środa, 31 grudnia 2014

2015



 

Z okazji nadchodzącego Nowego 2015 Roku życzę aby był on dla Państwa doskonałą okazją do spełnienia marzeń, zrealizowania planów i sięgania po to , co do tej pory wydawało się niemożliwe. By był po prostu   SZCZĘŚLIWYM NOWYM ROKIEM
 
 

niedziela, 28 grudnia 2014

MÓW DO MNIE JESZCZE




Podczas zwyczajowego spotkania z pracownikami Kurii Rzymskiej przed Bożym Narodzeniem dostało się dostojnikom i świeckim. W stanowczych słowach papież Franciszek wymienił listę ich grzechów, pisze niektóra polska prasa. Obok wprost szalonego bogacenia się znalazły się na niej hipokryzja i patologia władzy biskupów. Ta patologia zaraźliwie dotknęła też władze państwowe w tym Sejm. Głośne nagrody i premie, w sumie miliony złotych.
A nasi biskupi mają to głęboko w d..pie, czytamy na forach internetowych. Dla nich liczy się ich kasa. Sprawdzają się polskie przysłowia-,,za pieniądze ksiądz się modli', ale też się podli”, ,,kto ma księdza w rodzie tego bieda nie ubodzie'' Korzystając z tego, że w dniach świątecznych nawy kościelne wypełniają się wiernymi nieco tłumniej niżeli w normalne niedziele, biskupi wygłosili homilie w których płaczą nad polską rodziną. Rodziną rozwiedzioną, rodziną niepełną, bez ślubu, a często składającą się z par homoseksualnych. Grzmieli, że piekło się zapełnia Polakami nie stosującymi się do boskich i kościelnych przykazań.
Otóż biskupi często treści swoich kazań dostosowują do wydarzeń krajowych albo unijnych. Pamiętamy bowiem kazania abp Michalika zaraz po wstąpieniu Polski do UE. cyt:„ Wielkie kłamstwo, które przejęliśmy z Unii Europejskiej, przyjmując tę ustawę o przemocy, że niby kultura, tradycja i religia rodzi przemoc. Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania”. Otóż do tej pory po słowach gauleitera z Bieszczadów, parlament Polski ze strachu nie odważył się ratyfikować tejże Konwencji. Wtedy to tak jak i dziś Michalik powiadał że w dniu wigilijnym, wszyscy wybaczają sobie wzajemne urazy. Zastanawiam się zresztą, jakiej to urazy doznał abp, bo jaką spowodował w stosunku do swoich wiernych owieczek, to wiem. Wystarczy wciąż panu przypominać fakt zgnojenia policjanta i jego rodzinę za to, że raczył odezwać się do pana słowem PAN miast wasza nadzwyczajna świątobliwość. Cieszymy się natomiast że zniechęcił pan nasze małe dzieci do nachalnego pchania się księżom do łóżek, bo to był problem iście kabaretowy. Gdzie jak gdzie, ale w Bieszczadach uwierzono w te „prawdy”. Ja jako grzesznik powiem panu panie Fioletowy. Stary testament aż kipi od zbrodni i bluźnierstw. Na kanwie tych opowieści można by nakręcić wiele kryminalnych dzieł z ostrzeżeniem, że dozwolone dla odbiorcy od lat 25. Wy kapłani te zapisy stosujecie w życiu.. Dlatego czytacie wiernym tylko fragmenty Nowego Testamentu. O starym ani słowa. Morda w kubeł, jak się powiada. A oto jak tysiące myślących odbiera pańskie porykiwania. Przytaczam tylko kilka wypowiedzi:
Jeżeli Kościół katolicki zrezygnuje z 10 000 000 000 PLN konkordatowych, wydzieranych corocznie państwu i odda  wyłudzone od Polaków i Polski majątki to uwierzę w dobre intencje biskupów i całej reszty, oczywiście oprócz pedofilii osób przykościelnych w tym bpa Wesołowskiego, szczęśliwie zmarłego i ks. Gila, którzy to swoimi postępkami całkowicie obnażyli Kościół, pokazując światu jego prawdziwe oblicze. To też do Was hierarchowie Michalik i Dziwisz oraz waszych kolegów po fioletowych piuskach.
Większych KŁAMSTW jakie wciska nam Kościół ze swoim UCZŁOWIECZENIEM, szczególnie zarodka, naprawdę trudno już wymyślić. Na tym ŁGARSTWIE, oraz urojonych cudach stoi cała doktryna straszenia ludzi piekłem i ich szczuciem na siebie, aby przy bożej pomocy i do tego zgodnie z prawem szarogęsić się w tym kraju, zaś strasząc diabelskim gender wybierać nam w parafiach władzę od szczebla gminy aż po Sejm, ogłupiać młodzież na lekcjach religii, oraz wyrywac kasę podatnikom... Amen,” pisała inna Polka z Nowego Sącza. A ileż racji zawierały słowa pana L. z Płońska, pisze on: „Nic dodać nic ująć. Rodacy powstańcie z kolan, póki jeszcze czas. Możemy podziękować Solidarności, że do tego doprowadziła, iż jesteśmy krajem wyznaniowym, Solidarność w podzięce za stanowiska majątek narodowy rozdała klerowi za tzw. friko, pozostawiając społeczeństwo z ręką w nocniku, przy tym miliony rodaków skazując na tułaczkę po Europie za chlebem. Tym samym chlebem którego domagali się podczas pamiętnych strajków 37 lat temu”. „Och ci biskupi !!! Ich słowa są rzeczywiście rozbrajające w czasie wigilii i świąt. Pan Jan Kościuszko onegdaj temu zorganizował i sfinansował wigilię dla bezdomnych i potrzebujących w Krakowie, pisze ktoś spod Wawelu: Przygotował 200 tysięcy pierogów, 8 tysięcy litrów zupy grzybowej i barszczu. Wydaliśmy, tak jak rok temu, około 50 tysięcy porcji - mówi sam organizator. A co powiedział Pan Dziwisz ? Pan kard. Stanisław Dziwisz zapewniał podczas wigilii bezdomnych i potrzebujących , że „Pan Jezus rozumie los bezdomnych".Jemu z kolei trudno tych ludzi zrozumieć, bo to prosty góral, który zrobił karierę na podawaniu kapci „najwybitniejszemu” Polakowi wszech czasów, JPII. Bezczelny tłusty bogacz!!!” Ten bezczelny bogacz podczas ostatniej wigilii troche sie postarał i juz jako bp. emeryt, wigilijnie poczęstował bezdomnych krakowskich ochłapami, co to nie mieszczą sie na pańskich stołach. Dobre i to przewielebny książe. Podsumowując post powiem tak: Kruki są  b, czarne jak polski kler katolicki, a jak wiadomo z mądrego przysłowia: KRUK KRUKOWI OKA NIE WYKOLE.

