niedziela, 28 kwietnia 2013

POGADUSZKI PRZY GUINNESSIE



Opowiadanko siódme
Historyjka, prawdziwa jak wszystkie dotychczas opisane na moim blogu, chociaż mało jest związana z tytularnymi „Opowiastkami przy kuflu”, ale z piwem i owszem. Tego dnia, jak mi tygodniowy emerycki plan nakazywał, udałem się w miejsce oddalone nieco od cyklicznie odwiedzanych pubów. Przygnała mnie tu oto taka okoliczność, że musiałem się pokazać z powodów nazwijmy to socjalnych w moim byłym zakładzie pracy, a skoro proszą, to idę, a co?, mam swój honor.
Warto było. Obok mnie urlopowany kolega z tej samej półki, czyli roku. Dywagujemy obaj co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem, gdzie się zahaczyć, kogo zaszczycić naszą obecnością, bo w gruncie rzeczy co mi zostało, biednemu polskiemu okradanemu przez kolejne rządy lewicowe i prawicowe nieszczęśnikowi, losowo zmuszonemu do okazywania czci listonoszom. Idziemy Tadziu na guinnessa?, zagadnąłem.
Pewno że idziemy, nie jest przecież znowu tak późno, dziesiąta przed południem. Zahaczyliśmy się w „Pod bażantem”, jedynym pubie w okolicy, w którym z beczki rozlewano ten irlandzki napój. Kelnerka zjawiła się natychmiast po eksplozji naszych uśmiechów, skierowanych raczej do tryskającego białą pianką nalewaka. Uwerturę towarzyskiego posiedzenia stanowiły lampki whisky.
Jesteś tu częstym gościem Tadziu?
Raczej tak, bo mi po drodze. Ta codzienna marszruta mocno uszczupla mój portfel, bo akurat to piwko nie należy do najtańszych, ale co mam sobie żałować. Wnuków nie mam, a w końcu ile jeszcze człowiek pożyje pod rządami kaczego duetu, w okowach prokuratora Ziobry?.
No to już trochę wydeptałeś swoją ścieżkę, bo o ile się nie mylę, to od co najmniej trzech lat powinieneś kwitować comiesięczne zusowskie wspomożenie zwane dowcipnie emeryturą.
Masz rację, na emeryturę mógłbym przejść już trzy lata temu, ale wiesz jak to jest na tym świecie. Nikt mnie na nią nie wyganiał, być może dlatego, że elektromonterów wysokich napięć zawsze im brakowało, chociażby w momentach powodowanych strat podczas wichur, śnieżyc czy też innych boskich dowcipów. Mam zaliczone kolejne egzaminy kwalifikacyjne, a poza tym boję się emerytury i to niekoniecznie ze względu na niższy standard życia, ale jest coś dla mnie bardziej strasznego.
A co Tadziu?, teściowa, żona z wałkiem w ręku, czy jeszcze coś potworniejszego?.
-Nie, teściową pochowałem już ponad dziesięć lat temu, żona w zasadzie nie wtrąca mi się do niczego, a dzieci daleko poza domem.
No więc o co chodzi?.
Boję się śmierci. Wierz mi, jak ja się boje własnej śmierci, a tym bardziej, iż mówi się, że na emeryturze ludzie umierają.
Tadziku mój, a kiedy mają umierać?. W szkole, w pracy, na wczasach, w delegacji, no kiedy i gdzie?, przecież tylko na emeryturze i niech tak pozostanie wyłącznie!.
Nie wiesz o co mi chodzi, mruknął. Widzisz, ja się boję śmierci jako takiej. Boję się cierpienia, boję się niedołęstwa, boję się tego pioruńskiego piórnika, który skręcą śrubami i wrzucą do zalanego wodą doła.
Dlaczego do zalanego wodą?, pytam, bo przez moment pomyślałem, że Tadziu należy do jakoweś sekty praktykującej mokre dyngusowe grzebanie zmarłych.
A bo widzisz, odparł po namyśle. W mojej rodzinie wszystkie pogrzeby, a było ich wiele, a to rodzice, a to teściowie, a to starsze rodzeństwo, odbywały się w strugach deszczu i zanim trumny zmarłych łapiduchy opuścili do grobu, były one pełne brudnej wody. Nie wiem, to chyba jakieś fatum, jakieś okropne przeznaczenie.
Nie sądzę, odrzekłem po łyku ciemnej ambrozji. Zwykły zbieg okoliczności, ot wszyscy w rodzinie trafiacie na ten pioruński niż, który być może ma inne przesłanie, nie wiem. Może wskazuje, że winniście się wszyscy skremować, skoro jesteście tak uczuleni na wilgoć, a i może dokucza wam rodzinny reumatyzm. A odnośnie cierpienia, to skoro znaleźliśmy się w Unii Europejskiej, to wprowadzą nam (daj Boże) standardy europejskiego opuszczania tegoż padołu bez cierpień, czyli eutanazję na żądanie. Poczekaj trochę.
To znaczy co?, mam dać się spalić?, wykrzyczał wręcz.
Dosłownie. Sam już wydałem odpowiednie instrukcje mojej rodzinie, jak mają postąpić z moim zimnym jestestwem. Zresztą tę formę utylizacji zagwarantowałem sobie w notariacie.
Tak postanowiłeś? Zapytał, coraz bardziej marszcząc czoło.
Tak, i to ostatecznie. Sucho, względnie tanio i bardzo higienicznie.
No, ale w płomieniach, czy ty sobie wyobrażasz?
No to nie wiem jak ci dogodzić mają. Za mokro nie, za sucho też nie. Chłopie ależ ty jesteś marudny jak rozkapryszony wnuczek, którego nie masz. A skoro pytasz czy ja sobie cokolwiek wyobrażam. Otóż wyobraźnię, wraz z pozostałymi odczuciami, zmysłami i instynktami będę miał wyłączoną na … amen. Nastąpiła cisza, po czym
przeliczywszy zasoby kieszonkowe drobnych, poprosiliśmy jeszcze o dwa kufelki.

