajnie prawicowych, choćby to byli dawni działacze PZPR. Ważne, że gotowi wykonać każdy rozkaz swego guru, co zaowocowało m.in. tragiczną śmiercią Barbary Blidy. Wydawało się, że po katastrofie w Smoleńsku, obie przybite traumą partie odnajdą w sobie ochotę na wspólne rządy. Stało się inaczej, ponieważ Jarosław K. dostał kociej wścieklizny po kolejnych szóstych z kolei przegranych wyborach. W amoku nakazał swoim ludziom nie uznawać legalnie wybranych władz w kraju z prezydentem na czele. Przewidywałem swego czasu, że prędzej czy później grozi nam POPiS w rządzie. Obok dzisiaj tam obecnych powróci do tek ministerialnych Macierewicz, Fotyga, Kempa, Brudziński, Ziobro i cała ta wataha którą tak trafnie nazwał onegdaj Sikorski. Będą jaja jak berety. Stanie się to wtedy, gdy partie lewicowe w wyborach osiągną wynik pozwalający na tworzenie ze swoich ugrupowań koalicji, ale ich siła parlamentarna będzie niezbyt wyraźna. Wtedy zarówno PO jak i PIS, by nie dopuścić do sterów państwa lewicę, która by, powiedzmy obsadziła na stanowisku premiera wroga Kościoła Janusza Palikota, mimo rodzinnych zadrażnień połączą się ochoczo, chociażby dlatego, że tak będzie chciał polski episkopat. Jak powiadam, o koalicji POPiS pisałem już kilka razy na swoim blogu i podtrzymuję uparcie swoje przewidywania. Różnice między tymi dwoma ugrupowaniami są w gruncie rzeczy marginalne. Ideały pisowskie sieje w PO Gowin, Żalek i blisko 60- ciu innych posłów prawego skrzydła. Z kolei ideały peowskie tlą się w partii Kaczyńskiego też w głowach kilku posłów. Nie będę ich wymieniał, bowiem nie chcę brać na siebie „odpowiedzialności”, że oto z powodu ujawnienia schizmy partyjnej Kaczyński ich wyrzuci na zbitą twarz, jak to już czynił. Obie partie współpracują w biznesie. Na wysokich stanowiskach spółek państwowych, szefów banków oraz w innych instytucjach zasiadają ci, których posadził tam zarówno Kaczyński jak i Tusk. Luki wypełnione są ludźmi Pawlaka. W PO fortunę trzyma J.K .Bielecki, zaś w PiS SKOKI Stefczyka. Oba te ugrupowania praktycznie mimo wzajemnej „niby” nienawiści opanowały całą gospodarkę finansową według reguł uwielbianego Balcerowicza. Partia liberalna Tuska, oraz partia bardziej skrajnie niżeli centroprawicowa Kaczyńskiego wyznaje te same wartości, a szczególnie te wspólnie uchwalone przez parlament. Bez wątpienia na pierwszym miejscu są „jakoweś” tam wartości chrześcijańskie, którym to służy posłuszeństwo ideologiczne rządzących, a także stwarzanie dobrobytu dla kleru, co zapewnia im trwały pobyt w Sejmie i Senacie. Obie partie łączy trwały łańcuch podległości Kościołowi. Tylko jakieś bliżej nie zdiagnozowane miazmaty spowodowały to, że jedna z tych partii klęczy w Toruniu u stóp o. Rydzyka, druga zaś w Łagiewnikach u stóp kard. Dziwisza. Obie partie mają swego wspólnego patrona w osobie JPII. Słowo ksiądz ma dla nich najwyższą wartość, co przenosi się na polskie masy wiernych, gdzie niektórzy z nich nie mogą sobie nawet wyobrazić, że ksiądz może tak jak i oni załatwiać potrzeby fizjologiczne. Tu przypomniała mi się scena z młodości, gdy jako jeszcze uczeń szkoły podstawowej zamieszkiwałem na wsi. W pobliżu mojego domu w zapadłych chałupach mieszkali biedni, prości sąsiedzi. U nich to właśnie chodził ksiądz po kolędzie. Zachciało mu się do ubikacji więc mówi, że chciałby skorzystać z toalety. Mieszkańcy w milczeniu wybałuszyli ślepia, po czym gospodyni domu wyniosła przed chatę miednicę z wodą i mydłem „jeleń”. Ksiądz zniecierpliwiony parciem pyta ją, a gdzie wy chodzicie srać do cholery?. Ano, niech proboszcz idzie, zaprowadzę. Przodem pobiegła z nim za obórkę i wskazała przybytek. Rozwalająca się, bez drzwi sławojka zaprosiła go do środka. Wszedł i głośno wyzwolił się z kłopotu wołając do czuwającej obok, by przyniosła mu gazetę. Po wyjeździe księdza długo jeszcze niektóre baby i chłopy dziwili się, że taki ksiądz, osoba przecież święta, a sra tak jak każdy inny, tyle, że używa papieru. Bardzo w porządku człowiek. Obie te partie pozostają wierne zasadom dziewiętnastowiecznych zapisów, o niższości płci żeńskiej w stosunku do tej drugiej, co się widzi w oporach do ratyfikacji europejskiej Karty praw człowieka, co się też widzi w oporach do uchwalenia prawa polskich kobiet do In vitro, prawa pozwalającego na związki partnerskie, nie mówiąc już o ustawie aborcyjnej. Obie te partie są homofobiczne. Przykładem było zachowanie posła Niesiołowskiego w stosunku do posła Biedronia, oraz płaski, plebejski rechot po jego wystąpieniu na trybunie sejmowej. Obie partie w gruncie rzeczy są za utrzymaniem niskich podatków dla najbogatszych, czyli swoich. Czym zatem się różnią?. Tylko marginesem i dlatego w chwili zagrożenia zwycięstwem wyborczym po lewej stronie natychmiast wpadną sobie w braterskie objęcia. Mają w końcu wspólne solidarnościowe korzenie.

środa, 23 maja 2012

TAKIE BĘDĄ RZECZYPOSPOLITE ...

