piątek, 29 czerwca 2012

ODWYK

                       (Opowiadanko piąte)
Siedzę ja sobie w czasie niedzielnego czasu mszalnego przy ulubionym szklanym naczyniu wypełnionym złocistym płynem i jak zwykle myślę o tym i o owym, zresztą bez składu i ładu. Zwilżam co chwila szybko wysychające gardło łykiem „żywca” zaciągając się bezmyślnie camelem wersji light. Zastanawiam się, czy to oczywiście bez dyskusji dobre piwko, jednako by mi smakowało bez tej kosztownej trucizny, które wszyscy lekarze ( w tym również palący) nazywają tytoniowym ścierwem. Zadumałem się, jak to bywa zwykle, gdy siedzę sam. A przecież byłem tak blisko zerwania z tym paskudnym nałogiem, bo oto mój zakład pracy zorganizował i opłacił kilka lat temu seanse odwykowe, które prowadził pastor Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Chodziłem na te seanse. Już pierwszego dnia wszyscy poddaliśmy się terapii, oczywiście wyrzucając do kosza, podstawianego jak tacę kościelną, zalegające kieszenie papierosy i zapalniczki. Nie ważne, drogie czy tanie. Terapia trwała, o ile sobie przypominam jeden tydzień. Stosując się do zaleceń pastora, można było jakoś wytrzymać. Ja wytrzymałem ponad cztery miesiące. A co po tych czterech miesiącach?. Ano to było tak. Jako organizator wszystkich kolonii zarówno krajowych jak i zagranicznych dla dzieci w liczbie ok. kilkaset, z ramienia Zakładu, gdzie pracowało kilka tysięcy ludzi, byłem zobligowany do lustracji (co za obrzydliwe dziś słowo) obiektów, a więc warunków zakwaterowania, wyżywienia, oraz zabezpieczenia rozrywkowego dla moich kolonistów, zanim podpiszę umowę. „Moje pracownicze” dzieci dosłownie w ramach kolonii objeździły kraj. Były w górach, nad morzem i nad jeziorami, ale też wypoczywały w wielu krajach Europy, m.in. w Słowacji, Czechach, na Węgrzech, w Chorwacji, we Włoszech, w tym na Korsyce, w Grecji i w innych krajach, których w tej chwili nie pomnę. Nie ważne, ale jest rok 1998. Wszyscy czekają na mistrzostwa świata w piłce nożnej we Francji. Większość meczów będzie rozgrywana w Paryżu na kilku stadionach. Pomyślałem, że jeżeli będzie stać rodziców na tak wymarzoną eskapadę ich dzieci to możemy zorganizować francuskie 3 tygodniowe kolonie w czasie mistrzostw właśnie pod Paryżem (okolice Wersalu, wspaniałe domki, wokół których zamieszkali Brazylijczycy). Okazuje się, że mimo, iż były to stosunkowo drogie kolonie listy chętnych na wyjazd mundialowy zapełniły się w ciągu dwu dni. Jak wiadomo wówczas Francja zdobyła złoty medal i puchar mistrza świata, a Zinadin Zidan, który strzelił dla Francji najwięcej bramek stał się dla kraju i nie tylko, bohaterem narodowym. Wcześniej jednak w celu tejże lustracji i podpisania stosownych umów, w towarzystwie właściciela BT, oraz bratniego mi organizatora z warszawskiej filmy o podobnej strukturze i produkcji, a także podobnych zamierzeniach, udaliśmy się do Paryża. Podróż się dłużyła. Wyruszyliśmy z Legnicy, szybko pokonując pierwsze odcinki autostrady obu Niemiec. Ja i kierowca , czyli właściciel samochodu i firmy BT nie palił, toteż mój warszawski kolega, który pod tym względem był nałogowcem prosił o dość częste zatrzymywanie się, by dać upust płucnym potrzebom. Mieliśmy zaplanowaną trasę przez Berlin i Brukselę. Długa to podróż i nudna. Aby ją uatrakcyjnić, mój stołeczny kolega wyciąga z torby Jasia Wędrowniczka, czyli produkt szkocki, nalewa w turystyczne kielichy i zaprasza toastem do wypicia za ... bezpieczną podróż i w gruncie rzeczy udaną też kilkudniową wycieczkę. No kto by odmówił, skoro gość tak logicznie sformułował swój toast. Wypiliśmy po jednym, po drugim, po trzecim i czwartym, kolega kolejny raz poprosił kierowcę o zatrzymanie nie tylko na dymka, ale też ze względu na płynną potrzebę fizjologiczną. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w Berlinie (ot takie sobie miasteczko). Warszawiak pali na zapas po dwa papierosy naraz, dmuchając mi pod nos. Nie wytrzymałem. W kiosku nabyłem marlboro, miętosząc jeszcze przez jakiś czas paczkę w garści. Podczas następnego postoju już gdzieś w okolicy przejścia granicy belgijsko- francuskiej, po osuszeniu do dna naszej butelczyny, po czterech miesiącach abstynencji wziąłem ponownie papierosa do ust.. Jakże on smakował!. Oczywiście przez cały pobyt w Paryżu, oraz drogę powrotna już nie rozstawałem się z moim powtórnie przyswojonym nałogiem. Poznałem francuskie , niezbyt smaczne cigarette „gouloises” i nieco lepsze „gitany”.
Dziś tak sobie myślę, czy gdybym nie przystał na wypicie podróżnego alkoholu, który bez wątpienia mocno pobudził pociąg do tytoniowego dymu u człowieka, który palił kilkadziesiąt lat, pozostałbym wolnym od nałogu?. Nie wiem, zabij mnie, nie wiem. Z kolei, gdybym odmówił podanego mi napitku, spaliłbym się ze wstydu, nie tylko przed sobą, ale przede wszystkim przed miłym towarzyszem z Warszawy, wiadoma rzecz ... stolica.
Papierochy różnych marek (najczęściej cienkie, niby damskie) paliłem aż do roku 2011, oczywiście starając się nie zasmradzać powietrza domowego, bowiem moja małżonka nigdy nie paliła i nie pali. Właśnie w roku 2011 w ferworze ustaw zakazujących palenia prawie we wszystkich pomieszczeniach publicznych byłem gotów, chociażby już ze względu na wiek, raz na zawsze przydepnąć ostatni niedopałek i oddać się w jakże pod tym względem szlachetne ręce małżonki. I oto co znajduję w internecie?. Otóż w internecie znajduję e-papierosy. Mechanizm składający się tylko z zasobnika z płynną nikotyną, odpowiedniego przetwarzacza płynu na niby dym oraz baterii, którą mogę ładować z sieci. Ten papieros, przypominający fajkę, nie wytwarza smrodliwego zapachu, jest wolny od tysiąca szkodliwych związków chemicznych, natomiast zaspakaja płuca palacza nikotyną, która jako taka, jak podają badania nie jest szkodliwa dla zdrowia. Zresztą, czy moje zdrowie zniszczone kwintalami tabaki można jeszcze odbudować. Trzeba żyć tym co jeszcze pozytywnego z sił witalnych tkwi we mnie. Można wytrzymać, akurat w przypadku, gdy ma się żyć dla kogo. Ja mam, z wzajemnością.




