czwartek, 29 marca 2012

PARANIENORMALNI


Gdzie rozum śpi, budzą się upiory. Kaczyńskie, Macierewicze, Sobeckie, Kempy, Łopińskie, Błaszczaki i całe stado innych. Upiory wymyślają przeróżne erynje, którymi straszą cały naród, że za chwilę spadnie na nas nie tylko kara boska, ale i inne ziemskie okrucieństwa, oczywiście od strony wschodniej. A przecież ja osobiście doskonale wiem jak było:
Na trzy dni przed wycieczką Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką , w przeważającej części w otoczeniu przyjaciół z PiS, generałów i biskupów, w lesie katyńskim Donald Tusk spotkał się z Putinem. Tam w czasie spaceru Putin zapoznał swego kolegę z bardzo „zaprzyjaźnionego kraju” z planem likwidacji wroga nr 1 Rosji i rządu polskiego. „Widzisz Donaldzie, powiada, jak wstępnie ustaliliśmy na Westerplatte, wydałem polecenie, aby na chwile przed lądowaniem Kaczyńskiego rozpylić na lotnisku bezwonną sztuczną mgłę, oraz uruchomić elektroniczny system który zakłóci pracę urządzeń w samolocie. Ponadto, w czasie remontu kapitalnego waszej tutki w Samarze, moi chłopcy z KGB w dyskretnym miejscu zainstalowali ładunek wybuchowy, który w odpowiednim momencie za pomocą telefonu satelitarnego odpalę osobiście. Wiem, wiem, wiem, że zginie może ze sto osób, ależ Donaldzie, cóż to jest sto osób, w zestawieniu z tymi tysiącami leżącymi oto tu, w tym lesie. Widzisz ja muszę się zemścić na tym waszym napoleoniku chociażby za to, że buntował przeciwko mnie Gruzję i autonomiczne przyległe doń republiki. Ja tam przecież mam zamiar zorganizować zimową olimpiadę. Nie przeczę, że też bardzo lubię gruziński koniak. Dochodzą mnie słuchy, że ten wasz prezydencik dostaje systematycznie co tydzień skrzynkę dobrego wina od Saakaszwilego. W tym miejscu Putin usłyszał potwierdzenie. Wiem Władimirze drogi, bo mnie też nim często upijał.
Tak to było mniej więcej w przeświadczeniu Kaczyńskiego, Macierewicza i całej tej partyjnej otoczki. Tyle tylko, że taką akcje mogłaby wymyślić, (oczywiście poza mną), Agata Christi, jako autorka powieści kryminalnych, albo bracia Grimm jako bajkę dla dorosłych, a jednocześnie leczących się na głowę. Pisiole wiedzą, że nie sposób wygrać wybory ot tak, poprzez obiecanki i sypanie głowy popiołem za nieudolną próbę stworzenia czwartej RP. Wiedzą, że jedynym sposobem zaczadzenia Polaków pozwalającym wbić im do głów konieczność głosowania na nich, jest „zamach smoleński”, oczywiście przy wsparciu Rydzyka i całego episkopatu. Dlatego kosztem (naszych podatków) tworzą przeróżne teorie spiskowe i przy pomocy mediów pompują ludziom do mózgów krew smoleńską. Czynią to tu w kraju, w USA, w Kanadzie, ale też na forum Parlamentu Europejskiego. Ściągają z Ameryki różnych „specjalistów” od medycyny (Binienda, Nowaczyk) którzy bez oglądania wraku samolotu, bez analizy żadnego z protokołów śledztwa w sprawie katastrofy, bez naocznej lustracji miejsca katastrofy, opowiadają Macierewiczowi bajki o spróchniałej brzozie, o dwóch wybuchach na pokładzie i o tym ,że ich zdaniem kilku ludzi z tej katastrofy powinno przeżyć i uciec zanim ich dobiją. Sromota. Każdy, kto ukończył uczciwie chociażby podstawówkę i nie leczył się w Tworkach łapie się w tym miejscu za głowę i śmieje się do rozpuku z panów profesorów. Pewno to tacy profesorowie jak z Rydzyka doktor, ale jak na Macierewicza i jego sztab wystarczą. Tym bardziej, że w kilku gazetkach skrajnie prawicowych oliwy do tegoż ognia dolewają różni Ziemkiewicze, Sakiewicze i Karnowscy. Nawet Marek Król, ten sam co to piastował wysokie stanowisko w Komitecie Centralnym PZPR i ścigał Oleksego jako Olina, pisze bez żadnych zahamowań i poczucia obciachu: Prezydenta Lecha Kaczyńskiego zabili Ruscy z zemsty za Gruzję.- Polskie władze lękają się Moskwy.-Tomasz Lis zeszmacił tygodnik "Wprost" i służy władzy za moskiewskie pieniądze, bo pewnie jest ruskim agentem.-Gazeta Wyborcza to obrzydliwość. Ale co się dziwić takiemu Królowi , zasłużonemu dla PRL i SB, któremu się poprzestawiały wszystkie klepki w mózgu i wyskoczyły dyski z ideowego kręgosłupa, jak inny członek KC PZPR Leszek Miller, swego czasu wróg polityczny Solidarności, chwilowy działacz na listach wyborczych u Leppera, dzisiaj staje w jednym szeregu z protestującymi górnikami z tejże organizacji, byle dokopać rządowi i Palikotowi. Podobnym charakterem cechuje się Napieralski. Zachwycił się 13% wynikiem wyborczym podczas kandydowania na stanowisko prezydenta i od tej pory „napierniczał” Tuskowy rząd, z lubością patrząc w oczy Kaczyńskiego. A nuż, da mi fotel wicepremiera, bo przecież nie będę całe życie zbierał grzyby i rozdawał jabłka. Powrócę jeszcze na chwilę do Kaczyńskiego, bo mnie w gruncie rzeczy fascynuje jako autor horrorów, jako że trzeba nam wiedzieć, iż są tylko cztery zawody na świecie zdolne całkowicie odmienić człowieka: gwiazda filmu, gwiazda rocka, pisarz i prostytutka. Powiedział to nie kto inny jak Zygmunt Freud. Ponieważ nie wierzę w jakąkolwiek odmianę JK mimo jego pisarstwa, przeto z całą powagą chwili popieram wołanie Lecha Wałęsy; Panie Putin, pokaż pan całemu światu, a szczególnie zgrai pisowskiej, kto jest prawdziwym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo na pewno braciszkowie na parę minut przed zamiarem lądowania nie rozmawiali o kotku.