piątek, 26 grudnia 2014

LULAJŻE, LULAJ


Święta, święta i po świętach, powiada porzekadło, przysłowie, może powiedzenie, idiom, (chyba nie). Czas w którym wbrew nawoływaniom do radości, akurat ja się nie raduję. Zewsząd do moich uszu z odbiorników radiowo-telewizyjnych, a także do oczu z prasy świątecznej dochodzą, najczęściej nostalgiczne wołania … lulajże Jezuniu, tak jakby On się darł wniebogłosy z powodu głodu, braku ciepła czy też czegokolwiek co potrzebuje osesek. . nie dala Mu matusia sukienki wołają inni wierni ubogaceni gorącą wiarą, oraz niewierni, ale pchani tradycjami rodzinnymi. Tradycjami okraszonymi absolutnym przekonaniem o autentyczności wydarzeń betlejemskich, łącznie z owym GPS w postaci gwiazdy, która to doprowadziła z krajów arabskich owych trzech króli z workami prezentów na plecach, oraz cudownego skutku zapłodnienia pozaustrojowego z ręki, a raczej za pomocą innej części ciała przez zesłanego anioła, przy całkowitej bierności rogacza Józefa. O tym przekonywała nas cała horda księży podesłanych do wszystkich bodajże sześciu polskich stacji telewizyjnych w towarzystwie bogobojnych dziennikarzy i dziennikarek. Patrząc na kalendarz, spodziewałem się totalnej nudy, nudy i jeszcze raz nudy, ale jak to bywa w pięknych okolicznościach przyrody, że się posłużę mistrzem Himilsbachem, człowieka spotykają też radosne niespodzianki. Taka właśnie mnie spotkała ze strony domowego św. Mikołaja, bowiem w podarunku świątecznym pod choinką znalazłem paczkę, a w niej książki. Już tam mój ukochany Mikołaj wie z jakich prezentów byłbym zadowolony. Wiadomo, z obyczajowych, krajoznawczych, szczególnie Azja rosyjska oraz Bałkany, a także książki w formie wywiadów z ludźmi, których ukochałem z powodu ich dokonań.. I właśnie takie książki znalazłem pod naszą choinką. Dwie monografie z życia ulubionych mi osób (aktorów). To szerokie wywiady ubarwione scenkami z życia i twórczości Krzysztofa Kowalewskiego oraz Wiesława Michnikowskiego. Pierwszy zaledwie starszy ode mnie o trzy latka (cóż to jest trzy latka). Kiedy ja się rodziłem to on dopiero samodzielnie zaczął siadać na nocnik. Drugi zaś, to dla mnie prawdziwy senior, starszy o lat osiemnaście, czyli urodził się w roku mojej, już od lat nieżyjącej Mamy. Książki te pochłonęły mnie całkowicie. Obu aktorów uwielbiam bowiem nadzwyczajnie. Kowalewskiego za wszystkie Jego role komediowe, grane nie tylko w scenerii teatralnej czy estradowej, ale też w plenerach filmowych Hoffmana albo Barei. Z kolei Wiesław Michnikowski to uniwersalny aktor. Aktor z przypadku, bowiem nigdy nie było jego zamiarem stawać przed kamerami i widzem teatralnym. Skończył szkołę samochodową. Życie okupacyjne i okres wyzwoleńczy skierował młodego Wieśka (bez matury, którą zdał dużo później), do lubelskiego radia, utworzonego na podglebiu Domu Żołnierza. Obok Stefanii Grodzieńskiej, Ryszardy Hanin i wielu innych, grał w mundurze polskiego żołnierza dywizji dowodzonej przez pogardzanego dzisiaj przez prawicę gen. Berlinga. Tam się zaczęła kariera Wiesława M. W krótkim czasie okupował sceny teatrów lubelskich, potem warszawskich. Znamy go nie tylko z filmów fabularnych takich jak, „Gangsterzy i Filantropi”, albo „Irena do domu” ale także dosłownie z setek ról teatralnych. Zawsze Go podziwiałem z odtwarzania ról z utworów Gogola, Czechowa jak i innych rosyjskich pisarzy. Nie do podrobienia są jego występy kabaretowe, szczególnie u Dudka czyli Dziewońskiego. A tylko włos go dzielił od sutanny, bowiem nosił się z pójściem do seminarium. Wybuch wojny pozbawił go matury co oczywiście przekreślało zamiary duchowne.
Matury też nie zdał wybitny aktor Krzysztof Kowalewski, polski Żyd, o czym dowiedział się dopiero po wojnie od swojej matki. Kowalewski uchował się przed Holokaustem tylko dzięki sprytowi rodzicielki i licznym, prawdziwym polskim przyjaciołom, uciekł z matką w odpowiednim czasie z Warszawy do Kielc. Na szczęście nie dane mu było być ofiarą, a choćby świadkiem pogromu kieleckiego Żydów, bowiem w dniu tym wyjechał z kolegami do Zakopanego. Jego ojciec zginął w Katyniu jako polski oficer. Matka wychodziła jeszcze dwukrotnie za mąż, także Krzysio miał wzorzec. W swoim życiu „oficjalnie” wpuszczał do łóżka trzy żony. Z ostatnią, czyli Agnieszką Suchorą  gra w komediowym serialu typu sitkom „Daleko od noszy”. Jest mistrzem dramatu twarzy, a także mistrzem stwarzania sytuacji paranormalnych. Jego dramatycznie zdziwiona twarz w filmie „Miś”, gdy poszukiwany kandydat na dublera wpada z mandoliną na plan filmowy i śpiewa „jestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek”, obiegła cały świat i jest przedmiotem studiów reżyserskich. Obie książki, chociaż niezbyt objętościowo „chude”, przeczytałem właśnie w te dla mnie generalnie melancholijne święta. One poprawiały mi krążenie, a nadto stanowiły lek przeciw zaparciom, jako że pomiędzy kolejnymi produkcjami kolęd począwszy od byle jakich stajenek po Pałac Prezydencki reklamowano w większości takowe specyfiki medyczne.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE BN/2014




                        
                                                      

Świąt z fantazją ku radości ciała i ducha
życzę moim Czytelnikom
w kraju i za granicą.

niedziela, 21 grudnia 2014

OD C. DO K.



