poniedziałek, 31 sierpnia 2015

WSPÓŁCZUJĘ GÓRALOM


           PRESS. MIX Z dnia 28.-8.2015

       Biskup pedofil został otruty w Watykanie!

Co prawda PRESS to instytucja zajmująca się przeróżnymi sensacjami, ale podpierająca się w zasadzie dobrymi źródłami podawanych informacji, a w tymże wypadku nikt nie udowodni, że było inaczej. Logicznie bowiem myśląc, niedopuszczalnym by było, gdyby doszło do procesu sądowego nad Wesołowskim. Prawdą jest, że na chwilkę udało się odłożyć w terminie dzień jego rozpoczęcia, namawiając winnego (nie podejrzanego), na symulowanie ataku serca i dwudniowy pobyt w szpitalu, ale świat oczekiwał tego procesu, choćby on odbył się w Watykanie a nie przed świeckim sądem rzymskim. Tak czy owak, na sam proces akredytowała by się masa spragnionych sensacji dziennikarzy, a to już nie najlepsza perspektywa dla chwały Stolicy Apostolskiej i jej składu osobowego złożonego w 50% z osób homoseksualnych i w iluś tam procentach z doświadczeniem pedofilskim. Do takiego otwartego skandalu nie można było dopuścić. Toć to obyczajowy armagedon zagrażał tejże Stolicy. Nie wiadomo przecież co zeznają świadkowie, a i co wypluje z siebie sam oskarżony broniąc własnej d..y jak niepodległości, zanim ona nie zostanie rozharatana przez współwięźniów. W którymś z poprzednich postów napisałem, że kończę z byłym arcybiskupem jako seksualnym obrzydliwym przestępcą. Niech sobie z nim robią co chcą. Tymczasem dociera do nas wiadomość, że Wesołowski oddał ducha do dyspozycji swego Pana w niebiesiech. Ponoć umarł z powodu ataku serca. Dlaczego to jego dobre dla dzieci serduszko miałoby się zatrzymywać, skoro nic mu nie zagrażało, a proces byłby odkładany aż do być może .. przedawnienia. Dlaczego?. Otóż jestem skłonny wierzyć informacji zawartej w PRESS MIX, informacji nie opatrzonej żadnym znakiem zapytania. Wesołowskiego zamordowano przez tajne lobby homoseksualne, złożone z kardynałów i biskupów, o których pisała niedawno włoska prasa. Otóż były dowódca Gwardii Szwajcarskiej E. Maeder zeznał że sam miał co najmniej 25 podobnych propozycji od hierarchów. Kilka lat temu zamordowano w Watykanie jednego z dowódców tejże gwardii oraz prostego żołnierza. Dla myślących te przypadki bez trudu kojarzą się z morderstwem papieża Jana Pawła I, zaledwie po jednym miesiącu jego pontyfikatu. Był zbyt radykalny w zapowiedziach a ponadto zamierzał dokonać lustracji poczynań finansowych jego urzędników w Banku Ambrosiano.
Aby zataić zbrodnię, nie dopuszczono do wykonania sekcji zwłok papieża, tłumacząc że takie praktyki na ciałach papieskich są niedopuszczalne historycznie. W XX wieku. Dziś tylko Jehowi protestują w przypadku gdyby ich chory zmarł w szpitalu. O zbrodni popełnionej na JPI pisała wielokrotnie światowa prasa, ponadto ukazało się kilka książek. Zatem odezwałem się więc jeszcze raz w związku z Wesołowskim. Szlag mnie trafia, podobnie jak jednego z moich komentatorów, że te splugawione obrzydliwą pedofilią zwłoki Watykan chce podesłać Polsce, by tu go gdzieś po cichutku pochować. Tak sobie myślę, że jeżeli pochować to tylko tam skąd pochodził, gdzie miał rodzinę, a więc wśród górali w Mizernej k. Czorsztyna. Oni najprędzej mu wybaczą, a nawet mniemam że będą się do niego modlić. Według wielu polskich biskupów, wiernych Polaków, a szczególnie Polek pedofilia księży nie jest żadnym przestępstwem, bo dzieci się same pchają księżom do łóżek, a oskarżanie osób duchownych o podobne czyny jest atakiem na Kościół i samego Pana Boga. Wieczne potępienie racz mu dać Panie. Amen.

Obrazki od góry:
1.Jego świątobliwość pedofil spod samiutkich Tater
2.Pokarm boski arcy pedofila, potem chłopaczek za kilka peso.

sobota, 29 sierpnia 2015

LUDZIE LISTY PISZĄ


Ludzie listy piszą, zwykłe, polecone... śpiewają bracia Zielińscy z Krakowa z zespołem Skaldowie. Lubie ich słuchać, mniej oglądać niestety, bo nie grzeszą aparycją. Ale niech im tam, bo ja nie o tym.

 
Ludzie listy piszą do rodziny, do znajomych i przyjaciół, do urzędów, do redakcji, do wojska, do więzienia, do kochanków, często skrapiane czymś pachnącym, do św. Mikołaja, do kurii, albo do pana prezydenta państwa. Tak, do pana prezydenta pisze się wyłącznie skargi, a jeszcze bardziej prośby o ułaskawienie. Gdyby Andrzejowi Dudzie nie zachciało się być prezydentem, pies z kulawą nogą by się zainteresował jego działalnością przed laty, bo przecież jako polityk ma dość bogatą przeszłość. Sam opowiada, że był uczniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bo ten powierzył mu stanowisko podsekretarza stanu w Pałacu Namiestnikowskim.
 


 

Załatwiał zatem bardzo poważne sprawy, między innymi zajmował się analizą próśb i błagań o ułaskawienia. Takowa prośba wpłynęła od zięcia pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czyli Marcina Dubienieckiego, adwokata pełnomocnika tzw. rodzin smoleńskich. Chodziło o ułaskawienie kumpla pana Dubienieckiego, aktualnie aresztowanego za kradzież 13 milionów złotych. Ułaskawienie dot. niejakiego Adama S., przedsiębiorcę prowadzącego szemrane interesy właśnie pospołu z zięciem prezydenta.  Na rozpatrzenie takiej prośby czeka się miesiącami, ale nie zięć prezydenta i jego wspólnik. Duda z Kownackim (cwaniaczkiem, który nie pracując dostawał wysoka pensję od L.K.) jako kompetentni, na polecenie szefa sprawę załatwili, po czym akta sprawy z kancelarii prezydenckiej usunęli. Teraz sprawa wyłazi jak sinizna na zwłokach i niczym tego nie można zatrzeć. Szkoda, że prezydent Komorowski w tej sprawie milczał, a milczał ze strachu przed Jarosławem Kaczyńskim, bo sprawa katastrofy smoleńskiej była rozpaczliwie głośna.

 
Za to dzisiaj Duda, ten sam Duda powołał audyt by sprawdzić prawidłowość wydawania pieniędzy przez Komorowskiego. Taka oto jest wdzięczność no i morale PiS. Sprawa ułaskawienia pana Adama S. prawdopodobnie byłaby zatajona, gdyby nie to, że PiS najbliższe wybory do parlamentu wygra, a do tego już się mocno odgraża przeciwnikom politycznym. A skoro już rozpoczął się proces prześwietlania Dudy, to przy okazji wyszło szydło z worka (inne szydło), że pan Andrzej Duda dojeżdżał i dolatywał do Poznania przez długi czas na prywatne wykłady w prywatnej uczelni na koszt kancelarii Sejmu, jako że był równocześnie posłem PiS. On zarabiał na wykładach, a Sejm płacił za przeloty, wyżywienie oraz noclegi hotelowe. Oto wielka tajemnica uczciwości katolskiego kaczego roju. Jak bym widział Hofmana i jego kumpli w drodze na balangę w Madrycie. Tym razem też nie o tym.

 
Chciałem napisać coś ogólnie o listach, bowiem epistolografia ma swoją długą tradycje i historię. Od zarania dziejów, gdy ludzkość nauczyła się wyrażać myśli znakami piśmiennymi takowe listy znajdujemy w wykopaliskach i innych odkryciach archeologicznych. Znakami w postaci takich czy owakich liter posługiwano się jeszcze przed czasami starożytnego Egiptu, Chin czy Sumerów. Dzisiejsi uczeni jeszcze długo będą mieli robotę z rozszyfrowywaniem hieroglifów ówczesnych społeczeństw, pozostawionych na kamieniach, starodrukach, pergaminach i skórach. Dzisiejsze listy wypełnione są treściami wykonanymi współczesnym liternictwem, zbanalizowane drukiem wystukanym na komputerach. Co najwyżej wstęp powitalny przykładowo (Szanowny Panie, albo Szanowna Redakcjo, ale też końcowe pozdrowienia i wyrazy szacunku) piszemy ręcznie. Listy pisałem i czytałem od zawsze. Jako młody człowiek wsłuchiwałem się w czytane przez księdza listy kierowane przykładowo do Koryntian albo Efezjan, z których nic nie rozumiałem.