wtorek, 27 marca 2012

O NAIWNOŚCI



Mimo wstrętu do polskiej polityki obserwujemy ją spode łba. No bo nie sposób zachować się inaczej, skoro choćby cośkolwiek chcemy być poinformowani na co dzień. Nie żyjemy w buszu. Chyba że w buszu sieczki informacyjnej, gdzie oprócz ważnej dla wielu wieści o śmierci wielkiego pisarza, światowej rangi reżysera filmowego, czy bumie gospodarczym Brazylii, na własne oczy blisko 40 milionowy naród zobaczy przeprowadzkę rodziców Madzi do Łodzi, bo tam akurat główny śledczy dramatu, mąż bogobojnej byłej siostry zakonnej podarował im za frico mieszkanie. Tu widz który uwierzy w uczciwość tegoż „pitavalu” jest naiwniakiem do entej potęgi, tym bardziej, że sam Rutkowski to cwany, kuty na cztery kopyta jegomość. Mimo, że temat Madzi i całej tej otoczki jest nie do zniesienia, to z powodu właśnie pana Rutkowskiego, skazanego zresztą za malwersacje finansowe na dwa i pół roku pierdla, ten już zalatujący fetorem news będziemy musieli trawić dalej. A, że naród naiwnie ciekawy najbardziej tanich sensacji, jak tych ulatniających się z fabuł amerykańskich seriali, więc telewizja jeszcze długo pożyje w dostatku i bogactwie jej pracowników. Wiadomo, że skrajna naiwność jest głupotą i wielu z nas o nią się mimo woli ociera, chociaż to właśnie w naiwności szukamy piękna, bo wierzymy w ufność i szczerość ludzi. Czy warto?. Bo jakże naiwnie wygląda postawa tej garstki Polaków, która jeszcze płaci abonament telewizyjny, często wygrzebując ostatnie grosze, w sytuacji gdy prezenterzy na różnych portalach się przechwalają swoimi honorariami po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, ewentualnie po kilkanaście tysięcy złotych dziennie, za udział w nagrywaniu kolejnego odcinka serialu emitowanego w ramach TVP 1 lub 2. Ludzie to wiedzą, ale mimo to godzą się na wszystko. To jakiś rodzaj niespełnionej miłości, często chmurnej i durnej, ale jednak. To postawa Wokulskiego, który mimo wyraźnych oznak lekceważenia ze strony adorowanej przez niego „pustej lalki”, dalej lgnie do niej, gotów oddać jej wszystko, włącznie z życiem. To także postawa księcia Myszkina z „Idioty” Dostojewskiego. Na podstawie tej powieści zarówno Wajda jak i Akiro Kurosawa nakręcili dobre filmy. Chociaż to porównanie nie do końca pozostaje adekwatne, to jednak relacja między publiczną telewizją a widzem jest komplementarna. Naiwni, gotowi są dla niej wypruć flaki, by tylko zaspokoić nienasycenie książąt z Woronicza. Książę Myszkin jak wiemy po długiej kuracji szwajcarskiej powrócił do Petersburga, by objąć w posiadanie olbrzymi spadek. Z tą chwilą został osaczony przez przeróżnych przyjaciół cwaniaków. Ponieważ jego dobroć, a przede wszystkim naiwność była piramidalna, przeto w krótkim czasie ten czysty w swym charakterze człowiek został zrujnowany. Dzisiaj dlatego spotykamy się z milczeniem i tajemnicą w sytuacji dużych wygranych np. w lotto. Nie ma takiego bogactwa, którego by nie można roztrwonić przy pomocy najlepszych przyjaciół. Dlatego jeszcze na moment powrócę do naszej publicznej. Ileż to ludzi musi zapłacić miesięczny abonament, aby się uzbierało sto tysięcy złotych na jednorazową pensję np. dla Janowskiego zabawiającego nas w audycjach „Jaka to melodia”, że o kwotach na wynagrodzenie uczestników już nie wspomnę, jako że akurat na to, z naiwną przyjemnością zapłacą ci telewidzowie, którzy wysyłają esemesy licząc oczywiście na głupie tysiąc złotych natychmiast po emisji programu. Największą oczywiście wręcz głupotą cechują się akurat ci, nasi współobywatele, którzy chętnie odpowiadają esemesami, że przyjmą proponowane duże kwoty, już zresztą dla nich odliczone i zapakowane, gotowe do wysyłki. W tym wypadku akurat oni przebijają naiwność panów Wokulskiego i księcia Myszkina. Na naiwność prawie wszystkich Polaków liczy polityczny hochsztapler Zbigniew Ziobro, mentalnie bardzo zbliżony do swego „protoplasty” Kaczyńskiego. Ten „zasłużony” dla IV RP polityk, obecnie za 50 tysięcy złotych miesięcznie teoretycznie zasiadający w parlamencie UE, zamarzył sobie glorię nowo utworzonej partyjki „Solidarna Polska”. W tym celu postanowił wzorem Janusza Palikota przeorać swoim jestestwem cały kraj, by „wyjaśniać” naiwnym potencjalnym wyborcom, jakim to sposobem ich uszczęśliwi, gdy pozwolą mu przeskoczyć próg wyborczy 5%.. Wielu rzeczywiście naiwnych Polaków, jak zresztą zawsze, uwierzy w uzdrawiające intencje człowieka oznaczonego przez Millera cyfrą zero. Ja jednak sądzę, że jeszcze więcej obywateli spostrzeże jego diabelską zaborczość i nienasycenie. Palikot rozpoczynając swoje peregrynacje po kraju zrzekł się immunitetu poselskiego, oraz oddał legitymację członka PO. Ponadto za wszystko płacił z własnej kieszeni. Ziobro pozostaje w partii, ma immunitet europosła, oraz pobiera nienależne z powodu jego absencji 50 tysięcy złotych, a wycieczka wzorem Kolberga (muzyczny etnograf) odbywać się będzie za pieniądze z dotacji partyjnych, czyli z naszych podatków. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a co można powiedzieć o naiwności?.

PS:
Właśnie przeczytałem w poważnej prasie, że biskupi na kanwie wyrażanego niezadowolenia z proponowanego odpisu podatkowego w wysokości 0,3 procent wypowiedzieli się, że księża w Polsce są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Oniemiałem. Chciałbym być takim obywatelem drugiej kategorii i żyć jak panisko w pięknych mieszkaniach, jeździć wypasionymi samochodami, pić przednie alkohole i podrywać niewiasty tam gdzie oczy ludzkie ich nie lustrują. Otóż jest całkiem odwrotnie. Księża, a przede wszystkim biskupi traktują swoje owieczki jak ludzi drugiej, a może i trzeciej kategorii. Zdzierają każdy, nawet wdowi grosz za usługę kilkuminutową. Wielu z nich przez to tkwi w chorobach alkoholowych oraz pedofilii. Nie odpowiadają na pisemne skargi, a podczas zbiorowych wizyt w ważnych dla wiernych sprawach petenci nie są wpuszczani do świętych pałaców. Czyż Polaku naiwny nie jesteś w ich oczach człowiekiem drugiej kategorii? .Jesteś!!!!.