Nieodżałowany pan Jerzy Waldorff rzekłby: Aliści nie wiem od czego mam zacząć, bo temat jaki chcę poruszyć jest po pierwsze, dość obszerny, po wtóre zaś mocny w wymowie merytorycznej.
Poprzedni post, który ciepło schodził mi z klawiszy komputera niestety muszę przykryć treścią smutną, ale jakże prawdziwą. A zrodził się on po przeczytaniu kilku artykułów w naszej prasie. Oto pisze pan Jan Kapusta, polski artysta plastyk zamieszkały od 30 lat w Nowym Jorku: ”Kiedy w Polsce idę do ludzi z tym swoim nowojorskim, pełnym otwartości i jakiejś naiwnej dobroci uśmiechem, często słyszę: A co ty się kurwa tak patrzysz? Nie pasuje ci cuś?” Bo w Polsce nie należy demonstrować publicznie radosnego oblicza, a już w ogóle jest to nie wskazane wtedy, gdy naprzeciw spotykasz grupkę młodych wyrostków. Jakich tam wyrostków, po prostu młodych chuliganów, przyszłych bandziorów, złodziei a nawet być może morderców, a przede wszystkim na pewno katolików. O tym, że należą do smutnego narodu wybranego przez Chrystusa, mówił im ksiądz na religii, mówi im organizacja, do której zdążyli się zapisać, mówią im ich polityczni opiekunowie z skrajnie prawicowych partii. Ultraprawicowe podziemie (a nawet już naziemie) rośnie z roku na rok w siłę i dostatek. To widać po drogich ciuchach i posiadanych pojazdach. Wspierają je fasadowo „legalne” organizacje. Ataków na wszystkich, którzy nie potrafią i nie chcą akceptować ich wartości jest coraz więcej i są one coraz lepiej zorganizowane. A nasza władza w najlepszym przypadku przysyła policjantów, którzy z ciekawością popatrzą na chłopców drących mordy, poczytają hasła i symbole zakazane sądownie, po czym bez reakcji schodzą do komend z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Polscy narodowcy bezkarnie lżą uczciwych ludzi, demolują obiekty, opluwają innych niżeli oni sami. Ludzie ze strachu barykadują swoje domostwa. Przypominają się najgorsze czasy bezhołowia i bezprawia. A władza milczy, bo jest jej tak wygodnie, bo to jest bat na przeciwnika politycznego, tego z lewej strony, bo to akurat nie jest przeciwko Kościołowi, czyli drugiej połowie płuca prawicy. Ta coraz większa masa młodzieży ubranej w koszulki z napisem Blood & Honour, ONR wraz z bratnią Młodzieżą Wszechpolską spod znaku Dmowskiego w zasadzie niczym się nie różni od grasujących po wojnie band faszystowskich. Przy takiej tolerancji władz, tylko patrzeć jak zaczną strzelać w imię braterstwa z Breiwikiem, którego zbrodni absolutnie do końca nie potępiają. W końcu zabijał lewaków, a to, że w wieku dzieci to mało istotne. W przerwach między napadami na marsze równości, organizują oni, przy akceptacji władz terenowych przeróżne szkoleniowe spotkania połączone z wyżerką, wypitką i wypróżnieniem. Zastanawiającym jest to, gdzie tkwi geneza, praźródło tego wszystkiego. Przecież ta młodzież już od przedszkola uczyła się religii, wielu z nich było ministrantami, wielu pochodzi z rodzin bardzo oddanych Bogu i Ojczyźnie. Otóż to. Zamiast prawdziwej historii w szkole dowiadują się o największych wrogach Polski ze szczególnym wskazaniem na wschodnich sąsiadów. Słyszą z ust prawicowych polityków, że z okazji rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem niemieckim, w moskiewskiej paradzie obok żołnierzy rosyjskich szły polskojęzyczne watahy. Te słowa padają z ust prawicowych parlamentarzystów. Te same watahy, które mimo zakazów usiłowały pomóc walczącej w Powstaniu Warszawie. W przeprawie przez Wisłę, pod morderczym ogniem niemieckich dział padło ich więcej niż pod Monte Cassino. Ponad 600 tysięcy Rosjan na polskiej ziemi oddało swe młode życie, pisze czytelnik Angory. A dzisiaj nasza prawicowa młodzież skuwa z pomników wdzięczności czerwone gwiazdy, albo oblewa je farbą. Dziwimy się potem, że Anglicy nie szanują naszych weteranów, co okazało się podczas podobnej uroczystości. Nie zaprosili nie tylko tych spod Monte Cassino, ale też polskich lotników broniących nieba nad ich krajem. Nie mówi się młodzieży o tym, że kilku oszalałych wojskowych wydało miasto Warszawę na fizyczną zagładę, oraz śmierć ponad 200 tysięcy jej mieszkańców. Mówi się natomiast przy każdej nadarzającej się okazji i bez okazji o Katyniu. Mówić i pamiętać o tym trzeba, ale nasza historia tym się nie zamyka. W Warszawie zamordowano dziesięć Katyniów. Nienawidzą nas sąsiednie narody z Litwinami, Ukraińcami i Czechami na czele. Ale niestety mają ku temu powody. Druga Rzeczpospolita nie przyglądała się spokojnie poczynaniom Hitlera w czasie napaści na Czechosłowację. W tym samym czasie nasze wojsko zajęło pod dowództwem generała Żeligowskiego pół Litwy. Połaszczyliśmy się też na czeskie Zaolzie. Nie mówimy dzieciom o rzezi na Wołyniu, gdzie 140 Polaków wymordowali Ukraińcy z trójzubem na czapkach. Tym samym znakiem, który dzisiaj reprezentuje pani Tymoszenko, tak bardzo broniona przed niesprawiedliwością sądu ukraińskiego i prezydenta Janukowicza. A przecież Tymoszenko dostała 7 letni wyrok odsiadki nie jako działaczka polityczna, ale za przestępstwa gospodarcze. A tak na marginesie, może by nasi śledczy dziennikarze przy okazji wyjaśnili i podali rodakom do wiadomości w jaki sposób nieskazitelna pani Tymoszenko doszła do miliardowej wartości majątku osobistego w ciągu kilku miesięcy, bo chyba nie z pensji premiera. Szkoły nasze prezentują bardzo niski poziom nauczania. To wiemy. Myślę jednak, że gdyby nasza młodzież miała warunki, by poznać naszą narodową prawdziwą historię (nie tą pisaną przez IPN), choćby tę z drugiej wojny światowej, a więc prawdziwych bohaterów spod Lenino, Monte Cassino, Wału Pomorskiego, Murmańska, Tobruka i Arnheim zamiast sławionych przez polską prawicę żołnierzy wyklętych (często zbrodniarzy) ich patriotyzm nie ograniczał by się do świętowania wzorem PIS i całej otoczki rocznic naszych klęsk powstańczych i martyrologii narodowej. Niestety, młodzi ludzie mają jedynie poznawać wszystko to, co było i jest ubzduranym wrogiem Polski. Ma nienawidzić ludzi nie wyznających wartości chrześcijańskich, ludzi o innych poglądach i wyznaniach. Niby głośno o tym się nie mówi, ale można takie przykłady odnaleźć prawie co dzień w normalnej prasie. Wystarczy w zasadzie podany na początku tego posta przykład, który nie jest jakimś tam sporadycznym wyjątkiem: „A ty co się kurwa tak patrzysz!. Nie pasuje ci cuś?!”
PS. Słowacy nakręcili film dokumentalny o Kurasiu (bohaterze narodowym wg. PIS ) i jego zbrodniach dokonanych na terenie Słowacji. Ciekawe czy TVP pozwoli nam go obejrzeć. …....................................................................................................................