 
Dziś wiem, że pisali je Apostołowie Chrystusa, bo sam Zbawiciel był analfabetą i poświęcał się wyłącznie słowem mówionym. Dziś także wiemy, że Korynt to miasteczko położone na greckim Peloponezie, zaś Efez leży w Azji Mniejszej. Korynt zasłynął na zawsze z wielości pań lekkich obyczajów, zaś Efez z budowli podziwianych do dzisiaj. Współcześni ręczne listy piszą najczęściej do bliskich sobie osób, np. do syna w wojsku, szczególnie na wsiach. Przypomina mi się list żołnierza do ojca zamieszkałego gdzieś w okolicach Pcimia Dolnego: Tato u mnie wszystko w porządku. W ubiegłą niedzielę dostałem trypla. W odpowiedzi, mało rozgarnięty ojciec pisze: Nie znam się na tym synu, ale jestem z ciebie dumny. Skoro zasłużyłeś i dostałeś to noś go z honorem. Ostatnio wpadł mi do rąk satyryczny rysunek pana Mleczki. Siedzą w celi więziennej dwaj skazańcy. Jeden czyta list. I co tam żona pisze, pyta ten drugi. Żona pisze że mnie zdradza. Dalej pisze że informuje mnie o tym bo tylko prawda mnie wyzwoli. Osobiście, ponieważ za młodszych lat zdarzało mi się pomieszkiwać z dala od domu rodzinnego listów napisałem sporo, w tym o treści Kochane pieniążki przyślijcie mi Rodzice. Może akurat nie w takiej formie ale coś było na rzeczy. Później już w pracy zdarzało się pisać dość dużo listów urzędowych.
 
 
Do tego stopnia że przez moment chodził mi po głowie pomysł uruchomienia prywatnego biura pt: Biuro pisania listów i podań, bo podobne szyldy spotykałem tu i ówdzie. Pomysł upadł, bo społeczeństwo za PRL się w tempie dość przyspieszonym cywilizowało i kształciło na tyle, że takowe biura nie miały racji bytu. Dziś bardzo rzadko ludzie posługują się piórem, a tym bardziej stosują się do wypełniania papieru listowego pismem starannym iście kaligraficznym, zresztą umiejętność ta dotyczy wyłącznie ludzi wykształconych dawno, często bardzo dawno, gdy w szkołach obowiązywał przedmiot zwany kaligrafią. Ludzie bazgrolą, szczególnie medycy wypisujący recepty a i inni urzędnicy gdy przyjdzie im wziąć do ręki długopis bo komputer się zawiesił. Świat się zmienia, przyjdzie czas, gdy słowo „epistolografia” będzie ludzkości na tyle znane co treść listów do starożytnych Efezjan.
Wczoraj do wszystkich katolików, szczególnie polskich dotarł szczególny list, a własciwie wieść  o nagłej śmierci arcypedofila abp Wesołowskiego. Oddał ducha niebu, na które jako dostojnik Kościoła zasłużył, dbając o przystosowanie dzieci do życia w rodzinie...patologicznej. Dołączył zatem do Maciela oraz swego ziomka i promotora JPII. Gdy trafi tam czwarty zwolennik utajniania pedofilii w Kościele, zagraja w brydża. Piszę, bo jestem pewien, że o śmierci najwyższego "stopniem" pedofila na niedzielnych kazaniach będzie absolutna cisza.

Fotki od góry:
1.Skaldowie, ceniony zespół.
2.M.. Dubieniecki, szef grupy przestepczej z żoną, czyli córką L. Kaczyńskiego.
3.Prokuratura bada przekręty Andrzeja Dudy.
4.Szczęśliwa rodzinka udawanych katolików.
5.Nowy prezydent, nowe zmiany.
6.Ludzie listy piszą.

czwartek, 27 sierpnia 2015

ZŁOTO DLA ZUCHWAŁYCH


 
Może nie tyle zuchwałych co ciekawskich, a przy tym bez wątpliwości chciwych. Media, jak to media przebąkują, że dwóch polsko-niemieckich zuchwałych archeologów dłubiących w historii najnowszej po długich poszukiwaniach odkryła zagadkę znikającego pociągu. Pociągu ponoć najdroższego w świecie, bo wypełnionego złotem, walutą i innymi kosztownościami czasu zakończenia drugiej wojny światowej w okolicach miasta Wrocław, (Breslau). Dlaczego Wrocław?, otóż z Dworca Głównego we Wrocławiu w 1945 roku, gdy jeszcze ponad połowę mieszkańców miasta stanowili obywatele Niemiec, wyruszył pociąg w kierunku Jeleniej Góry via Wałbrzych. Jego skład wagonowy był wypełniony złotym kruszcem, dolarami, funtami, szlachetnymi kamieniami i innymi kosztownościami zrabowanymi szczególnie Żydom, skazanym na zagładę.
 
 
Po co jechał w tym kierunku zamiast prosto do Berlina, nie wiadomo. W każdym razie, być może było to spowodowane sytuacją na froncie, gdyż Rosjanie już bombardowali Wrocław toteż ucieczka zgodna z logiką była utrudniona. Pal diabli, jak było tak było. Pociąg wyjechał z Wrocławia, ale niestety nigdzie nie dojechał. Znakiem tego musiał się skryć, a jeżeli skryć to tylko pod ziemią. Pociąg jak wiadomo to nie igła i w innym przypadku byłby gdzieś odnaleziony, okazuje się że upłynęło lat ponad 70 a zguby nie ma, co nie znaczy że poszukiwań zaprzestano. Jak wiemy górzyste tereny Dolnego Śląska są podziurawione jak ser szwajcarski. Zrobili to naziści siłami niewolników oraz skazanych na śmierć, których było miliony.
 
 
Tereny Dolnośląskie to bogactwo przeróżnych wartościowych kopalin aż do paliwa atomowego włącznie. Umierali tam od znoju i niedożywienia nie tylko jeńcy wojenni ale też pojmani na roboty do Niemiec obywatele prawie całej okupowanej Europy. Ale oto sensacja. W prasie ukazała się informacja, że upór nieraz się opłaca. Dwóch mężczyzn, owych chciwych i zuchwałych ponoć znalazło wśród dziesiątek tuneli podziemnych w okolicach Wałbrzycha tajemniczy pociąg. Nie wskazują dokładnego miejsca postoju, dopóty, dopóki nie podpiszą z odpowiednią władzą umowy w której będzie zamieszczona klauzula o 10% wypłaty tzw. znaleźnego. Moim zdaniem bardzo słusznie. Słusznie i zbawiennie, bym dodał, bowiem obojętnie ilu jest owych szczęśliwców, każdy z nich zostanie multimilionerem, warunkiem jest tylko zawartość tych wagonów, że jest tam złoto a nie węgiel, czy kamienie. Moim skromnym zdaniem, po trosze jest to sensacja sezonu ogórkowego. Jeżeli natomiast się to potwierdzi, że rzeczywiście wagony poszukiwanego pociągu towarowego wypełnione są tym, o czym pisze prasa, możemy jako państwo spłacić w części nasz przeogromny dług wobec wszystkich banków świata, ale sam przypadek przypisany by został nie tyle poszukiwaczom, ale ... opiece Jasnogórskiej Panience, Chrystusowi, kandydatowi na polski tron królewski, a nawet świętości prezydenta Dudy. Całość mimo wszystko przypomina mi poszukiwanie Komnaty Bursztynowej, która ponoć wędrowała od miasta do miasta wraz z wycofującymi się wojskami hitlerowskimi pod naporem Armii Czerwonej.
 