poniedziałek, 25 czerwca 2012

CO NAM ZOSTAŁO Z TYCH LAT

                                                       Z tych lat (podłych) szczęśliwie minionych, kiedy to w sporcie mogliśmy z podniesioną głową mierzyć się z największymi potęgami włącznie z USA, ZSRR, RFN, Wielka Brytanią i Francją. Z tych lat, gdzie o sukcesach i wspaniałych wynikach decydowało szkolenie i intensywne treningi, a nie modlitwy i relikwie rozdawane przez kard. Dziwisza ps. „Stasiek”, od jegoż imienia. Zarówno w takich dyscyplinach jak boks, kolarstwo, lekkoatletyka, czy podnoszenie ciężarów plasowaliśmy się jako Polska w pierwszej piątce najbardziej znaczących krajów świata, z możliwością przesuwania się do przodu w tej tabeli. W piłce nożnej też nie było wstydu. Z naszymi sportowcami za biedne pieniądze PRL-owskie jeździli masażyści, którzy obsługiwali sportowców z innych dyscyplin, trenerzy z porządnie ukończonym wydziałem w swojej profesji na polskich Akademiach Wychowania Fizycznego. Ludzi oddanych dla sportu bardziej niżeli własnej rodzinie. Sam znałem takiego. Był człowiekiem bardzo uczciwym, prawym i do szaleństwa zaangażowanym w swojej profesji, a jako nauczyciel i trener grupy lekkoatletów jednostek wojsk lotniczych, dzięki swej pracy osiągał większe sukcesy niżeli dzisiejsi pseudoherosi, którzy osiągają od nich gorsze wyniki, mimo nakładu środków, lepszy sprzęt, anaboliki, no i oficjalne, bardzo wymierne zarobki z kasy państwa. Wtedy nikt nie pytał o szmal. Nikt z nich nie wymagał hoteli pięciogwiazdkowych i wypasionych autokarów. Sportowcy katolicy (a takich niezależnie od ustroju w naszym kraju była większość) potrafili sami rozdzielić czas na treningi, naukę, odpoczynek, często pracę zawodową, oraz wizytę w kościele. Nie trzeba było karmić całe watahy katabasów w randze kapelanów przy żadnej dyscyplinie sportu. Pośmiewiskiem byłoby zachowanie jakiegokolwiek biskupa obdarzającego sportowca o europejskim uznaniu gusłami i szamanizmem w postaci krwi utoczonej papieżowi, czy też kawałkiem szmatki z ciucha papieskiego. A dzisiaj jeno wyjątkowi czytelnicy, także wyjątkowi dziennikarze potrafią obrócić w żart lub po prostu wyśmiać owe średniowieczne zachowania kleru w Polsce XXI wieku. Na czas Euro kaplice stadionowe dostępne były jedynie dla sportowców, przejawiających ochotę do modlitwy. Mogli się tam modlić do woli, ale bez duszpasterzy. Taka jest decyzja UEFA, która zarządza w czasie trwania imprezy tymi obiektami. Nie wszyscy akurat w ciszy i spokoju skorzystali z tych przybytków. Bramkarz naszej reprezentacji Tytoń wolał odstawić modlitewne przedstawienie na oczach 60 tysięcy kibiców i milionów przed telewizorami. Modlił się do pustej bramki na klęczkach przy stadionowym ryku. Być może dostanie od Dziwisza jakiś święty gałganek. Ciekawe, dlaczego nie ingeruje Główny Inspektor Sanitarny, wszak zgodnie z polskim i unijnym prawem odpady sanitarne trzeba unieszkodliwiać, a nie rozdawać jako relikwie. O zwycięstwo modlili się wszyscy. Zawodnicy i trener. Kardynał Dziwisz, kapelan Euro ksiądz Raś, prywatnie brat  posła i szefa PO w Krakowie, oraz siostry w zakonach, które jako podległe kardynałowi stały się naraz kibickami. Smuda modlił się codziennie co najmniej od kilku miesięcy. Chciał wymodlić chociażby trzy remisy. Dwa mu wyszły. Niestety jedna porażka i to z piłkarzami od szatana, czyli ateistycznymi Czechami zniweczyła intencje. Okazuje się, że nasi piłkarze mogą sobie kopać piłeczkę w sektorze takich państw jak Andora, Bułgaria, Bośnia, Czarnogóra i kilka innych, bo obserwując finalistów Euro2012 wstyd któregokolwiek prosić o spotkanie choćby towarzyskie. To nie ta półka. Ale grubą forsę wzięli, pytam za co?.Smutne, jest XXI wiek, a my Polacy modlimy się o wyniki rozgrywek sportowych jak w średniowieczu o deszcz albo ustąpienie zarazy. Tak oto wyniki sportowe naszych zawodników można określić, że im większe oddanie urojonemu bogu, tym są one słabsze. Jak to tłumaczyć wie tylko Dawkins, a może i Orwell. Im kościół silniejszy, tym państwo i jego agendy, w tym również sportowe słabsze. Pozostając w tym temacie chciałbym się dołączyć do tych z państwa, dla których wyrok sądu w sprawie Dody można określić głupotą na skalę światową i to z tamtych XIX wiecznych lat. Otóż zgadzam się z wypowiedziami tych dziennikarzy (niestety jest ich strasznie mało), na czele z panem Jackiem Żakowskim, oraz politykami, na czele z Włodzimierzem Cimoszewiczem, że ów wyrok potwierdza to, że żyjemy w państwie wyznaniowym a nie świeckim. Obraża on uczucia wszystkich normalnych ludzi, a nie dwu przybocznych proboszcza, czyli niejakiego Koguta i Nowaka. Należy przede wszystkim wyśmiać Wysoki Sąd, (chociaż nie wolno) złożony prawdopodobnie z absolwentów uczelni katolickich, podobnie jak powołany na tę okoliczność biegły. Na marginesie dodam, że Doda ofiarowała na cele kościelne 110 tysięcy złociszów. Nie pomogło psiakrew. Niestety ryba śmierdzi od głowy, ale często też od ogona. Bo oto już w szkołach podstawowych i średnich, przedmioty pachnące kultem religijnym są traktowane z większym pietyzmem niżeli te świeckie i to nie tylko przez katechetki, ale często przez dyrektora szkoły, który to awansował na to stanowisko z nauczyciela religii. Czytam, że właśnie w takiej szkole, gdzieś tam w przysłowiowym Zadupiu Pokracznym, (jak w każdej innej) gdzie zamiast WF jest religia, zorganizowano konkurs z filozofii i wiedzy religijnej. Ciekawe, że ci uczniowie, którzy osiągnęli najlepsze wyniki z filozofii otrzymali w nagrodę mało interesujące książki. Natomiast zwycięzcy wiedzy z tajemnic Pana, w nagrodę pojechali na wycieczkę do Ziemi Św. I oto mamy genezę funkcji naszego wyznaniowego państwa, które na kolanach poprzez urząd premiera i bogobojnego hrabiego prezydenta gotowe jest oddać klerowi chociażby ostatnia koszulę. Fakt, kler polski ostatniej, być może podartej i do tego brudnej koszuli nie weźmie, ale prawie 8 miliardów złotych rocznie w czystej gotówce a jakże, bo przecież już widać, że propozycje rządowe o,3% mają oni w swoich zadach i znając naszą najnowszą historię, wyciągną wszystko co tylko zechcą. To nic, że Watykan się wali ze względu na skandale nie tylko pedofilskie, ale i bankowo-mafijne. To nic, że na świecie wykrywa się potężne skandale z udziałem nie tylko prostych księży, ale i biskupów. (Argentyna, Austria, Australia). Wszystkie te zawstydzające zdarzenia są natury pedofilsko-gejowskiej, włącznie z rytualnymi zabójstwami, które w Polsce ogłasza się jako śmierć za wiarę. W razie wpadki ocierającej się o prokuratora, duchowni katoliccy spieprzają do Polski, tej oazy bezpieczeństwa, bo tu nad Wisłą księdza kryminalistę, czy pedofila przed więzieniem bronią sami wierni katolicy. Co prawda jest ich coraz mniej, bo jak wykazują rzeczywiste badania, do kościółka biega na niedzielne msze już tylko ok.30% ochrzczonych, ale jak wiadomo polski KK narabował już tyle dóbr doczesnych, że gdyby kościoły opustoszały i w związku z tym taca wyschła, to wielebni mogą jeszcze bardzo długo żyć w dostatku niebiańskim, bo akurat jest to jedyne niebo w które naprawdę wierzą. W razie czego te bunkry sakralne, wzorem Zachodu przekształcą w markety, albo dyskoteki, bo przecież obiekty kościelne są ich własnością, a nie państwa. Tak jak i cmentarze. Państwo jest tylko od dotacji na ich konserwacje i remonty.. Tak oto od sportu, który utkwił w kleszych łapach, przeszliśmy do „zobowiązań” naszego państwa na rzecz owych bezproduktywnych, wypielęgnowanych łap, oraz częstej ich bezkarności i tolerancji zła.
PS. Jeżeli  ktokolwiek doznał tym tekstem obrazy swoich uczuć, chociażby ze względu, że owymi uczuciami  darzy jakąkolwiek osobę duchowną, to ja przepraszam. Takie uczucia szanuję nadzwyczaj.  