Na koniec żart dla poprawy humoru: Kiedy pan Platini usłyszał od trenera Smudy, że nasi chłopcy będą gryźć trawę, walcząc o punkty, natychmiast kazał ją wymienić na smaczniejszą.

sobota, 19 maja 2012

JAK "ZŁOTY PODZIAŁ ODCINKA"


Mówi się powszechnie, że człowiek swój ziemski pobyt dzieli wedle pór roku. Niestety najczęściej przywoływana jest jesień, jako ta ostatnia prosta do przejścia w nicość. Ta pora jednak ze względu na absolutną ludzką dojrzałość, a nawet już przekwitanie pozwala na retrospekcje zwykle dawnych zdarzeń, ale też na bardziej skrupulatną analizę otoczenia w jakim się egzystuje. Wtedy właśnie bardziej wyraziście widzi się otaczające nas piękno i uroki, ale również smutki, nawet te ocierające się o symbolikę funeralną. Przypuszczam, że niczym w tym względzie nie różnię się od innych dość wiekowych homo sapiens. Każda pora roku ma swoje specyficzne wartości w sensie odbioru emocjonalnego. Co prawda ostatnia pora roku odnosi się do wieku starczego, to jakże jest milo nawiązać do wiosny. Piękna co prawda możemy się doszukiwać w malarstwie, architekturze, rzeźbie, ale jednak najbardziej w naturze. Wiosna, to pora roku, kiedy zmęczony organizm szarością i przykrą temperaturą zimy, z utęsknieniem spogląda na zawiązki maleńkich liści, jakby drzewo starało się jeszcze z troską powstrzymywać je przed zbyt nagłym rozwinięciem się ze strachu przed ewentualnymi przymrozkami, by w ciągu kolejnych dwu dni zezwolić na pełny rozkwit owych pąków. Można to porównać z uwolnieniem motyla z kokonu. I wtedy właśnie ten jesienny człowiek ogarniając wzrokiem przepiękny pierwszy świeżutki dywan traw z przebijającym się mleczem otrzymuje pierwszą dawkę szczęśliwości. Zechce się na pewno zatrzymać na najbliższej ławeczce, by posłuchać ptasich treli, tej niezwyklej muzyki nawołującej bractwo do zakładania gniazd. Cudownie jest i tego nie sposób opisać żadnymi najbardziej chociażby literackimi słowy, tym bardziej, gdy owo ziemskie piękno chłonie się pospołu z kimś najbliższym i ukochanym. Trudno porównywać budzące się do życia otoczenie z czymkolwiek. To jakby złoty podział odcinka, co mnie równie zawsze urzekało. Próbuję nieraz odnaleźć podobne uroki w literackich opisach przyrody np. w bogactwie barw i domyślnych zapachów pokazanych w ogródku Zosi w poemacie Mickiewicza. Podobnie w sielskich opisach rodzącej się wiosny w Puszczy Białowieskiej, mokradłach Biebrzańskich z milionami ptaków, czy też przepastnej syberyjskiej tajdze, która urzeka nawet tych historycznie skrzywdzonych ludzi harmonią barw i bogactwem egzotycznej flory i fauny. Ta radosna pora roku budzi do życia wszelkie stworzenia, w tym nas ludzi. Wiosna to początek wszystkiego co nas cieszy, niezależnie od warunków życia i osobistego losu. Przechodzi ona wraz z dojrzewaniem warzyw, zbóż i owoców w pełnię lata, które to mimo, że umieszcza słoneczko na najwyższym punkcie nieba mocno nas zachęca do nieróbstwa i wysyła wielu do wód, na własne działki, albo coraz bardziej modnego leniuchowania przy grillu i napojach, które to ze względu na procentowość spożywane w słońcu nie bardzo służą zdrowiu. Rozpieszczeni urokami wiosny nawet nie zauważamy piękna dojrzałych owoców. Osobiście wraz z rodzeństwem dorastałem w dużym owocowym sadzie i do dzisiaj śnią mi się zapachy i kolory jabłek, gruszek, śliwek, czereśni oraz krzewów malin i porzeczek w barwach żółci i czerwieni. Nie bardzo przepadałem podczas wakacji za pracą fizyczną w naszym dużym sadzie, bo było jej co niemiara, ale radosny kolor malinówek, renet i grafsztynek czarował mnie na tyle, że pokonywałem w sobie ową niechęć do wysiłku. Największą boskość owoców dostrzegałem w porannej rosie, gdy między drzewami spacerowały stada sarenek. W tym miejscu dla higieny życia w mojej jesieni przytoczę nazwy kilku odmian. Były to: kosztele, sabarosy, glogerówki, boikeny, renety, grochówki, kronselki, oberlandzkie, starkingi, sztetyny i najszybciej dojrzewające papierówki i malinówki. Wśród grusz pachną mi do dzisiaj klapsy, bery, bojki, bonkrety, księżna Eliza. Drzewa jabłoni i grusz były rozdzielane fachowo śliwami o obco brzmiących dzisiaj nazwach: lowanka, książę Walii, ontario, Waschington oraz soczysta renkloda. Najwięcej jednak było popularnych węgierek.
I tak oto te gorące i parne lato chyli się ku jesieni, do której ze zmęczenia nawet po trosze zaczynamy tęsknić. Bo jesień to też pora roku, którą możemy polubić wmawiając sobie, że przecież do kolejnej wiosny nie tak znowu daleko. Co prawda drzewa tracą liście, zmieniają barwy na czerwone i złote, noce są coraz zimniejsze, a ptaki bez pożegnania uciekają z naszego kraju, to jednak wystarczy pomyśleć, że w końcu wszystko się odrodzi za kilka miesięcy, bowiem zarówno drzewostan jak i fauna muszą odpocząć, by uszczęśliwić nas swym pięknem za kilka miesięcy. W końcu mówi się wśród ludzi, że jesień życia to najpiękniejszy okres. Po prawdzie zależy dla kogo. Ja akurat w swojej jesieni co chwila odnajduje symptomy wiosny. Cieszy mnie ona, tym bardziej, że zaraz po niej mamy lato „ubogacone” turniejem Euro2012 i londyńską olimpiadą. Do tej pory zapewne Macierewicz znajdzie odłamki bomb, które Putin podłożył pod tyłek Kaczyńskiego. Takie odłamki mogą zalegać w samym prezydenckim tyłku, dlatego nie jestem pewien, czy nie trzeba będzie rozbić wawelski sarkofag i dokonać lustracji. Do tej pory zapewne też wydobędziemy z ukraińskiego pierdla Julię T., a Rydzyk dostanie cyfrową TV , bowiem na Jasną Górę w tych intencjach pomaszeruje wojsko, parlamentarzyści, kolejarze, grabarze, leśnicy i cały ten boży polski lud. Wszyscy wespół zespół poproszą Najświętszą Panienkę o wstawiennictwo u św. Leonida Fiodorowa, którego nasz papież wysłał do nieba, by wpłynął na sumienie Janukowicza. By ten z kolei pozwolił pani Julii dostać się do okienka banku za granicą, gdzie ulokowała swoje miliardy. Nie po to odejmowała sobie od ust całe życie by nie korzystać na pięknej jesieni życia z tych „oszczędności”.
Red Jonaprince- nowoczesna odmiana ślicznych jabłuszek, które zasugerował mi anonimowy gość.