 
Dotychczas ostatecznie nie ustalono miejsca jej pobytu, ponieważ Erich Koch, gauleiter Prus Wschodnich i Mazowsza, przebywający w polskim więzieniu w Braniewie nie pisnął ani słowem na ten temat, nawet za obiecane złagodzenie dożywotniego wyroku. Ten wyjątkowy zbrodniarz zmarł ze swoją tajemnicą. A musiał wiedzieć wszystko jako najwyższy dostojnik hitlerowski na okupowanym terenie. Komnata ponoć wędrowała od Petersburga, po Królewiec, od Gdańska po Góry Sowie, zatem nie jest wykluczone, że wśród tajemniczej zawartości pociągu w którymś wagonie właśnie ona jest. Wyjaśniła by się podwójna tajemnica, której mimo upływu tylu lat i podejmowanych wysiłków nie potrafił rozwikłać pan Bogusław Wołoszański, specjalista od wydarzeń czasów II wojny światowej. Na kanwie tej sensacji przypomina mi się film amerykański z Clintem Eastwoodem „Złoto dla zuchwałych”, oraz polski film „Złoto dezerterów” m.in. z Markiem Kondratem, ale to niestety wyłącznie wytwór wyobraźni i pomysły reżyserów oraz scenarzystów, ku radości kinomanów. Nam chodzi o sensacje wymierne, a więc prawdziwy złoty pociąg znaleziony gdzieś tam ponoć dosłownie pod Wałbrzychem.
PS. Tymczasem Generalny Konserwator Zabytków apeluje, aby nie zbliżać się do odnalezionego pociagu, bowiem może byc on  wypełniony materiałami wybuchowymi i zaminowany. Zobaczymy.
 
Fotki od góry:
1.Historyczny Dworzec Główny (Wrocław/Breslau)
2.Stolica Dolnego Śląska 1945r,
3.Pociąg towarowy 1945r, byc może podobny.
4.Wrocław po wyzwoleniu.
 

wtorek, 25 sierpnia 2015

PAPIEŻ JEST BE.


Papież Franciszek zaskoczył w piątek duchowieństwo i wiernych uczestniczących w bazylice watykańskiej we mszy przy grobie świętego Piusa X - podały włoskie media. Papież przyszedł nieoczekiwanie na mszę, usiadł w ławce z innymi i stał w kolejce do komunii !!!.

 
Franciszek przyszedł rano do bazyliki pomodlić się przy grobie papieża kanonizowanego w 1954 roku i gdy dowiedział się o rozpoczynającej się chwilę później mszy, postanowił na niej zostać. Po czym stanął na końcu kolejki do komunii. Mszę dla małej grupy zakonnic, księży i wiernych odprawiał włoski ksiądz z watykańskiego Sekretariatu Stanu. Czyż to normalne w oczach polskiego kardynała, biskupa, prostego księdza, a nawet polskich wiernych, już nie mówiąc o zastępach moherowych?. A gdzież tam, to jakaś wręcz paranoja, nawet wstyd do tego nawiązywać. Dlatego dla tych wszystkich, szczycących się obywatelstwem polskim, papież jest be. Bardzo be. Ale papież to czuje, bo nie wszyscy otaczający go dostojnicy stanowią straż zachowań polskiego duchowieństwa. Są tacy, którzy Go informują o egzystencji biskupów w Polsce.
 

 

O ich wypasionych pałacach godnych arystokratycznych przedwojennych rodzin, o ich wypasionych brykach, jakimi porusza się wyłącznie świta prezydenta, o ich permanentnych naukach politycznych kierowanych bezpośrednio do rządu i parlamentu w których padają propozycje, albo wręcz nakazy uchwalania czegoś co sprzyjało by wyłącznie episkopatowi a co będzie po trosze też sprzyjało ciemnocie i wstecznictwu. Ciekawe czy ten papież wie, że kardynał Dziwisz zwany przez część społeczeństwa laickiego kapciowym Jana Pawła II, znieważył zwłoki swego pracodawcy i późniejszego świętego, jako że do dzisiaj rozdaje fiolki z Jego krwią, zębami i innymi przedmiotami osobistego użytku jako relikwie. Ciekawe czy papież wie, że Dziwisz skradł JPII osobisty notatnik, mimo że Ten prosił go na łożu śmierci o dyskretne zniszczenie, by nikt nigdy nie posiadł treści Jego tajemnych zapisków. Ciekawe, czy papież wie, że posługując się kłamstwem budowy muzeum JPII wyciska się od państwa setki milionów złotych na budowę landary zwanej Świątynią Opatrzności Bożej.
 

 
 

Ciekawe czy papież Franciszek wie, że polski katolicki Kościół oszukał państwo twierdząc że będzie płacił pensje, byle tylko przedmiot religii wprowadzić do szkół. Do tej pory wydębił od biednego kraju tylko za tę usługę ponad 30 miliardów złotych. Zapytam też, bo wątpię, czy papież wie o corocznym wyłudzaniu od państwa ponad 120 milionów złotych w ramach tzw. Funduszu Kościelnego. Kościół nie zgadza się na podatek wyznaniowy wzorem innych państw, bo w ten sposób może informować ogłupione społeczeństwo że Polacy w 95% to katolicy. W Norwegii takie oszustwo, gdzie trzymano w rejestrach

 
dawno zmarłych katolików za których brano odpowiednie kwoty od państwa, zostało wykryte i srogo ukarane. A czy papież wie,(bo współautor konkordatu Jan Paweł II wiedział), że konkordat to wyłącznie żądania i obowiązki państwa wobec Kościoła, a nic w zamian. Czy papież wie, że w Polsce za pieniądze święci się wszystko co żywe i martwe począwszy od samochodów i koni a skończywszy na włazach do ulicznych studzienek. A czy słyszał kiedykolwiek o tym, że ksiądz w Polsce odmawia pochówku ciała dopóki biedna rodzina nie położy na stół 2700 złotych (dwie pensje robotnika). Nie, nie wie, bo gdyby wiedział rozpędził by to towarzystwo na cztery wiatry. Sam jest człowiekiem niebywale jak na osobę duchowną skromnym. Chodzi w starych butach, jeździ seryjnym, dość sfatygowanym samochodem, jada w ogólnej stołówce, nakazuje
 

udzielanie sakramentów darmo, nakazuje jeszcze wiele rzeczy w tym szacunku dla osób homoseksualnych, do rozwiedzionych i innych, których do takiego stanu doprowadziły przeróżne niezawinione sytuacje lub po prostu natura. A czy wie Franciszek o tym , że w każdej kurii, obok ekipy egzorcystów, stworzono zespoły prawników sukienkowych, którzy za udzielanie rozwodów pobierają ciężkie pieniądze mimo, że podobno sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Okazuje się, że każdy taki związek jest rozerwalny, zależy to tylko od kwoty wyłożonej na stół. Jedno Franciszek wie na pewno. Wie, że 50% duchownych to homoseksualiści, a kilka % ma skłonności pedofilskie i to nie są koniecznie szeregowi urzędnicy Pana B. Ponoć w samej Polsce jest ich ponad 500.
 
 
 
Ale co on może uczynić poza wydawaniem encyklik, które nawet nie są omawiane podczas kazań, bo milsze księdzu ględzenie jest o polityce, rozwiązłościach seksualnych, tajemniczym gender, oraz paskudnym in vitro. Watykan to wyjątkowe państewko. Obszarem równe polskiej gminie, bogactwem zaś porównywalnym z Francją lub Niemcami. Bogactwem, na który to przez setki lat zrzucał się cały katolicki świat, naziści hitlerowscy, oraz świętopietrze. Tak czy owak, papież Franciszek jest be.
Rację mi przyznają zarówno abp Hoser, jak i inni fioletowi możnowładcy: Michalik, Dziwisz, Głódź, Dzięga i cała ta formacja uzbrojona w złote krzyże.

Fotki od góry:
1.Zafrasowany papież Franciszek
2.Nie ufa watykańskiemu towarzystwu.
3.Dziwisz czycha na szczątki zmarłego papieża.
4.Chata przeciętnego polskiego biskupa, warta kilka milionów złotych.
5.Fura biskupia. Warta kilkaset tysiecy złotych.
6.Zestawienie skromnosci i bogactwa.

niedziela, 23 sierpnia 2015

SYMPATIE I ANTYPATIE


Zbliżają się wybory parlamentarne, jak zwykle raz na cztery lata, co ustalone jest konstytucyjnie. Oczywiście zdarzają się też tzw. wybory przyspieszone, najczęściej wtedy, gdy rząd z powodu utraty większości nie ma zdolności samodzielnego zarządzania państwem. Tak czy owak, w październiku społeczeństwo uda się do urn wyborczych. Oczywiście nie całe społeczeństwo, bowiem jak wiemy z lat ubiegłych, swój głos wyborczy do urn wrzuca zaledwie 40-50% uprawnionych Polaków w kraju i zagranicą. Być może tym razem będzie więcej, skoro wybory będą połączone z referendum. Każdy z wyborców idzie do urny z góry zaplanowanym zamiarem zgodnym z jego przekonaniami i sympatiami politycznymi.
 