piątek, 22 czerwca 2012

KAPUŚNIACZEK, CZYLI GOŚĆ W DOM

Kilkanaście lat temu, obejrzałem francuski film pt. „Kapuśniaczek” z Luisem de Funesem i Jeanem Carmetem, w reżyserii Jeana Giraulta. To film o dwóch dziwakach zamieszkałych gdzieś tam na francuskiej wsi, którzy żywili się bodajże najprostszą, a jednocześnie smaczną zupą jaką jest kapuśniak. Zupę komponowali z główki kapusty, kawałka mięsa i nieco warzyw. Fakt, zupa pachnąca, szczególnie wygłodniałemu, dlatego przyciągała istoty... nawet pozaziemskie. Na ich podwórku bowiem, niespodziewanie wylądował międzyplanetarny spodek na pokładzie którego przybył w ramach gościny pozaziemskiej niejaki ludzik, którego nazwali Gagatkiem. Ponieważ jak mówię, ich jedynym pożywieniem był kapuśniaczek, przeto on też stanowił przedmiot poczęstunku gościa. Gagatek ów kapuśniaczek dodatkowo popijał sikaczem, winem pędzonym przez gospodarzy. Zarówno gość z kosmosu jak i ci dwaj prostacy zaprzyjaźnili się wzajem na tyle, że jeden z nich widząc siłę pozaziemską Gagatka poprosił go o przywrócenie życia jego żonie, pochowanej onegdaj. Oczywiście prośba została spełniona, tyle, że wskrzeszona małżonka nie miała już lat 70, a 20. Zatem tzw. pożycie małżeńskie okazało się wielkim kłopotem.. Na marginesie warto przypomnieć, że obaj bohaterowie w chwilach wolnych zabawiali się każdorazowo, natychmiast, po spożyciu owego kapuśniaczka w zawody pt: który z nich dłużej i bardziej melodyjnie zapierdzi. Melodia dowolna, byle nie Marsylianka. Całą tę opowieść snuję dla zobrazowania jakże ważnej dla ludzkości problemu zwanego gościnnością, bo oto na naszych oczach, bez istot pozaziemskich dokonało się coś, jak na warunki polskie nadzwyczajnego, oczywiście przy okazji turnieju Euro- 2012.
Gość w dom, żona w ciąży., lub wiadro wody do rosołu. Można by przytoczyć podobne w treści przysłowia, ale … nie z nami te numery. Okazuje się, że podczas Euro 2012, którego jesteśmy współorganizatorami, bez żadnego nakazu, bez żadnej propagandy i szkolenia na pograniczu savoir vivre, okazaliśmy się nadzwyczaj gościnni. Pominąwszy oczywiście margines kiblosko- pisowski, który jest na tyle skamieniały, że żadne nauki chociażby płynące z ambon biskupich ich nie są w stanie wprowadzić na ścieżkę jako takiej kultury, wszystko inne było na tak zwane cacy. Inna sprawa, że taki dr Żaryn, „wybitny” historyk prawicowy ogłosił, że rosyjscy kibice przybyli do polski jako okupanci. To tak jest jeżeli samemu nie przeżyło się okupacji, magistrem się zostało na warszawskiej uczelni, zaś dyplom „nostryfikowało” w IPN. Żaryn wolności nijak znieść nie może, on ciągle marzy by być okupowanym, pisze pan Varga i proponuje: zróbmy Żarynowi jakąś okupację, niech ktoś Żaryna trochę pookupuje, wtedy poczuje się lepiej, poczuje się jeszcze lepszym Polakiem, a tymczasem, może Żaryna akurat pocieszy to, że kibice Legii okupowali Wilno, demolując im stadion i ogródki kawiarniane. Z tego Żaryn jako Polak może być dumny. Ogólnie rzecz biorąc przyjmowaliśmy gości czym chata bogata. Kaszubskie truskawki, które wcześniej premier i minister rolnictwa zaprezentowali całej Brukseli, częstując przechodniów, najbardziej smakowały piłkarzom Hiszpanii i Niemiec. Ciekawe, bo akurat nasze bezrobotne panie jeżdżą do Hiszpanii na zbiór tych smacznych owoców.
Jakiś mieszkaniec Kaszub potwierdza opinię o zdrowotności ich truskawek mówił, że sezon ich zbioru jest dla niego zdrowiodajny na tyle, że po ich spożyciu wspaniale się wypróżnia w mordę jeża. Co region to inny towar do zaprezentowania przy okazji imprezy. Torunianie w strefie kibica wszystkich częstowali produktami słodkiego Kopernika. Podobno nigdy jeszcze nie zdobyli się dotąd na tak dużą gościnność rozdając za darmo katarzynki i inne smakołyki. Do kosztów zapewne dorzucili się producenci piwa, bowiem owe słodycze należało czymś popić. Słyszałem, że w tym względzie nie pozostawali w tyle znani producenci słodyczy w Warszawie, Blikle i Wedel. Wspomniałem o kapuśniaku, a właśnie ten rodzaj prostej zupy, złożonej z kiszonej kapusty, wędzonki i ziemniaków smakował kibicom, którzy gościli w Poznaniu. Ulubieńcy Irlandczycy, Rosjanie i Czesi przepadali za tą polską potrawą, a nawet tzw. regionalnym specjalite, jak pyry z gzikiem* i marcińskie rogale. Na potrawy te do Poznania ponoć przyjeżdżali piłkarze portugalscy zamieszkali w Opalenicy. Chyba to jednak żart, bowiem wyżywienie piłkarzom zapewnia ich własny kucharz. Fakt, Irlandczycy, którzy tak się zakochali w Poznaniu, Wrocławiu i ogólnie w Polsce, zapowiadając ponowny przyjazd całymi rodzinami, życzyli sobie pieczone kaczki z pierogami, co akurat również jest poznańską specjalnością obok golonek po bawarsku z piwem. Warto zaznaczyć, że pizza upieczona w Polsce wg piłkarzy i kibiców niczym nie odstępowała w smaku od włoskiej czy hiszpańskiej. Wzbudziliśmy u gości z Europy coś, co będzie zapewne procentować na przyszłość. Jako „reprezentacja” współgospodarzy nie wypadliśmy dobrze, ba zostaliśmy przez Czechów zdradzeni o zmierzchu, mówiąc językiem Kaczyńskiego, ale dzięki wysiłkowi całego społeczeństwa zyskaliśmy prawdziwych przyjaciół, oraz opinię, że Polska to dobrze urządzony kraj, z czystymi miastami, dobrymi lotniskami, prawie dostatecznie zbudowanymi autostradami, pięknym krajobrazem, serdeczną gościnnością i w sumie niezbyt drogim pobytem. Warto tu przyjechać. Oby taki obraz zachowali o nas jak najdłużej.

* pyry z gzikiem – ziemniaki pure z twarogiem, śmietaną i cebulą.

środa, 20 czerwca 2012

JUŻ MAMY WOLNE

Skończyło się szybko, jak z bicza strzelił. Tyle hałasu, tyle logistyki. Tyle zabezpieczeń nie tylko pod względem aprowizacyjnym, ale przede wszystkim, ogólnie rzecz ujmując zapewnienie bezpieczeństwa reprezentacjom 32 państw, tym bardziej, że ponad połowa z nich zechciała zamieszkać u nas. Ponadto zapewnienie bezpieczeństwa dziesiątkom tysięcy kibiców, którzy przyjechali zagrzewać swoich do „boju”, a raczej sportowego wysiłku, boć instrumenty militarne były zabierane do „depozytu” wraz z rycerzem. Przegraliśmy mecz ostatniej szansy (wszystkie mecze jakie kiedykolwiek rozgrywamy były ostatniej szansy) z Czechami mimo usilnej modlitwy kardynała Dziwisza, który zaocznie błogosławił prawą ręką Tytonia, w lewej trzymając odsączone z centralnego zbiornika krople krwi papieskiej. Czesi bez szamanizmu mecz wygrali i awansowali do dalszych rozgrywek mimo, że wcześniej ulegli Rosjanom aż 1:4. Co ciekawe, ich zwycięzcy odpadli. Ale tu akurat bym się nie dziwił za bardzo, bo Ruskie to antychrysty i bezbożnicy, a więc w takich przypadkach nie pomoże nawet beczka krwi utoczonej onegdaj z krwiobiegu św. Mikołaja patrona Rosji. Takiej siły mistycznej to oni niestety nie mają, bo nie mieli kardynała, co to by zabezpieczył w odpowiednim czasie cenne relikwie. Rosja przegrała z Grecją, z którą my akurat „cudem” zremisowaliśmy. Tak czy siak, zgodnie z tradycją przyszło naszym rycerzom przeprosić te setki tysięcy wierzących do końca w cud wyjścia z grupy. Kibiców mamy na medal złoty, piłkarzy poniekąd na medal warzywny. Najlepszych, najsympatyczniejszych kibiców ma Irlandia. Ani jeden sympatyk wyspiarskiej drużyny nie stracił uśmiechu na twarzy mimo porażek ich ulubieńców. Można pozazdrościć Irlandii radosnych obywateli, oraz Poznaniakom tego, że oni właśnie ich gościli. Po naszym ostatnim meczu cichutko, bez złorzeczeń i bluźnierstw wszyscy poszliśmy spać, z żalu wypijając ostatnie beczki zapasów piwnych. Nie wiem jak inni, ale ja bez melatoniny zasnąłem snem kamiennym., bo:
-Po pierwsze gdybyśmy wyszli z grupy, to najwyżej byśmy rozegrali jeszcze tylko jeden mecz, np. z Niemcami lub Portugalią. Tylko najbardziej naiwny kibic mógłby uwierzyć w nasze zwycięstwo akurat z jedną z tych potęg piłkarskich. Lepiej nie ośmieszać się do reszty.
-Po drugie państwo dzięki przegranej zaoszczędziło jakiś tam grosz na rezerwacji hoteli, transporcie, ochronie, i całej aprowizacji.
-Po trzecie wreszcie nawet najgłupszy Polak zrozumie, że trzeba w końcu wyrzucić nie tylko trenera, ale i prezesa PZPN.
-Po czwarte nasi piłkarze muszą dać wiarę, że daleko im jeszcze do wirtuozerii Ronalda, Rosickiego, Szewczenki, Rooneya, Podolskiego czy też Nasrii, mimo ładnych, ale zbyt rzadkich zagrań Lewandowskiego i Błaszczykowskiego. Nasi piłkarze posiedli średnie umiejętności techniczne, natomiast ich fizyczna wytrzymałość miała i ma jak zawsze wiele do zarzucenia. Wysiadają w drugich połowach spotkań. Zbyt są delikatni, jak na mój gust. Brak sił w nóżkach i płucach.
-Po piąte, po wyjściu z mistrzostw ( nie z grupy) będziemy mogli się pośmiać dzięki kabaretom, którym to nasza kadra i jej trener dostarczyli dobrego, apetycznego materiału.
Ale jedno przy tym wszystkim cieszy be wątpienia. Mianowicie Michel Platini powiedział do prezydentów Polski i Ukrainy: Nie wiem jak się potoczy walka waszych reprezentacji, ale wy już to Euro wygraliście. Oczywiście miał na myśli Polskę i Ukrainę na 5 minut przed inauguracją mistrzostw w porównaniu z obrazem naszych państw przed pięcioma laty. Na naszych stadionach zasiadały najpiękniejsze kibicki Euro2012. Przybysze z całej Europy, niezależnie od tego skąd przyjechali, ze wschodu, z południa, północy czy zachodu, nie mieli słów podziwu, dla wyrażenia tego, co zastali. Polska stała się państwem atrakcyjnym dla turysty. Państwem czystym, zorganizowanym, przyjaznym i dobrze urządzonym. Oczywiście pominąwszy burdy między kibolami Polski i Rosji. Wynikały one jednak z politycznych przesłanek, jakie od kilku lat siał wśród części społeczeństwa, a wśród kiboli szczególnie Jarosław Polskę Zbaw. Dla swoich partykularnych, wręcz bardzo osobistych korzyści wplątał w sport Katyń, zajęcie Polski przez Stalina (tak jak by nie było Jałty), a przede wszystkim katastrofę smoleńską, do której jak mówi wielu myślących sam się przyczynił. Mimo gestu kierownictwa ekipy piłkarzy rosyjskich polegającego na złożeniu kwiatów pod Pałacem w tzw. kaczą miesiączkę, krew w nim kipiała na tyle, że nie przepuścił okazji wraz ze swoimi podopiecznymi, by ruskim dopieprzyć. A ja ciągle powtarzam (obok prezydenta Wałęsy ). Aby zamknąć im te umazane brudną polityką pyski, należy jak najszybciej opublikować całą rozmowę braci w czasie gdy samolot zbliżał się do zamglonego lotniska w Smoleńsku. Ale jak widać, komuś się trzęsą szarawary na samą myśl o tej publikacji. Kogo się pan boi panie premierze?. Oczywiście oprócz kardynała Dziwisza, i Rydzyka?. Czyżby Kaczyńskiego i jego kiboli, co to w okolicach Rzeszowa chcieli pana bić. Premier jest nietykalny i takim będzie dopóty, dopóki prezentuje odwagę.