 Kiepscy

Jak twierdzą językoznawcy, chociażby panowie profesorowie Miodek albo Bralczyk, język polski jest przebogaty, a przy tym nie najłatwiejszy dla obcokrajowców. Jest bardzo skomplikowany gramatycznie i fonetycznie, ale jest językiem bardzo miłym dla ucha i literacko dobrze postrzeganym. Przykładowo angielski albo rosyjski uchodzą za bardziej takie, które królują w literaturze jako te zmysłowe.
Polski język jest trudny dla osób, których język ojczysty jest radykalnie inny niż ten nadwiślański. Natomiast jest stosunkowo łatwy dla tych cudzoziemców, którzy mówią np. językami słowiańskimi. Czesi czy Rosjanie powinni poradzić sobie z nauką bez większych problemów. Dla nich polski nie jest aż tak trudny, jak na przykład dla Skandynawów lub użytkowników innych języków germańskich, czy dla tych, których językiem ojczystym jest któryś z języków romańskich. Nie znam się na tym zbyt dobrze więc pominę dalsze dociekania. Nie moja broszka. Moim zamiarem jest natomiast pokazanie tego, że jako Polacy co to mają właśnie swój, a jakże piękny język, jako naród nie korzysta, albo nie potrafi korzystać z jego bogactwa, oczywiście pomijając absolwentów szkół wyższych albo dobrych średnich. Jakże często jestem milczącym świadkiem rozmów, najczęściej ludzi młodych, ale nie tylko, którzy prowadzą szeroko zakrojone dysputy za pomocą dosłownie siedmiu do dziesięciu słów, zwykle zaczynających się na literę d, h, c, p, k, z tym , że słowo zaczynające się na literę k stanowi kropkę albo przecinek, czyli słów zapisanych w „Słowniku Wulgaryzmów Polskich, wyd PWN”. Tak się domyślam. I nie jest to wcale więzienna grypsera, raczej mowa „Kiepskich”, aczkolwiek niejeden z dyskutantów zapewne zaliczył już tzw. dołek. Typowa subkultura zapożyczona od skinów i dresiarzy z blokowisk. Zapewne to ziomale. Stoję wtedy spokojnie i „podziwiam” tę nadzwyczaj filologicznie unikalną elokwencję, bowiem nie wyobrażałem sobie że też można używając takiego wyjątkowo oszczędnego w gruncie rzeczy słownictwa opowiedzieć całe tyrady z wydarzeń ich interesujących. Wtedy z ironią pomyślę, czy nie warto by było, by językoznawcy się przyglądnęli temu zjawisku, a nuż może byśmy zaoszczędzili na przerobach drukarni i wydawnictwach, bowiem cały przedruk np. „Wojny i Pokoju” można by zmieścić na kilku kartkach. Jakaż to oszczędność lasów państwowych, a i prywatnych też. Fakt, bardzo byśmy się narazili na pośmiewisko ludów ościennych i nie tylko, ale w gruncie rzeczy ośmieszamy się z wielu innych powodów, i to dość często, a jakoś kraj istnieje i sobie chwali. Rozmowy tego typu są tym bardziej ułatwione, że wiele nazw własnych jest w ich środowiskach zmienione wyłącznie dla ich wygody i otoczenia w którym się obracają. Tylko przykładowo: homoseksualista to po prostu dla nich pedał lub ciota. Rom to złodziej, rudy to fałszak, policjant to pies, ksiądz to pedofil, zakonnica to pingwin, Afrykanin to banan, dziewczyna to dupa itp.,etc. Jednocześnie tęsknią oni do zapożyczeń i wszelkiego rodzaju słownictwa pokazywanego na głupich filmidłach i filmikach. Jako już dorośli silą się na nadawanie swoim dzieciom imion zasłyszanych gdzieś tam, gdzieś tam, np. Brajan albo Dżesika i są z tego bardzo dumni. Otóż, ten młodzieżowy, a zarazem jakże polski slang znałem od dawna, bo przecież człowiek nie żyje w próżni. Dzisiaj, jak zwykle przed świętami, czyli w okresie wzmożonych zakupów i załatwiań spraw często urzędowych zmuszony byłem częściej niżeli zwykle opuszczać gawrę, że się wyrażę po ichniemu i przy okazji wysłuchiwać tego, jakże soczystego języka. Jakże mi się zrobiło naraz świątecznie, jakże milutko, jakże kolorowo, jakże serdecznie. Polska to jednak dziki kraj, miał pan rację panie ministrze Drzewiecki.

piątek, 19 grudnia 2014

KASIARZE I FILANTROPI


Wniosek o przeznaczenie kolejnych 16 milionów złotych z budżetu państwa przeznaczonego na kulturę i ochronę dziedzictwa narodowego złożyła w imieniu klubu parlamentarnego PLATFORMY OBYWATELSKIEJ posłanka Izabela Katarzyna Mrzygłocka z Wałbrzycha. Z biednego i brudnego jak biedaszyby Wałbrzycha.

 
Na kogo ja, babcia 6 wnuków mam od dzisiaj głosować, bo że głosować będę jeszcze nie raz to pewne. W najbliższych wyborach do Sejmu na 100% będę wrogiem PIS, PO, SP, a także listą chłopków przykościelnych z PSL”. (wpis na fb). Nawiasem mówiąc biskupi naiwnemu Sejmowi wmawiają, że są to pieniądze na muzeum, muzeum w budowie, a przecież państwo częściowo finansuje wyłącznie remonty i restauruje stare obiekty muzealne. Na to pozwala Konstytucja. Dlatego, ja autor tego bloga osobiście popieram budowę tego muzeum JPII, wszak pod jednym warunkiem. Mianowicie takim, że na ścianie głównej ŚOB zawiśnie baner o treści jakże prawdziwej (jak wyżej) panowie i panie z ul. Wiejskiej.
„Dziwi mnie, że tak oddana Kościołowi posłanka PO nie zorganizowała zbiórki wśród swoich kolegów posłów, którzy pewnie"chętnie" przeznaczyliby swoje diety na dofinansowanie budowy świątyni. Sięganie do pieniędzy podatników by sfinansować nie po raz pierwszy zachcianki Episkopatu jest po prostu niedopuszczalne. Niech się pani posłanka zastanowi jaką kwotą rocznie Kościół jest dofinansowywany.

Odnoszę wrażenie, że na hasło pomoc dla Kościoła posłowie dostają rozwolnienia i chcąc tej przypadłości zapobiec lekką ręką uwielbiają wręcz wydawać nie swoje pieniądze. SIĘGNIJCIE DO SWOICH KIESZENI I WTEDY MOŻECIE DYSPONOWAĆ PIENIĘDZMI NA CELE KTORE USPOKOJĄ WASZE SUMIENIA, BO AKURAT CZYSTYCH NIE MACIE PO WYKONANYM AUDYCIE DOT. WASZYCH PODRÓŻY SŁUŻBOWYCH,” (komentator z Nysy). Święte słowa proszę Pana komentatora. Po Polsce chodzi anegdota: W żołądku biskupa spotykają się politycy PIS i PO. Polityk PIS pyta: - I co, kler też was połknął?.- Nie, my weszliśmy drugą stroną, odpowiadają politycy PO.



