wtorek, 29 listopada 2016

DOBRA. POWIEM CO MYŚLĘ


Zanim mnie ukrzyżujecie to powiem co myślę. A jest tak jak donoszą poważne media które tytułuję, DOBRYMI (PRASA), której do ręki nie weźmie żaden PISdzielczyk, często z powodu braku zrozumienia treści, ale bardziej dla uszanowania świętych postanowień prezesa Polski. Otóż mój, jako niebywale spokojnego człowieka ład wewnętrzny, mocno naruszają wieści typu:
-1). Zalewska, Macierewicz, Waszczykowski, czy Błaszczak są jak bohaterowie gry komputerowej, czyli nieśmiertelni. Nie łudźcie się, że odejdą w niesławie po kolejnych wyborach. Dziennikarze im na to nie pozwolą. Będą zapraszać do studia jako ekspertów- nawet po politycznej śmierci. Tak jak Leszka Millera, który w prawdzie od dawna nie ma wpływu nawet na własną partię, ale dobrze wypada przed kamerami. Albo Kazimierza Marcinkiewicza, który pozostaje dla dziennikarzy jednym z najbardziej wiarygodnych ekspertów, od polityki do mydła a nawet kadzidła. Mniemam, że ten zwyczaj nie dotyczy wszystkich „mędrców” obligatoryjnie. Nie wyobrażam sobie w przyszłości pani paraprofesor Pawłowicz, albo senatora bacę o drobiowym nazwisku. Chyba, że z okazji halloween, bo wiadomo, że kury pieją gdy nie mają koguta.

                Wdowa nr 1.
-2). Dwie z najbardziej aktywnych i zachłannych wdów smoleńskich to Beata Gosiewska i Ewa Błasik. Bez najmniejszego wstydu i zażenowania zażądały odszkodowania w wysokości 6 i 3 mln. złotych. Obie wdówki zachęcały do przeprowadzenia ekshumacji, po czym w ich pozwach, jako jeden z powodów roszczeń znalazł się STRES, jaki nieutulone z żalu mimo upływu 6 lat od katastrofy niewiasty przeżywają w trakcie ekshumacji.
                Wdowa nr 2.
Przypomina to sen pijanego wariata. One nie zwracają uwagi na takie duperele. Dla kasy liczonej w milionach gotowe są ośmieszać się na okrągło i zresztą to robią. Dodam, że zapewne tę kasę dostaną. W całości lub na raty, bo to bardzo bogobojne damy. Widziałem, że pani Ewa podczas nabożeństwa była tak rozedrgana, że sam pan prezydent trzymał ją za rączkę. Fortuna kołem, a raczej wieńcem żałobnym się toczy.
-3). Zapewne cała Europa już usłyszała, że w Polsce (tej Polsce) żyje ludzkie stworzenie w ciele kobiety z mandatem poselskim PIS o bardzo mało „apetycznym” nazwisku pampers, (pardon) Pielucha, z przekonania służebnica chrystusowa, oddana dwom panom. Jako wdowa wielbi właśnie nowego króla Polski Jezusa i starego prezesa Jarosława, który z kolei powiada o swej podwładnej, że jest ona młodą kobietą, za to starą towarzyszką.
                   Pielucha , też wdowa.
Przypomina mi to już historyczne relacje Millera z Jakubowską, Jakubowska to posiadaczka dobrego serca ulokowanego w kształtnej piersi, zaś ta cała Beata Mateusiak-Pielucha to była starościna powiatu pajęczańskiego, który to zadłużyła na kwotę 5 milionów złotych. Ścigana przez CBA. W tej sytuacji uciekła do Sejmu, a wierny Jezusowi i jej, lud to umożliwił, w podzięce, że wystarała się o przyjazd do Pajęczna samego Jarosława, zbawcę Polski. Przyszły tłumy. Z chwilą otrzymania mandatu poselskiego poobsadzała wszystkie stanowiska w powiecie swoimi ludźmi z PIS, zgodnie z główną ideologią rządzącej partii. To taka mała działalność posłanki o zasługach etymologicznie zbliżonych do drugiego członu nazwiska przed porannym przewinięciem następcy tronu. Dziś ta Pielucha słynie najbardziej z głoszonej teorii, bowiem jako zwolenniczka broni w każdym domu, ONRu i JPII, proponuje Sejmowi uchwalenie ustawy, która powiada: że wyznawcy innych religii niżeli katolicyzm, ateiści i pozostali odszczepieńcy powinni podpisać lojalkę wobec Kościoła, iż są gotowi wyznawać jego wartości. Uchylający się od tego nakazu, won z kraju. Powinni być w trybie pilnym deportowani. Jak się zorientowałem na Facebooku, większość moich rodaków chce do Kanady lub Skandynawii. A Pielucha?. Pielucha, wiadomo do czego służy.
                                           Prof.Gliński. Władca czy dysydent
-4) Się narobiło, że ja cię! Gliński, profesor i minister od kultury obsobaczył telewizję publiczną, zwaną telewizją narodową w skrócie Kurwizją. A stało się to po tym, gdy TVP nie spodobały się szczere  Glińskie przeprosiny dwojga działaczy organizacji pozarządowych, a konkretnie pociech Rzeplińskiego, sędziego TK i Komorowskiego, byłego prezydenta Polski. To nie mogło się podobać naczalstwu PIS, a tym bardziej telewizji ustawianej przez Kaczyńskiego. Gliński, jak przystało na profesora od kultury poczuł się urażony insynuacjami ze strony posłusznych Kurskiemu dziennikarzy i zbeształ Publiczną publicznie. Oj będzie się działo. 



czwartek, 24 listopada 2016

ZARAZA



Żyjemy w państwie skażonym. W państwie, gdzie władza jest zarażona pragnieniem odwetu na swoich poprzednikach. Odwetu totalnego, za wszelką cenę. Choćby się waliło i paliło, aż do skutku, aż do wypalenia ostatniej drzazgi, która uwiera rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tych drzazg jest wiele i tkwią w "rzyci" prawie wszystkich członków kaczej partii. Każdy może to zauważyć, gdy wiercą się energicznie na krzesłach podczas wywiadów telewizyjnych i w czasie przeróżnych audycji publicystycznych.
                         Duda i dupa,
 