sobota, 16 czerwca 2012

DZIEŃ BEZ HAPPY ENDU

Tak trzeba zatytułować ten post. To jak radosna piosenka uroczo śpiewana przez Annę Jantar, wszak co najmniej połowa naszej polskiej populacji uległa szczęśliwemu zaczadzeniu. To jak sezonowa, urlopowa miłość. Kto by kilka miesięcy temu uległ podobnej fascynacji w sytuacji gdy, nie wszyscy wierzyli w dobry wynik przygotowań do imprezy, jakiej nigdy do tej pory Polsce nie powierzono. Zresztą nie tylko Polsce, bo wielu naszych ważnych rodaków wprost publicznie domagało się zabrania Ukraińcom współorganizacji i oddanie nam jej w całości. Do takich rycerzy należał wybitny znawca sportu Jarosław Kaczyński, psia j. mać. Ta ofiara humoru politycznego wraz ze swoją owczarnią pisowską potrafi się akurat ośmieszać na tyle, że już nikt się specjalnie temu nie dziwi. Skoro nie udało się zabrać części imprezy Ukraińcom, to chociaż ten patałach polityczny pchnął swoich przybocznych bandziorów-kiboli przeciw kibicom rosyjskim. Nawet nie zauważył, że owi kibice pod jego nieobecność uroczyście złożyli kwiaty pod Pałacem Prezydenckim w miesięcznicę tragedii smoleńskiej, czyli śmierci jego brata, a przecież nie musieli tego czynić. Kaczora na podobny gest w Moskwie nie byłoby stać, zresztą ten tchórz nie pokazuje się nigdzie poza trasą „ukrzyżowany plac-Sejm- jego chata”, gdzie cichutko zamieszkuje z matką i kotem, pilnowany przez ochronę opłacaną z grosza publicznego. Chuligańska młodzież, zwana raczej politycznym zapleczem kibolskim Kaczora, Romaszewskiego, Macierewicza , Błaszczaka, Hofmana i kilku innych bandziorów z ONR I MW, przy współpracy z Korwinem- Mikke, popisała się zgodnie z postanowieniem guru i instrukcji PIS. Biła i kopała każdego kto ma paszport z dubeltowym orłem. Za Katyń, za Smoleńsk, za śp. Lecha i jego małżonkę, w końcu za niego samego wraz z mamusią, nie zapominając o domowym zwierzęciu. Stało się to co przewidywaliśmy. Mianowicie w ten sposób potwierdziliśmy sami głoszone prawdy przez BBC o naszej wrogości do innych. A przecież można się po trosze domyśleć, że Euro2012 prezydent UEFA Michel Platini „wylosował” nam ze względu na osobistą przyjaźń ze Zbigniewem Bońkiem, najbardziej znanym Polakiem poza Wałęsą i JPII, Olegiem Błochinem i Andriejem Szewczenko. Właśnie przyjaźń, wszak ona ubogaca nawet całe narody. Nienawiść niszczy z kolei wszystko. Vide: Polska-Rosja. Jak miło postrzegałem po przegranych meczach kibiców irlandzkich. Byli weseli, dzielili się radością Polaków po remisie z Rosją. Co ciekawe, przeczytałem list czytelnika ANGORY, który powiada, iż miliardy wydane na budowę tylu stadionów zostały wyrzucone w przysłowiowe błoto, bo ich wykorzystanie po turnieju Euro w sposób dochodowy będzie niemożliwe. Wystarczyłyby dwa stadiony na całą imprezę w jednym państwie np. w Polsce. Codziennie są dwa mecze o różnych godzinach. Te dwa stadiony by zabezpieczyły rozgrywki. Może by zbyt wzbogaciły się tylko te akurat dwa miasta, no ale czy to jakiś kłopot?, raczej radość. Daje to do myślenia. Zastanawiam się nad jednym. Mianowicie, nad postrzeganiem nas razem, Polskę i Ukrainę, jako współorganizatorów imprezy przez inne narody. Powtórzę, że jeszcze niedawno różni polityczni maruderzy chcieli odbierać Ukrainie Euro2012, jako że nie zbudują na czas stadionów i całej infrastruktury . Było to na pewno przykro słuchać sąsiadowi Polski, bo jak wiadomo autostrady zbudowaliśmy sami ledwie rzutem na taśmę, zresztą nie do końca, bo gdzież ona zwie się A2, skoro brak połączenia ze wschodnią naszą granicą. Ciekawe czy dzisiaj się oni wstydzą?. Obawiam się że nie bardzo, bo są to akurat ludziki nastawione wrogo do współczesnych właścicieli ziem dawnych polskich hrabiów. Dzisiaj po kilku meczach, z Lewandowskiego, Tytonia i Błaszczykowskiego zrobiliśmy bohaterów narodowych, a przecież są to normalni piłkarze, których Smuda postawił akurat bliżej bramki przeciwnika i którym inni podali piłkę w odpowiednim momencie. Przypuszczam, że podobne gole po dobrym podaniu (może mniej efektownie ) strzeliłby też Donald Tusk gdyby się przymierzył. Donald, który akurat według słów Schetyny nie jest najlepszym piłkarzem wśród polityków, tyle że bardzo starającym się, no i zawziętym w kiwaniu, przede wszystkim ...społeczeństwa. Dzisiaj nasi sąsiedzi z południa wybili nam z głowy dalszy turniej. Okazało się przy okazji, że jedyną „oprawą” rozgrywek naszej grupy było wzajemne mordobicie kiboli z dwu wyeliminowanych z dalszych rozgrywek ekip. Zastanawia mnie co innego. Mianowicie demonstracja przekonań religijnych jaką prezentują nasi aktualni bohaterowie. Zarówno Lewandowski, Błaszczykowski jak i Tytoń publicznie oświadczają, że modlitwa przed meczem ich wzmacnia bardziej niżeli wskazówki trenera, a Tytoń nawet potrafi klęknąć przed bramką na krótką modlitwę wzorem islamistów, tyle że ze wzrokiem skierowanym nie na wschód a na .. Watykan. To taka nasza narodowa katolicka przypadłość. Pamiętam, gdy Dudek mimo krytyki władz klubu FC Liverpool, publicznie pokazywał się w bramce w koszulce z wizerunkiem JPII. Oczywiście do czasu, aż go nie wyrzucili ze świeckiej ligi angielskiej. W finałach Euro bierze udział kilka krajów stricte katolickich jak Polska, Irlandia, Włochy, Hiszpania czy Chorwacja, bo katolicyzm francuski skapcaniał już całkowicie, nie mówiąc już o ateistycznych Czechach. Nam akurat przedmeczowa modlitwa nie pomogła. Wygrali bezbożnicy. Ciekawa była wypowiedź pewnej Chorwatki, która z radością powiada, że przyjechała do kraju urodzin jej ukochanego papieża, który akurat jak wiadomo, uczynił świętym ich, nazistowskiego kardynała Stepinaca. Przypomniało mi się przy okazji, że nasz papież ogłosił deklarację pt. „Dominus Jesus”, w której jako przedstawiciel Boga Ojca na Ziemi zapewnił, że tylko katolik może dostąpić królestwa niebieskiego, czyli jakaś część miliarda w miarę poprawnie grzecznych, ochrzczonych w kościołach katolickich. Gdzie zatem skupi się pozostałe 6 miliardów z tych pozostałych, a zamieszkałych tymczasowo na kuli ziemskiej?. Temat dla setek filozofów, typu Terlikowski, albo Cejrowski. Reasumując dotychczasowe wyniki meczowe naszych biało-czerwonych, mogę powiedzieć, że jeśli wiara ich skutecznie mobilizuje, to pensja wydana na księdza kapelana kolejny raz poszła na marne. Mówię serio jako Polak i kibic.