środa, 16 maja 2012

ZADŻUMIONY WIATR


Wiatr zmian coraz mocniej wieje w Europie. Wczoraj Słowacja, teraz Francja. Wkrótce Czechy i Niemcy. Czas na Polskę. Mniej więcej te słowa wypowiedział podczas pochodu 1-Majowego idący na jego czele Leszek Miller. Wypowiedział te słowa chwilę przed zwycięstwem wyborczym Francois Hollanda. Fakt jego zwycięstwa mocno zachmurzył samopoczucie polskiej prawicy i polskiego prawicowego dziennikarstwa. Pominąwszy wstydliwy temat „olania” Hollanda przez zarozumiałego Donalda Tuska, rezon naszego dziennikarstwa został na tyle sponiewierany, że nie potrafili nawet uczciwie skomentować faktu przegranej Sarkozy,ego. To jakiś zadżumiony wiatr nadchodzi, przeczytałem na czołówce gazety, której nazwy nie wymienię. Nigdy też nie brałem jej do ręki. W przeddzień wyborów kościelnoprawicowy dziennikarz TVN Jacek Pałasiński odezwał się w te słowa: „Ciekawe czy Francuzi wybiorą Nikolasa Sarkozy,ego i kraj odetchnie z ulgą, czy też, co nie daj Boże, postąpią krótkowzrocznie wybierając Hollanda, który będzie zadłużał kraj”. Bo wg podobnych dziennikarzy generalnie lewicy jako takiej w Europie ma nie być, a jeśli gdzieś tam jest to niech się nie miesza do gospodarki. Podobne zachowanie obserwowaliśmy po lewicowych zwycięstwach w Hiszpanii czy też Portugalii. Dzisiaj praktycznie lewica rządzi prawie w całej Europie począwszy od Skandynawii, a w Norwegii i w kilku innych krajach tzw. dobrobytu nawet od kilkudziesięciu lat. Od wielu lat po raz pierwszy na pochodzie ludzi pracy w Warszawie zebrało się aż tylu ludzi. Demonstracja taka nie mogła być nie zauważona przez media. Ale media próbowały przykryć ten fakt z jednej strony Palikotem i jego programem wygłoszonym w Sali Kongresowej, a z drugiej rocznicą beatyfikacji papieża. Tym razem nie udało się całkowicie przysłonić nastrojów społecznych, a one są widoczne gołym okiem. Jeszcze rok temu nikt nie przypuszczał, że ten niepozorny politycznie socjalista francuski może zostać prezydentem tak wielkiego i bogatego kraju. Starannie wykształcony, całkowicie wyalienowany (jak cała Francja) od religii i Kościołów, żyjący bez ślubu z sympatyczną partnerką dostaje w posiadanie Pałac Elizejski. Zdobył ten Pałac także dzięki wsparciu swojej eleganckiej przyjaciółki, absolwentki Sorbony, Walerie Tierweller. W Polsce ze strachu przed utratą władzy Donald Tusk pobiegł do plebana z prośbą, by udzielił mu po dwudziestu latach małżeństwa ślubu kościelnego, jako gwarancji współpracy i przyjaźni, co owocuje dotychczas. Dzięki temu ład medialny, szkolnictwo, ochrona zdrowia, reprywatyzacja są uregulowane w ścisłym porozumieniu z Kościołem i przy pełnym zabezpieczeniu jego interesów. Hollande, na pytanie dziennikarzy, czy teraz, kiedy został prezydentem ożeni się, odpowiedział: nigdy!.Ani mnie, ani mojej partnerce nie przychodzi to do głowy. A naszym władzom przychodzi. Są uwiązani dyktatem konkordatu zawartego nielegalnie przez nieistniejący rząd panny Hanny Suchockiej. Profesor Widacki pisze: Spędziłem 3 Maja na małopolskiej wsi.. Wieś została udekorowana flagami polskim i nowym modelem flagi papieskiej. Obok kolorów białego i żółtego na flagach widnieje głowa JPII. Jest to region, gdzie 100% wyborców (jak w Chicago) głosowało na PiS i Kaczyńskiego. Ksiądz proboszcz mówił o święcie Matki Boskiej Królowej Polski i ani słowa nie bąknął o Konstytucji 3 Maja. Tak oto jako Polska uwiązaliśmy się łańcuchem z Watykanem i każda prośba o jakąkolwiek poprawkę, która by nas zbliżała do Europy jest odtrącana zapisami konkordatu, vide proponowane przez rząd odpisy podatkowe na Kościół. A przecież, skoro tak mocno czcimy II Rzeczpospolitą, przywołujemy tamtych bohaterów za wzór do naśladownictwa, często z narażeniem jakiejkolwiek logiki. Z bandytów robimy bohaterów i ustanawiamy im święto Żołnierzy Wyklętych (Kuraś, Młot), to przyjmijmy także zapisy obowiązującego wówczas konkordatu. A właśnie tamten nakazywał polskim biskupom i polskiemu klerowi całkowite podporządkowanie się władzy świeckiej. Papież zanim mianował jakiegoś duchownego biskupem, najpierw zadawał prezydentowi pytanie, czy aby nie widzi on w tym względzie przeciwwskazań. Tekst owego konkordatu mówił m.in.” Przed Bogiem i na Święte Ewangelie przysięgam i obiecuję jak przystoi Biskupowi, wierność Rzeczypospolitej Polskiej. Przysięgam, iż z zupełną lojalnością szanował będę rząd, Konstytucję i flagę polską. Dopilnuję też, by moi podwładni kapłani czynili to samo.” Dlatego każdy normalnie i zdrowo myślący Polak, a rząd szczególnie, winien czynić wszystko by obalić obecnie obowiązujący dyktat zwany konkordatem i przyjąć ten z roku 1925. Dzisiaj na każdym wręcz kroku biskupi kpią sobie z państwa, bo przykładowo „obrona” telewizji TRWAM przeciw decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w którą zaangażowało się tylu biskupów- to nic innego jak kwestionowanie polskiego porządku prawnego. Takie prawo, jaki rząd, można konstatować. Z powodu niezrozumiałej wprost symbiozie państwa i Kościoła po 1989 r., dwadzieścia lat zajęło im razem tylko ciągłe zaglądanie kobietom pod spódnicę, namawianie farmaceutów do łamania prawa zasłaniając się jakąś tam klauzulą, wprowadzanie religii do szkół i innych bzdurnych ustaw, tak jakby to było najważniejsze w XXI wieku. Skłóciło społeczeństwo do tego stopnia, że człowiek dla człowieka stał się wilkiem, a wszystkie przeprowadzone reformy przez kolejne ekipy rządzące okazały się jedną wielką klęską. Po dwudziestu latach więc mamy rządy nieudaczników, kłamców i naciągaczy. Przy tym wszystkim nasz pan prezydent apeluje do władz Ukrainy, by zmienili prawo pozwalające na niekaranie za błędy polityczne. Czyli tak jak jest u nas, bo jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś stanął przed Trybunałem Stanu, lub przed niezawisłym sądem, (a jakim że tam niezawisłym??), chociaż ma udowodnione machlojki na miliony tam czegoś.




niedziela, 13 maja 2012

ENERGA, ENEA, ENION... I CO DALEJ?