 
 
Jedni chcą rządów PiS, inni PO, a jeszcze inni, przykładowo ci, którzy mają twarde jednoznaczne przekonania o charakterze lewicowym zagłosują na SLD z jakimiś tam przybudówkami. Tu postrzegamy akurat najgorszy rozgardiasz polityczny spowodowany praktyczną niemożliwością porozumienia się i konsolidacji w jedną, dużą, prawdziwą lewicę. Ich problem. Być może przyda im się czteroletni urlop od zasiadania w ławach poselskich. Czas na przemyślenia i analizę własnej głupoty.
 

 

Wyborcy głosując na jednego z kandydatów, de facto głosują na partię z której ów kandydat się wywodzi. A każda partia składa się z ludzi mniej lub bardziej sympatycznych. Z ludzi, którzy zapisali się większymi lub mniejszymi skandalami upublicznionymi w mediach. Wyborca często idąc z zamiarem oddania głosu np. na PiS, zauważa na listach pozostałych partii wielu bardzo sympatycznych i w gruncie rzeczy lubianych polityków, których by prawie przykleił sobie do serca. Tymczasem zgodnie z ordynacją nie może równocześnie głosować na obu, bowiem jego głos będzie nieważny. Sam jako człowiek z przekonania lewicowy widzę wielu miłych a po wysłuchaniu ich wypowiedzi w mediach nawet mądrych ludzi zasiadających w ławach np. Platformy Obywatelskiej. Fakt, Platforma jako polityczne ugrupowanie wywodzi się z tego samego pnia co PiS, czyli AWS Mańka Krzaklewskiego. Ich usadowienie w jednej czy drugiej partii często bywało przypadkowe, dlatego w trakcie politycznego bytu przenikają oni do siebie nawzajem. Niektórzy wręcz opuszczają kolegów z partii chociażby ze wstydu. To się zdarzało kilku artystom, których diabli poniosły do polityki. Osobiście darzę sympatią, mimo, że generalnie mam dużo pretensji do całego ugrupowania np. posłankę Joannę Muchę (trochę za to że ładna, ale i nie głupia, chociaż niestety była bardzo naiwna przyjmując posadę ministra sportu. Lubię Małgorzatę Kidawę Błońską za delikatność wypowiedzi i sympatyczną aparycję, Lubię także Jagnę Marczułajtis, chyba przede wszystkim za uśmiech i osiągnięcia sportowe. Przybiję przysłowiową piątkę panu Marcinowi Święcickiemu za mądre rządzenie stolicą. To że sympatią bardziej obdarzam kobiety, wynika wyłącznie z mojej biologicznej płci. Powtarzam: biologicznej, a nie gender. Zapatrzyłem się na fotki wszystkich posłów i posłanek PiS, by wychwycić tych, z którymi chciałbym spędzić wieczór np. w restauracji Sowa & Przyjaciele.
 
                         
 
Niestety mimo najlepszej woli z mojej strony wszystkie twarze odpadły. Niektóre z nich są dla mnie wręcz odpychające. Które?, nie będę wymieniał, mam jeszcze trochę kultury, ale sami państwo popatrzcie tylko na obłudny uśmiech Kaczyńskiego, Pawłowicz, Sobeckiej, Brudzińskiego, Sasina, Kamińskiego Mariusza, Pięty albo Szydło (kandydatki na tymczasowego premiera). Nie znalazłem nikogo z tego roju, kogo bym chciał obdarować choćby własnym uśmiechem. To towarzystwo jest zbudowane z tego samego materiału. Materiału nienawiści do wszystkich, którzy nie lgną do kleru, hipokryzji i do krzyża smoleńskiego. Są ludzie niekoniecznie w partiach przeze mnie ulubionych, do których mam stosunek przynajmniej pozytywny. W PiS takim wyjątkiem jest akurat pan Tadeusz Cymański. Ten przynajmniej nie przerywa swoim interlokutorom i nie zakłóca audycji. Wypowiedzi jego są stonowane i jakoby więcej merytoryczne niżeli innych. Moim skromnym zdaniem Platforma mimo swoich korzeni dała by się strawić, gdyby w swoim mateczniku nie przechowywała ludzi o skrajnie nieliberalnych przekonaniach. Ludzi, którzy ramię w ramię zawsze idą na bój z tymi, którzy chcieliby Polskę przybliżać do nowoczesnej Europy. Po co tam przygarnięto Gowina, człowieka schorowanego, co to słyszy krzyki zygot, podobnie jego brata ideowego Żalka. Po co katechetka Piotrowska (psiapsiółka pani premier), Po co dewot Godson i Grabarczyk, albo Hall (psiapsiółka abp Głódzia), co tam robi dewot Biernacki, albo Fabisiak (dewotka z rodziny Krzaklewskiego). Kilku z nich co prawda w swoim czasie uciekło do roju Kaczyńskiego, ale z kolei inni w ich miejsce wydeptują sobie ścieżki do partii Ewy Kopacz, mimo bardzo skompromitowanej przeszłości. Do takich zaliczam Romana Giertycha oraz Michała Kamińskiego. Pierwszy to animator faszyzującej przedwojennej Młodzieży Wszechpolskiej, drugi zaś to czciciel generała Pinocheta, w swoim czasie zawzięty antysemita. Co ciekawe, zanosi się po raz pierwszy od ośmiu lat na klęskę wyborczą Platformy. Moim zdaniem przyczyn należy szukać w tym, że zbyt późno ludzie Tuska i Kopacz wpadli na pomysł by pogrzebać w szufladach zamrażarki, by wydobyć na światło dzienne ustawy m.in. o in vitro, oraz o przemocy w rodzinie, a także o związkach partnerskich. Każda próba ich uchwalenia była uwalana przez ludzi których wymieniłem wyżej, a których należałoby się pozbyć za wszelką cenę już dawno. Gdyby Tusk poczynił większą selekcje wśród swoich szabel, dzisiaj Platforma by nie musiała się bać o wynik wyborów. Druga rzecz, że samo straszenie Polaków Kaczyńskim już nie działa, bowiem upłynęło wiele lat, przez które rządzący narobili dużo błędów.
Błędem podstawowym była ogromna rozrzutność kasy państwowej zasilanej zresztą przez UE. Pieniądze podatników wyciekały szerokim strumieniem na złą ekonomikę budowy autostrad, niepotrzebne stadiony i tzw. orliki pokryte szkodliwą sztuczną murawą, inwestycje nie przysparzające miejsc pracy, rozbudowaną administrację, w których większość stanowisk obsiedli ludzie związani z PO i PSL. Wreszcie permanentne podwyżki dla siebie i dla Kościoła w formie przeróżnych dotacji i Funduszu Kościelnego. Summa summarum jest źle, a skoro jest źle, to trzeba oddać koryto tym, którzy zapowiadają poprawę, ale my i tak wiemy z doświadczenia, że wtedy będzie jeszcze bardziej źle. 
 
 
1. Czas na odpoczynek. Jeszcze tylko pogrzeb,
2. Jak obaj wygramy, będzie zagrycha prosto od chłopa z Podlasia.
3. Sympatyczna pani poseł z PO
4. Basia Nowacka, przyszłościowa nadzieja lewicy polskiej.
5. Miś Platformers. Wieczny członek różnych ciał.
 



czwartek, 20 sierpnia 2015

COŚ TAM, COŚ TAM.