piątek, 23 marca 2012

ODSKOCZNIA


Postanowiłem nieco odskoczyć od tematów związanych z „prześladowaniem Kościoła”, totalną, a „niezasłużoną” krytyką sekty Kaczyńskiego, oraz gospodarczo-politycznego rozmamłania naszego rządu, a korzystając z tego, że zbliżają się święta Wielkanocne (dla jednych najważniejsze w roku, dla innych jako te drugie z kolei), napisać to, co mi ślina na język przynosi. Tematyka pt. zbrodnicza historia, antyludzka doktryna, pazerność i pedofilia, czyli wszystko to, o co każdy światły człowiek oskarża urzędników pana Boga, jest już cośkolwiek nudna. Przeto, jak powiadam, a zdarza się to zwykle przed świętami, trochę o ludzkiej normalności. Normalności pozwalającej żyć nie tylko z różańcem w ręku na klęczkach modląc się o to, by premier Orban pomógł Kaczorowi zdobyć władzę. Normalny, powtarzam, normalny człowiek aby żyć „normalnie” musi znaleźć czas na sen, pracę, kulturę w szerokim pojęciu, no i powinien się odpowiednio odżywiać. Właśnie ten ostatni czynnik ludzkiej egzystencji postanowiłem umieścić w formie posta jako mnie osobiście dotyczący. Dlatego, że bardzo lubię jeść. Jeść, nie znaczy obżerać się. A pod słowem lubię jeść mam na myśli spożywanie posiłków, które wyłącznie radują (łechcą) moje podniebienie. Tak się składa, że życie mnie nie zawsze usadawiało w fotelach pokoju wypoczynkowego w oczekiwaniu na kelnera. Musiałem tudzież zaglądać do kuchni, aby przyrządzić cokolwiek nie tylko dla siebie, ale i podopiecznych domowników. Mam swoje ulubione posiłki i to niekoniecznie zaliczające się do wykwintnych, ale którymi bez skrupułów mógłbym podejmować pana prezydenta, premiera, czy chociażby upadłego angielskiego lorda. Dobrze się składa, że akurat aktualnie moje specjalite kulinarne zamyka się wyłącznie w kilku znanych daniach i są one bez szemrania akceptowane przez domowników. Piszę ja, a nie np. moja ukochana Żona. Ano jest tak, że zarówno ja, jak i Ona potrafimy czynić cuda smakowe i zdarza się nam w związku z tym robić „wyścigi” zarówno w wymyślaniu potraw, ale też w ich przyrządzaniu. W tym miejscu powinienem posłużyć się wyliczanką ulubionych potraw obiadowych, jak i tych podawanych na śniadanie czy kolację. Otóż, cała rodzina wie, że najbardziej moja dusza śmieje się do prawdziwego rosołu z prawdziwej kury, bądź wołowiny. Oczywiście jadałem rosołki z bażantów, które są ambrozją, czyli pokarmem bogów, ale gdzie dzisiaj kupisz bażanta. Sądzę, że tylko myśliwi mogą zaspakajać podobne zachcianki. Tu przyznaję, że dobry rosołek mogę jeść zarówno z makaronem, jak i z ziemniakami, co nie jest często spotykane. Na pewno udają mi się dobre zupy jak: pomidorowa (koniecznie na bazie rosołu), jarzynowa z prawie wszystkich dostępnych w kraju warzyw, grochówka (wojskowa), fasolowa, grzybowa na bazie zielonych gąsek, botwinka i barszcz ukraiński (specjalność Małżonki), góralska kwaśnica i wiele innych, które moi czytelnicy mogą znaleźć w przepisach w internecie, do których w chwilach wątpliwości też zaglądam. Poza zupami uwielbiam wszelkiego rodzaju pieczenie wieprzowe, wołowe, cielęce, drobiowe, a nawet z królików (do których się przekonałem dopiero po wielu latach). Spożywanie posiłków tu w kraju uważam za wyjątkowe dobrodziejstwo, bowiem urodzony nad Wisłą od maleńkości wdychałem te nadzwyczaj aromatyczne zapachy wydobywające się z kuchni, powodujące niekontrolowany ślinotok. Fakt, zdarzało mi się w życiu podczas okazjonalnych wojaży po świecie popróbować posiłków regionalnych, a nawet kontynentalnych. Pamiętam, że w dalekim Irkucku, zwanym Paryżem Syberii, posiłki podawano na bazie ryb, różnych mięs i ziemniaków .Ale już w Taszkiencie a nawet w europejskim Erewaniu i Tbilisi moje codzienne posiłki obiadowe były komponowane z przewagą baraniny, przyprawionej obfitymi sosami, której to nie mogłem przełknąć, tym bardziej, że nie zawsze te dania były nawet dostatecznie ciepłe. Wielkiego wyboru dla Polaka w ich menu tam nie ma. Zapamiętałem lepioszki z pieca zamiast normalnego chleba i często posiłki przyrządzane z granatów i czegoś tam. Dobrą baraninę, a raczej jagnięcinę z rożna podano mi w Białce Tatrzańskiej u moich przyjaciół M.J.R. górali w pensjonacie „Maryna”. Tu serdecznie ich pozdrawiam. Posiłki azjatyckie, a nawet niekiedy śródziemnomorskie podawane z różnie komponowanymi makaronami (ziemniaki tam służą za przystawki-sałatki) są dla Polaka, Niemca, Białorusina, Ukraińca i Rosjanina okazją do zdeterminowanej próby schudnięcia, bowiem sam barani zapach odstręcza od biesiady. Dla mnie podobnie wyglądają posiłki złożone z tzw. owoców morza. Tak, wiem to bardzo wykwintne potrawy złożone z małż, ośmiornic, krewetek, homarów i innych skorupiaków. Z grzeczności i nawyku do demonstracji dobrego wychowania jadłem, ale nie akceptowałem jako coś co, mógłbym polubić. Owszem, inne francuskie włoskie, czy też chorwackie potrawy na bazie makaronu i przeróżnych sosów dają się przypodobać mojemu podniebieniu, szczególnie przy akompaniamencie dobrych win. Nie przepadam też za czeskimi knedliczkami, chociaż Czechów bardzo lubię. Mówcie co chcecie, ale nie ma jak polski schabowy z kapustą zasmażaną i ziemniakami. Nie ma jak polskie wołowe flaki w rosole,. Nie ma jak polskie duszone żeberka, czy bigos pół na pół z dobrym mięsiwem. Nie ma jak polskie gołąbki. Nie ma też jak polski gulasz. Bardzo też lubię gulasz węgierski (oryginalny), albo zupę gulaszową z odrobiną czystej wódeczki. Pamiętam, było to podczas podróży służbowej z Wiednia do Budapesztu. Wraz kolegami po dwudniowej lustracji zabytków najjaśniejszego Franciszka Józefa postanowiliśmy pojechać do na Węgry, gdzie goniły nas zresztą obowiązki. Był już ciemny wieczór. Planowaliśmy, że zjemy cokolwiek po drodze. W końcu Węgry to Europa lata 90-te. Niestety przez kilka dziesiątków kilometrów nie spotkaliśmy ani jednego przybytku podającego cokolwiek na ciepło. Gdzieś w połowie drogi (to była miejscowość o rosyjskiej nazwie Ivan) zauważyliśmy oświetlony szyld „gulyasleves”, co po polsku znaczy zupa gulaszowa, zapamiętałem to do dziś, podobnie jak "jono podkivano", czyli dzień dobry. Ponieważ była już północ właściciele szykowali się do zamknięcia przybytku. Prawdopodobnie obylibyśmy się smakiem z litrem śliny w ustach, gdyby nie pomoc kuchenna pochodząca z Polski. Ona słysząc ojczysty język uprosiła szefa kuchni by nas obsłużył, a ona jest gotowa dłużej zostać w pracy. Oczywiście zamówiliśmy zupę gulaszową. Potem drugą zupę gulaszową. Potem trzecią zupę gulaszową. Kucharz wyszedł z założenia, że nie będzie co chwila biegał z miseczkami do naszego stołu, dlatego postawił między nami cały kocioł owej bardzo smacznej zupy, a na dodatek podał butelkę palinki (wódki regionalnej). Zastanawialiśmy się, czy chciał nas tym garem ośmieszyć, czy jego intencje miały wyłącznie komercyjny charakter. Wyjaśniło się wszystko za chwilę, bowiem przy naszym stoliku zjawił się sam właściciel, którego ściągnięto z domu. Postanowił nas ugościć jako „bratanków”stawiając na stole jeszcze jedną butelczynę, tym razem chorwacką rakiję. I tylko żal, że nie wszyscy mogliśmy oddać się tej popijawie, bowiem ktoś musiał prowadzić samochód. Do dzisiaj bardzo lubię (wraz z rodziną) zupę gulaszową i chociaż nie należy do tanich, gotujemy ją od czasu do czasu. Można by pomyśleć czytając tego posta, że kuchnia jest moim najważniejszym królestwem. Otóż odpowiem ambiwalentnie. Jako smakosz lubię komponować, a więc i doprawiać do idealnego smaku coś, co powoduje uśmiech na twarzy domowego konsumenta, ale też nie bardzo się widzę w tejże kuchni jako tego, co to z ochotą
chciałby doprowadzić ją do pierwotnego stanu. Żeby nikt nie pomyślał, że oto przedstawiam się jako wymarzony mąż i karmiciel rodziny, muszę się przyznać, że absolutnie nie znam się na pieczeniu jakichkolwiek ciast, a nawet naleśników, kopytek, czy też innych śląskich klusek. W każdym razie mam już zaplanowane dania na świąteczny wielkanocny stół. Żonie moje menu się spodobało. Ręczę, że będzie się po czym oblizywać.

poniedziałek, 19 marca 2012

JESZCZE JEDEN!, JESZCZE JEDEN!, JESZCZE..