Gorzej, że te tkwiące w ich pośladkach drzazgi są zatrute czymś śmiertelnie nieuleczalnym, niby chore dziki przekraczające naszą wschodnią granicę. Wszyscy, jak jeden mąż mają w swoich organizmach to samo świństwo, począwszy od członków rządu na ich wyborcach skończywszy. A może to jakiś nie do końca zdiagnozowana zaraza, albo, co nie daj Boże, rak o politycznych bakteriach, może jakaś toksoplazmoza?.. Kiedy to paskudztwo się poczęło. Jak to kiedy!, za czasów Platformy, proszę „kolestwa”, partii która olewała wiele przypadków łamania prawa, przypadków rozmydlania błędów władzy gdy zarzucano jej niegospodarność, rozrzutność z ośmiorniczkami w tle, czy też aferę Amber Gold. A Kaczyński nie zasypiał gruszek w popiele. Cały okres 8 letniego panowania Tuska a po nim Kopacz, to okres wychwytywania i zapisywania przez agentów PIS z Kamińskim i słynnym agentem Tomkiem na czele, negatywnych przypadków, które dzisiaj wykorzystują pisowcy w celu obrzydzenia społeczeństwu siostrzanej partii prawicowej. Prawicowej niby z nutką liberalizmu, czyli Platformy Obywatelskiej. Sam jesteś sobie winny Grzegorzu Dyndało, można by powiedzieć. Zamiast posadzić głównych winowajców czyli Ziobrę i Kamińskiego za śmierć posłanki Blidy i wiele innych paskudnych posunięć w ustawianiu sobie wiernych prokuratorów, to na czele komisji sejmowej powołanej w tej sprawie, Platforma posadziła człowieka z tzw. wewnętrznej opozycji, gdzie główną rolę grał Gowin, dzisiejszy minister rządu p. Szydło. Chodzi oczywiście o posła Andrzeja Czumę, który mimo przynależności do PO był zatwardziałym miłośnikiem

                  Po wypadku Szydlo 

Kaczyńskiego, a który uczynił wszystko by zamieść sprawę pod dywan. Zresztą Kamiński to bohater narodowy, bo rzucał jajami w prezydentową Kwaśniewską pod Pałacem Elizejskim. Błędem niewybaczalnym Tuska było nieodwołanie Mariusza Kamińskiego ze stanowiska szefa CBA po oskarżeniu a jakże prokuratorskim co umożliwiło pisowskiemu prezydentowi oczyszczenie go ze wszystkich zarzutów. Wiele takich błędów poczyniła Platforma, choćby milczenie po słynnych taśmach nagrywanych gości z PO przez przekupionych kelnerów na użytek PiS. Podobnie działo się w restauracji „Pędzący Królik”. W miarę zjadanych porcji ośmiorniczek narastał w głowach pisowców szaleńczy gniew odwetu, choćby po skandalu z reprywatyzacją. Dobrze opracowany




plan przejęcia władzy poprzez bajeczne obiecanki, oraz publiczne obnażanie rządu PO z tzw. „nicnierobienia” na rzecz obywateli przyniosły sukces partii Kaczyńskiego we wszystkich wymiarach, bo „Jarosław Polskę Zbaw” dostał w łapy zarówno parlament jak i prezydenturę. Pozostał mu na tym torze przeszkód tylko Trybunał Konstytucyjny, który zapewne też uchwyci w swoje szpony, bo opozycja słaba jak wypalona bateria, oraz Konstytucja, którą zreformuje według swojego gustu. W tym celu zjednał sobie tzw. suwerena, którego ogłupił ochłapem pieniężnym i religią smoleńską czyli wprost niebywałymi kłamstwami wciąż generowanymi poprzez macierewiczowskie komisje złożone z fachowców parówkowych, kosztem milionów złotych z budżetu państwa. Jedno już stwierdzono, mianowicie wybuchu w TU-154 nie było, bo zwłoki prezydenckie na Wawelu leżą w całości i bez śladu prochu. Nie trudno więc dostrzec, że zaraza, która jest sentencją tego posta ma swoją genezę w nieuleczalnej chorobie psychicznej Macierewicza, który jako zastępca Kaczyńskiego gra rolę propagandzisty, wypisz wymaluj NSDAP. Ten niestety według połowy Polaków, zwariowany człowiek, gotów jest podpalić państwo wzorem Reichstagu, by potem w całkowitym zagrożeniu gasić je siłami wojsk obrony terytorialnej złożonej z wielbicieli

                                     Zalatwi??
zbrodniarzy zwanych żołnierzami wyklętymi, oraz kilkoma śmigłowcami produkcji made in USSR. Wykonania rozkazu zapewne odmówią Macierewiczowi i Błaszczakowi m.in. strażacy emeryci, którym zabierane mają być emerytury, za służbę w PRL choćby przez jeden dzień. Cóż, z zarazą, która zwie się różycą, lub afrykańskim pomorem dzikich świń państwo sobie poradzi, bo wystarczy po prostu je wybić i z utylizować, gorzej z niezdiagnozowaną do końca zarazą która opanowała pogłowie PiS, bo tu w przypadku walki z nią, zadziałają ewangeliczne przesłanki, a mianowicie tzw. wartości życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Króluj nam Jezu króluj. Amen.



poniedziałek, 21 listopada 2016

KONIEC CHICHOTU?. NIE!