Odezwała się na forum internetowym stara alkoholiczka z mandatem poselskim, posłanka Elżbieta Kruk z PiS. Wydaliła swoje zdanie na temat pani premier Ewy Kopacz, jakoby ta naśladowała Edwarda Gierka, co to czynił tzw. wizyty gospodarskie po różnych wielkich budowach, przodujących fabrykach, a także gospodarstwach rolnych. Wymiędliła otóż, że pani premier przebiła Gierka ilością rozjazdów i wizyt niespodziewanych. Można by zaryzykować wiarę, że posłanka Kruk w tym momencie była chyba trzeźwa.
W miarę, albo choćby coś tam, coś tam, bo słowa te padły całym zdaniem a nie jak u niej bywa jeno coś tam, coś tam. Komentatorzy piszą, że pije ona za nasze podatników pieniądze już przez cztery kadencje, czyli 16 lat. W międzyczasie zapewne popijała z obfitej pensji przewodniczącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Ktoś z normalnym ustrojem organizmu już dawno by się znalazł na którymś cmentarzu, a przynajmniej położyłby się kilkakrotnie na stół operacyjny w celu wymiany kolejnej wątroby. Ona tymczasem twardo trzyma nadal ten swój oręż uzbrojony w szyjkę i kapsel, ewentualnie korek. Ciekawe, że jej szef Jarosław Kaczyński, człowiek  o miłej aparycji, nadzwyczaj subtelny, nadzwyczaj prostolinijny, nadzwyczaj abstynencki, nadzwyczaj nietolerancyjny w stosunku do alkoholików, obiboków, kłamców, oszustów i krętaczy przez tyle lat z lubością się przygląda podpitej coś tam, coś tam. Z lubością, bo pan Jarosław naprawdę kocha niewiasty, całuje je w każdych okolicznościach po rękach, bez względu na higienę, oraz gdzie te rączki przed chwilą były zanurzone. Do tego stopnia jest w tej czynności zapamiętany, że nawet raz liznął w rękę swego ministra Radka Sikorskiego. W tej oto sytuacji panie z ramienia PiS mogą się czuć bardzo swobodnie a nawet swawolnie. Gorzej z panami.
 

Tu i ówdzie kamery pokazują ich sfatygowane mocnym trunkiem twarze (vide Hoffman, Jackowski, Kogut, Pęk i inni) i jest to zakwas do wypieku decyzji ojcowskiej, która brzmi: paszoł won z partii „uczciwości”. Co prawda pan dobry ojciec lubi być potem upraszany, lubi przyjmować skruchy i błagania składane na klęczkach przed swoim majestatem o wyrażenie choćby iskierki nadziei na powrót synów marnotrawnych na łono partyjne, co wiąże się z perspektywą dalszego wygodnego życia. Elżbieta Kruk jako dama pierwszego wg kaczych norm sortu, ma szczególny immunitet, który pozwala na wypowiedzi składające się z coś tam, coś tam, niekoniecznie do rzeczy. A co do Gierka pani Kruk, to jak dotychczas, nic nie ujmując pani premier Kopacz, żaden polski mąż stanu po transformacji ustrojowej Mu nie dorównał. To ten, który wzorem króla Kazimierza Wielkiego zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną. Czy pani szef Jarosław Kaczyński zdolny by był za pożyczone od Zachodu pieniądze wybudować hutę Katowice, zbudować obwodnicę Trójmiejską i autostradę z Warszawy do Katowic, wprowadzić emerytury dla rolników, zbudować setki tysięcy mieszkań, dać pożyczki na budowę wiejskich obiektów a następnie te pożyczki umarzać?.Otóż NIE pani Kruk.
 
 
Takie osiągnięcia dla współcześnie rządzących mogą pozostawać jedynie mrzonką, mimo napływu miliardów euro z Brukseli i mimo zadłużenia kraju w kwocie trzynastocyfrowej. Taka jest prawda i żaden prawicowiec ziejący nienawiścią do PRL jej nie stłumi, choćby się w owej zapiekłości, mówiąc kolokwialnie zes..ł podczas wygłaszania bzdur z mównicy Parlamentu. Fakty mówią, a nie jakoweś Kruki, Wróble, albo inne Dziuby.
 
Fotki od góry:
1. Posłanka Kruk z kilkoma promilami w pracy.
2.Obrzygany posel Wipler, dostał wpieprz od dwu policjantek.
3.Nawalony jak stodoła posel Pałys w drodze do pracy. 
4.Publiczna demonstracja picia małpki, poseł Palikot.

środa, 19 sierpnia 2015

RYTM


Z młodej piersi się wyrwało.. cztery, Wojenko, wojenko ...cztery, Jak to na wojence ładnie...cztery, O mój rozmarynie... cztery, Przybyli ułani pod okienko ….cztery, My pierwsza brygada … cztery, Rozszumiały się wierzby płaczące... cztery. itd.

 

Jest ich dużo więcej. Wymieniam te, które zapamiętałem jeszcze z lat młodzieńczych. Jedne mają wydźwięk patriotyczny, inne zaś wyłącznie w swej treści wyrażają tęsknotę za dziewczyną, żoną, rodziną, po prostu domem rodzinnym. Piosenki te przypomniałem sobie przy okazji tegorocznego Święta Wojska Polskiego, które to po transformacji ustrojowej obchodzimy w dniu 15 sierpnia na spółkę z Matka Boską Zielną. To rocznica Bitwy Warszawskiej, zwanej przez organ rządzący czyli episkopat Cudem nad Wisłą.
 

 

Zwolniono zatem dzień 12 października z obowiązku czczenia rocznicy Bitwy pod Lenino. Orkiestra przygrywała gapiom warszawskim, by się nie zanudzili samym wystąpieniem nowego prezydenta, w którym to nasz najwyższy przybierając pozę nadmuchanego pontonu zapewniał naród o tym, że tym razem w razie czego już naprawdę nie oddamy ani guzika. Mamy bowiem w dyspozycji ok.100 tysięcy woja, w tym 30 tysięcy frontowych, reszta to wojsko administracyjne, kilkadziesiąt samolotów F-16 (w tym sprawnych ponad połowę), kilkadziesiąt czołgów Leopard (części zamienne dostarczają nam Niemcy przez granicę, bo czołgiści stacjonują nad Odrą), kilkadziesiąt samolotów produkcji radzieckiej MIG29, oraz SU22. I tu jest problem, bowiem to są sprzęty jeszcze dosyć jare ale już stosunkowo stare, a o części zapasowe w naszej sytuacji zwracać się do Putina byłoby wielką niezręcznością. Wojsko mamy zawodowe, dlatego większość sypia pod kołdrą z małżonką ślubną chociaż niekoniecznie, a koszar, magazynów broni i amunicji pilnują ochroniarze cywilni. Ale to sprawdzeni chłopcy, można im zaufać, słyszymy zapewnienia.

 

Wszystkie te piosenki wraz z kolegami szwejkami śpiewałem podczas marszu na strzelnicę, na stołówkę, na przysięgę młodszych roczników, idąc z kompanią do kina lub mecz żużlowy. Rytm żołnierski musiał się mieścić na … cztery. Cyfra ta podawana przez dowódcę oznaczała początek nowego wiersza lub nowej zwrotki. Przypuszczam że jest tak do dziś. Wyjątek stanowi wymarsz naszej armii na pielgrzymkę do Częstochowy, który to punkt koszarowego szkoleniowego konspektu stanowi zasadnicze ostrze miecza skierowanego w kierunku tych, co to chcieliby zabrać nam tak krwawo wywalczoną niepodległość. Żołnierze każdego roku w ramach czynności służbowych udają się pod Jasną Górę by umacniać się w przekonaniu o sile, bo w razie czego Najświętsza Panienka, wzorem księdza Skorupki obroni nas wymachując drewnianym krzyżykiem. W marszu do Częstochowy nie obowiązywało już zachowanie rytmu, dzięki czemu można było śpiewać inne przeboje. Zaraz po przebudzeniu się ze snu u chłopa w stodole lub namiocie: „Kiedy ranne wstają zorze”, zaś po kolacji, którą zabezpieczała, tak jak wszystkie posiłki, logistyka wojskowa:
 
 
 

„Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Po zaliczeniu pielgrzymki częstochowskiej żołnierze mieli zaliczone szkolenie poligonowe, bo to i wysiłek fizyczny równy wielokrotnemu pokonaniu toru przeszkód, a i strzelanie ... okiem na pielgrzymujące obok zdrowe dziewoje, które w większości swych intencji pragną zapoznać kawalera, a jak się uda to nawet zainicjować poczęcie na sianie. Osobiście poznałem jedną panią spod Białegostoku, która to w zarządzanym przeze mnie nadmorskim ośrodku wczasowym chwaliła się inwencją i dobrym matczynym pomysłem. Otóż ta już starsza dama opowiadała mi, że jej córka lekarka mimo usilnych starań przez lata nie zachodziła w ciążę. Doradziłam jej, powiada rozanielona wczasowiczka, pójście na pielgrzymkę do Częstochowy. Matka Boska pomoże i może ci się uda. No i popatrz pan, poszła i wróciła po dwóch tygodniach w ciąży. Okazuje się że poczęła wzorem betlejemskiej Panienki właśnie na sianie. Chce pan zobaczyć wnuczka, jest w tej chwili w domku, śpi. Oczywiście pochwaliłem ją za mądrość ludową i pogratulowałem szczęścia babcinego. Pomyślałem, że być może prawdziwym ojcem dziecka jest jakowyś nabuzowany hormonalnie żołnierz, ale nie, to nie mogło być, bo nasza husaria na pielgrzymki się udaje dopiero od roku 1989, gdy armię pod swoje dowódcze skrzydła objął smakosz alkoholowy bp gen. Sławoj Leszek Głodź, zwany w swoim pijackim środowisku flaszką. Ciekawostką jest to, że Głodź stopień generała otrzymał prosto z plutonowego, czy też kaprala i nie zawdzięcza tego błyskotliwego awansu jakimkolwiek pielgrzymkom i Matce Boskiej ale prezydentowi Lechowi Wałęsie, oczywiście z „polecenia” JPII. Poświęciłem czas by w całości oglądnąć uroczystości warszawskie w tym defiladę i muszę przyznać, że akurat w tej dyscyplinie wojsko mamy wyszkolone i dość dobrze prezentujące się. Zatem panienki mają w czym przebierać, tym bardziej, że nasi żołnierze od czasów Bolesława Chrobrego nie stracili ani na ciut ochoty na tzw. „branie”, jak to powiadają w koszarach, o czym świadczy tekst piosenki: „Hej, panienki, posłuchajcie, raz, dwa, trzy, I gazety przeczytajcie, raz, dwa, trzy. Są tam wesołe nowinki, wesołe nowinki: Będzie pobór na dziewczynki, raz, dwa, trzy”.


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

BARBARZYŃSKA UTYLIZACJA


 
Miałem może 12-14 lat, gdy prasa donosiła o tym, że Stany Zjednoczone, tylko po to, aby utrzymać ceny zbóż na światowym rynku miliony ton pszenicy zatapiały w oceanach. Być może to była propaganda, aby obrzydzić światowy imperializm, być może prawda cząstkowa, a być może próba pokazania nam Polakom, że coś podobnego nie może się wydarzyć w kraju socjalistycznym, dążącym do internacjonalizmu, celem którego był dobrobyt wszystkich pokojowo nastawionych narodów świata, szczególnie tych z bloku radzieckiego. Zatem wiadomości podawane w środkach przekazu o planowym niszczeniu zbóż, gdy na świecie, szczególnie tym trzecim świecie panował głód i choroby atakujące masowo ludy tam zamieszkałe, musiały wzbudzać nie tylko zdziwienie ale i gniew. Pewno tak było, przynajmniej częściowo. USA z II wojny światowej, zresztą jak z każdej innej wyszły bardzo podbudowane ekonomicznie. Sama radziecka Rosja spłacając dług za dostarczanie dla armii sprzętu bojowego oraz innych materiałów, w tym żywności zobowiązana była w ramach spłaty wysłać do USA kilka wagonów złota, bo przecież dewiz nie miała. Tak czy owak, zatapianie zboża miało charakter barbarzyński i nikt zdrowo myślący inaczej tego nie postrzega.
 
 
I oto po 60 latach życia dowiaduję się, że podobnie barbarzyński akt nastąpił w Rosji. Tej samej Rosji, która jeszcze kilkanaście lat temu zaliczana była do krajów średnio zacofanych, a w którym to 80 lat wstecz uśmiercono głodem kilka milionów mieszkańców dzisiejszej Ukrainy. Trudno zrozumieć posunięcie prezydenta Putina, bo zanim popłynęła z Rosji na świat ropa i gaz kraj ten przymierał w wielu obszarach głodem. Obdarowana przez naturę w wszelakie bogactwa naturalne Rosja, mogła dołączyć do państw potencjalnie dobrze rozwiniętych, bowiem do Kremla napłynęły biliony dolarów, ale jeszcze 50 lat temu wiersz Cypriana Kamila Norwida „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba...” dobrze się wpasowywał nie tylko w polski obszar, ale i w ojczyznę Władimira Putina. Putin nie wierzy w żadne grzechy, nawet te prawosławne, ale faktem jest, iż palenie w piecach mięsa i wędlin przywiezionych z Europy, w tym z Polski, oraz zgniatanie buldożerami i spychaczami setek ton pomidorów, jabłek i innych darów natury nie ma nic wspólnego z moralnością w aspekcie milionów umierających z głodu istot ludzkich chociażby na lądzie afrykańskim, a i w samej Rosji by się też głodni współobywatele znaleźli. Dlatego to jest właśnie grzech, niezależnie jak pojmowany. Grzech wobec człowieka, nie Boga.
 
 
Ja rozumiem, że owe posunięcia wynikają z pogwałcenia prawa wynikającego z nieprzestrzegania postanowień embarga, ale gdzie tu jest logika, gdzie humanitaryzm, gdzie … no już nie wiem!. Amerykanie zatapiali zboże w oceanach by utrzymać ceny sprzedaży żywności, Rosjanie z kolei niszczą dlatego by dać światu do zrozumienia, że akurat Rosja nie głoduje. Mam wiele szacunku do narodu rosyjskiego, który to darzy w blisko 80% szacunkiem swego prezydenta, chociażby za umiejętność i upór w budowaniu obiektów olimpijskich i organizacji innych mistrzostw świata na najwyższym poziomie. Też za to, ze poprzez masowy napływ petrodolarów podniósł standard życia swoich obywateli. Za to, że zadbał o to by odwiecznie rosyjski Krym powrócił w granice Mateczki. Mam w Rosji wielu czytelników mojego bloga, przez co doznaję osobistej satysfakcji, iż mogę być w jakiejś mierze łącznikiem rosyjskiej Polonii z Macierzą. Poprzez ten blog odczuwam jakoby bliskość z Nimi. Mam przed oczami obrazy z moich jakże miłych wojaży po wielu już dzisiaj zmienionych, oczywiście na korzyść obszarach Rosji, w tym Kaukazu i ziemi zauralskiej. Z kolei nie potrafię usprawiedliwić prezydenta Rosji z jego poczynań wobec wschodniej Ukrainy. Doposażanie w broń, oraz wysyłanie najemników w celu pomocy militarnej separatystom ukraińskim nie jest dobrze postrzegane nigdzie w Europie i na świecie.
I mimo odradzających się na Ukrainie sił faszystowskich, zagrażających ponownie Polsce jestem przeciw podburzaniu prawego sektora do wzajemnej nienawiści, a także oderwaniu się Donbasu na rzecz pączkującej Noworosji. To właśnie rodzi konflikty polityczne, w tym embarga gospodarcze z obu stron. Jestem też jako cichy sympatyk narodu rosyjskiego przeciwny tzw. trollowaniu poprzez rosyjskie środki przekazu nieprawdziwych informacji mających na celu dezinformacje na temat sytuacji w samej Rosji. Jak wiemy czołową rolę w tym względzie odgrywa stacja Głos Rosji (Russia Today), emitująca na świat wieści w języku angielskim. Dobrze opłacani trolle moim zdaniem nie tylko krzywdzą swój kraj, ale też umacniają niewiarę w prawdziwy obraz własnej ojczyzny. Ja wiem, tak jak wielu moich rodaków, że informacje z Rosji, pokazywane w naszych polskich mediach są fałszywe. Mają one na celu w myśl prawicowej ideologii poniżyć nielubianego sąsiada i też nad tym boleję. Nie dziwię się zatem, że Putin do wroga Rosji nr 2 zaraz po USA zalicza akurat Polskę.
 


Powracając do meritum tematu po raz kolejny wzruszam się na wieść, że właśnie kraj tylu wybitności literackich, zdobywców międzynarodowych nagród za wynalazczość i postępy naukowe, kraj tylu osiągnięć kosmicznych pokazał światu, że dla niego barbarzyńskie niszczenie żywności nie narusza norm współżycia ludzkości.
 