środa, 17 grudnia 2014

OD STAJENKI DO LICHENIA


Święta Bożego Narodzenia są wg polskiej tradycji religijnej najważniejszymi świętami w roku obok oczywiście świąt Wielkiejnocy. Swego czasu telewizyjny profesor Jan Tadeusz Stanisławski w kolejnych audycjach próbował satyrycznie udowadniać wyższość Świąt Wielkanocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Były to programy w konwencji rozrywkowej, a więc z przymrużeniem oka. Dla wielu tych, którzy do religii przywiązują wielką uwagę, mniejszą zaś do refleksji, słowa profesora miały znaczenie absolutnie przekonujące. Dla innych np. ateistów, którzy święta owe obchodzą wyłącznie ograniczając się do niektórych tradycji i nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie głos Stanisławskiego był traktowany podobnie jak występ Kabaretu Moralnego Niepokoju, bowiem u ludzi nie poddających się dogmatom w głowach kołacze się niepokój, jako że tak naprawdę to nikt nie wie, łącznie z dwoma żyjącymi papieżami, kiedy ten Zbawiciel Chrystus się narodził. Zbawiciel, któremu przez ponad dwa tysiące lat nie udało się zbawić tegoż świata. Jedni mówią że urodził się zimą inni z kolei że w lipcu (bo ciepło w stajence), a przede wszystkim ponoć nie urodził się w roku zero, zero jak piszą w biblii, a ponoć o siedem lat wcześniej. Uczonym mężom owych czasów pasował akurat ten rok i absolutnie ten dzień ze względu na pogodowo-astronomiczny podział roku i dlatego przyjęto kalendarz który obowiązuje do dzisiaj.”Ubogacono” go imionami wszystkich świętych, których najwięcej nadprodukował specjalista od kanonizacji, nasz papież Wojtyła. Kalendarz ten skomponowany na tę okoliczność został przyjęty przez cały „boży” świat niezależnie od religii i panującego ustroju. Jedno jest pewne, mianowicie katolicyzm pokazał jak się robi interesy na bożym dzieciątku. Zaczynali od stajenki by poprzez wszystkie lata pobudować setki landar na wzór i podobieństwo Watykanu, Lichenia i katedry Notre Dame. Boże Narodzenie to niezwykły okres dla wszystkich,jak mówię, bez względu na odległość, czy klimat. Wyjątkowa atmosfera towarzysząca temu świętu sprawia, że ludzie z różnych zakątków świata ulegają magicznej ekspresji. W poszczególnych krajach tradycje i zwyczaje różnią się między sobą, jednak wszędzie Boże Narodzenie obchodzone jest w miarę uroczyście. Niestety, podobnie jak w Polsce, wigilię obchodzi się tylko na Litwie, w ateistycznych Czechach a też na Słowacji. Oczywiście równie tam gdzie w świecie osiadła masowo Polonia, np. w obu Amerykach, Francji i wielu innych zakątkach świata, chociażby w Australii. Różne narody, różnie podchodzą do świętowania narodzin Chrystusa. Jako taka wigilia z choinką, opłatkami, pasterką, prezentami, kolędnikami i innymi grupami wiejskiej młodzieży wałęsającej się po snieznych zaspach od chaty do chaty dotyczy co prawda Polski, ale i to powoli zamiera, szczególnie w aglomeracjach i na terenach bardziej otwartych na Europę Zachodnią. Nie znaczy to, że inne narody wyalienowały się całkowicie ze swoich tradycji. Nie, ponieważ jest okazja do wypitki i wszelkiego rodzaju rozrywki a przy okazji rodzinnych spotkań, często po wielu miesiącach a nawet latach rozstań z powodów ekonomicznych, wojen, albo ścigań policyjnych. Każdy naród ma swoje tradycje świąteczno- noworoczne, przykładowo Grecy wigilijny wieczór najchętniej spędzają poza domem. Ten wyjątkowy czas dzielą z przyjaciółmi. Do wigilii zasiadają o bardzo późnej porze. Boże Narodzenie trwa w Grecji niezwykle długo, bo aż 12 dni. W tym czasie aż dwukrotnie obdarowują się prezentami. Może dlatego zbankrutowali. W Niemczech jest z kolei zupełnie inaczej. Najbardziej uroczystym momentem jest świąteczny obiad, a głównym daniem jest pieczona gęś. Po posiłku nasi zachodni sąsiedzi rozpakowują prezenty. Charakterystycznym przysmakiem, który pojawia się na niemieckich stołach podczas świąt Bożego Narodzenia jest ciasto Stollen, kształtem przypominające nowo narodzone dzieciątko zawinięte w becik. Natomiast święta w USA nie trwają długo, bo zaledwie jeden dzień – rozpoczynają się i kończą 25 grudnia. Okres przedświąteczny, zaczyna się w dzień po największym święcie Ameryki – Święcie Dziękczynienia (czwarty piątek listopada). W Stanach Zjednoczonych ma to największy wymiar komercyjny, praktycznie wszystkich ogarnia szał zakupów. Oczywiście obowiązkowo jest choinka, stroiki na drzwiach i domach oraz tradycyjny pieczony indyk. W Argentynie Boże Narodzenie obchodzone jest niezwykle uroczyście. Podobnie jak w Polsce święta mają tam rodzinny wymiar. Jednak są pewne różnice, bogatej uczcie towarzyszą żarty i zabawy, które trwają do samego rana. W tańcach biorą udział również dzieci. Argentyńczycy obdarowują się prezentami w dniu Trzech Króli.
 