PS. Potwierdzeniem moich słów o premierze Donaldzie Tusku, iż jest najlepszym zawodnikiem w kiwaniu... społeczeństwa jest fakt sejmowy z dnia 15 czerwca, kiedy to oficjalnie wycofał się on z wyprowadzenia religii ze szkół państwowych mimo, że wielu posłów, szczególnie z Ruchu Palikota apelowało aby pokazał jaja, boć przecież obiecywał dokonać takiej reformy. A to, że nie będzie klękał przed księdzem, należy uznać za przejęzyczenie, bo widać jak trzęsie portkami podczas dysputy sejmowej o reformie w zakresie finansowania Kościoła. Widać moi drodzy Rodacy, na czym najbardziej zależy poselskim wybrańcom- szczęściarzom. Otóż bezwzględnie, jedynie i ostatecznie na własnym dupsku, bo wszak wiadomo, że dogadzanie w formie dotychczasowej Kościołowi gwarantuje im dalszy pobyt w salach sejmowych. Widzimy gołym okiem, że Tusk nie chce rozdziału państwa od Kościoła. Ciekawostką jest, że słowo państwo piszemy małą literą, zaś Kościół dużą. Można zauważyć, która instytucja zatem jest ważniejsza. Tusk już to zauważył. Wstydzę się za Tuska jako mojego premiera. To taka niepoprawna łagiewnicka marionetka bez obu jaj.

czwartek, 14 czerwca 2012

KORWIN JAK "KUPA" INNYCH

 Tak dosłownie można określić człowieka, którego korzenie sięgają gdzieś tam w herbowych rodach, człowieka wydawałoby się wykształconego, ba nawet (gdy się postara) inteligentnego, parającego się pisarstwem i po trosze dziennikarstwem, ale ponad wszystko przewodniczeniem swej kanapowej partii Unii Polityki Realnej. Czy rzeczywiście realnej, bo wg. głoszonych haseł i zmyślnego programu, to tylko sam on wie, że realnej. To człowiek o absolutnych przekonaniach tkwiących w okowach konserwatyzmu. To szef partii popieranej przez ułamek społeczeństwa złożonego zwykle z ludzi młodych, a często właśnie kiboli, którym hasła polityczne okraszone słowami: dupokracja, polska banda czworga, czy tam pięciorga łatwo wpada w „wysublimowane”, czułe ucho konkretnej młodzieży. Dlatego nie dziwota, że pan Korwin-Mikke wystrojony w nieodłączną muszkę zubożałego szlachcica, podobno pochodzenia semickiego (co akurat mi nie przeszkadza, ale co ciekawe kibolom też!) znajdzie się zawsze tam, gdzie szykuje się rozróba. Tak było też wczoraj. Żaden szanujący się polityk, a pan Korwin zalicza się (sam) do takowych, nigdy by się nie zdobył na to, by podsycać chuligańskie zachowania, polskich kiboli w czasie przemarszu kibiców rosyjskich przez ulice Warszawy. On jeden należy do tej grupy polskich polityków liczących się na scenie (bardziej jako felietonista), który swoją obecnością lubi „zaszczycać” wszelkie rozróby na pograniczu sportu. Pan Korwin- Mikke swego czasu próbował sił w wyborach prezydenckich. Dobrze się stało, że nie dostał się do Pałacu. Przy jego impulsywności i upodobaniach do rozrób, pewno nie zachowały by się cenne, historyczne sprzęty i wyposażenie pałacowe, a jak wiadomo, za dużo już ich nie ma, jako że każdy opuszczający stanowisko prezydent (poza Kwaśniewskiem) coś tam uszczknął. Wałęsa wywiózł umiłowany dla swego dupska wyrzeźbiony w stylu któregoż tam Ludwika, czy też empire fotel. Z kolei córeńka wybitnej „Pary” złożonej pośmiertnie na Wawelu, kilkoma tirami dokonała reszty sprzątania. Tak podawała prasa, nie tylko brukowa.
Innym tematem, infiltrującym mój mózg jest ocena postępowania innego orła polskiej (niestety) polityki. To postać już stosunkowo „wymarłego bohatera” narodowego, Jana Tomaszewskiego, „wybitnego” znawcy piłki nożnej, a może i całości sportu sensu stricte. Gdyby otóż pan Tomaszewski znał powiedzenie Georges,a Clemenseau, francuskiego polityka okresu I wojny światowej, że wojna jest zbyt poważnym zagadnieniem, aby ją powierzać generałom, to parafrazując ją, panu Jankowi można wytłumaczyć przerabiając trudne słowa, że sport to sprawa zbyt poważna, by mogli o niej się wypowiadać byli sportowcy. Byli, bo dzisiaj pan Janek pozostaje w dyspozycji swego kaczego guru politycznego, którego dla przypodobania się nazwał profesorem Kazimierzem Górskim, a jednocześnie aktualnego trenera kadry narodowej nazwał człowieczkiem bez matury, wszak on podobno maturę ma!. Jest strasznie śmieszny i jednocześnie groźny dla Jarosława, bowiem ostrzega, że będzie kibicował Niemcom, a więc nacji znienawidzonej przez szefa partii, oczywiście obok Rosjan.
Kochani moi Czytelnicy: Sport jest dla milionów ludzi fantastyczną zabawą i integrującą formą wspólnoty. Tysiące, dziesiątki tysięcy bawiących się ludzi oglądamy w telewizji, gdy wychodząc ze stadionu chwalą wspaniałą atmosferę, tym bardziej emocje silniejsze, bo przeżyte w grupie. Po co nam taki bufon jak Kaczyński, dla którego sport jest czymś innym, niezrozumiałym dla wielu, a szczególnie dla pana Janka. Mówi on wszakże: „Nie mogę patrzeć na tych wszystkich polityków-patriotów-idiotów, którzy przy okazji Euro zaczynają się mądrzyć na futbolowe tematy”, wszak wiadomo, że sam się stał selekcjonerem tej naszej patriotyczno-idiotycznej drużyny. Długo Tomaszewski nie miał równych sobie zawodników, ale już ma. Bosy Wojciech Cejrowski, duplikat Terlikowskiego ,uniósł się jak podgrzany balon w najświętszym gniewie na kibiców. Tylko cud, że po jego bluzgnięciu jadem nikt nie zginął. Cejrowski, który z talentem opisuje plemienne zwyczaje egzotycznych ludów nie może ogarnąć rozumem, że karmią z Tomaszewskim tego samego wirusa. Zachowuje się niczym parafialny osioł zakazujący dzieciom czytania Harryego Pottera. Szydzi on bowiem z biało-czerwonych kapeluszy, że przypominają mu „Alicję z krainy czarów”. Pan Henryk Martenka, którego zacytowałem ostrzega go. Kolego, dla pana to zbyt trudna literatura i proszę zatem nie zabierać głosu. Jakim bucem trzeba być, by okazywać milionom rodaków tak histeryczną arogancję. Fuj. To wszystko pokazuje nam , że zarówno jeden jak i drugi zostali mocno pokarani, bo ponoć Bóg aby kogoś ukarać, najpierw odbiera mu rozum. Aż się prosi, aby do tych obu bohaterów mojego posta dołączyć tego pierwszego. Pana hrabiego Janusza Korwina-Mikke. Tegoż od bicia piany, kibiców rosyjskich oraz dupokracji.

wtorek, 12 czerwca 2012

CIĄGLE DORASTAMY


Tato, tato, Ruskie polecieli w kosmos!
-Nie może być, wszystkie?
Nie, tylko dwóch.
-To co mi dupę zawracasz!