Nachodzą mnie myśli. Mrużę wtedy oczy. Bo w końcu, sam już nie dowierzam, że gdzieś tam, jako już osobie dorosłej ( zdolnej do pracy i obrony) przeleciało 45 lat w objęciach umowy o pracę zawartej z.. PRL. Czterdzieści pięć lat, kupa czasu. Pierwsze dwadzieścia lat oddałem Ojczyźnie w ramach zawodowej służby wojskowej wypełniając złożoną przysięgę co do jednej litery. Dlatego w myśl logiki tych, co to Kuklińskiego nazywają bohaterem, obok co najmniej miliona innych polskich mężczyzn zapisałem się jako zdrajca Ojczyzny. Pocieszam się tym, że nie ma tylu cel więziennych by nas wszystkich tam ulokować. Zatem nasza zdrada pozostanie bezkarna, a to jest mało wychowawcze dla następnych pokoleń. Było, minęło.
Pozostałe 25 lat pracowniczego życia, prawie w całości oddałem polskiej energetyce. Najpierw w Zakładzie Wykonawstwa Sieci Elektrycznych, który to zatrudniał ponad 1200 ludzi, na stanowisku „kadrowego”, a następnie w Zakładzie Energetycznym (zatrudniającym kilka tysięcy ludzi) jako ekonomista. Dzisiaj zakład prosperuje w ramach koncernu ENERGA, ja zaś od kilku lat swoją pracę wspominam na emeryturze. Wspominam, ponieważ śmiem twierdzić, z absolutnie dużym prawdopodobieństwem, że praktycznie wszystko to, co zasila Polski przemysł, co zasila polskie domy, co zasila polskie sanatoria i szpitale, co zasila polskie urzędy oraz oświetla (za darmo) polskie kościoły i klasztory – zbudowano właśnie wtedy, czyli w prosowieckim,”sterowanym z Moskwy” PRL. Tak, jako zaszczycony tymi dokonaniami polskiej energetyki byłem świadkiem budowy nie tylko potężnych linii energetycznych wszelkich mocy przesyłowych, w różnych warunkach terenowych (góry, jeziora, lasy i bagna), ale też kilku elektrowni opalanych węglem. Kamiennym oraz brunatnym. W tym celu zbudowano elektrownie tam, gdzie metodą odkrywkową daje się wydobywać owo brunatne polskie złoto. Fakt, energetyka należała w Polsce do najbogatszych gałęzi przemysłu, ale też potrafiła swoje dochody, obok inwestycji wydawać na cele sprzyjające ludności. Do dzisiaj służą wszystkim, ktokolwiek chce wypoczywać w kraju, ośrodki wypoczynkowe stacjonarne i sezonowe zbudowane przez energetykę wzdłuż polskiego wybrzeża bałtyckiego, nad mazurskimi jeziorami oraz na Podhalu .Sanatoria energetyczne leczą wszystkich, bowiem zgodnie ze współczesnym kapitalizmem zostały przekształcone w spółki usługowe dla każdego, ktokolwiek zechce z nich skorzystać. I niestety komercyjnie zapłacić. Zakłady energetyczne finansowały w ramach sponsoringu wiele klubów sportowych. Były ich też właścicielami. Dzisiaj pod auspicjami np., ENERGI działają kluby koszykówki, piłki siatkowej, tenisa, żeglarstwa, boksu oraz innych dyscyplin sportu. Ale to już prawie wyłącznie sponsoring za reklamę. Do dzisiaj wiele rodzin mieszka w blokach wybudowanych w tamtych latach dla pracowników. Nie są to apartamenty, ale dużo z nas chciałoby mieć takowe, swoje przytulne gniazdko. Śledząc stany pogodowe z trwogą obserwuję skutki nawałnic letnich i zimowych. Dziennikarze wtedy ze wstrętem powiadają, że oto nie wytrzymały tych wichur slupy energetyczne, które zbudowano za tamtych lat. „Bo w latach komuny niezbyt dbano o porządne wykonawstwo robót”. Otóż panie dziennikarzyno. Gdyby wtedy nie postawiono tych „marnych” słupów, to do dzisiaj byś siedział przy lampie naftowej, wczytując się w książeczkę do nabożeństwa, bo za tej nowej, niepodległej Polski nie zbudowano prawie nic, co służy energetyce. Prywaciarz, który zgodnie z wolą Balcerowicza nabył za grosze państwowe przedsiębiorstwa, nie będzie inwestował w coś, co od razu nie przynosi wymiernych dochodów. Będzie eksploatował te popeerelowskie budowle dopóty, dopóki się to nie rozleci ze starości. A potem sprzeda za tyle ile kto mu da. Tak oto panowie dziennikarze, oraz historycy zajmujący się polskim przemysłem, wbijcie sobie do głowy, że gdyby nie zrealizowano planów odbudowy Polski powojennej z ambicjami dogonienia krajów stojących wyżej od polskiej gospodarki, dzisiaj nie było by cokolwiek sprzedawać nie tylko naszym rodzimym Kulczykom, ale i milionerom z zagranicy. Zastanawia się nasz rząd, nad przyszłością polskiej energetyki, bowiem potrzeby na energię ciągle rosną. Węgiel drogi w wydobyciu i do tego zagrażający unijnymi karami za emisje CO2. Z łupkami jest jak z duchami. Niby ponoć są, ale dotychczas nikt ich nie namacał. Gazu i ropy naftowej potrzeba coraz większe ilości, ale skąd brać, skoro Rosję straszymy wojną, naburmuszyliśmy się na rurę bałtycką, a z Norwegią nie mamy połączenia do przesyłu ropy. Solidarność w rozmachu antypeerelowskim pozbawiła Polskę pierwszej elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Byłem tam kilka razy i z dumą oglądałem bardzo zaawansowany stan budowy. W ramach bezpieczeństwa, dla ludności zamieszkałej w Żarnowcu zbudowano piękne osiedle w odległości kilku kilometrów. Reaktor zbudowany w zakładach czeskich, na licencji francuskiej, ze względu na wielkie gabaryty, sprowadzony do Żarnowca kosztem wielu miliardów, z gniewem na PRL planowano zatopić w otchłani jeziora. Mądry szwedzki inwestor za grosze kupił go od Polski dla jednej akuratnie budowanej szwedzkiej elektrowni jądrowej. Pracuje do dziś bezawaryjnie. A to Polska właśnie. Głupota polskiej Solidarności, hołubionej przez PiS. Dzisiaj premier poszukuje nowego miejsca na budowę elektrowni zasilanej uranem. Będą kłopoty, bo ludność polska, protestuje nawet w przypadku stawianych wiatraków, też Polska właśnie. W polskich warunkach trzeba najpierw rozmawiać z biskupami, którzy poprzez proboszczów wyrażą swoją opinię na temat inwestycji. Wtedy ludzie ich posłuchają jak słów ewangelii. Ale to oczywiście dodatkowo kosztuje. Nic za darmo mili państwo, jak mawia pan Wałęsa.