To tak gwoli zachowania tradycji pisze ten post, bo tak po prawdzie to okres ten jest tak rozdmuchany, że większość z nas już nie może patrzeć na tych tysiące odzianych czerwone ciuchy Mikołajów i wyścigi klientów podczas okazjonalnej wyprzedaży. No ale abyśmy zdrowi byli. Jak powiedział największy z prezydentów od narodzenia Chrystusa, laureat Pokojowej Nagrody Nobla i setek uczelni honoris causa Lech Wałęsa, zdrowie wasze w gardła nasze. Tyle słów z mojej osobistej ewangelii z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia 2014.


sobota, 13 grudnia 2014

MOJE DZISIEJSZE ASOCJACJE


 
 

Kiedy uczęszczałem do liceum, "uczęszczałem" (chyba od słowa jak "często") uczyła nas professeur de francais. Była to zacna  dama z samego Paryża, w wieku chyba zaraz „porewolucyjnym”, pani profesor Z. Do dzisiaj zapewne, kto jeszcze żyw ją pamięta jako jedyną z całej plejady pedagogów liceum. Ja też, obok oczywiście profesora od chemii, który bardzo mi utrudniał życie nastolatka. Dlaczego pani Z. pozostaje wciąż w pamięci?, a to dlatego, że po pierwsze przybyła z samej najpiękniejszej stolicy świata, a ponadto nigdy na lekcje nie przychodziła sama. Przychodziła bowiem w towarzystwie … psa, ukochanego przez nią pudelka, który całymi godzinami przesiadywał, ewentualnie przesypiał pod stolikiem z paprotkami. Zarówno o jej pudelku jak i o Paryżu potrafiła nam opowiadać na każdej lekcji. Na ten cel wygospodarowywała ostatni kwadrans godziny lekcyjnej. Zanim pojechałem do Paryża 50 lat później, pani profesor bardzo mnie zaciekawiła tym miastem. Wędrując przeto po bulwarach i placach podświadomie przypominałem sobie te moje lekcje francuskiego. Praktycznie wiedziałem wszystko o Napoleonie, o Placu Zgody, o Wieży Eiffla, o Placu Inwalidów, o Sacre Coeur i Notre Dame, o Moulin Rouge, wreszcie Polach Elizejskich, oraz cmentarzu Pere Lachaise, gdzie leżą setki, jeżeli nie tysiące francuskich uczonych, artystów i polityków, wśród których spoczywają też nasi wybitni obywatele z Chopinem na czele. Wiedziałem od tamtej pory dużo o dzielnicy malarzy Montmarte i Placu Pigalle. Oczywiście nie mogła nam pani Z. cokolwiek powiedzieć o nowoczesnej dzielnicy Paryża La Defense, której w owych czasach jeszcze nie było, a którą zwiedziłem odkrywając jej urok bez wcześniejszych wskazówek. Opowiadała nam o Polakach zasłużonych dla Francji szczególnie w czasach napoleońskich, dlatego musiałem na własne oczy zobaczyć obelisk na którym wyryto nazwiska wszystkich marszałków Francji, wśród nich nazwisko księcia Józefa Poniatowskiego, który to wraz z koniem utonął w Elsterze w okolicach Lipska. A ponieważ zacna pani Z. (żona oficera polskiego, który wyemigrował do Francji po wejściu Niemców do Polski w roku 1939) potrafiła bardzo plastycznymi słowy opisywać miasto w którym mieszkała przez bodaj lat 15, przeto język francuski był dla nas (no dla mnie w szczególności) przyjemnością. Z wzajemnością z panią profesor się lubiliśmy, przez co doznawałem zaszczytu odnotowywania na tablicy tematu lekcji i takie tam, (oczywiście w języku Victora Hugo). By uzmysłowić jak najbardziej w naszych głowach kulturę Francji, częstowała nas przywiezionymi właśnie znad Sekwany udkami żabimi i ślimakami w oleju. Z wątpliwym łaknieniem próbowaliśmy zachwalając smak. Obok, pokazywania nam w wyobraźni Paryża pani Z. rozprawiała całymi dostępnymi jej kwadransami o swoim piesku, dowodząc nam, że psy obok ludzi posiadają duszę, z czystości której także się rozliczają po śmierci przed Bogiem. Dawała nam dziesiątki przykładów, szczególnie z literatury, gdzie głównymi bohaterami opowieści są właśnie pieski. Pieski, które potrafią latami koczować przy grobach swoich panów odmawiając jedzenia i ponosząc często śmierć przez zagłodzenie i tęsknotę. Ponadto uwielbienie dla jej siwego pudelka nieraz przekraczało nasze wyobrażenia. Pani Z. często sama nie jadła śniadań, by tylko nakarmić pupila, oddawała mu co ciekawsze smakowo kąski, tuliła w czasie chłodu, wyrażała do niego absolutna miłość poprzez pocałunki i pieszczoty, co się udzielało niektórym, szczególnie dziewczynom. Zaraz po tym szły one do schroniska i nabywały pieski, co akurat było dobre i zbawienne. Pamiętam, że gdy razu pewnego pudelek wyrwał się swojej pani i wpadł pod samochód ponosząc śmierć, w uroczystym pogrzebie w jej ogrodzie wzięły udział wszystkie klasy z językiem francuskim, bowiem dobrze się było w takich okolicznościach przyrody pokazać swojej pani od francuskiego, dając przy okazji wyraz współczucia.
Post ten piszę na okoliczność ostatniej wypowiedzi papieża Franciszka, który to przyznaje, że prawdopodobnie zwierzęta maja duszę i trafiają po swojej śmierci do królestwa niebieskiego, przez co wpędził w ogromną konsternację setki hierarchów katolickich na całym świecie., cyt:Raj jest otwarty dla całego bożego stworzenia” - powiedział ostatnio papież Franciszek. Słowa te skierował do małego chłopca, któremu zdechł ukochany pies. Wypowiedź ta robi furorę, gdyż kłóci się z dotychczasową doktryną Kościoła, która twierdzi, że zwierzęta nie mają duszy.”, tymi słowami niejako „wyjaśnił” genezę przybrania imienia papieskiego Franciszek, jako że akurat ten święty wg katolików był opiekunem świata fauny. Zupełnie inną postawę prezentował Jan Paweł II, który w 1990 roku stwierdził, że „zwierzęta są niemal tak blisko Boga jak ludzie”, z zastrzeżeniem, że nie ma jednak mowy o posiadaniu przez nie duszy, a więc i zbawieniu. A tak w ogóle, to co może tak do końca wiedzieć jeden czy drugi władca Watykanu o duszach ludzkich czy też psich. To tylko, albo aż metafizyka. Cały dowcip z wiarą polega na tym, że zaczynamy grzeszyć i wierzymy w niebo dopiero gdy spotkamy na swej drodze katolickiego księdza. Dopóki ludzie nie znali wiary,nie mieli problemu z niebem, piekłem czy grzechem, a przecież też się rodzili i umierali. Są jeszcze dziesiątki dzikich plemion do których ksiadz katolicki nie dotarł i ci mają święty spokój i zbawienie wieczne zapewnione ponieważ nie ponoszą winy za coś czego nie znają. W ten oto sposób powiązałem fragmentarycznie swoją chmurną i durną młodość z dzisiejszym padołem życia, a wszystko dzięki wprost rewolucyjnym słowom papieża Franciszka.
PS: Polecam moim stalym czytelnikom wskaźnik czytelnictwa wg.państw i miast: http:www.histats.com/viewstats/?sid=740179&act=10