Fotki od góry:
1. Niszczenie zywnosci, w tym masła.
2. Zgniatanie owoców i warzyw.
3. Mieszkańcy Kaukazu.
4.Mozaika etniczna Kaukazu.
5.Troll medialny.
 





czwartek, 13 sierpnia 2015

CHAŁUPA I CHAŁUPY


Są wakacje 2015. Wakacje wyjątkowo gorące, wprost upalne. Temperatury, które odnotowują meteorologiczne stacje, oraz my za oknem, ocierają się o historyczne rekordy ciepła. A skoro wakacje to większość moich rodaków realizuje zaplanowany wcześniej wypoczynek, najlepiej gdzieś na łonie natury czyli nad wodą, rzadziej w górach. I to niekoniecznie w Tunezji czy w Tajlandii. Wystarczy Jastarnia, Chałupy albo Karwia. Plaże nadbałtyckie wyglądają jak ogromne połacie rozpostartego sukna. Sukna nakropkowanego przeróżnymi kolorami strojów plażowych i nagością ciał w palecie barw od żytniej mąki z mazowieckich młynów, aż po twardą czekoladę wedlowską. Wszystko zależy od tego ileż razy udało się znaleźć maleńki placyk plażowy by umocować się w grajdole piaskowym, by słyszeć szum fal morskich i popiskiwanie mew.Wakacje tudzież sprzyjają odpoczynkowi psychicznemu, dlatego wielu z nas zalegających w leżakach czy hamakach, trzyma w ręku książkę, lub przynajmniej dobrą prasę odkładaną w nadziei, że znajdzie się czas na jej przeczytanie. Czas taki właśnie nadszedł. Dla wielu z nas, szczególnie ludzi w wieku jesiennym, jak to elegancko nazywają socjologowie, czas wakacji niczym się nie różni od pozostałych pór roku. Do takowych należę osobiście. Tegoroczne wakacje obrodziły w Polsce wyjątkowymi wydarzeniami, bowiem 2015 rok to rok wyborów nie tylko prezydenta państwa, ale też parlamentu, czyli obu władz, ustawodawczej jak i wykonawczej.
Oby świadomość wyborców pozwoliła na wybór ludzi za których naród się nie będzie musiał się wstydzić, bo jak na razie powodów do wstydu mamy codziennie, o czym wzmiankuję w kolejnych postach na moim blogu. Pierwszego wyboru już dokonaliśmy i mamy problem. Okazuje się bowiem że władzę wykonawczą my sami oddaliśmy całkowicie w ręce polskiego nienasyconego kleru, który to zaraz po ogłoszeniu zwycięstwa Andrzeja Dudy, człowieka z PIS dostał wiatr w żagle na tyle, że gotów wytoczyć największe działa do walki nie tylko z rządem, ale też z tą częścią narodu, która w żadnym razie nie utożsamia się z polskim przaśnym Kościołem i w ogóle z katolicyzmem jako religią. Panowie biskupi z Dzięgą i Hoserem na czele w każdy możliwy sposób nawołują do dyskredytacji ustaw sejmowych, uchwalonych dla dobra każdego obywatela, kompromitując się w oczach ludzi światłych, w miarę wykształconych, a takich nam przecież przybywa mimo wszystko. Jak na razie Kościół triumfuje, a jego tryumf jeszcze bardziej napęcznieje z chwilą, gdy okaże się iż partia Kaczyńskiego samodzielnie zawładnie obiektem na ul. Wiejskiej. Dlatego by do końca nie stoczyć się z tego powodu do ostatniej krawędzi nadziei, za którą jest tylko otchłań całkowitej beznadziei, należy odpędzać od myśli wszystko to, co zdrowiu psychicznemu nie sprzyja. Ja osobiście poświęcam się czytaniu w swojej „chałupie”. Zanurzam się więc w zaległości literackie, które powoli gromadzę lokując na półkach w nadziei, że do nich powrócę gdy tylko czas pozwoli. Teraz akurat pozwala. Nie codziennie pukam w klawisze komputera, by uraczyć (słowo mocno przesadne) moich już dość wielu stałych czytelników nowym postem. Dzięki temu, że w domu mam w osobie Małżonki wspaniałą dystrybutorkę dobrej literatury, mogę często do późnych godzin nocnych utkwić wzrok w książki autorów, których dotychczas nie poznałem. Ostatnio udało mi się w ciągu jednego wieczora przebrnąć przez wspaniałą powieść amerykańskiej autorki 67- letniej pisarki, nominowanej do Nagrody Nobla, pani Joyce Carol Oates. Opowiadanie naszpikowane bardzo dramatyczną treścią to „Tatulo”. Jest to książka pełna wzruszeń, ale też scen obfitujących w bestialstwo człowieka jakim okazuje się być porywacz siedmioletniego chłopca w celach pedofilskich. Matka chłopca, piękna kobieta, która uczepiła się samochodu porywacza, by ratować synka, wleczona po bruku doznała straszliwego kalectwa na całe życie. Cierpienie fizyczne połączone z nadzieją odnalezienia jedynego dziecka jest tutaj nie do przecenienia.
Opisy scen bezpośrednich kontaktów i tresury chłopca przez porywacza, tegoż wyjątkowo uzdolnionego 5 letniego dziecka przyprawiają czytelnika o dreszcze, tym bardziej, że autorka informuje, iż porwany chłopczyk nie jest pierwszą ofiarą pedofila, a zarazem lubianego w swoim środowisku kaznodziei. Kilku poprzedników ofiary uprowadzenia zostało zamordowanych i zakopanych w pobliżu domu, z chwilą gdy osiągnęli wiek powyżej lat 12. Kat celował bowiem wyłącznie w chłopcach najmłodszych. Był bezwzględnym zbrodniarzem amerykańskim, których do dzisiaj wielu się pałęta w tym blisko 190 milionowym społeczeństwie, szczególnie w środowiskach religijnych. Książka dla czytelników o mocnych nerwach. Mimo to namawiam do jej przeczytania, chociażby dlatego, aby poznać strukturę ustroju naszego Trynkiewicza i wielu innych pedofilów, w tym księży katolickich z polskiego podwórka np. abp Wesołowskiego, albo ks. Gila, którzy co prawda nie posunęli się do porwań i zbrodni zabójstwa, ale okrutnymi pedofilami są bez żadnej wątpliwości. Zasmakowała mi pani Joyce Carol Oates, dlatego już czytam jej następną powieść „Niebieski ptak”. Tytuł zbieżny książce Kosińskiego, tyleż, że ptak pana Jerzego był po prostu malowany. W oczekiwaniu na ochłodzenie i kroplę deszczu życzę państwu udanych wakacji.

Fotki od góry:
1.Polskie plaże w br.
2.Polecana książka.
3Trynkiewicz, polski morderca dzieci i pedofil.
 


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

PRZEPROSINY


Z przeprosinami jest bardzo różnie. Zależy kto kogo i za co przeprasza, w jakich „okolicznościach przyrody”, gdzie i wobec kogo. Słowo przepraszam w naszych jakże polskich „okolicznościach” zdałoby się rzucać częściej i głośniej, bo jako żywo jest to uzasadnione. Rozpasana przed laty szlachta, swoim co to nie ja, doprowadziła do niewoli ojczyźnianej na 120 lat. Czy którykolwiek z całej plejady Lubomirskich Sapiehów, Czartoryskich i setek innych arystokratów przeprosił naród? -nie, bo naród to tylko bydło, masa półniewolnicza bez prawa głosu. Albo, czy któryś z papieży przeprosił naród polski za to, że nakazywał pokornie zginać krzyż przed zaborcami, nawet nie bacząc, że zaborcy nie są przecież katolikami lecz prawosławnymi i ewangelikami. A czy kiedykolwiek Macierewicz przeprosi Polaków za wygadywanie głupot o katastrofie smoleńskiej?. Zatem słowo przepraszam jest co prawda bardzo ulotne, ale oczekiwane i ma swoją wartość w sferze moralnej.
Cały ten post narodził mi się w głowie po już słynnej mszy, odprawionej w warszawskim kościele sióstr Wizytek, przez księdza Aleksandra Seniuka, który to w imieniu całego Kościoła przeprosił prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego rodzinę za słowa rzucone przez hierarchię biskupią, nazywając go nie tylko odszczepieńcem Kościoła, ale nawet drugim Hitlerem. Komorowskiego, tego wyjątkowego konformistę wobec hierarchii. Za co?, ano, że jako prezydent złożył podpis pod ustawami „niegodnymi dobrego katolika”. Pod ustawami rozwiązującymi problem in vitro w Polsce, oraz broniącymi rodziny polskie przed przemocą.. Ustawy, które obowiązują zaprawdę bodajże we wszystkich demokratycznych społeczeństwach, wśród których Polska pozostawała samotną, zacofaną, średniowieczną enklawą. Biskupi, ci biskupi, którym skwaszone wyjątkowymi upałami wino zlasowało do końca mózg jak Dzięga i Jędraszewski, ale też flaszka Głodź i stu innych. Większość mianowana przez ich idola Wojtyłę okazali się wyjątkowymi ignorantami prawa, oraz mecenasami prostactwa wpasowanego w nienawiść do kobiet, zarówno jako przeciwnicy in vitro, ale też pospolitego mordobicia, w myśl ich ideologii, że tylko chłop ma prawa. Prawo do zapładniania, oraz prawo do fizycznego panowania nad żoną. Otóż biskupi nawet nie zmrużyli oka wypowiadając te wręcz ohydne słowa o człowieku, który połowę czasu swej prezydentury przesiedział w kościołach, komunikował co niedziela, oraz nadawał odznaczenia prawdopodobnie wszystkim biskupom, a nawet szeregowym księżom.
 