Od kilku lat mieszkam w innym, mocno oddalonym mieście. Tadziu zapewne rozważa dalej swój dylemat już w pojedynkę, bo guinness „Pod bażantem” leje się nadal, ten pub ma podpisaną bezterminową umowę z irlandzkim dystrybutorem. Pod tym względem, zgodnie z wyborczą zapowiedzią Donalda Tuska, mamy drugą Irlandię, tym bardziej, że ponad pół miliona naszych, szczególnie młodych obywateli wyjechało, najczęściej tam na stałe by pomagać m.in. w produkcji guinnessa.


niedziela, 21 kwietnia 2013

POLACY BYLI I SĄ WSZĘDZIE


W poprzednim felietonie podjąłem próbę policzenia laureatów noblowskich. Wszystkich tych, którzy urodzili się nad Wisłą i w żyłach których płynie polska krew, niekoniecznie błękitna. Z przykrością stwierdziłem, że aż dziewięciu z nich swoją wiedzę nagrodzoną medalem królewskim ze Sztokholmu lub Oslo oddała obcym nacjom. Ich nazwiskami szczyci się Ameryka, Francja, Izrael, a nawet Rumunia. Taka jest rzeczywistość. My dzisiaj tylko encyklopedycznie z pomocą Wikipedii możemy im przypisywać rodowód polski, ale w gruncie rzeczy nikt nie powie że Szymon Perez, czy też Jerzy Szarpak to Polacy. Podobnie zresztą jak o wielu innych, bo nam na tym zbytnio nie zależy. Nie są czyści rasowo jako katolicy, a w każdym razie nie koniecznie wierzący w tego samego Boga, jeżeli są w ogóle religijni.