Pośmialiśmy się, ale to niestety nie koniec. Zaprawdę powiadam Wam, od czasu gdy wybory wygrała partia PiS, było i nadal jest z czego ryczeć. Co prawda teraz nastaje czas smuty, bo rządzący muszą odkryć karty, którymi mamili społeczeństwo, szczególnie zaś te sześć milionów naiwnych, wiernych, niestety bardzo miernych. (Patrz, przykładowe zdjęcie).Wielu podobnych dostało się nie tylko do Sejmu, ale też do rządu Beaty Szydło. Był czas gdy śmiech ogarniał czytelników wolnej prasy i innych mediów informacyjnych. Ja na swoim blogu też sobie pozwalałem na uszczypliwości oraz satyryczne komentarze na temat ostatnich wydarzeń, szczególnie na styku państwo - Kościół, który to jak zauważyć można nawet chorym wzrokiem zgłupiał do reszty. Mam na myśli ciągnące się już od dość dawna przepychanki ideologiczne na temat płodów, a dokładnie poczęć. Nie mogłem się uchronić od pokusy ubrania tego tematu w tekst satyryczny, wręcz ośmieszający nie zważając na te 30% zezłoszczonego na mnie społeczeństwa z rozumem poniżej najbardziej dolnej skali miernika IQ. Co prawda dalej mamy okazję się uśmiechać oglądając kurwizję czyli narodową TV Kurskiego, ale coraz bardziej czynimy to z cmentarną łezką w oku. Jak wielu moich rodaków, nie oglądam pseudomądrości zmieszanych z wyjątkową złośliwością wiernych Kaczyńskiemu dziennikarzy, ale wiem dużo choćby z codziennej liberalnej prasy i są to informacje stawiające na sztorc każdy włos na głowie. Czy się wtedy uśmiecham?, nie, bo grożą zajady, raczej staje się jeszcze bardziej posępny. Bo trzeba było aż sześciu lat by pogłowie osobowe PiS zrozumiało że jednak żadnego zamachu w Smoleńsku nie było, o czym jestem przekonany kaczyści wiedzieli od początku, ale wykorzystali tę religię by jeszcze bardziej ogłupić swoich wiernych baranów, podobnie jak egipscy kapłani.  
Przekonali się o tym gdy zajrzeli do trumien pary prezydenckiej. A żeby niewierni Tomasze uwierzyli trzeba było „rozdupczyć” drogi sarkofag i zbudować nowy kosztem setek, a może milionów złotych. Ale co tam, to są pieniądze podatników a nie ich własne, chociaż ponowny pogrzeb miał się odbyć skromnie wyłącznie z udziałem najbliższej rodziny czyli zgrzybiałego brata „poległego” i oczywiście żywotnej bratanicy. Wróć! Chyba już nie poległego a po prostu ofiary wypadku komunikacyjnego, bo takie słowa usłyszałem z ust pisowskich notabli podczas ostatnich przemówień. Ktoś powie, to była tylko pomyłka. Pomyłka?, która w sumie kosztowała państwo wiele milionów złotych odszkodowań i końca nie widać, bowiem wdowy smoleńskie, jak to się mówi o rodzinach ofiar z PIS wciąż domagają się dalszych pieniędzy, choćby taka Gosiewska, jedna z żon „poległego” z którym żyła w separacji. Aby zbudować nowy sarkofag, sprowadzono z Włoch specjalny marmur. Taki sam pod jakim spoczywa (już bez relikwii) w Watykanie nasz rodak Karol Wojtyła, bardziej znany jako św. JPII, pogromca komunizmu oraz opoka pedofilów. Z tej okazji pan prezydent miał pełne ręce roboty, bowiem ledwie co zdążył odczytać lub nauczyć się na pamięć tekstów, by wygłaszać kolejne pełne patriotycznych uniesień okolicznościowe mowy. Nieważne czy mówił prawdę, bo akurat prawdy w jego głosie było niezbyt dużo ważne, że się napuszył i gadał. Kłamał, gdy z okazji święta Niepodległości powiadał, iż w okresie II RP czyli w latach 1918-39 uroczyście obchodzono datę odzyskania niepodległości, bo jak myślącym, a tym bardziej czytającym wiadomo, święto to Sejm zatwierdził dopiero w 1937 roku, o czym już pisałem. Można by jeszcze wiele piarowskich sztuczek wychwycić z „pogaduszek” pana prezydenta, ale po co mu mieszać w głowie, skoro podczas studiów tyle namieszały mu wypociny IPN. Pan prezydent dzięki przemówieniom wygłaszanym na stojąco ma okazję na oddech, jako że przez dużą część doby przyjmuje pozycję klęczącą.
Otoczony ściśle przez biskupów i arcybiskupów stanowi jądro polskiej podległości Watykanowi. Tak też było w Łagiewnikach w niedzielę, kiedy to uroczyście przyjął akt poddaństwa nowemu królowi Polski, czyli Chrystusowi. Ile będzie nas dodatkowo kosztował ten dwór królewski z żywym Dziwiszem na czele, tego nie policzy nawet minister od finansów. Co prawda społeczeństwo oczekiwało, że z powodu wprowadzenia w Polsce ustroju monarszego Duda natychmiast abdykuje, bo akurat wiadomo, że w ustroju podobnym prezydent jest zbyteczny, ale nic takiego się nie stało i będziemy mieli dualizm władzy, a możnaby obniżyć koszty utrzymania tego monarchy. Ciekawostka, którą trza umieścić w księdze Guinnessa. Cała ta maskarada ma swoje tłumaczenie. W kraju gdzie gospodarka upada z powodu całkowitej degrengolady decyzji rządowych odnoszących się do reform m.in. służby zdrowia, szkolnictwa, rolnictwa, górnictwa i stosunków międzynarodowych, z którego uciekło już trzy miliony naszych rodaków za chlebem, wierzący spodziewają się, że nowy król zgodnie z przypowieściami ewangelicznymi cudownie rozmnoży chleb by nakarmić głodnych, a przy okazji napoi ich gorzałą przeistoczoną z wody, której akurat mamy chwilowo dostatek. Zadaję więc sobie pytanie, które powtarzam co chwilę: Gdzie my, Polacy żyjemy, bo świat patrzy na nas jak na średniowieczne dziwolągi, które zaistniały w kraju nad Wisłą w XXI wieku. W wieku, który zapisze się zdobyciem kosmosu. W wieku, który gotów jest opanować całkowicie chirurgię i szereg dotychczas nieznanych chorób, nasze społeczeństwo skazane jest na wyznawanie ciemnoty, zacofania i guseł. W kraju dobrze sobie żyje z ludzkiej ciemnoty kilka tysięcy wróżbitów, którzy to mają
swój stały program w telewizji. Rząd i prezydent chylą czoła przed zjawiskami paranormalnym, przed postacią mityczną, zmarłą ponad 2 tysiące lat, do tego Żydem z krwi i kości, czyli postacią wywodzącą się z nacji najbardziej znienawidzonej przez katolicką młodzież skupioną wokół ONR i innych organizacjach parafaszystowskich. Paranoja i żenada. Jeden tylko kłopot, a mianowicie kto zasiądzie na tronie Polski, gdy pan Chrystus abdykuje, bo tak może być, gdy wzorem króla Henryka Walezego bardziej dokładnie przyjrzy się społeczeństwu, co to tak uparcie, wręcz na siłę obdarza Go zaszczytem, stawiając pomniki Jego postaci choćby na razie w Świebodzinie i ponoć w Zabrzu. Na razie chleba a nawet bułek starcza dla wszystkich, gorzały też, dlatego dobrze by było gdyby nasz nowy król nastawił się na cudowne rozmnażanie pieniędzy, szczególnie w obcych walutach, (franki szwajcarskie) by uratować program 500+ i wiele innych zapowiedzianych przez rząd plusów, a więc narodzie katolicki, na kolana! wzorem pana prezydenta i całego natchnionego Duchem Świętym rządu.