czwartek, 10 maja 2012

MADAGASKAR

Bez powodu różne myśli mnie nachodzą. Tym razem pomyślałem o tym, że jak notuje trochę zapomniana historia, Polska po odzyskaniu niepodległości, na dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej, o mały włos stała by się posiadaczem zamorskich terytoriów. Chodzi o Madagaskar, wyspę blisko dwa razy większą od współczesnej nam Ojczyzny. Jest pod względem obszaru czwartą wyspą świata. Stosunkowo mało zamieszkaną, bo zaledwie 24 osoby na km. kwadratowy, gdy tymczasem w Polsce mieszka średnio 112 osób na takim kilometrze. Niestety, tak się nie stało ze względu na wybuch wojny. Po wyzwoleniu sprawa się wyciszyła, przede wszystkim z powodów politycznych, a głównie w wyniku politycznego podziału świata. Madagaskar był odwiedzany przez Polaków na przestrzeni wieków. W roku 1776 Maurycy Beniowski (nie mylić z dramatem Słowackiego), którego na Madagaskar wysłali zarządzający wyspą Francuzi, został przez tubylców obwołany królem Wyspy. Po złożonej polskiemu rządowi propozycji przez Francuzów, marszałek Piłsudski dla rozpoznania terenów i ich przydatności wysłał na Wyspę mjr Lepeckiego. W 1938 roku Francuzi zaproponowali Polsce już oficjalnie w formie cesji objęcie władztwa nad Wyspą. Zainteresowanie Madagaskarem polskich władz było wyraźne. Tym bardziej, że wiadomo było, iż kraina ta jest bogata w nikiel, chrom i złoto. Około 20 milionowa ludność zajmuje się pasterstwem oraz uprawą kawy, bananów, trzciny cukrowej oraz ryżu. Hoduje bydło , kozy i owce. Wyznaje prawie wszystkie główne religie świata i wiele pomniejszych. Katolików jest tam ok 15%. Wysyłaliśmy tam (co jest zresztą naszą polską specialite) przede wszystkim księży dla utrwalenia wpływów watykańskich. Niejakiego księdza Jana Bejzyma, jezuitę JPII ustanowił nawet świętym. To tyle odnośnie samej Wyspy.
Jak wszyscy wiedzą w tym samym roku, czyli 1938, w dniu 10 listopada naziści niemieccy, zgodnie z zapisem w Mein Kampf i głoszoną ideologią oczyszczenia Niemiec z żydowszyzny urządzili wyznawcom Mojżesza tzw. Kryształową Noc. Noc hańby, której dzisiaj ich potomkowie się bardzo wstydzą. Hordy hitlerowców tej nocy rzuciły się na wszelkie dobra żydowskie. Rujnowali, rabowali i podpalali domy, mieszkania, sklepy i zakłady należące do Żydów, jednocześnie nakazując im ewakuację z obszaru III Rzeszy. Do samej Polski przybyło 170 tysięcy Żydów, osiedlili się w większości w okolicach Zbąszynia. W naszym społeczeństwie nacja żydowska liczyła około 3 i pół miliona. Jak wiadomo, nasze przedwojenne władze nie prezentowały pozytywnego stosunku do polskich obywateli narodowości żydowskiej. Antysemityzm podżegany przez Kościół katolicki dawał się odczuwać powszechnie. Nawet sam kardynał Tysiąclecia Stefan Wyszyński w swoich wydawnictwach zachwalał ideologię Rzeszy niemieckiej w sprawie zniszczenia Żydów. Zresztą miał w tym względzie poparcie w Watykanie w osobie papieża Piusa XII. Ważną rolę w polityce antyżydowskiej odegrał polityk, publicysta i działacz polityczny Roman Dmowski, założyciel Narodowej Demokracji i Młodzieży Wszechpolskiej, do dzisiaj czczony przez wielu naszych obywateli. Kontynuatorem jego idei był (jest) po roku 1989 jego imiennik Roman Giertych wicepremier w kaczym rządzie. Dmowski mówił: „Żydówka zawsze pozostanie Żydówką. Żyd - Żydem . Mają inną skórę, inny zapach, sieją zepsucie wśród narodów. Brzydzę się nimi”. Antysemityzm był tak rozpętany, że rząd nasz rozważał przyłączenie się do programu Hitlera i pozbycie się swoich obywateli (nie katolików) z terenów nadwiślańskich. Najwięcej rodzin żydowskich zamieszkiwało na Mazowszu, oraz terenach galicyjskich. Rozważano o powrocie do zaplanowanej cesji Madagaskaru, po to by wywieść Żydów pod przymusem na wyspę na Oceanie Indyjskim. W celu ich „przekonania” do wyjazdu wzorem Hitlera rozważano budowę obozów przymusu, w tym obozów koncentracyjnych wzorem Berezy Kartuskiej. Wojna pokrzyżowała plany sanacyjnych polskich władz w tym względzie. Za to sami hitlerowscy rozwiązali trudny dla Dmowskiego problem. Ideologia antyżydowska zrodziła kolejno wypadki jedwabieńskie, potem kieleckie, a przede wszystkim rządzę wzbogacania się Polaków kosztem życia i majątków Żydów zamieszkałych po sąsiedzku. W tym momencie zastanawiam się, w jaki sposób władze polskie mogłyby sobie poradzić z transportem takiej masy ludzi na Madagaskar. Madagaskar położony tysiące kilometrów od Polski. Aby wyekspediować ponad trzy miliony ludzi, potrzeba ponad trzy tysiące statków. Każdy z nich musiałby zabierać na pokład co najmniej tysiąc ludzi. Było to niedorzeczne. Jednak pokłosiem tego wszystkiego pozostała nienawiść podsycana do Żydów. Pozostawiła do dnia dzisiejszego w naszym społeczeństwie ślady pospolitego, wręcz głupiego, kretyńskiego antysemityzmu, szczególnie w partiach skrajnej prawicy, Obozie Narodowo-Radykalnym, Młodzieży Wszechpolskiej, oraz niektórych kołach kościelnych. Widać to było po wydaniu książek Grossa. Do dzisiaj na słowo Żyd wielu Polakom bardzo wykrzywia się twarz. Tyle, że to nie twarz, tylko morda. Już od lat Madagaskar stał się niepodległą republiką. My, nie tylko nie zyskaliśmy zamorskich terytoriów, ale nawet straciliśmy te na wschodzie w myśl podziału dokonanego przez Wielka Trójkę. Natomiast plan oczyszczenia kraju z Żydów wykonali za nas Niemcy poprzez straszliwy holokaust.