Inaczej wygląda ten problem poza granicami Polski. Pominąwszy to, że przykładowo Niemcy a także inne narody są dumni z wielu swoich noblistów niezależnie od ich religii, przekonań politycznych, miejsca urodzenia, to potrafią się też upominać o naszych słynnych Polaków, przypisując im to, że w ich żyłach płynęła choćby kropla krwi ichniego narodu. I potrafią to głosić z naciskiem. Niemcy uważają naszego Mikołaja Kopernika za swojego odkrywcę prawidłowego obrotu ciał niebieskich, ponieważ pobierał nauki w języku niemieckim, a ponadto w jego rodzinie wszyscy prawie nosili nazwiska niemieckie. Zatem gdyby jego żywot przebiegał w okresie III Rzeszy, zapewne podpisał by volkslistę i to co najmniej drugiej grupy. Podobnie Francuzi przypisują swoją narodowość Fryderykowi Chopinowi i Marii Curie Skłodowskiej, a przecież to, że zakochali się oni w partnerach francuskich to nic nie znaczy.
Czy dzisiejszy Polak, który wyprawia się dla seksualnego szaleństwa do Tajlandii i zapozna tam piękną białogłowę z którą się zwiąże węzłem małżeńskim, jest od razu współobywatelem tego cieplutkiego kraju? Jakoś akurat nie przypominam sobie w tej chwili, by ktokolwiek ze słynnych Polaków szukał żony w Niemczech. Być może z prostej przyczyny iż nie przystoi przy dziecku mówić po niemiecku. Przecież gdybyśmy aż do bólu doszukiwali się w historii słynnych Polaków „czystokrwistych” to obok Wałęsy, którego geniuszu nikt jakoś nie chce adoptować, pozostaje nam tylko warszawski szewc Jan Kiliński, albo chłop Bartosz Głowacki,, bohater powstania kościuszkowskiego, który poświęcił swój kaszkiet by ochronić wodza przed ruską kulą armatnią. Sam Kościuszko to też z lekka Białorusin. Nie wszyscy słynni Polacy są tylko nasi, oj nie. Słowacki po trosze jest Ukraińcem i po trosze Żydem z matki Salomei, Mickiewicz bardziej Litwinem niżeli Polakiem ,mimo opisu w „Panu Tadeuszu” miłych naszej tradycji swawolnych biesiad polskiej szlachty.
Świat homo, szczególnie ten dzisiejszy jest tak pomieszany z powodów ekonomicznych, religijnych, politycznych i rasowych, że trudno przypisywać niektórym z nas Polakom, że oto z któregoś powodu się wypięli na katolicką polskość i pokazali swój nonkonformizm, szczególnie dzisiaj gdy należymy do wspólnoty europejskiej. Przykładowo, wiemy, że Karolina Woźniacka, duńska rakieta tenisowa to Polka z krwi i kości, a jednak bardziej przyznaje się do kraju zamieszkania. Podobnie Scarlett Johanson, muza Woodego Allena. Ma korzenie absolutnie polskie. Podobnie jak Juliette Binoche, aktorka francuska, córka Polaka Młynarczyka i Polki Stalens, laureatka nagrody oskarowej. Inny z kolei słynny producent zegarków szwajcarskich to Antoni Patek, pełnokrwisty Polak, że nie wspomnę o innym Antonim Cierpikowskim z Paryża. To światowy artysta damskich fryzur. Historia zapisana jest jeszcze wieloma słynnymi Polakami, o których na co dzień w naszym kraju na lekcjach historii, geografii, fizyki czy chemii mało się mówi albo wręcz w ogóle. Który z absolwentów maturalnych wie, że Krzysztof Kolumb był potomkiem Władysława III Warneńczyka, króla polskiego, poległego gdzieś tam na złotych piaskach bułgarskich, do których lgnęły rodziny PRL w celach rekreacyjnych. Który maturzysta kojarzy Konstantego Ciołkowskiego z wynalazkami awiacji i lotów kosmicznych. Dzisiaj Rosja daje mu absolutne świadectwo obywatelstwa. A był on potomkiem polskiego zesłańca syberyjskiego. Kto skojarzy Edmunda Strzeleckiego z górami położonymi na kontynencie południowej Ameryki. Kto inny zaś z kolei Jana Czerskiego z odkryciami syberyjskimi. Ci „wyprawiający się”, często z powodów politycznych, jako zesłańcy polscy po klęskach powstańczych na trwale zapisali się jako obywatele obcych państw. Mógłbym wymieniać jeszcze wielu Polaków, którzy w encyklopediach świata są zapisani jako ci, co przyczynili się do ewidentnego postępu, do rozwoju gospodarczego i naukowego świata. W większości oni nie zostali rozrzuceni po zakamarkach globu z własnej woli. Byli albo zmuszeni jako banici, jako skazańcy, a często jako prześladowani politycznie, wyznaniowo lub rasowo. Ta ostatnia przyczyna mocno uwiera Polskę od marca roku 1968. Jest nam wszystkim wstyd. Nigdy, ale to przenigdy nie powinniśmy podążać podobna drogą, nawołuje Aleksander Kwaśniewski po kilku kielichach.
Niczego się jednak nie nauczyliśmy. Przykładem może być postać profesora Aleksandra Wolszczana, odkrywcy pierwszych planet spoza układu słonecznego, który opuścił rodzimy uniwersytet toruński i wyjechał na stałe do USA z powodu oskarżeń IPN o współpracę z władzami PRL. Ciekawe, z kim miał naukowiec wtedy współpracować panowie prokuratorzy, czyżby z CIA? albo Mosadem?. Też chyba nie dobrze. Z tego powodu ten polski Kopernik bis jest mniej popularny w szkołach i na uczelniach nad Wisłą, niżeli niejaki Kowalski wynalazca groteskowej turbinki do poloneza, oczywiście nie zapominając o świetlanej postaci wszech czasów (JPII). Tak oto dbamy o swoje srebra rodowe.