wtorek, 9 grudnia 2014

POLSKI GWIAZDOZBIÓR

 Kadr z POKŁOSIA

Patrzę w niebo, gwiazd szukam, że posłużę się słowami wieszcza Adama. Niestety, między szarymi jesiennymi chmurami znajduję jeno tandetę, którą nasze, w rzeczy samej w większości proste społeczeństwo zalicza do megagwiazd, a nawet skarbów narodowych. Jakaś Frytka czy inna Doda, która wniosła do skarbnicy narodowej kultury swoje wypielęgnowane pośladki. No, może jeszcze kilka innych pseudogwiazdeczek, których widok spowodował początki jaskry mojego wzroku, bo zapomniałem użyć przyciemnionego szkła. A jakich to ja gwiazd szukam zaiste?, zadaję sobie retoryczne pytanie. Przecież co kilka dni prawdziwe gwiazdy spadają bezpowrotnie z niebieskiego firmamentu . Odeszli raz na zawsze na przestrzeni tzw. wolnej Polski dobrzy, podziwiani aktorzy, jak Szczepkowski, Czechowicz, Rudzki, Wichniarz, Opaliński, Łomnicki, Pawlik, Maklakiewicz, Wilhelmi, Niemczyk, a ostatnio pogardzany przez PiS Stanisław Mikulski, oraz wielu innych, których moja pamięć nie potrafi w tej chwili odszukać. Celowo przytaczam męskie postaci, bowiem gwiazdom płci żeńskiej udaje się dłużej pozostawać na tym łez padole. Czytam i oczom nie wierzę, że pani Danuta Szaflarska, moja ulubienica skończyła 99 lat. 99 lat i gra, bo przecież dosłownie niedawno zagrała w „Żółtym Szaliku”, a także w „Pokłosiu”, tak mocno krytykowanym filmie przez polską prawicę i Kościół, ponieważ film obnaża „tajemnicę” zbrodni dokonywanych na Żydach przez Polaków w czasie holokaustu. Tajemnicę, pokazywaną „bezczelnie” nawet przez kino niemieckie.Nie ma gwiazd, przeto nie ma też dobrych filmów. Filmów godnych prezentacji na światowych festiwalach. Nawet gdy jakowyś film wysyłamy na konkurs, nie kwalifikuje się on do nominacji, nie mówiąc już o nagrodach czy chociażby wyróżnieniach. Nawet hit Wajdy "Katyń"potraktowano z przymrużeniem oka, jako dzieło polityczne, na zamówienie wiadomo kogo. Tak mówią krytycy. Ostatnio światełkiem w tunelu polskiej kinematografii okazały się filmy „Obywatel” i „Bogowie”. Rzeczywiście jasne to światełko, bo filmy przyciągają widza. Wymierają dobrzy aktorzy, wymierają też dobrzy reżyserzy. Na szczęście młodzież „filmowa” dorasta. Realna nadzieja w Smarzowskim, Kolskim, Vedze, oraz dobrych bez wątpienia aktorach: Gajosie, Treli, Dziędzielu, Wieckiewiczu, obu Szturach i chociażby Dorocińskim.
A filmy, no cóż, jak dotychczas stać nas było co najwyżej na takie produkcje jak „Psy” czy „Pod Modrym Aniołem” propagujące obrzydliwe zachowania zdeprawowanych policjantów, albo pisarzy alkoholików. Dla bohaterów takich dzieł wystarczy do prowadzenia konwersacji znajomość pięciu wyrazów zaczynających się na d. p. lub ch. Wychodzę więc z kina z wielkim autentycznym obrzydzeniem, mimo, że zaliczam się do względnie zdemoralizowanych osobników rodzaju ludzkiego. Nie pokazujemy z powodów politycznych filmów rosyjskich, a przecież jak donosi prasa niezależna, kino rosyjskie osiąga światowe sukcesy. Kto zna nazwiska takich reżyserów jak Konczałowski, Sadiłowa, Smirnow, albo Zwiagincew, twórca nagradzanego w świecie „Lewiatana”, ale niech nas ręka broni przed czymkolwiek z Rosji.

Gdzie te czasy, gdy w kinach prezentowano filmy dla tzw. grup dyskusyjnych. Gdzie te czasy, gdy młodzież szkolna (licealna) jeden raz w miesiącu szła do domów kultury na prezentację dobrej, przeważnie poważnej muzyki w ramach tzw. artosów, o czy pisałem przed pięciu laty. Kto wtedy z nich myślał o łatwym sposobie zdobywania świecidełek poprzez prostytułowanie się wzorem „Galerianek”. To było nie do pomyślenia. Dzisiejsza młodzież chłonie muzykę z sektora chłamu, gdzie cały utwór składa się z jednej zwrotki, naszpikowanej wyrazami, których przytaczał nie będę, bo jest mi zwyczajnie wstyd. Czy to się zmieni? Nie!. Nie, bo na kulturę brak pieniędzy. Pieniądze w pierwszym rzędzie, poza dobrym uposażeniem decydentów należy wydawać na bardziej potrzebne dzisiejszej Polsce instytucje. A więc na IPN i CBA, Kościół katolicko-ginekologiczny, wątpliwe w prawie ubezpieczenia dla rolników (bo się koalicja rozpieprzy), wojny ku zadowoleniu Amerykanów, oraz wiele innych instrumentów zapewniających stabilność władzy rządzącym. Dobrze, że w pakiecie telewizji kablowej mamy kanał Kultura. Kanał, który nie zawsze ze smakiem (bo pozostaje jednak w zarządzie TVP), to jednak od czasu do czasu pokazuje dobre filmy i sztuki teatralne z tamtych "podłych" lat. Niestety, większość społeczeństwa III Rzeczypospolitej Pomrocznej musi się zadowolić telewizją publiczną, a więc m.in. Cejrowskim, Terlikowskim, Ziemkiewiczem, Semką, braćmi Karnowskimi i dziełami Zanussiego. I to jest właśnie powód do wielkiego polskiego wstydu, wstydu spowodowanego brakiem prawdziwej, uczciwie propagowanej kultury filmowej. O teatrze w nowoczesnej formie nawet nie wspomnę. Wystarczy że w tekście wystawianej sztuki znajdzie się choćby namiastka krytyki Kościoła lub katolicyzmu, a już pod świątyniami prawdziwej kultury, czyli gmachami teatralnymi zbierają się ci, których uczucia religijne doznały bolesnego uszczerbku. To by było na tyle. Jedźmy, nikt nie woła.