Nie przeczę, że do napisania tego posta zainspirowała mnie książka pana Piotra Szumlewicza „Ojciec Nieświęty”. Wprawdzie już wielokrotnie zapoznałem się z opiniami ludzi myślących, a też obojętnych wyznaniowo na temat dokonań dla ludzkości Karola Wojtyły a potem papieża JPII, ale dogłębna analiza Jego pontyfikatu pokazana wypowiedziami wielu osób świeckich, ale też duchownych bardzo mocno krytykuje, a nawet dezawuuje Go, jako niby wielkiego humanistę i tego, kogo na siłę wepchnięto do nieba na „kanapę” obok Ojca. Polscy katolicy, którym przez dziesiątki lat wciskano do ich świadomości tę wielkość Wojtyły, do dzisiaj stawiają Go na pozycji podobnej Kim Ir Senowi , którego jednako czczą Koreańczycy. Ta książka to zbiór wywiadów ze znanymi postaciami polskiego życia publicznego na temat mrocznych kart pontyfikatu JPII. Poruszone tu problemy od dawna spacerują po szpaltach prasy zagranicznej. Niestety w polskiej debacie publicznej, ta tematyka nadal jest naznaczona piętnem tabu ze względu na niepisany zakaz krytyki polskiego papieża. Książka odkrywa prawdę m.in. o pedofilii w Kościele katolickim, skrywaną dokumentem papieskim zabraniającym ujawnianie tych szeroko rozplenionych super wstydliwych faktów. Książka pokazuje mechanizm prania brudnych pieniędzy w bankach Watykanu. Pieniędzy pochodzących z prostytucji i rabunków na skalę światową (Ojciec Maciel, Matka Teresa). Pokazuje współpracę Watykanu (JPII) z krwawymi dyktatorami (Pinochet), oraz okazywaną nienawiść Wojtyły do rządów lewicowych. Wreszcie książka ta stanowi pierwszą w Polsce całościową krytyczną analizę pontyfikatu polskiego papieża. Na pewno wielu Polakom się ona nie podoba, ale osoby ceniące nie tylko świecki światopogląd, lecz także niezależność myślenia w każdej dziedzinie, mogą tu odnaleźć potwierdzenie i rozwinięcie własnych wątpliwości, oraz poczuć zachętę do otwartego wyrażania swoich poglądów.
„Czy to możliwe, aby w dużym demokratycznym kraju należącym do Unii Europejskiej, największym autorytetem, cieszącym się powszechnym szacunkiem była osoba, która tuszowała skandale pedofilskie, chroniła oszustów, współpracowała z krwawymi reżimami, kwestionowała prawa mniejszości i wspierała dyskryminację kobiet. Tak. Jest to możliwe. Mowa oczywiście o Polsce, a tym autorytetem jest zmarły w 2005 roku papież Jan Paweł II.”. Ta przedmowa do książki jest zaczerpnięta z prasy i wydawnictw książkowych na Zachodzie i w USA, ale pokazuje jak na dłoni fałsz i obłudę silnego Kościoła w słabej Polsce, który przy pomocy prawicowych polityków ujarzmił wyznaniowo prawie cały naród. Właśnie w takich społeczeństwach jak Polska lub Korea jest możliwe wynoszenie na piedestały osób niegodnych takich zaszczytów. Tym bardziej że piedestały owe były budowane, za ich osobistą zgodą a nawet z ich nakazu. Mamy więc około tysiąca pomników JPII. Niektóre z nich straszą przechodniów ze względu na ich podobieństwo do proszalnego dziada, a nawet wcielonego diabła. Zda się wciąż słyszeć głosy Kościoła:
Jeszcze jeden!, jeszcze jeden!, jeszcze.. Z podobnymi zombi z gipsu, betonu lub brązu spotkałem się osobiście w Sieradzu,Wiśniczu, Brzegu, Ełku, Ludźmierzu, oraz innych miejscowościach, których nie pomnę. Ponoć wprost karykaturalne oblicza JPII umieszczono w postaci Jego pomników w Wigrach, Smolicy, Świebodzicach, Bardzie, Orzyszu i Białymstoku. W Wiśniczu spod Jego sutanny wyfruwa ptak. Jeżeli to orzeł to dobrze, ale zwiedzający różnie mogą to interpretować. Pomniki te są otoczone czcią postaci świętych. W Kaliszu na przykład osobiście widziałem dwie stare kobiety, które na kolanach starały się wczołgać na stosunkowo niski cokół by ucałować postać i złożyć kwiaty. Było to jeszcze za życia papieża. A ileż jest na biurkach naszych menagerów Jego popiersi, z rosyjska „biustom”. Wojtyła doczekał się patronatu tysięcy szkół, a nawet uczelni. Tysiące ulic z Jego imieniem nastręczają do ironicznego uśmiechu. Przykładem może być skrzyżowanie ulicy JPII z ulicą Karola Wojtyły. Ulice te dochodzą do placu Papieża Polaka, na którym stoi pomnik Błogosławionego Jana Pawła II. Można się ubawić, tym bardziej, że na lekcjach religii dzieci odpowiadają na pytanie: Kto dla ciebie jest największym autorytetem i dlaczego jest to JPII?. Kościół katolicki w Polsce dzięki sile umacniania postaci JPII w sercach wiernych, oraz na obrzeżach polityki czerpie olbrzymie zyski w postaci przeróżnych funduszy zapisanych w konkordacie, lub nawet niekoniecznie. Dokument ten mimo zawieszenia działalności rządu polskiego podpisała premier Suchocka, zapewniając sobie w nagrodę dozgonnie stanowisko ambasadora przy Watykanie. Miliardy złotych, od dwudziestu lat przelewane na konto Kościoła w Polsce, w rzeczy samej odpływają też do Watykanu, bo jest to absolutnie niemożliwe, by ok. 80 tysięcy osób związanych ze stanem duchownym mogło przejeść rocznie wielomiliardowe sumy. Polska prawica zdaje sobie z tego sprawę doskonale, że jest to nieprawidłowość, ale tylko obrona interesów Kościoła zapewnia im głosy wyborcze katolików słuchających swych pasterzy. Słyszę, że część pieniędzy ładowanych w ramach Funduszu Kościelnego idzie na misjonarzy pracujących m.in. w Afryce i oni akurat spełniają rolę polskich ambasadorów. Otóż kłamstwo, bo są to ambasadorzy Watykanu, których zadaniem jest poszerzanie stada owieczek Chrystusa, którego ponoć namiestnikiem na ziemi jest papież. Ostatnio głośno jest na temat reformy zasad finansowania Kościoła w Polsce. Jeszcze nic w tej materii nie uczyniono, a już są wypowiedzi traktujące o wojnie rządu z Kościołem. Takie wypowiedzi słychać z ust niektórych polityków PiS, oraz biskupów z najbardziej zabiedzonym abp. Głódziem na czele. Bo zaiste oni potrafią się bić o mamonę. Wzorzec skromnego i biednego jak mysz kościelna Chrystusa, oni mają tam „ gdzie on pana majstra może w d*pę pocałowac”, jak to jest w skeczu Kobuszewskiego z Gołasem. Ja sądzę, że obok jawnej już krytyki Jego Świątobliwości za życia, oraz Błogosławionego JPII po pięknie wyreżyserowanej śmierci, nabierze tempa „głasnośc” w innych tematach dotychczas zakłamanych i skrywanych, jak plaga homoseksualizmu wśród kleru, począwszy od prostego proboszcza aż do episkopatu, oraz wszechobecnej pedofilii. Ludzie młodzi, którzy już dzisiaj powiadają, że nie będą odpisywać proponowanej kwoty na Kościół w wysokości 0,3% mimo że są katolikami, na pewno się doczekają czasów, gdy podobnie jak w pałacu w Kozłówce, gdzie można obejrzeć dziesiątki pomników socrealizmu, znajdzie się inny pałac gdzie zgromadzone będą setki pomników JPII. Bo wszystko płynie, jak powiadał Heraklit, a wraz z falą tsunami spłynie to, co jest narodowym naszym, skrywanym pod sutanną wstydem.

czwartek, 15 marca 2012

MASZ ZASADY, TO TRZYMAJ SIĘ ICH.


W dzisiejszych czasach prawdziwego człowieka z zasadami można szukać z przysłowiową świecą. Zatracony system wartości prowadzi do upadku moralnego i prostactwa. Ludzi z zasadami wynikającymi z humanizmu i etyki jest naprawdę jakby coraz mniej. Więcej znajdujemy przykładów wśród tych, którzy gwałcą prawdziwe ludzkie normy współżycia w społeczeństwie. Wynika to z karierowiczostwa i dążenia do zdobycia przestrzeni pozwalającej żyć lepiej niżeli egzystują inni. Często nawet kosztem złej powszechnie opinii. W tym miejscu chciałem się podeprzeć kilkoma przykładami, które świadczą o niskim poziomie wyznawanych zasad, a nawet łamaniu tych którymi niby się szczycą; Zasady bowiem mają swoje wartości o pozytywnej wymowie, ale też w odbiorze społecznym niektóre z nich ogólnie są mocno napiętnowane. Nie można powiedzieć, że Eligiusz Niewiadomski nie miał żadnych zasad. Otóż miał: był skrajnym prawicowcem, podobnym współczesnemu mordercy z Norwegii. Dlatego w wyznawanych przezeń zasadach tkwił obowiązek w imię jego patriotyzmu zabicia prezydenta Narutowicza, czego zresztą dokonał. Ten człowiek miał zasady, którymi dzisiaj poniekąd kieruje się ONR, Młodzież Wszechpolska i inne paranazistowskie ugrupowania, nienawiść do innych, niżeli oni sami. Jednak w społecznym odczuciu, gdzie obowiązuje państwo prawa był on pospolitym mordercą. Jak wiadomo Kościół katolicki w Polsce w każdą rocznicę jego stracenia odprawia msze i inne żałobne jasełka. To też są zasady, że zlituj się Boże, który jesteś świadkiem takich wypaczeń moralnych. A czy nasz Leszek Miller, przywódca polskiej lewicy kierował się zasadami, gdy dla osobistej kariery, by dostać się ponownie do Sejmu zapisał się na listy skompromitowanej przez PiS Samoobrony?. Ta decyzja mocno nadwerężyła jego autorytet jako przywódcy partii bądź co bądź nie dawna rządzącej. A Pawlak ze swoją przykościelną partią ma jakiekolwiek zasady? Nie ma. Idzie tam gdzie są konfitury, niezależnie od opinii społecznej. Równie dobrze może być wicepremierem u Millera, Palikota, Tuska jak i Kaczyńskiego. Nie można mówić pozytywnie o zasadach Jarosława Kaczyńskiego, który publicznie zbeształ i ośmieszył Leppera, by za kilka dni wyłącznie przy kamerach telewizji TRWAM w środku nocy powierzyć mu stanowisko wicepremiera, a jego partii kilka stanowisk ministerialnych. Jak wiemy Kaczyński uczynił to instrumentalnie tylko po to, by pozyskać głosy dla powołania swego aparatu ścigania czyli CBA, po czym kopnął go swymi krótkimi nóżkami poniżej pasa. Innym razem Kaczyński w ukrytej kamerze posługując się Lipińskim korumpował Renatę Beger, tę co to sex lubiła jak koń owies (foto), by namówiła posłów Samoobrony do przejścia w szeregi PiS. Wtedy PiS posunął się nawet do świństwa, proponując spłatę jej kredytu z kasy Sejmu, czyli z podatków społeczeństwa. Kaczyński jest najlepszym chyba przykładem na łamanie zasad jako człowiek i jako polityk. By pozyskać głosy wyborców lewicowych publicznie zaczął wychwalać rządy Gierka, oraz przytulać się do Oleksego, którego kilka lat wcześniej wraz z swoimi ludźmi oskarżył o najcięższą zbrodnię. Zdradę stanu i szpiegostwo. Jak wiadomo, po przegranych wyborach prezydenckich, mimo jawnej pomocy środków psychotropowych, Macierewicza, Rydzyka, tragedii smoleńskiej i całego kleru Kaczyński zmienił swoją orientację polityczną, stając się nieprzejednanym wrogiem nie tylko lewicy, ale też siostrzanej PO. Człowiek o takich zasadach jest bez wartości. To pospolity pajacyk polityczny. Skoro mowa o klerze, to akurat ludzie tego zawodu chyba najbardziej masowo potrafią łamać zasady nie tylko zapisane w świeckiej etyce, ale też w postanowieniach ewangelicznych. Potrafią wbrew swojemu „autorytetowi”, który niejako demonstrują sutanną i posłannictwem być oszustami, bezwzględnymi w czynach wydrwigroszami, pedofilami i pospolitymi łajdakami włącznie z rozpasaniem seksualnym. Przy tym z racji swego zawodu przyuczają wiernych do zasad, które w ich osobistym odczuciu są im obce. Są cyniczni i cwani. Za krzywdy pedofilskie Kościół płacić nie będzie. Płacić będzie sam oskarżony, wcześniej pozbawiony sutanny. Czyli "gołodupiec jak Rydzyk". A kogo taki zdemoralizowany łajdak w sutannie reprezentował jak nie Kościół, bo chyba nie związki zawodowe kolejarzy. Poza przykładami bezustannie pokazywanymi przez prasę niezależną, są oni wielbicielami tych co, im obiecują najwięcej. Rydzyk, oraz prawie cały episkopat od dłuższego czasu stał się ostoją wartości jakie reprezentuje właśnie partyjny klan Kaczyńskiego. Można by mnożyć liczbę znanych ludzi, których zasady postępowania mają wyłącznie pejoratywne barwy i to nie tylko w naszej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Swego czasu, a było to podczas wyborów prezydenta USA, niejaka Sarah Palin, wicemiss Alaski, a jednocześnie jej gubernator, skrajnie prawicowa postać republikańska, mocno potępiająca wszelkie dokonania nauki w dziedzinie zdrowia kobiety, a więc in vitro, aborcję, praktyki prenatalne, lekcje seksuologii, feminizm, mocno zaangażowana w działalność religijną, potrafiła ukrywać fakt, że jej małoletnia córka (jedno z pięciorga dzieci) zaszła w przypadkową ciążę i rozważała na poważnie dokonanie aborcji. Czy dokonała, nie wiem, być może, nie jest to sprawa o wymiarze międzynarodowym. To pachnie dulszczyzną. Pozytywnym przykładem człowieka zasad i charakteru, któremu można tylko pozazdrościć, posłużył się Michaił Szołochow w „Losie Człowieka” Film zrealizowany na kanwie powieści pokazał, naocznie Niemcom nieugiętego Rosjanina. Niemcy, poniekąd dla zabawy i sponiewierania jako człowieka, próbowali go upić, by przy okazji wyciągnąć od niego ważne dla nich wiadomości. Jakże twarda postawa żołnierza została pokazana w momencie, gdy po wypiciu kolejnej pełnej szklanki spirytusu, na propozycję by zakąsił, ten głodny, właściwie wymorzony człowiek odparł im w twarz: Poslje pjerwoj nie kuszaju. To były zasady, które mogli prezentować tylko ludzie z wielkim charakterem, a przy tym bohaterscy i twardzi patrioci, jak "ich" Stalin, który zresztą nie wyraził zgody na wymianę swego syna, trzymanego w niewoli niemieckiej, na niemieckiego generała w niewoli bolszewickiej. Postawy ludzkie, a więc i ich życiowe zasady często ulegają przewartościowaniu. Przykładem może być główny bohater filmu Agnieszki Holland „W ciemności”. Pracownik kanalizacji, tak jak większość Polaków początkowo miał zamiar wzbogacić się na zabijanych Żydach, zresztą prezentując w tym względzie postawę ogólnie przyjętą. Dopiero w momencie gdy poznał dogłębnie ich dramat. Dramat który trudno ująć w kilku trafnych słowach, gdy zobaczył pragnienie przeżycia chociaż jeszcze jednego dnia, jego charakter jako człowieka został przenicowany. Zło cicho tkwiące w nim zostało zastąpione dobrem. Obudziło w nim się serce człowieka, zdolnego do pomocy bezinteresownej. Niestety w naszej literaturze mało jest podobnych przykładów. Dzisiaj od czasu do czasu jesteśmy informowani o godnej ludzkiej postawie policjantów, strażaków, młodych i nie tylko ludzi, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo utraty zdrowia a nawet życia ratują innych z opresji. Pożary, tonięcia, katastrofy kolejowe i drogowe, to pole (poligon) doświadczeń dla tych, co są gotowi poświęcać się dla innych. To rzadkie przykłady, ale jednak szczególnie należy je pokazywać jak najszerzej, jak skok po złoty medal Wojciecha Fortuny.