sobota, 13 kwietnia 2013

NOBLISTÓW CI U NAS DOSTATEK

Wesołe miasteczko obok płonącego getta.
70 lat. 19 kwietnia mija 70 lat od dnia wybuchu powstania w getcie warszawskim w roku 1943. Powstania z którego jako Polska jesteśmy dumni, o czym przekonuje nas prasa, oraz jego uczestnik pan Bartoszewski. Dumni, jako że wywołali go polscy Żydzi, z których w całości„ponoć” też jesteśmy dumni. Czy tak jest naprawdę, trudno wyrokować. W każdym razie oburzamy się, gdy niemiecka telewizja pokazuje dość ambiwalentny stosunek naszych AKowców do towarzyszy broni wyznania mojżeszowego. Ale ja o czym innym.
Otóż polskie źródła podają, że nasza ojczyzna wydała światu sześcioro noblistów; to Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Maria Skłodowska -Curie, Lech Wałęsa, Czesław Miłosz oraz Wisława Szymborska. Charakterystyczne przy tym jest to, że żadne z tych noblistów poza literaturą nie zapisało się specjalnymi wynalazkami i odkryciami, które służyły by ludzkości po wieki. Oczywiście poza Marią Skłodowską-Curie, która odkryła pierwiastki radu i polonu. Znamienne jednak, że Pani Maria nigdy nie miała polskiego obywatelstwa. Początkowo była Rosjanką, zaś później Francuzką, jako że wyszła za mąż za obywatela kraju Voltaire,a . Można by jeszcze zastanawiać się nad Czesławem Miłoszem, który nie szczycił się z serca polskością. W gruncie rzeczy był Litwinem.
Ciekawostką jest, że Polska mogłaby przyznać się do innych noblistów w liczbie dodatkowych dziewięciu. Problem w tym, że prawie wszyscy to polscy Żydzi, którzy z różnych powodów wywędrowali w świat, być może ze względu na panujący w naszym kraju od dziesiątek lat antysemityzm. Bo antysemityzm rozkwitał w naszej Rzeczypospolitej szczególnie w latach międzywojennych, kiedy to nawet w szkołach i na uczelniach tworzono getta ławkowe, a którym to obyczajom patronował sam twórca endecji Roman Dmowski, dzisiejszy idol ONR i MW. Mimo okupacyjnego Holokaustu, antysemityzm szerzył się w naszym kraju i po wyzwoleniu, czego przykładem był pogrom kielecki w 1946 roku, oraz wypadki marcowe w 1968, co wykorzystał m.in. w swoich książkach Tomasz Gross. Faktem też jest, że ci urodzeni w Polsce a późniejsi nobliści tu nad Wisłą żadnej kariery by nie zrobili chociażby ze względu na beznadziejną gospodarkę i lichutką bazę naukową. Przecież nawet gdyby Maria Skłodowska osiadła w Warszawie to prawdopodobnie mogłaby co najwyżej uczyć chemii w szkole licealnej. Wszyscy odnotowani nobliści jako rdzenni Polacy otrzymali owe nagrody w dziedzinie nie wymagającej bazy naukowej (literatura) poza Wałęsą, któremu wystarczył oręż złożony ze śrubokręta i kabelków, a którym to obalił ponoć wraz z Wojtyłą komunizm. Ta akurat nagroda (pokojowa) nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek nauką, chociażby na poziomie podstawówki. Tych dziewięciu urodzonych w Polsce noblistów oficjalnie podkreślających swój semicki rodowód z racji powyższych na zawsze opuściło kraj przodków. To Tadeusz Reichstein, urodzony we Włocławku, zmarł w roku 1996. (nagroda z medycyny i fizjologii) reprezentował Szwajcarię. To Izaak Singer urodzony w Leoncinie k. Warszawy zmarł w 1991 w Izraelu. Autor wielu książek, które udało mi było przeczytać. To Józef Rotblat ur. w Warszawie, nagroda za wysiłki redukowania broni jądrowej, jako noblista brytyjski. To Mieczysław Biegun (Menachem (Begin) ur. w Brześciu n. Bugiem, późniejszy premier Izraela, nagroda pokojowa. To w końcu Leonid Hurwicz ur. w Warszawie. Noblista z ekonomii, na rzecz USA. Innym Polakiem z urodzenia jest Szymon Perski ( Peres) ur. w Wiszniowie, premier Izraela, nagroda pokojowa. Także tacy Polacy z metryką polską jak Jerzy Szarpak ur. w Dąbrowicy, nagroda z fizyki na konto Francji. Andrzej Schally ur. w Wilnie, syn szefa gabinetu prezydenta Mościckiego, wyjechał do Rumunii, nagroda z dziedziny medycyny, niestety nie na konto Polski. Wreszcie Roald Hoffman ur. w Złoczowie wyemigrował do USA, nagroda z chemii.
Wszyscy wymienieni, czyli cała dziewiątka noblistów, którzy opuścili kraj urodzenia na własne życzenie, lub byli do tego zmuszeni, to Żydzi. Żydzi polscy, tacy sami jak ci którzy podjęli beznadziejną walkę z oprawcami hitlerowskimi w getcie warszawskim 70 lat temu. Tacy sami, jak ci, którym Gomułka wydał paszporty ważne w jedną stronę. To Żydzi, których polskie władze nie mogą nazwać Polakami. Tym bardziej, że żaden z nich nie wyznaje katolicyzmu, co wydaje się zrozumiałe. Polska jest w tej materii niechlubnym wyjątkiem, bo na przykład Niemcy, te Niemcy dla których Żyd był wart tyle co wesz, szczycą się wszystkimi swoimi laureatami Nobla, a wielu z nich było, lub jest pochodzenia właśnie żydowskiego. Nawiasem mówiąc, założyciel państwa Izrael i jego pierwszy premier, Dawid Ben Gurion, to polski Żyd z Płońska. W mieście stoi jego pomnik.