wtorek, 8 maja 2012

W TROSCE O PREMIERA

Ostatnimi czasy mrużę oczy czytając coraz to nowsze newsy z premierem Donaldem Tuskiem w tle. Wybaczcie mi wobec tego moją asertywność. Nasz premier będąc oddanym absolutnie swoim przekonaniom politycznym, jako prawicowy liberał nie zechciał się w marcu spotkać z przyszłym prezydentem Francji Francois Hollandem. Powodem było to, że Hollande od zawsze jawił się jako zatwardziały socjalista i do tego siedzi z kobitą na kocią łapę. A właściwie kim pozostaje Tusk jako ożeniony w kościele liberał. Czyżby skretyniał na wzór Marka Jurka czy też, co gorsza Macierewicza?. Nie zauważa chłop, że jego premierowska moc truchleje coraz bardziej, bo powołany przezeń na ministra sprawiedliwości Jarosław Gowin, podkopuje jego liberalizm i wraz z 60-cioma posłami z PO o skrajnie prawicowych przekonaniach uśmiecha się do Jarosława Kaczyńskiego i zatwardziałego, średniowiecznego episkopatu. A widać to gołym okiem, gdy Gowin z miną rozmodlonego ministranta (nie mylić z ministrem) tworzy dziwne projekty ustaw, cofające Polskę do XIX wieku, zgodnie zresztą z intencją biskupów. Chodzi o zablokowanie przyjęcia przez Polskę członka UE, Karty Praw Podstawowych, bo „doszłoby do zrównania w Polsce kobiet i mężczyzn”, co dewot Gowin odczytuje, że nastąpi wtedy takie rozpasanie wolności babskiej, iż będą się na potęgę legalnie skrobać, żyć na kartę rowerową, a co jeszcze gorsze zaraza wolności europejskiej pozwoli na legalizację homoseksualizmu. Nie poprzestał na tym. Jest współtwórcą projektu ustawy, zakazującej sprzedaży w aptekach środków antykoncepcyjnych, oraz leków wczesnoporonnych. Ten dewot parlamentarny w tej chwili skupił wokół siebie grupę większą niżeli ma klub Palikota i stwarza zagrożenie powrotu do absolutnego ciemnogrodu i kołtuństwa na skalę całego państwa. Gorzej, w tej chwili w porozumieniu z PiS, SP, PJN oraz znaczną ilością przykościelnych posłów PSL, śmiało może obalić Tuska jako premiera i stworzyć rząd bardziej radosny Kościołowi , niżeli za kaczego premierostwa. Tusk sam sobie wyhodował tego raka na ciele własnego rządu. Niby chciał mu nadanym ministerstwem uspokoić szajbę, o której powtarzał wielokrotnie, a okazało się, że owa szajba na tyle mu odbiła, że poraża rękę, która nadała mu ten zaszczyt. W tym wszystkim jest to na tyle idiotyczne, że sprawami o zabarwieniu typowo społecznym zajmuje się minister sprawiedliwości, miast zadbać o skorumpowane sądownictwo, oraz problemy związane chociażby z aplikacjami.
Dzisiaj, gdy Francois Hollande został prezydentem jednego z największych i najbogatszych krajów Europy a więc i współdecydentem o jej przyszłości, Donald Tusk na pewno poczuł się jak zgniłe jajo. No bo jakże to składać całusy w czasie spotkań brukselskich na policzkach tego, który ze względu na swój socjalistyczny image był przez niego w Warszawie ze wstrętem odrzucony. Pozostaje mu składać całusy wyłącznie na licach Angeli Merkel, damy niezbyt apetycznej i seksownej, do tego zaprzyjaźnionej z Eriką Steinbach. No cóż, ostało się tylko to, co posiał jego dziadek wg. złośliwych dociekań Kurskiego. Ja rozumiem wstyd i zgagę jaka toczy Tuska, ale na przyszłość ma on iście dobra nauczkę, bo nigdy nie wiadomo kto kim będzie w przyszłości jako, że buławę marszałkowską podobno nosi każdy, tym bardziej kandydat na prezydenta państwa. Holland zapewne mocno nie odchoruje tuskowego wstrętu, bo to w końcu mąż stanu i w porównaniu z premierem Polski prawdziwy ktoś, kto ma bardzo wiele do powiedzenia w Brukseli i nie tylko. W każdym razie, żal mi Tuska. A żal dlatego, że był on wraz ze swoja partią mimo uległości w stosunku do Krk izolatorem Polski od kaczyzmu. W tym przekonaniu go wybieraliśmy. Dzisiaj jego wartość w oczach wielu wyborców bardzo przybladła, wręcz zmatowiała. On sam zresztą po trosze się liczy z tym, że czas powoli oddać stery państwa. Gorzej, że może będzie musiał to zrobić pod przymusem i to na korzyść Gowina z szajbą. A więc pośrednio Kaczyńskiemu.

piątek, 4 maja 2012

RODZINA ... ACH RODZINA.

             ks. Maciel.
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Przysłowie jak wiele innych, z tematów  w których bohaterowie powiązani są bratnim deoksyrybonukleinowym łańcuchem zwanym po prostu DNA. Jest takie powiedzenie, które dosłownie sprawdza się wyłącznie w katolickich polskich rodzinach, że w przypadku gdy człowiek spotyka się z bliższą, czy dalszą rodziną, powiedzmy w czasie przyjęcia z poczęstunkiem, to lepiej jest już sobie beknąć lub głośno puścić śmierdzącego jak skunks bąka, niżeli przyznać się, że jest się ateistą. Od tego momentu bowiem jesteś stracony dla pokrewieństwa, chyba, że zmienisz natychmiast swoje przekonania, uczynisz teatralny znak krzyża i oficjalnie patrząc na obraz wiszący na ścianie ukorzysz się przed boskim majestatem. W przypadku twojego uporu i trwania w swoim przekonaniu zostaniesz definitywnie wykluczony z katolickiej rodziny. Tej, która duchowo pozostaje pod bezpieczna opieką Jasnogórskiej Panienki, oraz świętym słowem Tomasza Terlikowskiego i plejady chłopstwa w purpurach, z abp. Michalikiem na czele. Dla tychże jesteś trywialny, wręcz wulgarny, za którego należy się wstydzić po wsze czasy. Trudno, powiada zwolennik Rycharda Dawkinsa, trzeba żyć dalej, bo Bóg, zwany przez ateistów naturą po to dał ci mózg, abyś miał gdzie szukać ratunku. Bo natura, jest zaprawdę bliższa rozumowi, niżeli deistyczna forma zrozumienia świata. Ktoś powiedział, że dowodem na istnienie Boga jest to, że nie można dowieść jego nieistnienia, ale istnienia tym bardziej. Nie będę tu akurat swojego światopoglądu wyłuszczał ze szczegółami. Jest na pewno materialistyczny. Zna go moja najbliższa rodzina strasząc mnie piekielnymi mękami po ewentualnym odejściu do domu Pana. Powiadam tedy, że nie chcę przebywać tam, gdzie błogosławiony przez Polaków-katolików JPII wraz z koleżeństwem złożonym ze zbrodniarzami i rozpustnikami w osobach Pinocheta i księdza Maciela. W tym podobno boskim gniazdku przebywa wiele papieskich seksualnych zboczeńców oraz morderców innych nacji. Wystarczy przeczytać pierwszą lepszą historię Watykanu. Jest tam Torquemada, wykonawca milionów stosów dla kobiet „czarownic”. Są tam setki księży, którzy za życia rozpruwali brzuchy kobiet indiańskich, by nienarodzonym dzieckiem nakarmić psy. Jest tam tak wielu zbrodniarzy tego świata, że nikt o normalnych zmysłach, choćby odurzony biblią jak heroiną tam śpieszyć się nie będzie. Raj jest tu na ziemi. Najbardziej wiedzą o tym biskupi i księża, zagarniając od wiernych, a jeszcze więcej od państwa co tylko się da i ile się da. Oni nie oczekują żadnego innego raju i wcale się tam nie spieszą. Widać to np. w czasie choroby. Robią wszystko i płacą lekarzom każdą sumę, by pozostawili ich jeszcze w tym tu (grzesznym, ale prawdziwym) raju. Jeżeli jednak mimo wszystko Dawkins się mylił i przyjdzie mi pójść do piekła, to trudno. W karty gram, rozrywkę lubię, to i na pewno dobiorę sobie towarzycho do brydża czy pokera. Tam muszą być bogaci księża i rozpustni hierarchowie, będzie kogo ogrywać. Daję też z uśmiechem wiarę opowieści, jak to struchlały ateista po śmierci trafia do piekła: Nie ma się czego bać, powiada dyżurny diabeł . Tu jest naprawdę fajnie. Chodź za mną to ci pokażę; Przechodzą korytarzem i mijają kina, restauracje, puby, domy publiczne, teatry, kluby, kręgielnie... Normalnie życie jak w Madrycie, dla każdego coś miłego. Ateista jest już całkowicie przekonany, że będzie mu tu lepiej niż na ziemi, kiedy nagle otwierają się drzwi, a za nimi ściana ognia i przytłumione krzyki.. A to co ma znaczyć diable?. A miało być tak fajnie.!: Spokojnie, to tylko katolicy. Jak sobie wymyślili, tak mają.
Jeżeli ktoś z Czytelników sobie pomyśli, że drwię z jego religii, to jest w wielkim błędzie. Ja nie drwię z żadnej religii. Szanuje każdą z nich i spodziewam się od wszystkich wyznawców szacunku dla mojej, swobodnej w tym względzie postawy.