czwartek, 17 listopada 2016

CZŁOWIEK TO BRZMI DUMNIE



Zależy który człowiek. Czy ten sprawujący władzę, czy też ten grzebiący w śmietnikach w poszukiwaniu posiłku, ale okazuje się, że najdumniej brzmi słowo człowiek w odniesieniu do ludzkiej zygoty, czyli połączonych obu gamet, męskiej i żeńskiej. Słowem, „człowiek” świeżutko poczęty, a nawet już wypoczęty, wypisz wymaluj M. Jurek albo inny Waszczykowski lub Błaszczak. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się Państwo, w jakich okolicznościach przyrody zostaliście poczęci?. Kiedy rzucono ziarno z którego wyrośliście i drepczecie po drogach i bezdrożach życia aż do dziś?. Bo mnie akurat to przyszło do głowy dzisiejszego wczesnego ranka, gdy obudziwszy się przedwcześnie (chyba z powodu atmosferycznych wiatrów, nie moich) pomyślałem nad drogą życia. Co by nie mówić, najpierw musimy być poczęci, właśnie w różnych okolicznościach przyrody, jak mawiał Himilsbach. Na polu, w lesie, w pociągu, na drągu, w stodole na kole, w kinie w Lublinie, na Helu w hotelu i bodaj praktycznie wszędzie, powiada piosenka Andrzeja Sikorowskiego i kilku innych artystów, ale najczęściej jednak zakosztowując odrobiny luksusu, czyli na łożu w ciszy domowej. Dzisiaj, gdy dumam nie tyle o poczęciu, a bardziej o wypoczęciu rozważam ów dylemat, który nie rozwikłałem u źródła, czyli za życia rodziców, a szkoda. Ponieważ urodziłem się w sierpniu, przeto musiałem być poczęty (wyrażam się zgodnie z nauką ewangeliczną, w języku prawicy rządzącej krajem), w okolicach przełomu listopada i grudnia roku poprzedniego. Być może nawet stanowiłem radosny prezent podchoinkowy dla moich dziadków. W każdym razie moje poczęcie to owoc miłości młodego małżeństwa w wieku 16 i 24 lat. Czy radosny to był owoc, nie wiem, bowiem Polska już znalazła się pod okupacją niemiecką a być może gdy wiłem sobie gniazdko w brzuszku Mamy, Hitler odbierał w Warszawie defiladę żołdaków Wermachtu, co niezbyt dobrze zapowiadało moje szczęście po wydostaniu się na świat. A było to poczęcie zwykłe, tradycyjne „analogowe”, nie żadne tam
niepokalane czy też anielsko objawione. Zaraz, gdy owe poczęcie nastąpiło, Ojciec wraz z sąsiadem wsiedli na rowery i udali się na wschód by nie trafić w ręce okupantów, na wywózkę do Rzeszy. Po kilku tygodniach, gdy tylko zasmakowali „gościnności” Ukraińców porzucili rowery i pieszo, nocami poprzez lasy i zboża wracali do okupowanego kraju. Do żon i dzieci, do tych pól malowanych posrebrzanych żytem, tymczasem pokrytych śniegiem. Wrócił więc niby żołnierz z rozbitej polskiej armii, która to nie oddała ani guzika jak zapowiadał minister Beck. Gdy nastąpiło lato pojawiłem się na świecie jako syn pierworodny sadownika i gospodyni domowej. W tym czasie połowę naszego domu już zajmował Wermacht, a więc nie było nawet mowy by hucznie świętować narodziny nowego członka rodziny. Chrzest odbył się późnym wieczorem w kościele parafialnym z rąk proboszcza i na prędce znalezionych rodziców chrzestnych. Jako dość cherlawy człowieczek, powoli stawałem się chłopcem, który fizycznie zadowalał rodziców, jako że oddychałem dobrym powietrzem otaczającym sad i domostwo oraz spożywałem owoce w ilościach nieograniczonych, oczekując na pojawienie się rodzeństwa. I tak oto dalej potoczyło się moje mało ciekawe życie, które w przeróżnych konfiguracjach opisywałem na blogu. W tym momencie powtórnie zasnąłem, by dopiero po dwu godzinach wstać na już gotowe śniadanko. Nie zanudziłem Państwa?. Jeżeli tak to najmocniej przepraszam, ale jak wszyscy wiemy, moment poczęcia dzisiaj w katolskiej Polsce stanowi świętość nad świętościami, trzeba więc poświecić mu kilka słów, zanim człowiek się urodzi, a tym bardziej zanim zmądrzeje.

poniedziałek, 14 listopada 2016

OBESZLIŚMY

       Klika. On tu w Polsce a brat tam.Zarozumialcy (Fb)
Solidarnie jak jeden mąż, wszyscy Polacy obeszli święto odzyskania Niepodległości, również święto Wolności, szczególnie od nędzy umysłowej, którą zafundowali nam zaborcy, a która w wyraźnej pozostałości tkwi w części społeczeństwa, mimo wzrostu ilości przybytków nauki, szczególnie tych prywatnych, na których prowadzeniu można zarobić krocie nie dbając o poziom przekazywanej wiedzy, którą w sposób niechlujny wtłacza się swoim studentom. Wśród absolwentów takich uczelni mamy, wzajemnie się wspomagających półinteligentów, półdyplomatołków, a nawet półidiotów, których żadna szanująca się instytucja nie chce zatrudniać. Zostaje im tylko poselstwo albo senatorowanie wzorem Stanisława Koguta. Jedynym wyjściem dla co bardziej zaradnych jest wyjazd na zmywak do Europy zachodniej. Ponoć                        
                
           