Oficjalny spis laureatów Nagrody Nobla nie zawiera kategorii „Żydzi”, a nagrodzonych klasyfikuje według kraju pochodzenia lub zamieszkania. Dlaczego więc Polska nie uznaje Perskiego czy też Bieguna za polsko-izraelskich noblistów?. To ogromny wstyd, że wobec polskich laureatów Nagrody Nobla wyraźnie stosuje się kryteria religijne. A prawda jest taka, że są to raczej kryteria rasowe a nie religijne, ponieważ wśród polskich noblistów pochodzenia żydowskiego są osoby nie praktykujące judaizmu. No cóż. Maria Skłodowska-Curie miała to szczęście że urodziła się jako katoliczka, aczkolwiek po wyemigrowaniu stała się ateistką. Podobnie sprawa wyglądała z Miłoszem, który na pięć minut przed śmiercią powrócił na łono katolickie. I na koniec wniosek, albo raczej morał kultywowany w praktyce. Istnieje propagowany przez Kościół mit, że „Polak to katolik”. Dlatego właśnie Polska woli mieć sześciu noblistów zamiast piętnastu, bo może lepiej mieć sześciu nie koniecznie błyszczących geniuszem, choćby z Matką Boską w klapie, niżeli wielu innych, o których mało kto w kraju nad Wisłą słyszał, chociaż między nami mówiąc jest szansa na jeszcze jednego kandydata do Nagrody Nobla (prawdziwy Polak-katolik). To Antoni Macierewicz, pod warunkiem, że odszuka tych trzech z wyprawy smoleńskiej co to uciekli z miejsca tragedii, lub być może zostali porwani przez ruskich.

wtorek, 9 kwietnia 2013

JA SKROMNY BLOGER


Zlustrowałem się, modne słowo. To znaczy zlustrowałem swoje kilkadziesiąt postów z ostatnich lat i zauważyłem, co nie było trudne, że niezależnie od wiodącego tematu, w tekście każdego posta zawarta jest krytyka albo polskiego Kościoła katolickiego, albo którejś z partii zarządzającej krajem. Zwariowałem czy co?. Niestety nie zwariowałem, bowiem każdy zdrowo myślący, a nie poddający się ubocznej indoktrynacji Polak wie, że nasz rząd, a tym bardziej polski kler ma za uszami wiele brudu i chciałby, by tenże brud nigdy nie został zauważony przez karmiące go owieczki, a tym bardziej przez ponoć normalnego i krytycznie patrzącego na swój Kościół papieża Franciszka. Ten brud wyrażający się obłudą, pedofilią, rozpasaniem, pijaństwem i wszechobecnym ujarzmianiem władzy świeckiej na każdym szczeblu nie może już podlegać tajemnicy … wiary. Tym bardziej dzisiaj, gdy pękają okowy strachu przed wyimaginowanym piekłem jakim jesteśmy straszeni od przedszkola do późnej starości, a i media jakoby nabrały odwagi. To brud, który jest maskowany przez ustawionych przez nich posłów i rządy odpalające im rocznie osiem miliardów złotych w ramach jakiś tam zobowiązań finansowych. A to na ich zusowskie emerytury, a to na pensje kilku tysięcy katechetów, a to dotacje na uczelnie katolickie. Ten brud to bezkarność księży na styku prawa cywilnego. W Polsce klesza kiecka stanowi najlepszą izolację przed kratą więzienną, to prawdziwy naturalny obrońca z urzędu. Ten brud to wyrwane państwu przy pomocy dziwnej i bezkarnej Komisji Majątkowej tysiące hektarów ziemi oraz obiekty, które dotychczas spełniały role szkół, przedszkoli a nawet teatru. Ten brud to wyłudzanie od starych schorowanych ludzi w zamian za „obiecaną cacaną” opiekę dożywotnią dorobku całego życia. Ten brud to seksualne afery i porzucanie kobiet z dziećmi spłodzonymi w chwilach uniesienia i namiętności. Ten brud to życie ponad stan, pałace i luksusowe samochody, ale też rozpusta i buta w stosunku do podwładnych i wiernych. Postawa abp Flachy Głódzia stanowi najlepszy przykład degrengolady urzędników Pana B. To wszystko powoduje, ze nawet gdy piszę posta poświęconego klimatom sielskim, anielskim, wiejskim, wprost rustykalnym, to jednak w tle odzywa się jakiś proboszcz, który akurat w takich środowiskach ma największy posłuch i „uszanowanie”. A mówiąc szczerze, to najlepiej lubię ową sielskość, klimat polskich lasów, wierzb mazowieckich i jak najszerzej pojętej fauny i flory.

Otóż zdarza się, że jakiś komentator po przeczytaniu mojego posta nazwie mnie wojującym antyklerykałem, komuchem lub innym przebrzydłym apostatą, który zasługuje na czeluście piekielne "tam", a na stryczek "tutaj". Zdarza się, bowiem przekrój społeczny czytelników jest różny a i percepcja często mało dla nich zrozumiałego tekstu generuje podobne opinie na granicy urazu psychiatrycznego. No cóż, nie należę do ludu smoleńskiego, nie obchodzę święta pisowskiego 10.04, a o przyczynach katastrofy pod Smoleńskiem mam wyrobione „normalne” zdanie, z kazaniami biskupów zapoznaję się za pośrednictwem „zdrowej” prasy, nie szukam towarzystwa w kręgach podległych episkopatowi i sekty Kaczyńskiego, śmieję się z "mądrości" Wałęsy, a tym bardziej jako emeryt nie zabiegam ani o szczególne uprzywilejowanie, ani o zbawienie wieczne. Moje ziemskie zasługi odmierzam świecką miarą i jak postrzegam, nie są one aż tak, ani małe, ani wielkie. Ot, takie sobie , mieszczące się w wymiarze średnio niskiej emerytury, zdrowia i pogody ducha.  