sobota, 6 grudnia 2014

NIE DO WIARY




      

        
 
"Każda kobieta powinna być przepełniona wstydem przez samo tylko myślenie, że jest kobietą" - św. Klemens z Aleksandrii
"Kobiety mają milczeć w kościele." - św. Paweł z Tarsu
"Przez bramę raju wpuszczają nas kobiety do piekła." - św. Cyprian
"kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga"- św. Augustyn
"Kiedy widzisz kobietę, pamiętaj to diabeł! Ona jest swoistym piekłem!" - Papież Pius II
"Za twym mężem powinno iść twoje pożądanie, to on powinien być twoim panem. Zniż się więc do poddaństwa, bądź jedną z podległych" - św. Jan Chryzostom.
"Dziewczynki rodzą się z uszkodzonego nasienia lub w następstwie wilgotnych wiatrów" - św. Tomasz z Akwinu
"Obejmować kobietę, to jak obejmować wór gnoju" - św. Odo z Cluny
"Kto obcuje z kobietami narażony jest na skalanie swego ducha" - św. Franciszek z Asyżu
"Kobietę należy trzymać z dala od Biblii i wszelkich nauk. Kobieta uczona, to coś gorszego niż brodata" - François Garasse SJ
"Kobieta to zwierzęca niedoskonałość" - św. Tomasz z Akwinu,
"Pośród wszystkich dzikich bestii nie masz szkodliwszej nad kobietę"- św. Jan Chryzostom
 
    ***************************************************************************
 

Wypowiedzi powyższe świadczą jednoznacznie o wyjątkowej nienawiści a nawet obrzydzeniu w stosunku do tzw. płci pięknej. Nie wiem kto pierwszy wypowiedział słowa „płeć piękna”, ale musiał to być wielki grzesznik i antychryst. Ktoś być może bardziej zdeprawowany i bezbożny od samego Jana Hartmana, a nawet Jerzego Urbana. Konkluzja: W sejmie mamy kilkadziesiąt procent płci żeńskiej. Większość z nich to wierne katoliczki, gotowe klękać przed każdym chłopem który nosi sukienkę, nie mówiąc już o złotych pierścionkach. Zapewne każda z nich bez zastrzeżeń wyznaje zasadę wiary w każde słowo świętego i to nie tylko jakiegoś tam świętego Tomasza z Akwenu, Jana Chryzostoma, Ambrożego czy też Tertulana zwanego ojcem Kościoła katolickiego, ale nam współczesnego, całkiem świeżego świętego Jana Pawła II, jako kolejnego ogniwa łańcucha świętych pańskich. Wypowiedzi jakże okrutne dla kobiet z miłością zapewne są przyjmowane przez damy z immunitetem poselskim, m.in. Sobecką Pawłowicz, Wróbel, Kruk, Kempę, Szczypińską Wiśniewską i kilka jeszcze innych podległych prezesowi Kaczyńskiemu, równie bogobojnemu osobnikowi. Wszystkie z nich narodziły się w następstwie wilgotnych wiatrów i są błędem natury. Mniemam, że w to wierzą, bo inaczej trzeba je było zaliczyć do heretyków  i odszczepieńców. Zatem cóż one robią na stanowiskach typowo męskich, miast doić krowy, zamiatać powały, gotować strawę dla mężczyzn i rodzić tuzin dzieci. Bowiem jak powiada jeden ze świętych ich wartość polega na wykorzystaniu do prac domowych. Gdzież się tam pchać na uczelnie, na stanowiska dyrektorskie czy właśnie do Sejmu. Do kurnika macać kury, w pole z zasłoniętą twarzą do żniw i wykopków, do balii prać gacie swego pana i kupy dzieciaków. Tam jest ich miejsce. Zatem jeżeli jest inaczej i taka jedna z drugą trafią do parlamentu, to powinny one być odrzucone przez biskupów i księży na odpowiednią odległość, bowiem tam gdzie jest osoba duchowna nigdy nie może się znaleźć kobieta uchwalił paryski synod biskupi już w IX wieku. Zapaskudzą atmosferę otoczenia. Ksiądz może stracić powonienie. Ciekawe, że wśród tych wypowiadających się świętych z wieków nam odległych jest prawie współczesny Pius XII. Konkludując, stwierdzam i jestem o tym absolutnie przekonany, że klasztorne i zakrystiańskie kontakty wielbiących jeno siebie mężczyzn to nic innego tylko zagłębia homoseksualizmu, czyli pospolitego gejostwa. Tu jest pies pogrzebany. Stąd wywodzi się nie tylko pociąg do mężczyzn ale i do chłopców, czyli do pedofilii. Ora et labora powiadano, a zasłużysz na wieczorną uciechę seksualną np. z samym przeorem. Śmiem zaryzykować twierdzenie, chociażby na własny użytek, że homoseksualizm rozkwitł na bazie ideologii rozsiewanej przez średniowiecznych uczonych, a przy tym uświęconych, przekonanych o wyższości absolutnej mężczyzny nad kobietą. Tymczasem panie na stanowiskach męskich, zadbajcie o swoje zbawienie, jeżeli w ogóle Bóg rzeczywiście zarezerwował dla was królestwo niebieskie, bo być może, jak peroruje św. Odo, nie może do nieba trafić wór gnoju, czyli jakaś tam zwierzęca niedoskonałość.

czwartek, 4 grudnia 2014

KARIERY NIEDOKOŃCZONE



 
 