Anglia jest jednym z niewielu krajów, w których brudne gary myją absolwenci wyższych uczelni z tytułem magistra z Polski. Gdyby w kieszeni mieli doktorat tych uczelni, to już by mogli starać się o bardziej „czystą” robotę, np. kelnera, albo szatniarza. Zanim jednak odpracują te dziesiątki tysięcy złotych wsadzone do kieszeni właścicieli szczęśliwie ukończonych uczelni to jednak potrwa. Obeszliśmy jako naród te radosne święto, wyreżyserowane zgodnie z pomysłem rządzącej partii politycznej z pigmejem na czele. Wszystko co najważniejsze działo się w stolicy, chociaż nie do końca. PiS który się spodziewał na czym będą polegać tradycyjne przemarsze Polaków, w tym burdy, uciekł do Krakowa, by tam przed grobem Marszałka Piłsudskiego w otoczeniu hierarchów oddawać hołdy twórcom II RP, bo z szacunkiem potraktowany był też Roman Dmowski, mimo jego zajadłego antysemityzmu. W atmosferze modlitw i ukłonów przed sarkofagiem Marszałka nie przyjmowali do wiadomości, że właśnie
                        W porządku panie Antku, (Fb)
Piłsudski brzydził się klerem, a nawet katolicyzmem, który porzucił demonstracyjnie na rzecz innego wyznania. Kaczyński, ubrany w kurteczkę stróża nocnego w czapce mieszkańca przedwojennej Pragi przyjął oficjalny meldunek na wzór dowódcy pułku. Jakoś w wojsku Macierewicza zeszmacił się tenże honorowy obyczaj wojskowy, bo podobne meldunki od wojska odbierał też już kapciowy ministra nazwiskiem Misiewicz. Ulicami stolicy tymczasem przeszły tłumy okazując swój patriotyzm, oczywiście na swój sposób. Normalni warszawiacy w spokoju i na wesoło demonstrowali zadowolenie z przynależności do Unii Europejskiej, a także, co ważne, ze spadku bezrobocia. Inni z kolei to tzw. patrioci inaczej, czyli popularni narodowcy. Wykrzykiwali oni oraz demonstrowali pokazując tablice i faszystowskie symbole swą nienawiść do Żydów, Rosjan, Niemców, liberałów i lewicy, a nawet całej UE, oczywiście wyłączając bratnie Węgry.
                       Zgadzamy się. (FB)
Przyzwyczailiśmy się już do podobnej atmosfery, przeto osobiście nawet wyłączałem TV by nie obrzydzić sobie i bliskim sjesty obiadowej.
Nie ważne, okazuje się to co działo się na ulicach, ciekawsze rzeczy działy się przy okazji Święta w kuluarach władzy, bo oto Macierewicz, który uchodzi za tego, którego nawet pierwszy prezes nie może uszczypnąć w rzyć, mianował na stopnie oficerskie 132 księży. Powiększa się nam zbrojna armia, gotowa na Ruska, który to czai się od wschodu, by nas połknąć jak Krym albo Donbas., gorzej że Putin zaprzyjaźnił się z nowym prezydentem USA Donaldem Trumpem, od którego byśmy oczekiwali ratunku w ramach NATO. Macierewicz już tradycyjnie zbroi naszą armię, oraz wzbogaca jej zasoby w sposób iście błyskawiczny, bo pamiętamy doskonale, że oddziałom obrony terytorialnej dostarczył oficerskie kadry po dwutygodniowym kursie we Wrocławiu, podobnie gdy jako likwidator WSI mianował cywilów na pierwszy stopień oficerski po czterodniowych kursach. Byli to ludzie którymi zarządzał podczas pamiętnego dzieła, z którego nie bardzo dzisiaj jest dumny, bo poszkodowani wydarli już z kasy państwa w ramach odszkodowania miliony złotych. Wojsko dostanie do dyspozycji zamiast śmigłowców zamówionych we Francji i USA tysiące dronów. Sam wraz ze swoja kadrą będzie się tymczasem przebazowywał na półwiekowych helikopterach, sprzęcie wyprodukowanym przez tych samych co zbudowali „smoleńską” tutkę 154M. Strach nas ogarnia tym bardziej, gdy pomyślimy o tym , że przecież Macierewicz to pospolity
                                     Łoooo Matko                        
tchórz, który uciekł ze Smoleńska w trybie natychmiastowym po katastrofie samolotu, wsiadając do pociągu w wagonach którego kazał zasłonić drzwi i okna. Pan prezydent też nie leniuchował, bowiem do południa obskoczył imprezy warszawskie, by potem dołączyć do ludzi pana prezesa w Krakowie. W Warszawie zdążył przywiesić Krzyże Kawalerskie OOP do piersi aktorki raczej pośledniej ale za to bardzo bogobojnej czyli Małgorzaty Kożuchowskiej, której ojciec wykłada na uczelni Rydzyka a która pierworodne dziecko ochrzcić planowała w samym Watykanie. Ordery za wiarę i poprawne przekonania polityczne otrzymała też podstarzała już niestety piosenkarka poznańska Halina Frąckowiak. OOP zawisł na piersi mistrzyni olimpijskiej i rekordzistce świata Anity Włodarczyk. Należał się bez dyskusji, tym bardziej że jest ona wyborcą partii Kaczyńskiego, co ją zdecydowanie ubogacało. Tak sobie myślę, że o ile nie zmienią się rządy i preferencje polityczne to w najbliższym już
                 Antkowy odlot
czasie nasza armia będzie złożona z oddziałów jakie reprezentowali bohaterowie filmów „Dobry wojak Szwejk” oraz „CK Dezerterzy”z tym, że większość kadry oficerskiej będzie rekrutowana prosto z seminariów duchownych. Polska jako kraj obywateli na pół wykształconych, oraz wrogo ustosunkowanych do wszystkich pragnących żyć w pokoju i tolerancji, wykluczona zostanie z Unii Europejskiej (o co zabiega Kaczyński) i stanie się beznadziejnie świeżym mięsem gotowym na pożarcie przez każdą inną armię, której dokucza głód. Chodzi oczywiście o obywateli, bo ich przywódcy wzorując się na przywódcach II RP we wrześniu 1939, uczepią się dronów Macierewicza i odlecą w siną dal. Dokąd?. Chyba nad Balaton do Orbana, o ile on jeszcze będzie zarządzał Madziarami i zechce ich karmić zupą gulaszową.
 