piątek, 5 kwietnia 2013

TERTIUM NON DATUR, CZYLI TRZECIEGO WYJŚCIA NIE MA





Bo nie ma. Albo zmądrzejemy i pójdziemy śladem nowoczesnej Europy, albo potoczymy się w dalsze bagno jako kolonia i lenno Watykanu. „Polska przypomina dzisiaj państwo fundamentalistyczne, w którym granica między Kościołem a państwem się zatarła – mówi w wywiadzie z "Rzeczpospolitą" Kazimierz Kutz. Senator dodał, że w naszym kraju "katolicy moralnie terroryzują resztę narodu, bez przerwy na wszystko się obrażając".Kutz jest człowiekiem pomimo swojego wieku nowoczesnym, wyprzedzającym zaciemnionych „polaczków” o wiek, facet który naprawdę na trzeźwo potrafi ocenić sytuację polityczną i społeczną w Polsce. Oczywiście hołota go obszczeka i pośle „starucha” do piekieł, ale to jest tylko hołota i motłoch, komentują czytelnicy. Świat na nas patrzy już nie z przymrużeniem oka, ale jak na dziwadło , które się odbiera na serio. Sami sobie reżyserujemy ten narodowy teatrzyk. Mimo, że naród dzieli się na sektę smoleńską i pozostałych, to TV polska planuje wyświetlić bzdury kaczej Anity Gargas tylko po to, by jeszcze bardziej poróżnić Polaków na zwolenników religii Macierewicza i logikę Tuska. Fakt, wyzywają nas Niemcy odkrywając nasz narodowy antysemityzm w oddziałach AK, różnie to bywało, ale spójrzmy na siebie samych. Odmawiamy praw inaczej myślącym, czy mającym inne preferencje seksualne. Ikona walki o niepodległość Lech Wałęsa chce zakładać getta, prawica traktuje inaczej myślących i kobiety jak podludzi bez pełni praw obywatelskich. Inna z kolei gwiazda polskiej kultury, która to ogłosiła swego czasu koniec komunizmu, czyli Szczepkowska chce wymieść ze scen teatralnych wszystkich gejów. Czym się różni w Polsce pisowiec od faszysty, chyba tylko nazwą, poglądy mają identyczne. Ponadto niby potępiamy wszystkie formy wykluczenia u siebie, ale największe zło widzimy u innych. Szczególne miejsce w polskiej tożsamości zajmuje antysemityzm - dziwny, pozbawiony logiki i realnych przyczyn, który nie wymaga nawet obecności Żyda, bo Polak zawsze sobie Żyda znajdzie.