Taki dialog syna z ojcem usłyszeliśmy u Chęcińskiego w „Samych swoich”.
Dialog który przemawia do nas Polaków wyjątkowo asertywnie. A niechby już raz na zawsze wszyscy wystrzelili się w kosmos i byłby spokój. Akcja filmu dzieje się w latach 40-50- tych, a w tym to czasie Rosjanie byli postrzegani bardzo pejoratywnie. NKWD plus nasze UB jako te dwa wyjątkowo koherentne ustrojstwa prześcigały się w zapełnianiu cel więziennych ciałem narodu Panów. Mijały lata, dziesiątki lat, rządy, a nawet ustroje się zmieniały a mimo to nienawiść Polaków do „ruskich” spetryfikowała się na tyle, że gdyby chcieć to jakoś rozmiękczyć, czy też chociażby spowodować lekkie spulchnienie, najlepiej, a nawet najmiłosierniej po katolicku, by było otrzymywać ciągłe dramatyczne wiadomości zza wschodniej granicy o wyjątkowych katastrofach lotniczych, zamachach terrorystycznych, powodziach, pożarach, czy też trzęsieniach ziemi. Takim oto uczuciem, taką oto „empatią” całe masy naszych rodaków darzą Rosjan. Dobrze im tak. I nic nie pomogły w tym względzie przez długie lata setki „pociągów przyjaźni”. Nic nie pomogły organizowane wzajemnie festiwale piosenek. Rosyjskich w Zielonej Górze, polskich gdzieś tam, bodajże w Soczi. I nic nie pomógł wprost narodowy, jakże prawdziwy smutek i ból narodów Rosji po katastrofie smoleńskiej. Wyjątkowa postawa rządu rosyjskiego, w tym ludzkie, opiekuńcze odruchy w stosunku do rodzin ofiar katastrofy zadziwiły nie tylko nas Polaków, ale cały wręcz świat. Na nic to wszystko?. Bardzo to ciekawe.
Mecz piłki nożnej między Polską i ZSRR w roku 1957 zapisał się jako coś historycznie bardzo ważnego, może nawet najważniejszego, ponieważ pokonaliśmy po raz pierwszy reprezentacje państwa z którym się „kochaliśmy” udawaną, narzuconą nam (Jałta) miłością w stosunku 2:1. Sprawił to piłkarz Ruchu Chorzów Gerard Cieślik. I wcale nam Polakom nie przeszkadzało to, że ów piłkarz w latach 1944-1945 był żołdakiem Wermachtu. Najważniejsze, że strzelił dwie bramki ruskim. Ot, polska mentalność, nastawiona na nienawiść, bo przecież w naszym społeczeństwie trudno jest się doszukać chociażby symptomów radości, o czym już wielokrotnie pisałem. Dziennikarze sami prowadzą akurat audycje nasączone naszą megalomanią i porcją jadu dla innych. Widziałem ostatnio „Kropkę nad i” Moniki Olejnik w rozmowie z Bońkiem. Cały czas ta diwa w kapeluszu ni to z boiska, ni to z kosmosu, starała się naprowadzać na takie tory Bońka, by ugrzązł w przykrych wspomnieniach sportowych na przestrzeni lat jego kariery piłkarskiej, szczególnie po spotkaniach z Rosjanami. Boniek, jako prawdziwy sportowiec i otwarty człowiek, a nie jakiś tam pisopodobny dziennikarzyna nie dał się zapędzić w pułapkę pani Monisi, co oczywiście nie pozwoliło wypełnić zaplanowanego przez nią zadania. Uczepiła się zatem przemarszu kibiców rosyjskich, którzy po uzgodnieniu z panią HGW prezydent Warszawy, mają w dniu dzisiejszym w liczbie około 6 tysięcy przejść ulicami naszej stolicy. Pani Monisia uznała to za demonstrację siły rosyjskiej oraz próbę poniżenia Polaków, jako że marsz ten odbywa się w rocznicę wyzwolenia Moskwy spod okupacji polskiej, co miało miejsce kilkaset lat temu. Naprowadzała niebożątko kilkakrotnie wątek na tory swoich przemyśleń, ale uparcie Boniek ją wyprowadzał z tego opętania dość skutecznie.
Ruskie, przejdą przez most Poniatowskiego, słyszała pani?.
Cosik tam słyszałam, wszystkie?!
-Nie, tylko sześć tysięcy.
To co mi pani dupę zawraca. Dla tych kilku tysięcy szkoda mostu. A może jednak wytrzyma. Nie takie my przykrości od nich doznawane wytrzymali, to może teraz też, Bóg da wytrzymamy.
A tak w ogóle, to niniejszy post piszę na osiem godzin przed meczem. Prawdopodobnie ten mecz przegramy znając umiejętności sbornej, czyli reprezentacji Rosji. Przypuszczam, że oni nawet dla rozluźnienia napięcia w naszych stosunkach gotowi by byli przegrać ten mecz, bo i tak po zwycięstwie nad Czechami i Grekami mają awans zapewniony, ale czy to pomoże?. Po zwycięstwie Ukraińców nad Szwedami, całą noc, aż do rana bawiła się ludność naszych sąsiadów. Co ciekawe razem z nimi jednako bawili się pokonani Szwedzi. Powtórzę, bo może ktoś pomyśli, że źle przeczytał: Wraz ze zwycięzcami bawili się pokonani. Do samego rana. My Polacy po przegranej byśmy się nadąsali i najlepiej odeszli bez pożegnania. Jak dzieci z piaskownicy, ale ciągle dorastamy.

sobota, 9 czerwca 2012

SYBERIA MOJA MIŁOŚĆ


Syberia, temat jak ocean. Nie tylko temat. Syberia, która rozciąga się między Uralem i Oceanem Arktycznym, oraz między północnym zlewiskiem wód dwu oceanów Arktycznego i Spokojnego na południu zamyka się bezkresnymi stepami Kazachstanu i Mongolii. Syberia to obszar ponad 12 milionów kilometrów kwadratowych. Jej powierzchnia jest większa od powierzchni USA wraz z Alaską oraz Europą Zachodnią włącznie. Zamieszkuje ją 32 milionowa społeczność, która porozumiewa się setkami języków.
To kraina, o której przeczytałem wszystko co mi wpadło w ręce. Syberia zaciekawia każdego, kto ma jaką taką wyobraźnię. Oczywiście najwięcej chłonąłem przy okazji czytania dziesiątek powieści, których tematem były setki obozów pracy oraz łagrów sowieckich, bo Syberia to nie żadna tam Arkadia, to w pewnym sensie też piekło. Pisarze pokazujący straszliwy los milionów Rosjan, Polaków, Ukraińców, Niemców i bodajże wszystkich nacji świata starali się umiejscawiać dramaty ludzkie pośród otaczającej je przyrody i warunków atmosferycznych. Syberię, tę na której rozsiane były tysiące gułagów poznałem dzięki wielu pisarzom polskim, często więźniów i katorżników, a także pisarzom rosyjskim, angielskim i innym których umysły zrodziły wzruszające opowieści na podstawie relacji samych uwięzionych. Więźniów, którym los pozwolił dożyć wolności. Jak wiadomo ten potężny obszar usiany jest niezmierzoną ilością cmentarzy, gdzie po dziś dzień jednym kopnięciem buta można wydłubać z ziemi kości czaszek oraz piszczeli. Tenże piękny przyrodniczo obszar, pokryty szkieletami ludzi cierpiących za niewinność poznałem dzięki Sołżenicynowi i jego wstrząsającej powieści „Archipelag Gułag”, a także wielu, wielu innym autorom jak: Jędzura, Aplebaumm, Pomianowski, Grudziński, Pławiński, Nurowska, czy też Auderska i jej „Ptasi Gościniec”. Pierwsze kroki na Syberii „stawiałem” poznając lekturę pana Zbigniewa Domino: „Syberiada Polska”, „Cedrowe Orzechy”, „Czas Kukułczych Gniazd” i „Tajga”. Pięknie pokazana przyroda wśród której autor umieścił straszliwe losy skazańców. Powiedziałbym, że bezmiar śmierci i okruchy życia. Sam też był skazańcem, a po szczęśliwym powrocie został oficerem LWP, skończył studia prawnicze i doktoryzował się, czego mu dzisiejsi prawicowi krytycy nie mogą darować.