piątek, 11 listopada 2016

KŁAMSTEWKA ... IN SPE


Po raz kolejny uroczyście obchodzimy Święto Niepodległości w wolnej, rzeczywiście niepodległej Polsce, powiedział prezydent Duda w tzw. orędziu telewizyjnym w przeddzień 11 listopada, z jednoczesnym zapewnieniem, że na setną rocznicę tego święta, czyli za dwa lata postara się zcementować cały naród. Pomysł raczej utopijny, pomyślałem patrząc na marsz narodowców i ich hasła. Czy mamy Polskę wolną i czy niepodległą tak do końca, to widzę tu problem dyskusyjny, trzeba by się bardziej przyglądnąć zapisom Konkordatu. W 1918 roku po rozpadzie państw biorących udział w I wojnie światowej, w wyniku niebywałych starań dyplomatycznych polskich patriotów rozsianych po całym świecie, oraz decyzji „wersalskich” odzyskaliśmy państwo, nazwane II RP, zaiste z którego dzisiaj bierzemy przykład, można by rzec bez bardziej wnikliwych analiz.. Tak rzeczywiście, państwo, tyle że było to państwo w którym
strzelało się do prezydenta, bo był zbyt lewicowy, zrodziły się też zalążki obozów koncentracyjnych, (choćby Bereza Kartuska) oraz zaistniał o niespotykanej skali antysemityzm na wzór Trzeciej Rzeszy. Antysemityzm wsiąkł w prawie całe społeczeństwo (getta ławkowe i wiele innych bardzo niecnych przykładów) i przetrwał on aż do początków Polski Ludowej, czyli lat pięćdziesiątych, a nawet sześćdziesiątych (wypędzenia resztek po Holokauście Żydów z kraju 1968). Pan prezydent mówi co mówi nie zważając na fakty historyczne spisane setki razy choćby w pracach doktorskich, bo oto rzekł, że Święto Niepodległości czczono uroczyście od roku 1918, no może 1919 aż do dzisiaj z przerwą 1939-1989. Albo pan prezydent świadomie posłużył się owym kłamstewkiem licząc na ciemny lud, którego wiedzę historyczną już przed laty „odkrył” dzisiejszy prezes TVP Jacek Kurski słowami „ciemny lud to kupi”. I rzeczywiście kupował, czego owocem są współczesne rządy PIS, albo po prostu pan Duda tej wiedzy nie ma, a w końcu jest prawnikiem a nie historykiem, ale przecież te kierunki się przenikają i dlatego nie wierzę w luki w wykształceniu pierwszego obywatele III RP. To była wyłącznie złośliwa wypowiedź.
Osobiście wiedzę o odzyskaniu niepodległości przez Polskę posiadłem już w szkole podstawowej, a więc w PRL, oraz od rodziców. Nie była to wiedza tabu jak powiedzmy mord Katyński albo Wołyń, tyle że nie było dnia wolnego od pracy i nauki. Otóż panie prezydencie, Święto Niepodległości w Polsce po raz pierwszy uroczyście obchodzono dopiero w roku 1937, czyli na dwa lata przed najazdem hitlerowskim, po czym tę Niepodległość nasza Ojczyzna straciła ponownie aż do wyzwolenia w 1945 roku przez ruskich z udziałem Polaków, co panu przez gardło nie przejdzie jakoby drut kolczasty. Wcześniejsze, niewielkie zgrupowania ludności w II RP manifestowały 11 listopada na cześć wojska a nie niepodległości i były to zgromadzenia w większości narodowców. Dzisiaj powinniśmy w masowym udziale na rzecz tego święta cieszyć się z wolności, bo muszę dopowiedzieć, że właśnie chodzi bardziej o wolność a nie niepodległość, (1956-1989, którą zafundowała nam Wielka Trójka, bowiem Polska, mimo iż zwała się PRL była członkiem wszystkich światowych organizacji na czele z ONZ, gdzie polscy przedstawiciele pełnili wiele zaszczytnych funkcji, oraz byli autorami międzynarodowych pomysłów choćby „pokojowy plan Rapackiego” uznawany na całym demokratycznym świecie. Nikt nam oficjalnie nie wytykał braku niepodległości. A tak kończąc postawię pytanie; Jak można świętować wolność i niepodległość w kraju, w którym władza łamie prawodawstwo poprzez rozwalanie Trybunału Konstytucyjnego, rewiduje według własnych potrzeb Konstytucję, toleruje faszystowskie parady narodowców, a nawet chce ich uzbroić, nie reaguje na krytykę płynącą od przywódców UE, Komisji Weneckiej a nawet ONZ. Czyżbyśmy ponownie zatęsknili za ustrojem faszystowskim, za Berezą, ponieważ państwo prawa nam się znudziło.
Tworzymy oddziały wojskowe zwane OTK, które wyposażać mamy zamiar miast w prawdziwą broń, w „latawce” zwane dronami w ilościach wielotysięcznych, szykując się na zwarcie z ruskimi zielonymi ludzikami, które to już „łypią” oczami na nasze wschodnie ziemie wzorem Krymu i Donbasu. Przy tym wszystkim ograniczamy na polecenie episkopatu prawa obywatelskie, szczególnie biologiczne prawa kobiet przekupując je kwotami, w wielu rodzinach rodzącymi patologię, o czym pisałem w poprzednim poście. Niech się więc Święci nasza, póki co Niepodległa III/IV RP. Utracenie bowiem wolności jest bardzo złe dla poszczególnych obywateli, natomiast utrata niepodległości jest dramatem całego narodu.

poniedziałek, 7 listopada 2016

RELATYWIZM


Hurrra!. Rząd Beaty Szydło na polecenie prezesa  Jarosława Kaczyńskiego sprawił wielu polskim rodzinom nowy prezent obok sztandarowego 500+, zwany ironicznie "Za życiem".. Wszystkim matkom, które zdecydują się urodzić dziecko chore, dziecko z zespołem Downa i już w okresie płodowym kalekie, zaoferował jednorazową darowiznę w postaci czterech tysięcy złotych. To wielki majątek, mówią jedni, zaś inni nazywają ten dar wacikowym, bowiem by dochować, przy dobrym szczęściu to dziecko do lat osiemnastu, dzienna darowizna z rąk Szydło wynosi 65 groszy. Na waciki akurat, ale wszystkim noszącym głowę na karku wiadomo, ze samymi wacikami nie da się wychować chorego człowieka od urodzenia do lat osiemnastu. Wiadomo bowiem, że najczęściej to dziecko nie będzie w żadnym wypadku gotowe do samodzielnego życia, tym bardziej gdy rodziców zabraknie. W ten oto sposób prawica i Kościół chcą powstrzymać aborcje. Aborcja albo cztery tysiaki. Ci natomiast, którzy tenże ochłap czterotysięczny nazywają „całym jednorazowym majątkiem” cieszą się bo: cztery tysiące to jak by nie liczył, oznacza dwieście półlitrowych butelek gorzały. Taka percepcja angażuje myśli w rodzinach patologicznych, a gdzie u diabła najczęściej rodzą się ułomne dzieci?. A którą żonę pijaka stać na odpłatne badania prenatalne, skoro darmowe zakazane, a tym bardziej dokonanie aborcji poza granicami Polski?, bo w Polsce lekarzy obowiązuje klauzula sumienia (bez sumienia). Żadna kobieta z takiej rodziny nie może nawet marzyć o tym, natomiast „ogier”, we krwi którego płynie więcej alkoholu niżej czerwonych ciałek, tym się nie martwi.
     
Ba, on się niczym nie martwi, może tylko tym, że jego bóstwo Kaczyński na którego partię głosował, mógłby stracić władzę, a wraz z nią jego katolickie ustawy, z których on korzysta. Pijak dzieciorób walący się na często schorowaną żonę już ma pod czerepem świadomość, że za dziewięć miesięcy, a może nieco wcześniej, (gdy to wymodli), popłynie kasa w jego ręce w postaci becikowego, a potem 500+, a być może nawet 4000, gdy się okaże że dziecko które zmajstrował po pijaku nie jest zdrowe. Czy Kaczyński to widzi?, czy ma on świadomość dramatyzmu tych rodzin?, wątpię. On tylko szuka ścieżek napływu swoich wyborców na następna kadencje w postaci ciemnej masy katolickiego narodu, w postaci kiboli, w postaci faszystowskich organizacji młodzieżowych, oraz w postaci zbyt pochopnie zbrojonych łysoli w oddziałach obrony terytorialnej Macierewicza. Oddziały te jak wiadomo są przygotowywane do walk partyzanckich z wrogiem atakującym ze wschodu, ale tak naprawdę to brak pewności, czy rzeczywiście ze wschodu skoro tracimy przyjaciół na zachodzie. Za chwile NATO też nam podziękuje za przynależność do tej elitarnej organizacji bowiem polski minister wojny z inspiracji swego guru w tej organizacji staje się trutniem. Trutnie się wyrzuca ze społeczności jak w pszczelim ulu. Cztery tysiące polskich złotych wypłacane będą wyłącznie tym matkom, które urodzą dzieci chore. Pytają posłowie opozycji, jak będą więc potraktowane matki, których dzieci okażą się chorymi nieuleczalnie powiedzmy miesiąc, czy rok po urodzeniu?. Na to brak odpowiedzi. Niektórzy tenże dar rządowy nazywają trumienkowym, albo gwałcikowym, bowiem wspomożenie należy się również ponoć dzieciom zrodzonym w wyniku gwałtu. Wtedy zainteresowani dwustoma butelkami wódki każdy stosunek z małżonką wymuszać będą przemocą, tyle że polskie prawo bardzo liberalnie traktuje gwałty rodzinne w relacji mąż-zona, ojciec- córka, zięć- młoda teściowa itp. Trzeba przy tej „operacji nieco partnerkę uszkodzić, albo potrzebni są świadkowie, ale o tych niestety coraz trudniej.
                                  (Fb) Należało by się.
Relatywnie więc oceniając tenże dar z coraz biedniejszego budżetu państwa można wywnioskować, że jest on dla jednych radością jednorazową, ale tylko wtedy, gdy dziecko zaraz po urodzeniu umrze, starczy więc na opłacenie chrztu i trumienkę, a nawet skromną stypę, z drugiej strony gdy dziecko okaże się zdolne do oddychania przez osiemnaście lat, ma czym wycierać nos, bo na pieluchy, wyżywienie i ubranie już nie starczy. Ale od czego mamy państwo pisowskie, które niestety dla wielu rządzić nie będzie wiecznie. Wtedy poprosimy rodziny bezdzietne z całego świata, by adoptowali ten katolski urobek państwa wyznaniowego, bo jak się okazuje żadne bezdzietne, zdrowo myślące małżeństwo polskie nie jest zainteresowane podobną adopcją. Setki chorych, niepełnosprawnych polskich dzieci wychowują więc obcokrajowcy. Ku ich szczęściu.