Jeden z księży, o którym nigdy w telewizji ani innych mediach nie słyszeliśmy potrafił postawić veto zachowaniom biskupów w stosunku do pana Bronisława Marii Komorowskiego, ale czy to można nazwać przeprosinami, skoro cała fioletowa czereda poczuła się mocno obrażona, a abp Nycz pryncypał warszawskich duchownych, wezwał natychmiast księdza Aleksandra Seniuka, bo o nim mowa, na dyscyplinarny dywanik. Toż to powtórka ze sprawy księdza Lemańskiego. Mój przegląd prasy wskazuje, że tylko niektóre dzienniki stają w obronie zarówno byłego prezydenta jak i księdza próbującego unieszkodliwienia tej jakże gorzkiej pigułki. O zakazie komunikowania Komorowskiemu nawet mowy nie ma, bowiem nie musi zwiewnego opłatka dostawać z tłustych rąk biskupich. Każdy myślący szeregowy ksiądz mu go dostarczy do ust, bowiem okazuje się, że prości księża, szczególnie ci z dłuższym stażem mają więcej rozumu niżeli opaśli hrabiowie purpuraci. Komu chcieli się podlizać, nie wiadomo, bo na pewno nie papieżowi Franciszkowi, który to jest gotów dopuścić do komunii rozwodników, ale też namawia do uszanowania gejów i lesbijki pod względem sakramentalnym. Okazuje się, że nasi biskupi nie muszą się nikomu podlizywać. Wyciekająca z ich cielesnych otworów pycha na to nie pozwala.
 
 

Oni oczekują lizusostwa od rządu i wiernych. Na razie mają ją ze strony nowego pana prezydenta, partii PiS, oraz całej rzeszy ciemnoty polskiej karmionej toksycznymi słowami wielebnego Rydzyka. Pięćdziesiąt lat temu biskupi polscy z okazji 1000 lecia chrztu Polski, bez porozumienia z władzami wysłali do biskupów niemieckich słynny list, w którym to dokonali ekspiacji słowami wybaczamy i prosimy o wybaczenie. Ładnie i po katolicku, tyle że podobnego listu raczej należałoby oczekiwał ze strony niemieckiej.
Polska nie napadła na Niemcy, a wszystko to co nastąpiło w wyniku wojny i klęski hitlerowców było tylko tego pokłosiem, włącznie z powrotem do Polski ziem północnych i zachodnich, ale też wysiedleniem ludności niemieckiej.
Polska tego exodusu nie spowodowała i w gruncie rzeczy bardziej oczekiwała przebaczenia niżeli Niemcy. Pogodzenie się z tym faktem pozwala tylko na rozmyślanie, iż religia katolicka ma więcej wspólnego z miłosierdziem niżeli protestantyzm. Nie potrafię uwierzyć we własne słowa. Czas biegł, nasz papież załagodził tenże konflikt moralny i jest jak jest. Szczególnej przyjaźni między biskupami z Polski i Niemiec nie można oczekiwać, bowiem różnią się zbyt bardzo zasadami podchodzenia do wiernych w sensie zbawienia ich dusz, a przede wszystkim różnią się co do zasady gromadzenia majątków kosztem nie tylko wiernych ale i państwa. Biskupi w Niemczech nie pozwolą sobie na krytykę parlamentu i nie wpieprzają się do serc kobiecych poprzez ich macice. Nasi a jakże i to wyłącznie. Kończąc, pozostaję w niewiadomej, jakże się skończy tenże skandaliczny przypadek zarozumialstwa biskupiego w stosunku do głowy państwa. Przed wojną, każdy mianowany przez papieża biskup, zanim objął funkcje ordynariusza, musiał na ręce prezydenta złożyć uroczystą przysięgę uniżenia i całkowitej podległości. Może by jednak powrócić do tego zwyczaju. Wystarczą małe poprawki w Konstytucji i Konkordacie.
 
Fotki od góry:
1.Komunikował wszędzie, od morza do Tatr.
2.Hrabia polski. Potomek dawnej arystokracji.
3.Odwazny ksiądz Seniuk.
4.Ksiądz ciekawski.
5.Splecione rączki gwarantują wieczną przyjaźń.

ETYKA SENATORSKA

       Na salony wprowadził go Roman Giertych z LPR.
Senator Bogdan Pęk zgodnie z wykształceniem, zanim został wpuszczony na salony, wykonywał m.in. prace kierownika tuczarni świń w Tomaszowicach koło Krakowa. Myśliwy, a jak by inaczej, skoro obcował ze świnkami, to i dzik jest miły jego oczom, a i wiele się jako zootechnik nauczył korzystać z owego środowiska.
 


 

Dał tego przykład w ostatnich dniach, walając się pod jedną ze ścian w pomieszczeniach senackich. Może to upał, może cukrzyca dały się we znaki członkowi wyższej izby polskiego parlamentu na tyle, że tak demonstracyjnie zaległ ukazując całe bogactwo swego jestestwa, a może jeszcze coś innego i aby sprawdzić przyczynę zalegania podłogi wystarczyłoby podać alkomat. Zresztą nagabywany przez dziennikarzy sam przyznał, że przegiął pałę na imprezie. Senator zacnej partii Prawa i Sprawiedliwości, bojownik o sprawiedliwość społeczną z zasługami na rzecz powstania Instytutu Pamięci Narodowej, znalazł się na wszystkich szpaltach prasy poza oczywiście tymi, którym przyświeca ideologia PiS.
 


 

Pamiętam jego namiętne wystąpienia poselskie, bowiem pan Bogdan pierwej był posłem i to kilku kadencji. Bronił jak Zawisza ojca Rydzyka, zaprzeczał pedofilii i innym wybrykom księży, nadużywał słowa komuchy w stosunku do posłów z lewej strony, aż dziwne, bo za komuny zdobył wykształcenie oborowe, a to był skok do kariery. Awans Pęka jest przykładem, że nawet w Polsce można zrobić karierę począwszy od stanowiska czyścibuta, wróć!, oborowego po senatora i europosła, bo pan Bogdan reprezentował III RP także w Brukseli. Mandat europosła zdobył też były grabarz,a jakże, też z PiS, tyle że nie pijący w pracy.
Nawiasem mówiąc bardzo grzeczny, kulturalny człowiek. Pęk to kumpel Giertycha mecenasa prawa w partii LPR. Dziwna dla wielu ta sztama, bo Giertych to ten, który celował w kręgi ludzi z wyższej półki, dzisiaj pcha się do PO, partii na którą kilka lat temu pluł jadem, a tu proszę. Stało się tak zapewne dlatego, ze Pęk z kolei to taki wiejski mówca, ścigacz ludzi wg niego podejrzanych, obrońca kleru, czyli w sensie tematycznym bardzo zbliżony do programu LPR, dzisiaj PiS, a więc całkowitego podporządkowania Polski klerowi.A skoro już o etyce mowa to w tej wyjatkowej sytuacji Pęk może być usprawiedliwiony, bowiem to właśnie Giertych, jego pryncypał a zarazem minister edukacji uczynił wszystko by w szkole etyki nie było. Do dzisiaj istnieje tylko ogłupiająca dzieci i młodzież religia. Amen
 
Obrazki od góry:
1.Senator Pęk w pozycji horyzontalnej.
2.Poseł PiS Wojciechowski w niemocy.
3.Nie ma jak polska gorzała.










ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...