                                 Chaty pierwszych osadników
Sybir jako miejsce zsyłek znany był już naszym dziadom i pradziadom oraz ich rodzinom już przed wiekami. Były to tysiące powstańców pojmanych do niewoli carskiej po przegranych powstaniach od Kościuszkowskiego po Styczniowe. Co prawda nie były to łagry ale odludne miejsca zsyłek. Miejsce, gdzie skazańcy musieli aby przeżyć stworzyć sobie sami warunki do codziennej egzystencji. Zesłańcy polscy to ludzie zwykle wykształceni, odgrywający w powstaniach role przywódcze, przeto tam na surowej Syberii po wielu latach pozostawili po sobie wiele odkryć naukowych, oraz innych wartości, w tym infrastrukturalnych. Nazwiskami Dybowskiego, Czekanowskiego, Czerskiego czy też Godlewskiego nazwane są dzisiaj syberyjskie szczyty górskie, jeziora, ale też przeprawy mostowe. Ich nazwiska i dokonania zarejestrowała każda encyklopedia świata.
Aktualnie czytam książkę „Po Syberii” pana Colina Thurbrona, angielskiego pisarza i podróżnika. Pisarz wybrał się na „przechadzkę” po miejscach kaźni i nieludzkiej ziemi po upływie lat. Po blisko kilkudziesięciu latach od zwolnienia ostatnich nieszczęśników, bo w rzeczy samej jeszcze za Breżniewa można było trafić nad Kołymę. Colin spotyka się ze starymi, zniszczonymi przez system ludźmi. Za parę dolarów gotowi byli oni opowiedzieć wszystko to, czego ujawnienie jeszcze niedawno było biletem do łagru lub po prostu rozwałki. Bada też protoplastów Syberii. Bardzo mu zazdrościłem, ponieważ w swej powieści nadzwyczaj pięknie pokazał syberyjską przyrodę okraszoną kwieciem, rzadkimi odmianami drzew, owocami tajgi, oraz paletą egzotycznych zwierząt. Właśnie tego mu zazdroszczę. Zazdrościł by mu też mój nie żyjący już ojciec, który z umiłowaniem codziennie wieczorem po kolacji rozkładał atlasy by studiować właśnie wielką Rosję. Pragnął ze mną odbyć podróż Koleją Transsyberyjską z Moskwy aż do Władywostoku, po drodze zwiedzając ciekawsze wioski i miasta. To było jego marzenie życia. Niestety, choroby jakie mu się przydarzały, wojenna przynależność do AK, a też obawa przed pozostawieniem gospodarki na tak długi czas, z góry unicestwiły nasz wspólny plan. Po kilku latach mnie osobiście było stać na odbycie podróży po Kraju Rad, gdzie na każdym kroku z uśmiechem czytałem cyniczne napisy typu „dazdrastwujet sowietska demokracja”. Właśnie w tym czasie weszli ze swoją demokracją do Afganistanu. Jak wiadomo współcześnie zaszczepiamy w Afganistanie polską demokrację. Nie do końca jednak mogłem spełnić swoje marzenia, ponieważ na środkowej Syberii w Irkucku znalazłem się drogą lotniczą, a nie koleją pozwalającą na to, by oczy mogły się uraczyć cudami prawdziwej, tej najdzikszej Syberii, mojej platonicznej kochanki. Ciągle dziewiczej, niestety po części zgwałconej przez Stalina i jego następców. Irkuck, miasto ok. 800 tysięczne z wyższymi uczelniami, placami na których stoją pomniki Lenina oraz Matki Rosji. Pod tym drugim młode pary po ślubie składają dziękczynne kwiaty. Irkuck, który leży nad wielka rzeką Angarą, po której mknęły wodoloty w ramach miejskiej komunikacji ma też sieć tramwajów i autobusów. Jak wiadomo, w Rosji metro jest budowane w miastach, które przekraczają milion mieszkańców. Angara jest jedyną rzeką jaka wypływa z wielkiego Bajkału, jeziora położonego ok. 100 km od Irkucka. Bajkał zaś jest zasilany dziesiątkami rzek. O pozostałej części mojej miesięcznej wycieczki do kraju "szczęścia" pisałem w jednym z poprzednich postów. Irkuck, jak przystało na miasto położone w rejonie wiecznych zmarzlin, w większości zbudowany był z drewna. Budynki w stylu typowo ruskim pomalowane były (pewno dalej są) na niebiesko i zielono, aczkolwiek dzisiaj są też dzielnice wypełnione nowoczesnymi, wysokimi blokami. Carski jeszcze dworzec kolejowy,  o eklektycznej architekturze przyciąga wzrok tych co czytali „Doktora Żywago” i „Michała Strogowa”. Wiadomo też, że Syberia jako taka to nieprzebrane bogactwo złóż ropy, żelaza, uranu, złota i praktycznie całej tablicy Mendelejewa. Dlatego ludzka chciwość może mocno zagrażać jej naturalnemu dziewictwu. I niestety zagraża. Tragedii dopełniają pożary spowodowane wyładowaniami piorunów. Pożary dotknęły też drewniane budynki Irkucka w XIX wieku. Spłonęło 1/3 miasta. Dzisiaj miasto odbudowano  z materiałów ogniotrwałych. Z daleka widać kopułę Opery irkuckiej, oraz świecące zwieńczenia cerkwi. Irkuck jeszcze ponad 100 lat temu był miastem zbrodni i bezprawia. Dzisiaj tak jak zawsze nazywany jest Paryżem Syberii.
                                                     Mieszkanka Jakucji
Dzikość i surowość Syberii, to nieopisane piękno nieskazitelnej przyrody otulonej klimatem mrozów, oraz wszelkiego mocno dokuczliwego robactwa. Syberia, to setki rzek wpadających z kolei do największych rzek świata, jak Ob, Irtysz, Lena, Jenisej, Amur i Kołyma. I ta sosnowo- dębowo- bukowa tajga upstrzona bieriozkami , chroniąca niezwykłą zwierzynę jak, wilki, renifery, lisy polarne, tygrysy syberyjskie, sobole, rosomaki i polarne niedźwiedzie. Ludność zamieszkująca od wieków te surowe klimatycznie obszary to przede wszystkim Tatarzy, Buriaci, Jakuci, Białorusini, Czukcze i Kazachowie. Wśród tych nacji już od setek lat można spotkać rodziny posługujące się językiem polskim. Oni już nie chcą wracać nad Wisłę. Zasymilowali się z tubylcami na tyle, że sobie chwalą obecny status.
Wszystko co przeczytałem o tej bezkresnej krainie w powieściach i encyklopediach, wszystko co zobaczyłem osobiście, oraz wszystko to, co zobaczyłem w kinach na temat Syberii, mocno zakorzeniło się w mojej organicznej strukturze. W Syberii jestem zakochany. Platonicznie, ale jednak.
PS. Wszystkich zainteresowanych Czytelników informuję, że moją stronę z IRONIĄ NA OSTRO można znaleźć zarówno pod abrozar.pl jak i pod abrozar.eu