sobota, 5 listopada 2016

IZBY


                                 Czyżby Armagedon?.
Aktualnie czytam Jeffreya Archera, bo lubię. Seria jego książek opowiada o historii i wzajemnych stosunkach dwóch rodów brytyjskich, BARINGTONÓW i CLIFTONÓW, z których wielu członków rodzin zasiadała w brytyjskim parlamencie obu izb tzn. Izbie Gmin i Izbie Lordów. Wiadomo, ta pierwsza uchwala ustawy, zaś ta druga zwana Izbą Wyższą, nanosi poprawki, zatwierdza albo odrzuca w całości. Podobnie, by się wydawało jest u nas. Sejm uchwala, Senat potwierdza, poprawia lub odrzuca, oczywiście po konsultacji z episkopatem, którego decyzje są ostateczne oczywiście. Tylko, że w naszym parlamencie trudno sobie wyobrazić jakiegokolwiek lorda. Całe towarzystwo obu Izb to prosty gmin w pełnym tego słowa znaczeniu, bo czy państwo sobie wyobrażają lorda w osobach np. prostego podhalańczyka nazwiskiem Kogut, Pięta, Anders,  albo Gosiewskiej, ciągle niezadowolonej z wysokości odszkodowania jakie dostała wraz z dziećmi za śmierć męża, który to z 95 innymi osobami udał się na nieszczęsną wycieczkę do Katynia by uczcić ofiary zbrodni
stalinowskiej dokonanej 70 lat wcześniej. Pani Beata Gosiewska, jedna z dwóch żon Przemysława jako senator na koncie posiada grubo ponad milion złotych, bo było to odszkodowanie w wysokości 250.000. na każdego członka rodziny, poza tym dzieci otrzymują rentę po ojcu w kwocie minimum 2000 złotych, a mimo to „bieda wygląda” księżniczce z każdego kąta. Przeto pomyślała i zażądała od bogatego państwa jeszcze pięć milionów złociszy, bo w końcu b. cenny mąż  był ofiarą zamachu smoleńskiego wg teorii Macierewicza. Tak, ofiarą zawsze był. Gosiewska zasiada w Izbie Wyższej polskiego parlamentu, czyli jak by nie patrzeć po angielsku, w Izbie lordów. Nie ważne że sama jej aparycja umiejscawia ja raczej w Izbie Gmin, boć to baba o bardzo przeciętnej kulturze, podobnie jak inni z tegoż „gminu”, przykładowo Pawłowicz (ponoć profesor) Piotrowicz, Błaszczak,
Brudziński, Kuchciński (zwany przez miejscowych członkiem) albo Melak, również osierocony w wyniku katastrofy smoleńskiej. Parlamentarzyści obu izb z Prawa i Sprawiedliwości winni zasiadać wyłącznie w "izbie" gmin i to nawet niepozamiatanej. Żądania rodzin ofiar z 10 kwietnia 2010 roku predestynują je właśnie do Izby Niższej, a nawet najniższej parlamentu. To gawiedź a nawet typowi parafianie. Co znaczy słowo „parafianin” łatwo znaleźć w każdej encyklopedii, więc nie będę przytaczał. Ci ludzie nie mają za grosz honoru. A jakież to odszkodowania dostały rodziny 18 zabitych, którzy jechali do pracy w sadach, by zarobić parę złotych, by ich dzieci nie głodowały? Żadnych, ba nawet wieś się składała na ich pogrzeby, bo ksiądz też zażądał opłaty w ramach miłosierdzia. Czy w takiej sytuacji można nazwać naszych parlamentarzystów i rząd ludźmi honoru?. W żadnym wypadku. Dostają do kieszeni co miesiąc po
                          Kultura poselska
                 
dwadzieścia kilka tysięcy złotych, resztę uzupełnią przeróżnymi przyznawanymi przez panią premier "zasłużonymi" nagrodami, albo innymi premiami. Wiemy, że nasi parlamentarzyści na tle innych parlamentów (Włochy, Francja, Anglia, Niemcy, Holandia) czują się pokrzywdzeni, (dotyczy to też europosłów), ale należy najpierw porównać stan naszej gospodarki w stosunku do wymienionych państw zachodniej Europy. Obserwując poziom poselstwa i senatorstwa łatwo zrozumieć, dlaczego szefowie klubów wyznaczają do udzielania wywiadów tylko po kilka osób, reszta ma milczeć. Pomyślmy, jakiż to suweren wybiera to towarzystwo na swoją reprezentację. Tudzież łatwo pojąć, że takim zespołem Kaczyński może pomiatać, jak baranami. Mało tego, może oczekiwać nawet dziękczynienia w postaci soczystych pocałunków w część swego cielska, które zwykle zakrywa spodniami.

środa, 2 listopada 2016

ŻYWI UMARŁYM CZAS LICZĄ.