wtorek, 1 maja 2012

LEWICA KONTRA LEWICA

Pierwszy maja. Święto Pracy. Dla wielu z nas pracy wytęsknionej, wręcz abstrakcyjnie pojmowanej. Dla wielu z nas Polaków oczywiście i dla niewielu ludzi z innych nacji.
Dlatego 1 Maja poza granicami Trzeciej Najjaśniejszej ludzie świętują jako święto wiosny, święto pożegnania z pozimowym brudem i apatią. Tegoroczny 1 maj przyniósł ze sobą pogodę prześliczną i pokazał, że niekoniecznie na 30 stopni C. trzeba czekać do czerwca i lipca. Rozradował wiele twarzy skierowanych pośpiesznie do słoneczka. W Moskwie oraz wielu miastach na zachodzie to dzień prawdziwych spotkań na pochodach. W każdym państwie pochód szedł z innymi przesłaniami. Właśnie moskwianie w liczbie zbliżonej do 150 tysięcy (cóż to jest na 12 milionowe miasto), by witać wiosnę z nadzieją na lepsze życie w tym powoli demokratyzującym się państwie. Na czele pochodu widziałem obu przywódców czyli Miedwiediewa i Putina. W tym czasie nasi przywódcy prawdopodobnie umartwiali się na porannych mszach z okazji święta mitologicznego Józefa robotnika, bo tak nakazują Dziwisz z Rydzykiem. Oni, jako ci, którym dziki kapitalizm już całkowicie zamieszał we łbach wolą głosić swe populistyczne wynurzenia na temat równie mitycznego wzrostu gospodarczego do mikrofonów dziennikarzy, przy okazji oskarżając się wzajem o najgorsze intencje względem narodu, za który to z racji ich wyboru na najwyższe stanowiska odpowiadają. Każdy naród od Nowego Jorku po Brukselę, w dniu pierwszego maja manifestował z ważnego dlań powodu. We Francji w związku z wyborami prezydenckimi 1 maja był okazją do mobilizacji wyborców na korzyść obu kandydatów. Ponieważ jednak dzień ten kojarzy się z akcentem stricte lewicowym, przeto na pewno skorzysta na tym bardziej przeciwnik Sarkozy,ego czyli Francois Hollande. U nas w Polsce, jak to w Polsce, nawet lewica nie potrafi zjednoczyć siły do walki o dobro powszechne, czyli w miarę przyzwoitą równość. Materię, która nie koniecznie wypływa z haseł marksistowskich i treści odśpiewanej Międzynarodówki., bo oto tę rewolucyjną pieśń odśpiewał lud zgromadzony wokół przywódcy SLD Leszka Millera, zaraz po tym , gdy gestykulując teatralnie obu rękami Miller wygłosił mowę o tradycyjnym już przesłaniu. Wszystkim ma być lepiej, gdy najbogatsi zapłacą podatek 50%. Poza tym same bla, bla, bla wypowiadane z werwą ku zastraszeniu drugiego płuca lewicy. Płuca, którego przywódcą jest Janusz Palikot, a zebranego w Sali Kongresowej. To nie jest żadna lewica, krzyczał Miller, to zbiorowisko zakamuflowanych kapitalistów, od czasu do czasu naćpanych ziołami. Nie wiem, na tyle się nie znam, a nawet nie chce mi się w tym względzie odczytywać materialistycznej egzegezy, która to rzeczywiście partia jest lewicą?. Czy ta, która posługuje się jeno hasłami o dobrobycie, zaraz gdy ona wygra następne wybory, czy też ta, gdzie jej szef wyłożył jak na tacy swój program, którego myślą przewodnia jest zero bezrobocia. Wyłożył (powtarzam), jak na tacy, czego trzeba w tym naszym grajdole dokonać w kwestii gospodarki finansowej, począwszy od ZUS, Urzędów Skarbowych, banków, a skończywszy na krzywdzie wyrządzanej naszemu państwu przez zwolnione od podatków super i hipermarkety. Wyczerpująca wypowiedź pana Janusza Palikota z zacięciem magistra filozofii uzmysłowiła tym czterem tysiącom zebranym na Sali, oraz milionom Polaków przed telewizorami, że chcieć to móc. On ma dobry, realny program jak zlikwidować bezrobocie w kraju, jak ograniczyć bezgraniczne wyprowadzanie polskiego kapitału poza granice, co uczynić by te miliony młodych, zdolnych ludzi z powrotem zawitało do swojej ojczyzny, w której znajdą warunki na życie podobne do tego na obczyźnie. Ma program, ale kto mu pozwoli go zrealizować?. Tusk?, Pawlak?, Kaczyński?, czy też przywódcy małych ugrupowań typu Ziobro. Na kogo Palikot może liczyć w sytuacji, gdy rząd zanim podejmie decyzję o głosowaniu nad ustawą, każde zdanie projektu ustawy przedkłada pod opinię episkopatu. Tylko wtedy, gdy masy zrozumieją, że rzeczywiście remont państwa przedłożony programem Janusza Palikota, to jedyna alternatywa poprawy życia i masowo zagłosują na Jego partię w następnych wyborach coś się zmieni na lepsze. Na dużo lepsze. Ja rozumiem, że wielu z nas odczyta wypowiedź Palikota jako zbyt populistyczne, obliczone na zdobycie władzy, ale z drugiej strony Jemu ta władza nie jest koniecznie potrzebna do życia. Jest bogaty, zdrowy i piękny, jak mówi przysłowie. Myślę, a się chyba nie mylę, że jest On prawdziwym patriotą, chociaż akurat ten termin dzisiaj jest mało nośny. Dzisiaj, jakiś tam procent Polaków-katolików udała się do kościółków, by wysłuchać z okazji utworzenia święta Józefa robotnika w skupieniu modlitewnym kolejnych żalów do Rosji, oraz o skrzywdzonej TV Trwam. Reszta, to mało zaangażowana w jakąkolwiek ideę część społeczeństwa, która od dwóch dni nie gasi grilla oraz pragnienia napojami poniżej 50% alkoholu. Po tym długim weekendzie wydatna część naszego narodu zapadnie na przeróżne dolegliwości układu trawiennego, zmuszona do łykania wszelkiego rodzaju środków na ZAPARCIA, jak raphacholin czy alax. Ze swej strony podpowiadam, że najlepszym lekarstwem na tego typu kłopoty jest zapoznanie się z codzienną twórczością redaktora Terlikowskiego na jego Frondzie, lub programem ministra Gowina. Mnie pomaga.



HONOROWI OBYWATELE MIAST

Każde polskie miasto o charakterze wojewódzkim, a często i powiatowym szczyci się swoimi honorowymi obywatelami. Są to zazwyczaj lud...