poniedziałek, 12 marca 2012

CZUJĘ SIĘ NATRĘTNIE INFORMOWANY



Jako człowiek na zasłużonej emeryturze, w wysokości najniższej krajowej pensji dysponuję tzw. nieograniczonym czasem wolnym. Wydawało by się, ale akurat!. Ponieważ lubię być dobrze poinformowany, przeto nie wyobrażam sobie, by codziennie nie zakupić ulubionej prasy, a także od czasu do czasu nowości książkowych. Jestem dobrze poinformowany?. Tak by się wydawało, ale tak nie jest. Telewizyjne informacje podawane niby dla ludzi myślących, a jest ich niestety coraz mniej, (wina szkoły) satysfakcjonują swoje ambicje w wymiarze akuratnim, w końcu nie muszą znać twórczości Andy Warhola. Moje niestety nie bardzo. I tu wyłazi na wierzch megalomania, bo mam poważny niedosyt „światła”., a nieraz czuje się nawet nieco poniżony. Bo czy ja i moi myślący Rodacy są w stanie strawić temat Madzi wyrzuconej na śmietnik, wałkowany via Rutkowski przez równy miesiąc w różnych konfiguracjach śledczych?. Nie, nie można tego było smacznie przełknąć. Okazuje się że ta trutka dla myślących przestanie nam być dosypywana po ustaleniach, że był to wypadek. Madzię pochowano z udziałem tysiąca żałobników, a nie utulona w spóźnionym żalu matka trupiej bohaterki otrzymała ochronę, by sąsiedzi nie wybijali jej szyb. Stop, ucieszyłem się zmęczony tematem. Okazuje się że gówno prawda, jak powiadał ksiądz Tischner. Na pierwszych stronach internetu rzuca się w oczy tytuł wieści: Rodzice Madzi rozważają wyprowadzkę do innej miejscowości. Niech jadą w cholerę pomyślałem, będzie spokój. Okazuje się ,że nie . Bo oto czytam: Ojciec Madzi stara się o pracę. Bardzo ważna wiadomość, o ile dotychczas żył wzorem Ferdynanda Kiepskiego. Minął dzień i czytam dalsze wieści ze źródeł dobrze poinformowanych: nie ma pewności, czy śmierć małej Madzi nastąpiła w wyniku wypadku. No, pomyślałem, może ją w końcu zamkną na tyle szczelnie, że nie będę musiał przeżywać tych tortur informacyjnych. Ale nie, bo z kolei inny prokurator śledczy przychyla się do zeznań matki. Dnia następnego, jakże ważna wiadomość postawiła mnie z rana na nogi, bardziej niżeli mocna kawusia. Ojciec Madzi znalazł pracę!, Brawo. Jeden bezrobotny w kraju mniej. Tysięczna część procentu uszczupliła wskaźnik bezrobocia krajowego. Dzisiaj nic na temat rodziców Madzi nie przeczytałem. Ale też mój wzrok uciekał od informacji i analiz dotyczących katastrofy pod Szczekocinami. Tym tematem bowiem jestem po kilkunastu dniach od wypadku już przygwożdżony. Wypowiedzi prezydenta, premiera,ministrów resortowych, ratowników, strażaków, pielęgniarek i lekarzy, a także bardzo empatycznie podchodzących do ludzkich losów sąsiadów z miejsca tragedii wypełniły przez dziesięć dni całość czasu antenowego TVN24, oraz innych informacyjnych stacji TV i radia, a jak znam polskie media, to na tym nie koniec, bowiem owe tragizmy przeplatane są macierewiczowskim Smoleńskiem, oraz tragiczną sytuacją Moskwian, którzy non stop ponoć protestują przeciwko prezydenturze Putina, a ten jak zaczarowany wygrywa wybory jak chce w pierwszej turze. Pewno były fałszowane, powiadają polscy „przyjaciele” Moskali. Z drugiej jednak strony wygrana Władimirowicza była tak duża, że gdyby nawet odrzucić fałszywe głosy z urny to i tak by wysoko wygrał. Niby dobrze, bo nasz prezydent złożył mu gratulacje, ale nie do końca. Najbardziej polskich polityków na Kremlu zadowoliłby Chodorkowski. Te akurat informacje przyprawili nam solą przemysłową, która ponoć jest nie szkodliwa dla zdrowia i można ją jeść w każdych ilościach prosto z wora lub ulicy. Inne wiadomości z tego największego kraju świata, naszego sąsiada nie mieszczą się w „liturgii” polskiej telewizji. Tam nic się nie dzieje, tyle że od czasu do czasu temu umęczonemu ludowi zaśpiewają stare babcinki, które będą Rosję reprezentować na konkursie Eurowizji. Moja małżonka twierdzi, że mają murowane zwycięstwo w kieszeni. Pożyjom, uwidim. Powiedziałem liturgii, bowiem akurat dzisiaj gdy partia Palikota rozdmuchała sprawę złodziejstwa polskiego Kościoła katolickiego , gdy okazało się, że Komisja Majątkowa kradła na lewo i prawo ziemie i piękne państwowe obiekty dla Kościoła, które ten sprzedawano na pniu za miliony, gdy niezależna prasa podała stan kapitału kościelnego do publicznej wiadomości, wtedy zestrachana władza polska, za pośrednictwem zestrachanych mediów „ujawniła” dochody Kościoła. Niestety fałszywe, mocno fałszywe bo podane przez najbardziej zainteresowanych. Sfałszowane o blisko 70%. Bo czy ktoś w Polsce uwierzy w to, że ksiądz zarabia 800 złotych, a mimo to jeździ wypasioną limuzyną BMW i tapla swój brzuch w luksusach , a często i rozpuście mimo celibatu, jeżeli nie w pedofilii. Nikt w to nie uwierzy, ale informacje owe są wyprodukowane przez KAI, która lustruje każdą wieść TV wiadomości, zanim jest odczytana przez lektora. Po to Katolicka Agencja Informacyjna została zainstalowana w TV. Dodatkowo przecież przy TVP, tak jak przy każdej innej instytucji „wypoczywa”w ramach "pępowiny" za wielkie pieniądze ksiądz kapelan. Dziwię się jednak prywatnej telewizji rodziny Walterów, że znalazła etat dla ironicznego księdza Sowy, który pilnuje słowa „ewangelicznego” w wielu audycjach TVN, np. w „Drugim Śniadaniu Mistrzów”. Czuwa ten człowiek jak żołnierz na posterunku magazynu głowic jądrowych, by bronić kłamstw dot. majątków kościelnych oraz innych , dla prostego ludu tajemnych wieści, włącznie ze skandalami pedofilskimi. Zgodnie z Sowimi przykazaniami, przyklęcznie zachowują się wszyscy dziennikarze TVN. A pani Olejnik musiała być nawet wyprostowana przez FiM, chociaż z przeprosinami, bo tak nakazuje grzeczność. Kadzidło czuje się w czasie „Kropki nad i”, „Szkła Kontaktowego”, „Kawy na ławie”,”Faktów”, "Tak jest", oraz innych codziennych audycji. Dziennikarze mają nakazane, by ironizować, a nawet dezawuować wszystko to, co pachnie humanizmem, lewicowością, antyklerykalizmem czy też feminizmem. Dlatego by być w porządku ze swoim zapotrzebowaniem na wiedzę z pilotem w ręku przeglądam inne, niekoniecznie polskie stacje. Mniemam jednak, że węzły dyktatury kościelnej powoli zaczną się luzować, a może i wkrótce pękną. Tu i ówdzie słyszy się w tym temacie radosne sygnały, bo przecież Wszechmogący nie da się w nieskończoność ośmieszać czynami swoich urzędasów.