Świat zaczyna robić porządki chociażby w aspekcie przestrzegania prawa cywilnego w katolickim kościele, które dotyczą także błazenady opartej na prawie kanonicznym i wytycznymi papieża w postępowaniu z pedofilami w sutannach, natomiast w Polsce te beczki szamba są wciąż upychane pod przysłowiowy dywan. Największy udział w sprawach ukrywania pedofilii, w chwili gdy to szambo zaczęło już wypływać na wierzch miał ... nasze drogie i nieocenione, „słońce Tatr i jezior mazurskich” papież Jan Paweł II, ostatnio błogosławiony, chociaż na siłę. On to wydał nawet tajny dokument dla biskupów jak ukrywać amatorów pośladków dziecięcych. Szczególnie hołubił zboczeńca zakonnika Marciala Degollado który gwałcił nawet swoje własne dzieci ( miał je z trzema kobietami) a który w zamian hojnie sypał kasiorą do watykańskiej sakwy. Dopiero na drugi dzień po śmierci JPII Josef Ratzinger kazał mu schować się w klasztorze i wszczął watykańskie, czyli „nijakie” śledztwo, miast oddać bydlaka prokuratorowi. Nie tylko pedofilię przypisuje się Kościołowi, oj nie tylko. Wystarczy poczytać książki, szczególnie autorów wywodzących się z państw bardziej neutralnych niżeli Polska względem Watykanu. Jest ich mnóstwo, są to autorzy często nawet wierzący w boga. A oto komentarz jednego z czytelników tych książek „Nie ma takiej zbrodni, której by nie popełnił Kościół katolicki. Nie ma takiej afery, w której ludzie tego kościoła by nie brali udziału. Historia kościoła, to historia zbrodni. To pokaz podłości i krzywd jakie człowiek jest gotów zrobić drugiemu człowiekowi. To droga pychy, obłudy, kłamstwa i zbrodni, w tym holokaustu na całych narodach. Nic w tym kościele nie jest oparte na Prawdzie, choć Prawda jest głównym hasłem kościelnych sztandarów. Ile trzeba mieć w sobie nienawiści i zła lub absolutnej naiwności by brać w tym udział. Czy jest to ktoś w stanie ocenić? Ja nawet nie próbuję”.
Jednak zapala się światełko w tunelu. Katolicy, którzy ucierpieli w wyniku zbrodni Kościoła, w tym Polacy, ośmieleni otwarciem się na jawność w prasie „WPROST”, GW i innych starają się przybierać postawę z podniesioną głową. Zachęceni pierwszymi krokami nowego papieża, który głosi ponoć skromność i prawdziwą „prawdę”, być może coś drgnie, tym bardziej, że w kłopoty Polaków na styku korespondencji i utarczek z biskupami włącza się Helsińska Fundacja.
I jeszcze jedno na koniec, po mojemu jednak bardzo ważne. Powiada się, zresztą nie bez powodu, że państwo w którym Kościół jest silny czyni to właśnie państwo zubożałym i słabym. Tak wyglądała do niedawna Irlandia, tak wygląda Malta, tak wyglądała za Francisco Franco Hiszpania i tak do dzisiaj wygląda Polska. Ojciec wszystkich Turków mustafa Ataturk, od blisko 70 lat czczony po dzień dzisiejszy, potrafił postawić się silnej religii czyli islamskiemu fundamentalizmowi,. On to właśnie już na początku naszego wieku wprowadził w Turcji wiele reform w tym prawo wyborcze dla kobiet, gdy tymczasem demokratyczna Szwajcaria takie prawo ustanowiła dopiero w roku 1971. Ataturk powiadał „ Czasami chciałbym żeby wszystkie religie świata znalazły się na dnie morza. Ten kto rządzi z pomocą religii, jest słabym władcą. Wciąga swój naród w pułapkę. Mój naród będzie się rozwijał zgodnie z zasadami nauki. Każdy może postępować zgodnie z sumieniem, chyba że kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem.... mimo obowiązującego szariatu” Czy słyszeliście o tym panie i panowie premierostwo, Tusk, Suchocka, Kaczyński, Kwaśniewski, Miller, Pawlak czy Buzek?, że o Wałęsie nie wspomnę chociażby ze względu na jego geniusz. Nie słyszeliście, bo wam o tym nie powiedzieli biskupi i kapelani na państwowych pensjach. Nawiasem wspomnę, że pomnik Ataturka do dzisiaj jest bardziej czczony przez miliony niżeli wszystkie tysiąc błazeńskich pomników Wojtyły w Polsce. To był przywódca i reformator państwa, które jako jedyne w Europie nie uznało polskich rozbiorów, w XVIII wieku a które pod Wiedniem w obronie wiary watykańskiej blisko 100 lat wcześniej, czyli w roku 1683 rozbijał polski król Jan Sobieski. Turcy nie byli pamiętliwi. Wiadomo, Sobieski wygrał, chociaż poniósł klęskę osobistą. Złapał syfa, być może od branki tureckiej, krzywdząc w ten sposób ukochaną Marysieńkę do której słał listy miłosne. To tak jeno nawiasem „mili państwo” jak „otwierał złote usta” nasz noblista gminny spod Lipna. Sobieski jest czczony tylko w polskich kościołach i Watykanie. Jakoś żadne państwo chrześcijańskie nie chyli czoła naszemu królowi za ocalenie religii, podobnie jak Piłsudskiemu za cud nad Wisłą, który to miał podobne założenie, ocalić Europę przed bolszewią i ponoć ocalił, co dość marnie zilustrował Jerzy Hoffman.


