poniedziałek, 4 czerwca 2012

CUDA I CUDAKI

W kraju, który cudami stoi nie trudno również o cudaków, którzy może mniej wyglądem, a więcej wyjątkowym ograniczeniem mózgowym potwierdzają takie przypadłości. Bodajże dwa dni temu telewizja pokazała coś, co przypomina tego typu stwór. Zgodnie z pojemnością mózgu nazywa się … Noga, a właściwie tylko jej ... zadnia część, czyli Pięta. Zwolennik stosów inkwizycyjnych dla wszystkich nie wyznających jego wartości. Podobno był nauczycielem, w co trudno dać wiarę, chyba że religii.. Taka trywialna przypadłość natury w XXI wieku. Dopuścili go do telewizji, chyba dla uatrakcyjnienia programu, oraz rozbawienia publiczności zaraz po informacji o kolejnych wpadkach politycznych rządu. Co to ten osobnik nie opowiadał w towarzystwie pana Legierskiego na temat dyskutowanej przez parlament ustawy o związkach partnerskich, tego żaden jako tako zdrowy na umyśle człowiek nie pojmie. Ze względu na higienę nie warto powtarzać jego dosłownie wydukanych mądrości. Jedno jest tylko pewne, że dla pana Pięty (posła PIS) w Polsce szerzy się faszyzm gejowski, co to osacza nas wszystkich, a najbardziej jego osobiście wraz z rodziną. Taki dziwoląg wybrany na posła przez podobnych sobie cudaków (w Polsce C ich pełno) może zasiadać wyłącznie w ławach ugrupowania tworzonego przez tych z grubsza myślących jak Kempę, Błaszczaka, Sobecką, Wróblową, Hofmana i co najmniej stu kilkudziesięciu pozostałych, których natura nie wyposażyła na tyle w samodzielne myślenie, by mogli doświadczyć łaski od Kaczyńskiego, aby stawać przed mikrofonem dziennikarskim. Pięta był wyjątkiem, bo dał się jednorazowo poznać w Sejmie, gdy przypadkiem odczytał swoje wypociny na trybunie. Dlatego przypuszczam, że dla jaj TVN24 za parę złotych honorarium wypełniło tym „świętym” ciałem parę minut kabaretowego programu.
Podobnych cudaków i to niekoniecznie z mandatami poselskimi możemy znaleźć na obszarze Najjaśniejszej Rzeczypospolitej na pęczki. I nie jest to takie trudne jakby się może wydawało. Sądzę, że trudniej znaleźć borowika w lesie niżeli cudaka w okolicy jednej ze stu sanktuariów rozrzuconych po całym kraju, bo jak wiemy tego typu święte przybytki są ustanowione w miejscach „cudów”. Jak wiemy Święta Panienka z Dzieciątkiem ukazuje się permanentnie naszym obywatelkom w wieku późnej emerytury. Zdarza się też, że łaski widzenia cudu objawionego na konarach drzew, oknach remizy, czy też parapetach najczęściej wiekowych chat dozna Polka jeszcze przed menopauzą. Jeżeli tak się stanie, wtedy głośny i zdecydowanie asertywnie wyrażony rozgłos tegoż wydarzenia spowoduje napływ bardzo wielu cudaków, głodnych zbawienia jeszcze przed wyzionięciem ducha. Tak oto najnormalniej ….w Polsce odnajdują się u nas cudaki. Sami się grupują w miejscach domniemanych cudów. Niektórzy z nich potem dość podobnym cudem trafiają do Sejmu lub Senatu, czego żywym przykładem jest poseł Pięta. Poza drobnymi cudzikami zdarzającymi się w okolicach wiejskich zagród, cuda na skalę krajową się również zdarzają. Przykładem jest cudowna zamiana opłatka hostii w kawał ludzkiego mięcha sercowego w Sokółce, ale też „masowe” ostatnio uzdrowienia za wstawiennictwem bł. JPII. Czekamy tylko kiedy zadziała rozdawana przez abp Dziwisza różnym nieszczęśnikom krew błogosławionego, której jakoby z dnia na dzień przybywało w zasobach krakowskiego hierarchy. Prawdziwie dotykalnym natomiast cudem jest ukończenie autostrady A2 przed Euro2012. Ten cud jest wart wiary.
PS. Przeczytałem zaiste wstrząsającą wiadomość z parlamentu europejskiego. Otóż aż 29 polskich europosłów w głosowaniu nie poparło ustawy przeciw homofobii. Obok Legutki, Kurskiego i Bielana (PIS), przeciw ustawie był też Buzek (PO), były szef tegoż parlamentu. Od głosu wstrzymała się grafini von Thun Hohenstein (PO). Okazuje się ,że niedaleko innym naszym wybrańcom od posła Pięty. Jakże blisko jest z Torunia do Łagiewnik.

piątek, 1 czerwca 2012

PRZEPROSIN ŁAKNIEMY JAK POWIETRZA

Stała się rzecz niesłychana. Najwierniejszy przyjaciel obraził najwierniejszego przyjaciela. Ameryka obraziła Polskę. Kuźwa, aż trudno uwierzyć, ale stało się. Mleko się rozlało na całą płytę kuchenną. I nic wielkiego by się może nie stało, gdyby pierwej naszym władzom i dziennikarzom przyszło do głowy, że są takie twory polityczne jak Stany Zjednoczone, które nigdy wprost nie przepraszają. Może prości obywatele względem siebie używają słowa sorry, nie dotyczy to jednak przywódców najsilniejszego i najbogatszego państwa świata. Wynika to chyba z konstytucji USA, która w imię ichniejszego boga, pełna demokratycznego patosu umiejscawia ojczyznę prezydenta Baracka Obamy ponad pozostałym światem. Kraj zamieszkały przez zbieraninę ludów przybyłych z różnych stron planety zapomina słów sorry-traurig- izwienitie- scusa- pardon i innych grzecznościowych zwrotów przywiezionych z Chin, Japonii, Indii, Włoch, Francji, albo powiedzmy z Meksyku. No co tu dużo mówić, stało się nieszczęście, bo Obamie przyszło odznaczać Polaka, przedstawiciela narodu dumnego ze swojej historii, szczególnie zaś z klęsk narodowych. Być może z drżącymi rękami i drżącym głosem prezydent USA przejęzyczył się mówiąc o polskich obozach nazistowskich, miast nazwać je niemieckimi, bądź hitlerowskimi obozami w Polsce, o czym zapewne jest przekonany. Jarosław Kaczyński orzekł, że naród został obrażony w sposób niezwykle drastyczny. Gowin, że Polska została zbrukana, a Miller wręcz powiada, że on by po prostu odmówił przyjęcia Medalu Wolności dla uhonorowania wybitnego, bohaterskiego co by nie mówić Jana Karskiego. Burza, jaka powstała nad Wisłą szerokim echem oczywiście odbiła się nad Potomakiem. Obama wnerwiony na swoich współpracowników, którzy mu napisali treść przemówienia cały dzień ze skwaszoną miną chodził w kółko po pokoju kształtu owalnego. To mu zresztą ułatwiało zakręty. Marsową minę od czasu do czasu niwelował mu rzut oka na stół, przy którym jeden z jego poprzedników w sposób wesolutki, ale i mało grzeczny zabawiał się cygarem z Moniką Lewiński. A z Warszawy wciąż słychać pomruki grzmotów. Co zrobić?, co zrobić do cholery, aby ci czuli na tle swojego honoru Polacy wreszcie się uciszyli, w końcu trochę ich mieszka tu w USA, a ja za chwilę staję do wyborów. Na szczęście przypomniał sobie, że ta nacja zawsze głosowała na republikanów i Kaczyńskiego, więc nic nie tracę. Mimo to, nic bardziej go nie frapowało, jak znalezienie sposobu na załagodzenie powstałego przejęzyczenia, bo właśnie tak to w jego mniemaniu wyglądało. Nic się nie stało Polacy, nic się nie stało, mógłby napisać w liście do Komorowskiego, znając nasz zastępczy hymn narodowy. Jak by nie mówić mam nauczkę i powinienem na przyszłość wyciągnąć wniosek, że od zasług Polaków trzymać się jak najdalej i nikogo, nie daj Boże nie odznaczać. Z kolei my Polacy musimy się przyzwyczaić, iż potężna Ameryka nigdy nikogo nie przeprasza, bo też według ich mniemania nie ma za co. Nie przeprosili za napaść na Koreę w latach pięćdziesiątych. Nie przeprosili za niszczycielską wojnę napalmem w Wietnamie. Nie przeprosili Irakijczyków za spowodowanie ruiny ich państwa. Nie przeprosili za Hiroszimę i Nagasaki. Nie przeproszą też za wojnę w Afganistanie, w którą wplątali wielu serdecznych przyjaciół włącznie z Polską. Oczywiście przeprosin nie doczekali się rodzimi pierwotni mieszkańcy Ameryki Indianie za brutalne odebranie ich własności, czyli ziemi. Ameryka pakuje się wszędzie tam gdzie liczy na zabór dóbr w postaci m.in. kopalin. Ewentualnie staje do wojny tam, gdzie zagraża jej bezpośredni wróg, tym bardziej ustrojowy, jak faszyzm lub komunizm. Tak było podczas II wojny światowej, gdy Hitler odnosząc zwycięstwa na zachodzie i wschodzie zamarzył, w porozumieniu z Japonią o podbiciu USA. Tak też było z wojnami na dalekim wschodzie. USA tam było ze strachu przed rozszerzaniem się wpływów radzieckich. Nie robił tego za darmo, broń Boże. Po zwycięstwie nad Hitlerem całe wagony złota płynęły do USA jako zapłata za dostarczoną broń i żywność walczącym na frontach narodom rosyjskim. Nic za darmo i żadnych przeprosin. Po to mam w końcu całą plejadę dyplomatów, pomyślał Obama, by jakoś tam ugłaskać pana prezydenta Komorowskiego, do którego wysłałem pokorny, nakropiony pachnidłami list. Ugłaskiwać premiera Tuska i prezesa Kaczyńskiego nie muszę. Zresztą to z partii tego ostatniego, jakiś chłoptaś wybrany na posła przez katolickich do bólu wyborców publicznie wyśmiewał mnie jako prezydenta ze względu na kolor mojej skóry. Polacy już tak mają. Lubią obrażać innych, są antysemitami i homofobami, ale mają też bardzo czułą żyłkę w ustroju organicznym. Żyłkę odpowiedzialną za ich honor i dumę narodową. Ech tam, zdecydował po chwili: zaproszę do mojego pokoju owalnego polskiego prezydenta, premiera i być może tego, co to go tak czczą mieszkańcy chicagowskiego Jackowa, bodajże mu Kaczyński na nazwisko. Ugoszczę najprzedniejszą whisky, wręczę im upominki w postaci wyprawionych skór z bizona, damy sobie buzi i będzie ok. To chyba w końcu wystarczy. Nie mogę przecież złamać zasad, które od wieków obowiązują Amerykę.

NA MARGINESIE MADRYCKIEJ KONFERENCJI

Czytałem, słyszałem (wierzę, że to prawda), iż służby kwatermistrzowskie w Wojsku Polskim wydały zarządzenie, że w   soboty i niedziel...