czwartek, 8 marca 2012

DOBRY DEN


Zafascynowany książką Mariusza Szczygła „Laska nebeska”, postanowiłem powrócić do tematów z jego opowiadań. Wprawdzie doskonale „poznałem” naszych sąsiadów z południa po przeczytaniu książki „Zrób sobie raj”, wystawianej obecnie w formie dramatu w teatrze warszawskim, której treść pokazałem na swoim blogu, który to z kolei został przez niektórych moich komentatorów sponiewierany jako tęsknota do społeczeństwa ateistycznego, wyzutego z podstawowych wartości jakie wniósł nam Polakom Kościół, to jednak dzisiaj akurat pławię się w treści „Laski nebeskiej”, czyli po naszemu miłości niebiańskiej. To książka która wzbogaca nas o wizerunek Czechów, od strony ich obyczajów i zachowań w stosunku do siebie. Nie będę opisywał incydentalnych przypadków związanych z ich humorem, nie tylko pokazywanych w sztuce teatralnej, powieściach i innych utworach literackich począwszy od Haska aż do Hrabala czy Viewegha, ale nawet tych zapisywanych na ścianach publicznych toalet, ale chciałbym pokazać tutaj tzw. kulturę współżycia Czechów względem siebie. Czy nie wydaje się Państwu dziwnym, że żaden Czech czy Czeszka nie przejdzie obojętnie obok innego Czecha czy Czeszki bez powitania słowem„Dobry den”. Na ulicy, w parku, w tramwaju i na rynku, już nie mówiąc nawet o tak bliskich kontaktach jak klatki schodowe czy wspólne windy. Ludzie pozdrawiają się tymi krótkimi słowy od rana i często wielokrotnie w ciągu dnia. Nie do wyobrażenia w Polsce. U nas zwykle, nawet wśród znajomych przechodzień czeka na to, by spotkany pierwszy się ukłonił. To takie polskie, prostackie, wielkopańskie. Inny wstydliwy przykład: Ponieważ ostatnio nie przekraczałem polskiej granicy lądem od strony naszych sąsiadów,więc nie mogę potwierdzić jeszcze jednego idiotyzmu, który ponoć w oczach innych, nas Polaków ośmiesza. Autor bowiem, pisząc o naszej polskiej megalomanii i wyjątkowości na tle Europy, a może i świata przytacza tenże wstyd. Mianowicie przekraczając granice państw czytamy napisy NIEMCY, FRANCJA, SZWAJCARIA, AUSTRIA, a w przypadku Polski - PAŃSTWO POLSKIE. Państwo. Brzmi jak państwo Lubomirscy, Czartoryscy, Radziwiłowie, czy też Komorowscy. A przecież kto przekracza naszą granice musi wiedzieć, że zamieszkują nad Wisłą też państwo Lepperowie, Kociołkowscy, Byczkowie, a nawet Jąkałowie i Kutasińscy. Napis oznajmujący, że wjeżdżamy do Państwa Polskiego jest więc wyjątkowo nas dezawuujący na tle innych narodów. Stąd mili „państwo” bierze się ten nasz prawie niezrozumiały dla innych nacjonalizm. Od takiej nazwy kraju jakże blisko do wznoszonych przez ONR haseł WIELKA POLSKA KATOLICKA. Tu należy szukać genezy naszych zachowań i stosunku do obcych, a nawet do siebie wzajem. Bo tu jest Polska!. Żaden Arab, Niemiec, Żyd, Ruski, a tym bardziej śmieszny Czech nie będzie nam zaszczepiał kultury. A jeszcze do tego nie daj boże homoś. Tu jest Polska!, wołają moherowi rodacy na błoniach Jasnej Góry w Częstochowie, w Licheniu i przed Pałacem Prezydenckim w kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej. Polak i Czech dwa bratanki, jeden do bitki i różańca, drugi z umiłowaniem do szklanki … Pilznera.