wtorek, 2 kwietnia 2013

NAPRAWDĘ WARTO. A NAWET BARDZO



Przyzwyczaiłem się już do telewizyjnej nędzy świątecznej. O ile w czasie Bożego Narodzenia można zawiesić wzrok chociażby na drzewku upstrzonym świecidełkami, a pod nim znaleźć jakoweś prezenty od dobrze mi życzących, w tym często interesującą książkę, to akurat w Wielkanoc już niestety nie. Wykupioną w przededniu ulubioną prasę oczyściłem z ciekawych szpalt już w dzień „koszyczkowy”. Została mi jeno kablówka i Internet. Niestety, zarówno TV jak i Internet w w tych dniach wypełnione są wyłącznie bajkowymi pierdółkami typu wieści koreańskie i czego to w ciągu dnia, a konkretnie w kolejnych godzinach raczył dokonać papież Franciszek w wypowiedzianych słowach modlitwy, oraz tajemnych fizjologicznych „czynnościach”, o których cały polski ludek katolicki powiadomiony został przez kabaret LIMO w skeczu sympatycznego Abelarda Gizy. Pozostało więc wrócić do książek. Tak się złożyło, że mój toruński przyjaciel jako załącznik do życzeń świątecznych zaproponował mi książkę niezwykłą. Rzeczywiście niezwykłą i wartą zapoznania się z jej treścią bez specjalnego odkładania na inny … wolny czas. Aliści swego czasu pisałem, że książka białoruskiej pisarki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, była gotowa już w 1983 roku, ale dwa lata przeleżała w wydawnictwie bo autorkę oskarżono o "pacyfizm, naturalizm oraz podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej". Tak pisałem na moim blogu i namawiałem moich czytelników do jej nabycia gdzieś przed rokiem. No i co, warto było?, na pewno, bo była to wzruszająca opowieść o męstwie kobiet na froncie wschodnim podczas II wojny światowej. Dzisiaj pani Swietłana oddaje do rąk czytelników inną opowieść, która właśnie pozwoliła mi spędzić święta Wielkanocne w odmętach kultury. Jest to opowieść o cierpieniu milionów dzieci w tym samym czasie. „Ostatni świadkowie, czyli utwory solowe na głos dziecięcy”, to właśnie owe miliony bezbronnych, pozostawionych bez żadnej opieki i wsparcia, oraz krzywdzone z zamysłem dzieci. Dzieci Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Bo właśnie w czasie tej wielkiej wojny zginęły miliony radzieckich dzieci. Rosyjskich, białoruskich, ukraińskich, żydowskich, tatarskich, łotewskich, cygańskich, kozackich, uzbeckich, ormiańskich, tadżyckich. Te, które przeżyły, wojny nie zapomniały nigdy. Dla nich to wspomnienie pierwszego papierosa otrzymanego od Niemca, zapach bzu i czeremchy, zabawa w strzelanie, pierwsze grzyby w lesie, kózka, która miała dawać mleko i zapewnić rodzinie przetrwanie. Ale też sprawy, przed którymi dzieci powinny być chronione – śmierć, cierpienie, brak rodziców, okrucieństwo i głód. To książka memento dla ludzkości. A te , które znalazły się w prowizorycznych domach dziecka też doświadczyły gehenny. Oto fragment pewnej relacji: Nawet w regularnych sierocińcach sytuacja dzieci była podobna. Jeden z urzędników Komisariatu Edukacji opowiadał, że po inspekcji wzorcowego, na pokaz prowadzonego sierocińca i po obfitym, wydanym przez kierownictwo obiedzie, ktoś podszedł do niego i powiedział, że pokaże mu inne „schronisko dziecięce”. Znajdowało się ono niecałe pół kilometra od tamtego. Była to z kamienia zbudowana stodoła z podłogą posypaną piaskiem, a wewnątrz niej 200 dzieci od dwu do dwunastu lat, wyglądających jak szkieleciki poubierane w podarte łachmany, płakały, aby dać im chleba”.

Swietłana Aleksijewicz po raz kolejny udziela głosu tym, którzy go dotąd nie mieli. Tym, którzy przez lata byli tylko częścią niemego, anonimowego tłumu, tak zwanej ludności cywilnej, w wielkiej historii zawsze mniej ważnej od żołnierzy. Moi drodzy, chociaż nie jestem mazgajem, a raczej dość twardym mężczyzną to nie sposób nie uronić łzy połykając je wraz z treścią zapisaną na stronicach o największej w dziejach ludzkości krzywdzie wyrządzonej przez dorosłych właśnie dzieciom. Oczywiście pomijam tu nazistowski holokaust, gdzie do gazu lub na rozstrzelanie kierowano także setki tysięcy, a może miliony dzieciaczków. Pomijam inne wydarzenia historyczne z jakże często powtarzającym się w latach średniowiecza shoah włącznie, ale akurat dzieci „Swietłany” ten dramat wycierpiały wyłącznie z powodu obowiązku udania się na front wojny osób dorosłych, mężczyzn i kobiet, często najbliższych im rodziców. Niezwykły jest też fakt, że bohaterowie tej książki w ogóle przetrwali. Wojna i okupacja pokazana jest bowiem na Białorusi, o której przede wszystkim jest ta książka, straszliwe- w stopniu nieporównywalnym nawet z tak przecież bardzo doświadczoną Polską. W książce niewiele jest dorosłej wojny, walki czy bohaterstwa, nie ma jednak praktycznie relacji bez wspominania głodu, utraty najbliższych, ucieczek, pacyfikacji, samotności, domów dziecka, przeżycia tylko dzięki przypadkowi i łutowi szczęścia. To czyni ją jeszcze bardziej tragiczną i jeszcze bardziej wiarygodną. Wzruszamy się serialem o Annie German, w którym pokazano smutne dzieciństwo przyszłej artystki i jej najbliższych. Książka o której mówię podnosi tragizm najmłodszych obywateli tej ziemi do entej potęgi. Podobnie zresztą jak powieść "Porzucony" Alana Philpsa pokazująca tragizm domów dziecka w ZSRR. I refleksja: Gdyby nie konieczność rozbicia i unicestwienia raz na zawsze nazistowskich Niemiec, całe to zdarzenie kipiące od okropności, jakie nie sposób opisać słowami, można by nazwać gigantycznym absurdem historii. I tym bardziej trzeba „Ostatnich świadków” przeczytać. Bardzo namawiam.

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...