Skoro rydzykowe „rozmowy niedokończone” zyskały dużą w swej istocie popularność wśród słuchaczy Radia Maryja, przeto dzisiejszy felieton zatytułowałem podobnie, ...czyli kariery niedokończone. Otóż rozmowa Romana Giertycha z dziennikarzem Piotrem Nisztorem nie była pierwszym „trudnym” spotkaniem byłego szefa Ligi Polskich Rodzin, a obecnie nadwornego adwokata rodziny Donalda Tuska. Kulisy jego dawniejszej działalności jako jednego z koryfeuszy polskiej prawicy pokazują, że nieczysta gra to dla niego nie pierwszyzna. Tak przyznają działacze, których wysadził z siodła, tworząc swoją partię. Giertycha należy umieścić w klatce najbardziej fałszywych cwaniaków politycznych, obok Michała Kamińskiego, prawdziwego syna politycznego Jarosława Kaczyńskiego, obecnie smakosza kuchni prowadzonej przez Platformę Obywatelską. Kamiński to ten, który przepłynął wpław wszystkie strumyki partyjne skrajnej prawicy. Od ZChN poprzez AWS, PiS zatrzymując się na razie w Platformie Obywatelskiej. Podobnie wygląda kariera polityczna Romana Giertycha, twórcę, a właściwie animatora przedwojennej faszyzującej organizacji Młodzież Wszechpolska, ponadto z błogosławieństwem Rydzyka, ojca partii przykościelnej o ciepłej nazwie Liga Polskich Rodzin. Dzisiaj śliniący się do Tuska, obecnie do Kopacz, gotów konformistycznie oddawać swoje usługi w ich prywatnych sprawach sądowych jako obrońca i właściciel kancelarii prawniczej. Dziwić się należy, ze Platforma, mieniąca się partią iście demokratyczną i postępową przygarnia takie złomy polityczne, a nawet daje im pierwsze miejsca na listach wyborczych. No, ale okazuje się, że nie należy utożsamiać liberalizmu z moralnością. No bo gdzież tu chociażby odrobina moralności i etyki, gdy wpuszcza się do rodziny kogoś kto na nią pluł i nazywał ją ironicznie cicmciaramcią w zestawieniu z ongiś potężnym jego wodzem Jarosławem Kaczyńskim, albo kogoś kto obok dwu innych prawicowych członków delegacji klękał przed jednym z największych zbrodniarzy XX wieku, Pinochetem, wręczając mu jednocześnie ryngraf z Matką Boską, tą samą Matką Boską, co to ponoć tak ukochali wszyscy Polacy, a która to w rewanżu pokazuje im się coraz częściej w pełnej krasie na licznych drzewach i parapetach, potwierdzając swoje przywiązanie do ludu nad Wisłą. Czy w tej nowoczesnej, europejskiej partii, jaką mieni się Platforma, nie znalazł się nikt, kto by głośno krzyknął: panowie, nie ośmieszajmy się! Dość już mamy swoich Żalków, Gowinów, Biernackich i innych ponoć 40 rozbójników utrudniających podjęcie jakiejkolwiek uchwały proeuropejskiej. No NIKT!, mimo że jeszcze kilka lat temu wszyscy słyszeliśmy, gdy Michał Kamiński w swych wystąpieniach przemawiał językiem antysemickim, językiem swoich wyborców z okolic Jedwabnego. No to mamy etykę partyjną na najwyższym szczeblu, czyli we władzach ustawodawczych. Czy mamy się dziwić, że na wybory przychodzi ok. 40% uprawnionych. Nie, bo naród, ten myślący naród olewa takie „imprezy”. Wie, że obojętnie na kogo zagłosuje, to wybrani migiem pobiegną się przedstawić osobiście biskupom i proboszczom, po czym składając przysięgę poselską publicznie poproszą Boga o pomoc w wykonywaniu obowiązków parlamentarnych. Być może Bóg da, że nie złapią ich na przekrętach delegacyjnych jak to się zdarzyło trzem budrysom z PIS. A dlaczego się zdarzyło?, bo być może larum podniósł ktoś, kto nie prosił Boga o pomoc i dlatego mleko się rozlało, ale jak wiadomo koniec karier im nie grozi. Przejdą do innej pokrewnej partii by kariery.... nie zakańczać.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

BRAWO MIESZKAŃCY SŁUPSKA


Wygrałem, bo ciężko pracowałem. To powinien być optymistyczny sygnał dla wszystkich, którzy chcą zmieniać swoje małe ojczyzny. Jak się chce, to można góry przenosić - mówił w TOK FM Robert Biedroń, nowy prezydent Słupska..

Aż trudno uwierzyć. Sam start w wyścigu o najważniejszy urząd w Słupsku wywoływał u wielu obserwatorów polityki niemałe zdziwienie, ponieważ Robert Biedroń zwykle był na pół ironicznie pokazywany przez polskie media jako ten osobą którego ta nasza większość katolicko -narodowa może sobie rozweselać życie. Owszem był zapraszany do różnych stacji telewizyjnych, ale zawsze w zestawieniu w parze z zajadłym oponentem partii prawicowych. Partia pana Roberta praktycznie upadła po ostatnich wyborach, jednak On sam potrafił przekonać Słupszczan do siebie, ponieważ jest człowiekiem otwartym na wszelki postęp nie tylko światopoglądowy, ale też środowiskowy w wyrazie tolerancyjności i szeroko pojętego humanizmu. Będę prezydentem wszystkich mieszkańców Słupska, powiada i większość Mu uwierzyła oddając na Niego swój głos. Przyznam, że chociaż nie mieszkam nad Słupią to Słupszczanom zazdroszczę nowego prezydenta. Tą drogą gratuluję moim przyjaciołom zamieszkałym w Słupsku, z którymi przez wiele lat miałem wielką przyjemność współpracować. Robert Biedroń to absolwent Uniwersytetu Warmińskiego w Olsztynie, ukończył też Kurs w Szkole Praw Człowieka organizowany przez Helsińską Fundacje Praw Człowieka. Działacz LGBT, doktorant wydziału nauk politycznych Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Człowiek wszechstronnie przygotowany do pełnienia każdej funkcji w państwie. Publicysta Polityki, Trybuny i Gazety Wyborczej.

Uczestnik wszelkich parad na rzecz tolerancji i świeckości w Polsce,kilkakrotnie obrzucany kamieniami a nawet pobity przez środowiska prawicowo-narodowe. Zawsze mimo to uśmiechnięty i otwarty na ludzkie problemy. Chociaż gej, do czego sam publicznie się przyznaje i ateista, to nie zamierza walczyć z Kościołem i jego wyznawcami, chociażby nawet z tymi którzy są naszpikowani oszołomstwem. Niech się kotłują między sobą, powiada, nie zamierzam dolewać oliwy do tego ogniska. Ludzie sami muszą dojść do słusznych wniosków i wyrzec się tej „inności”na rzecz normalności i tolerancji i temu będę sprzyjał. A co?. Nowy Jork ma burmistrza geja to dlaczego Słupsk nie miałby mieć podobnego prezydenta. Na tle popisów prawicowych podczas obchodów święta 11 listopada, wystąpień telewizyjnych różnych Piłek, Kaczyńskich, Błaszczaków i Sobeckich, jestem zdeklarowanym politycznym fanem pana Biedronia, pani Grodzkiej, pani Płatek, pani Nowickiej wielu innych postępowych, prawdziwie europejskich posłów. Panie PREZYDENCIE ROBERCIE BIEDROŃ, dołączam się do gratulacji i ślę życzenia wielu sił i mądrości w zarządzaniu tym blisko 100 tysięcznym miastem ku zadowoleniu jego wszystkich mieszkańców.




ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...