środa, 7 marca 2012

BALLADYNA I ALINA


Jak pisze wieszcz Juliusz S., obie siostry swojego szczęścia szukały w krzakach malin. Która więcej nazbiera tych smacznych owoców, ta poślubi księcia Kirkora. Tak postanowiła ich matka po tym, gdy bogaty i przystojny kawaler nie mógł się zdecydować, która ma być panią na jego zamku, bo też obie były niezwykłej urody. Jak to Polki, tym bardziej gdzieś tam nad Gopłem, gdzie do dzisiaj ponoć panny są najpiękniejsze. Sposób na wyłonienie kandydatki do łóżka Kirkora zdawał się być bardzo sprawiedliwy, a i mądry, bowiem owoców nigdy za dużo, choćby na zimowe zaprawy. Skojarzyłem te główne bohaterki dramatu z dzisiejszymi, na zmianę starającymi się o rękę pięknej damy w środku Europy czyli Polski. Tusk i Kaczyński to jedna rodzina, jak mówi przykościelno-diskopolowa piosenka. Obaj wywodzą się z tego samego pnia opozycji demokratycznej lat osiemdziesiątych. Co prawda żaden z nich nie siedział w pierdlu za politykę, ale coś tam rozrabiali na złość komunie. Losy obu potoczyły się jak w bajce. Obaj najpierw dokładali rządzącym organizując strajki i roznosząc wrogie władzy ulotki. Tusk nawet mógł je umieszczać na wysokich kominach bo miał tam „etat”. Każdy z nich stworzył niby swoją niezależną partię, ale losy i przekonania raz ich zbliżały, innym razem oddalały w zależności od interesów nie tyle partyjnych co raczej osobowych. Było więc Porozumienie Centrum, Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Wolności, wreszcie Platforma Obywatelska. Pan Jarosław nie przeskakiwał tyle po szczebelkach partyjnych, bowiem został w nagrodę za opór choćby „werbalny” wobec PRL, zatrudniony w kancelarii prezydenckiej u Wałęsy wraz z bratem Lechem. Niestety tylko do czasu, gdy główny lokator Pałacu nie zorientował się, że ma do czynienia ze szkodnikami. Założył więc Jarosław w ramach opozycji do prezydenta partię Porozumienie Centrum, którą ustawił tam gdzie stała Solidarność, innych zepchnął tam gdzie stało ZOMO. Podobno fundusze na działalność zdobywał z obsługi naszego państwowego zadłużenia FOZZ, ale tak do końca nikt nie wie jak było, bo nie sposób grzebać się wiecznie w podobnych świństwach. Następnie ci obaj politycy siłami swoich partii stworzyli parlament jako AWS- UW pod wodzą pięknego Mańka czyli Maryjana Krzaklewskiego. Swoimi rządami tak wkur..li społeczeństwo, że w najbliższych wyborach ten tandem uzyskał zaledwie 3%, przechodząc do historii jako skompromitowani. Od tego czasu swoje losy związali w odrębnych partiach. Donald w Platformie Obywatelskiej, Jarosław w Prawie i Sprawiedliwości. Dwaj bracia jakoby te dwie siostry ubiegające się o „rękę” Kirkora, po raz pierwszy stanęli naprzeciw siebie starając się o względy (głosy) społeczeństwa. Zatem już od dobrych kilku lat obaj biorą dzbany i idą zbierać głosy wyborców. Kolejny już raz udaje się to Donaldowi zebrać więcej, dlatego też on pełni już drugą kadencje rolę „księcia” , męża opatrznościowego narodu. Jestem pewien, że po kilku przegranych kontrkandydat najchętniej by postąpił jak Balladyna w stosunku do swojej siostry posyłając go w zaświaty. Niestety, tak jak stoi w dramacie, jest zbyt dużo świadków, by mogło się to bezpiecznie ziszczyć. Dzisiaj jest więcej Grabców zamienionych przez Goplanę w wierzby, nie tylko tych co to natchnęły Chopina. Tylko w bajce, chociażby pięknie ujętej w romantyczny dramat, może się spełnić mit Kaczyńskiego. On już żadnych wyborów nie wygra, bo i w malinach posucha. Zdaje sobie sprawę z tego Tusk. Zatem może jako premier praktycznie kłaść przysłowiową lachę na wszystko. Dlatego w gruncie rzeczy, co daje się zaobserwować w zestawieniu z jego expose cechuje go tumiwisizm, a nawet wyjątkowy obwistionalizm. Mógbym się z tego śmiać, bo właśnie przeczytałem kolejną pozycję literacką ulubionego autora książki pt.„Zrób sobie raj” Mariusza Szczygła. To „Laska nebeska”. Jest to zestaw reportaży z wędrówki po Czechach. Spotkania pana Mariusza z ciekawymi ludźmi z nad Wełtawy zaowocowały pięknym tekstem pławiącym się w dowcipie i humorze, jaki cechuje akurat ten pogodny, a jednocześnie mało zadziorny militarnie naród. Na przykład: Gdy dziennikarze i reporterzy poprzez swoich paparazzich ścigali na każdym kroku piosenkarkę Helenę Wondraczkową ukazując jej „starość i postępującą niby niedołężność”, jej mąż założył w internecie specjalną stronę, na której pokazywał owych dziennikarzy jako pijaków, obżartusów, seksoholików i złodziei, bowiem przyuważył, że jedna z reporterek ukradła gdzieś tam dwa kurze udka. O innej dziennikarce napisał że „leżała już pod wszystkim za wyjątkiem tramwaju”. Przypuszczam, że u nas po takich informacjach podanych publicznie, potoczyły by się niekończące się procesy sądowe. Jak wiadomo, Kaczyński, a więc ta tematyczna Balladyna bez przerwy siedzi na ławkach sądów krajowych. Czech się nie obrazi. Poniżej pępka wiszą mu też typowe dla Polactwa obrazy uczuć religijnych. Przechodzi do porządku dziennego z uśmiechem na ustach. Powszechne jest ich mądre spostrzeżenie, które zresztą wynika z ich narodowej świeckości i mody na ateizm: „Dopóki żyjesz, jedz, pij i śmiej się. Po śmierci już nie będziesz miał żadnej radości”. Otóż, w naszym kraju zaczadzonym wprost totalnym katolicyzmem, żałobami narodowymi z powodu choćby kolejowego wypadku o nieco większych skutkach, oraz rozpamiętywaniem martyrologicznym nad przegranymi wojnami i powstaniami, a także męką Chrystusa z rąk żydostwa, nie sposób zaszczepić czeskiego humoru i ich obyczajów.

niedziela, 4 marca 2012

BO ZA MOICH CZASÓW, PANIE .. TO


Tak zwykle zaczynają się opowieści zdarzeń z przed iluś tam lat, by nawet posługując się konfabulacją, dać do zrozumienia, że się swoje przeżyło i to w wyjątkowo ciekawych czasach..
Mój Ojciec zwykle zaczynał swoje opowieści od zdania: pamiętam, było to bodajże w trzydziestym czwartym, czy też piątym, bo akurat zmarł nasz ukochany Marszałek, który to obok narodu osierocił swoja kasztankę..itd..itp. Myśmy (ja z rodzeństwem) tych wspomnień słuchali z pewnym takim niedowierzaniem, ponieważ wydawało nam się, że to tak było dawno, że już na pewno jest to wcale nieważne. Jednocześnie spoglądaliśmy na opowiadającego jak na dinozaura z wątpliwościami, że jest mało możliwym, aby tak odległe czasy pamiętać i tak długo żyć. Podobny odbiór i zachowania towarzyszyły zapewne moim dzieciom, gdy swoją opowieść zaczynałem od słów: pamiętam jak dziś. Zdarzyło się to w pięćdziesiątym trzecim. Byłem w szkole. Na lekcję języka polskiego, jak jasny piorun wpadł dyrektor szkoły pan W., który łamiącym się głosem powiedział: Dzieci, stała się straszna tragedia, zmarł nasz najukochańszy ojciec, ojciec wszystkich wolnych narodów generalissimus Józef Wissarionowicz Stalin. Na twarzy pani nauczycielki wystąpił skurcz mięśni, które po chwili zaczęły drgać z coraz większą amplitudą. Oczy schowała pod chusteczką haftowaną w kwiatki, po czym w towarzystwie całej klasy odezwały się organy szlochu .Po minucie wymuszonej ciszy dla uczczenia zmarłego, pan dyrektor wyszedł do klasy sąsiedniej. Po chwili już obie klasy w specyficznym chórze lamentu dawaliśmy teatralny pokaz naszych umartwień i nieokiełznanego żalu. Po specjalnym apelu, którego celem było gremialne zapewnienie świata, że mimo tak ogromnej straty będziemy szli przez „niego” świetlaną drogą, zwolniono nas do domu. W ręku miałem gazety, zwykle co kwartał prenumerowane u listonosza tzn. „Gromadę Rolnik Polski” dla Ojca, „Przyjaciółkę” dla Matki, no i oczywiście „Świat Młodych” dla mnie z bratem. Gazety po drodze odbierałem z poczty, bo panu Czesiowi nie chciało się pedałować rowerem na odludzie gdzie mieszkaliśmy. Nie donosiły one jeszcze o „dramacie” narodów. Nie były jeszcze pokryte czarną szatą gdzieś tam na obwolutach i stopkach redakcyjnych, bo chociaż Stalin wyzionął ducha trzy dni wcześniej, to wiadomość, nawet do redakcji dotarła z zaplanowanym przez Radę Najwyższą ZSRR opóźnieniem. Jak ty wyglądasz synku, pyta ojciec widząc mnie spłakanego i łkającego jak po otrzymanym porządnym laniu. Szarpiąc wypowiadane wyrazy na ledwo trzymające się kupy sylab powiedziałem. Mamo, Tato umarł Józef Stalin. W tym momencie sądziłem, że z tą chwilą nastąpi rodzinny spazm. Tymczasem Ojciec udał się do Mamy, która coś tam pitrasiła w kuchni. Za chwilę usłyszałem eksplozję śmiechu i dziwnego dla mnie rozbawienia. Nie rozumiałem co się dzieje, bo sądziłem, że z chwilą zdjęcia z pleców deczki z książkami, bo była z deseczek, uklękniemy do modlitwy za duszę zmarłego, jak to było w zwyczaju, gdy ktoś nam bliski odchodził do „domu Ojca”. Tymczasem mój Ojciec, a wasz dziadek przytulił mnie i powiedział: Synku, toż to nie mogła nas wszystkich spotkać większa radość. Może w końcu wujek B, wujek L. i ciotka S. wyjdą z więzień, bo jak wiadomo dwu pozostałych już pochłonęła ziemia. Zapamiętajcie sobie, zdechł największy w historii obok Hitlera zbrodniarz! A jak ty myślisz, dlaczego ja, twój, wasz ojciec siedziałem w ciechanowskim więzieniu, przecież nikogo nie zabiłem, nikomu żadnej innej krzywdy nie wyrządziłem. Wystarczyło, że jeden z drugim prostak z UB sprowokował mnie podstępem bym wziął do ręki banknot z Waszyngtonem. Obok stali ci co mieli mnie aresztować na tzw. gorącym uczynku. To dlaczego nic nam Tata nie mówił wcześniej?, zapytałem. W odpowiedzi usłyszałem, że jeszcze o wielu rzeczach nie wiecie i na razie nie powinniście wiedzieć. Przyjdzie na to czas, daj Boże. Jak wiadomo tak naprawdę, to tenże czas nastąpił dopiero po 1989r., chociaż akurat o zbrodniach stalinowskich mówiono już bardzo otwarcie po roku 1956, gdy Gomułka ponownie znalazł się na szczycie władzy, a w ZSRR odbyła się XX Zjazd KPZR z Chruszczowem na czele. Zwykle przy niedzielnym obiedzie snuł wiele opowieści. Pamiętam też jak Ojciec z dumą wspominał swoją zabawę sylwestrową na parkietach pałacu pana hrabiego Jana Malczewskiego właściciela majątku w Bądkowie. Tam zaprowadził swoją małżonkę, moją Matkę raz jedyny i ostatni, bowiem za „chwilę” wybuchła wojna. Być może po tej jakże udanej zabawie mnie poczęli. W pałacu znalazł się na zaproszenie pana hrabiego z którym jako majętny i dobrze wykształcony, jak na owe czasy rolnik i ogrodnik świecił przykładem poprawnego gospodarowania. Tą opowieścią w moich oczach na moment stawał się podobnym bohaterom z okresu I RP w wielu już przeczytanych książkach ze szkolnej biblioteki. Nawiasem mówiąc ja osobiście jak i mój brat w owym pałacu, niestety już bardzo zaniedbanym mieliśmy lekcje, bo właśnie w nim powstała szkoła powszechna, bo tak brzmiała jej powojenna nazwa w początkach PRL. Tam też obejrzałem pierwsze filmy dzięki kinu objazdowemu. Na inne filmy, choćby „Rejs” musiałem jeszcze długo czekać. Nawiasem mówiąc, ja w opowieściach moim dzieciom także, przypominając sobie Ojca pałacowe pląsy pochwaliłem się sylwestrową zabawą w innym pałacu należącym z kolei do przedwojennego szlachcica niemieckiego szczycącego się tytułem von grafa w miejscowości U. położonej w Wielkopolsce. Graf, tak jak wszyscy właściciele ziemscy, tym bardziej jako Niemiec, uciekł z Polski z chwilą wejścia Rosjan. Ten pałac, oraz otaczający go park, niestety też już był bardzo zniszczony przez mieszkańców i członków spółdzielni produkcyjnej. Obok sali balowej zamieszkiwali w nim dawni mieszkańcy czworaków. Był tam też sklep wiejski. Dzisiaj jest odbudowywany przez jednego z muzyków zespołu Eleni. I tak oto moje wspomnienia, którymi nasycałem głowy moich dzieci były jednako postrzegane, jak wspomnienia mojego ojca przeze mnie. To tak jakby jakoweś bajeczki, albo może typowe bajdurzenia starszych, by popisać się przed nimi, lub dać im do zrozumienia, że to co robi dzisiejsza młodzież, nie jest najlepszym wzorem dla następnych pokoleń. Wydaje nam się, że opowiadając im o zdarzeniach dla nas miłych, a nawet może i ważnych, wpoimy im cechy przyzwoitości i szlachetności, a to nieprawda. Każdy czas ma swoje przewartościowania. Niepodobne do siebie i mało się uzupełniające. Ponadto młodzież jest różna w swej mentalności. Jedni podobne bajdurzenia chłoną z ciekawością, dla innych z kolei są to rzeczy nie ciekawe, nawet mało pojęte , wręcz może nawet imponderabilia.
Tekst ten napisałem z okazji radosnej, marcowej rocznicy śmierci kata narodów Stalina, a i na inne przy okazji wspomnienia mi się zebrało.

czwartek, 1 marca 2012

PRZENICOWANIE


Przyszło mi na myśl pewne skojarzenie. Pewna asocjacja. Przyrównałem bowiem, choćby dla zabawy moje władze krajowe, oczywiście w wielkiej przenośni, do jesionki, płaszcza, czy też innego okrycia wierzchniego narodu. Jak wiadomo w 1944-5 roku okrycie owo uszył nam marny krawiec moskiewski nazwiskiem Stalin na zamówienie naszych przedstawicieli o przekonaniach skrajnie lewicowych. Ciuch, jak to ciuch, szyty nie na miarę, był mało wygodny w czasie jego przyodziewku i nieco ciasny jak dla wszystkich zamieszkujących nad Wisłą, a przede wszystkim niemodny. Lekko znoszony, ale i fatalnie ufajdany reżimem. Odświeżyliśmy go w 1956, tylko dzięki temu, że główny krawiec i kreator naszej mody zmarł. Po tym sanitarnym zabiegu służył nam mimo niedoskonałości do roku 1970, a następnie chociaż mocno rzucających się w oczy oznak zużycia, aż do roku 1980. Wcześniej okazało się, że w 1968 roku nie pozwolono jej nosić Polakom narodowości żydowskiej. Od tego roku wielu z nas czyniło masę zabiegów, by postarać się o całkowicie nową, uszytą gdzieś tam na Zachodzie zgrabną jesioneczkę. Pomimo pragnień nie było nas na to stać, mimo wrzawy 10 milionów rodaków zrzeszonych w związku Solidarność. Dziewięć lat staraliśmy się o ten nowy ciuch. Niestety bieda spowodowana strajkami wybiła nam z głowy owe marzenia, tym bardziej, że pozostali przy życiu inni krawcy moskiewscy, którzy mieli pieczę nad naszymi potrzebami, też nie bardzo łaskawym okiem patrzyli na nasze potrzeby garderobiane. Stan wojenny, a następnie Okrągły Stół naszych narodowych sił politycznych, mimo całkowitej degrengolady gospodarczej zdecydował o odnowieniu jesioneczki. Skoro nie stać nas było na zakup nowej, chociażby dzisiejszej podróbki „made in China”, (mam na myśli wolny rynek), trzeba było te starą po prostu przenicować, czyli jej wierzch, a więc naszą klasę rządzącą schować do środka, zaś watolinę z poszewką, czyli tych co to pozostawali w odwiecznej opozycji wydobyć na wierzch. Byli oni też już mocno potencjalnie „znoszeni” latami walki o władzę i pobytem w izolacji, często w karcerach. Chociaż jak wiadomo spodnia część garderoby nie ulega tak wielkiemu zniszczeniu jak jej wierzch, który przez blisko czterdzieści lat był łatany, a i mocno już ufajdany kompromitującymi plamami. Te brudy to obowiązująca cenzura, nieudolnie planowana gospodarka, ograniczenia w możliwościach wyjazdu za granice, rozbudowane służby specjalne, kartkowa sprzedaż towarów reglamentowanych, (Boże, wódeczka od 13.00), nieekonomiczny eksport naszych dóbr narodowych, wreszcie izolowanie w aresztach głośnych opozycjonistów. Tym razem władze skorzystały ze wskazówek krawców zachodnich (Reagan, Thatcher) przy cichej akceptacji Gorbaczowa i wzorem gospodarki kapitalistycznej przenicowania naszej jesionki dokonaliśmy sami, bez udziału dyktatorów moskiewskich, pomimo siania z ich strony postrachu zbrojnego. Wszyscy ci, którzy zdobili wierzch naszego dotychczasowego okrycia, z wyjątkiem połaci mocno nie zapaskudzonych zgnilizną i łatkami ustrojowymi, wykorzystaliśmy do wzmocnienia wydobytej na wierzch watoliny z podszewką, bowiem cały ten ciuch, by się nam w przeciwnym razie rozleciał. Jak wiadomo, materiał ten nie jest zbyt odporny na niepogodę polityczną, a taka nam niestety groziła. Dzisiaj po następnych dziesięcioleciach nasz płaszcz ochronny pokryliśmy całkowicie nowym materiałem, chociaż niekoniecznie najlepszym, ale na tyle schludnym, że przyjęli nas do Unii Europejskiej. Ciekawa też była kolorystyka naszego narodowego płaszcza. Pierwszy był w kolorze mocnej czerwieni. Z biegiem lat płaszcz przybierał kolory bardziej stonowane aż do dziś. Obecnie jest to kolor czarny z wypustkami z fioletu. Wielu nowych chętnych do strojenia się, nigdy nie powinno zakładać go na swoje ramiona. Cała hałastra z partii Kaczyńskiego i pozostała czereda związana z ojcem Rydzykiem, grająca na szkodę państwa, a więc i jego „płaszcza”, który przy każdej okazji obrzucają błotem, liczy na to, że ciuch ten zgodnie z ich najświętszym pragnieniem podrze się do reszty. A wtedy oni wraz ze wspomnianym zakonnikiem uszyją nam coś, co będzie na nas leżeć wedle mody dyktowanej przez takich modeli jak Ziobro, jak Romaszewski, jak Cenckiewicz, jak abp Michalik, jak Hofman, jak Brudziński i wielu wielu innych, którym śni się jeszcze jedna rewolucja ustrojowa w Polsce. I całe te didaskalia do tematu pod tytułem PRZENICOWANI, nie miałyby żadnego zasadniczego znaczenia, gdyby nie było w nich dramatyzmu związanego z ciągłą walką o władzę.

SZCZERZE?. NO TO SZCZERZE.

O sobiście sądziłem, że komitet centralny PiS z "I sekretarzem" Jarosławem Kaczyńskim wystawi kolejny raz, czyli do usranej śm...