W dniu 26 listopada 2014r. odszedł na zawsze mój dobry i prawdziwy przyjaciel, serdeczny kolega i przełożony Wiesław Szurmiej, prywatnie bratanek nieżyjącego od kilku lat Szymona Szurmieja, długoletniego aktora i dyrektora Teatru Żydowskiego w Warszawie. Odszedł nagle, w dość paradoksalnych okolicznościach, bowiem na sali gimnastycznej, gdzie raczej utrwala się stan zdrowotności. Mocno mnie zasmuciła ta tragiczna wieść, bowiem już byliśmy umówieni na spotkanie, zaraz po tym gdy sam dojdę do zdrowia po terapii i pobycie w Centrum Onkologicznym. Okazuje się że w naszym wieku nie należy składać zbyt odległych w czasie deklaracji. W ten oto sposób pisałem na moim blogu wspomnienie o Wieśku zaraz po Jego śmierci. Dalej w kilku słowach opisałem przebieg Jego pracy w przedziale czasu naszej znajomości. Praktycznie za niecały miesiąc miną dwa lata gdy odszedł na zawsze, a ja wciąż się oglądam wokół siebie, czy nadal nie widać Wieśka, który dla nas podwładnych był zawsze obecny, podczas wypoczynku, spotkań rodzinnych oraz w licznych podróżach służbowych. Przy okazji zbliżającej się kolejnej rocznicy chcę wspomnieć o jednej z wielu podroży, a mianowicie wyprawy do Wiednia i Budapesztu w towarzystwie właściciela BT Eskapada ze Słupska pana Zbyszka.
Plan zakładał wizytę w ośrodku naszych „Bratanków” w Tapolcy na Węgrzech ale ekonomia kosztów wyprawy pozwoliła nam na gościnę dwudniową w Wiedniu. W stolicy Habsburgów byłem po raz pierwszy, dlatego z zaangażowaniem oglądałem najpiękniejsze zabytki (słynna katedra św. Stefana, opera wiedeńska, pałac Schonbrunn, starówka pełna zabytków, pomniki słynnych twórców muzyki lekkiej i poważnej, a także wielkich filozofów z Zygmuntem Freudem na czele). Nie odmówiliśmy sobie wyjątkowych smaków kawy i ciasteczek wiedeńskich, bowiem być w Wiedniu i nie skorzystać z ciastek to tak jak być w Rzymie i nie widzieć się z papieżem. Chociaż przykład mało adekwatny. Dwa dni zleciały jak z bicza strzelił, aż nastała kolejna noc. Czas udać się do Budapesztu wspaniałą autostradą łączącą oba państwa. Rzecz w tym, że pokiełbasiła nam się trasa i wielokrotnie wyjeżdżając z Wiednia w kierunku Węgier ciągle mimo woli nasz samochód „powracał do miejsca skąd wyruszaliśmy. Mieliśmy dość starą mapę, która mimo ciągłych spoglądań wyprowadzała nas na manowce. Upłynęło wiele czasu nim trafiliśmy na poprawny kierunek. Byliśmy głodni, jednak postanowiliśmy głód zaspokoić już na terenie Madziarów po trasie, jako że dla wszystkich trzech wymarzonym posiłkiem była zupa gulaszowa. Podobnie jak na terenie kraju golonka lub żeberka pod każda postacią. Żeberka to raj dla podniebienia Wieśka. Okazało się, że o tak późnej porze wszystkie knajpy przy drodze były już nieczynne. W żołądkach burczało i ssało straszliwie. Już po północy, zrezygnowani i smutni w miejscowości (o ile dobrze pamiętam) Ivan dojrzeliśmy oberżę. W oknach widać było światło. Gdy przestąpiliśmy próg w nasza stronę poleciały słowa, nie, nie, nie. Już dawno zamknięte. Na słowa wypowiedziane po polsku, z zaplecza wyszła bardzo miła kobietka, która okazała się naszą rodaczka, żona Węgra, właściciela przybytku. Mimo, że dochodziła godzina pierwsza w nocy, pani Krista (bo właśnie tak miała na imię) poprosiła byśmy zajęli miejsca. Gdy usłyszała, że najlepiej by było gdyby na zapleczu znalazła trzy talerze zupy gulaszowej, uśmiechnęła się i rzekła. Macie szczęście że jeszcze nie zamknęliśmy, ale też, że akurat zupy mamy dużą nadwyżkę bo nie dotarła do nas, wcześniej zgłoszona wycieczka z Kolonii.
Gulaszowa była znakomita. Ja i Wiesław zjedliśmy po dwie porcje, natomiast Zbysio na tym nie poprzestał. Pani oberżystka donosiła mu jeszcze dwa razy, a gdy się już znudziła obsługą na stół postawiła na stół cały kociołek 10 litrowy by konsumować do woli. Obaj z Wieśkiem jeszcze się po trosze dopełniliśmy, natomiast Zbyszek (wielkie chłopisko) na dnie kociołka pozostawił śladową ilość tegoż narodowego węgierskiego przysmaku, tym bardziej że właściciel podał nam na koszt firmy butelkę innego przysmaku mianowicie palinki (odmiany śliwowicy albo rakiji). Ustaliliśmy kto prowadzi samochód pozostali wprowadzili palinkę do żołądków. O drugiej po północy trafiliśmy do Tapolcy, miasta  położonego między Budapesztem a Miskolcem na wodach termalnych a nawet na jaskiniach wyrzeźbionych przez podziemne rzeki płynące tam od tysięcy lat. Z ciekawości udaliśmy się do jaskini, gdzie na nabrzeżu otchłani stały łodzie, którymi przez kilkaset metrów  z prądem rzeki można było popłynąć pod skalistym sklepieniem. To właśnie okazało się jedną z wielu atrakcji dla naszych dzieciaków kolonijnych, bo nasze „energetyczne” pociechy były nieco rozpieszczone z powodu corocznych kolonii nie w jakieś pipidówce, ale w Europie (Paryż, Grecja, Korsyka,Włochy), nie mówiąc już o krajach ościennych jak NRD albo Czechosłowacja. Tak czy owak wycieczka jak wiele innych w podobnym towarzystwie, chociażby ze względu na przeróżne przygody okazała się wielce atrakcyjna. Wiesiek całe życie zawodowe poświecił toruńskiej energetyce piastując od kilku lat funkcję wicedyrektora ds. pracowniczych, ale w Jego niepisanym zakresie obowiązków było szeroko pojęte eksponowanie dobrej strony firmy. Był niezbędny praktycznie w każdych okolicznościach, gdzie dobro Zakładu należało pokazać na forum całego kraju a i za granicą. Naczelną zasadą Wieśka była też troska o dobro załogi, o jej byt, a także jej poziom kształcenia zawodowego i językowego. Właśnie w sporcie widział drogę do tworzenia dobrej atmosfery wśród załóg, oraz należytej dbałości o zdrowie. Był założycielem i prezesem klubu sportowego Energetyk Toruń. Zawodnicy tego klubu zdobywali laury w przekroju krajowym zarówno w tenisie stołowym jak i żeglarstwie. Wiesiek sam był sportowcem amatorem.
               
Systematycznie grał w tenisa ziemnego, biegał na nartach, wspinał się w górach, zdobył Kilimandżaro, pływał po morzach europejskich wynajętymi wraz z grupą przyjaciół pełnomorskimi „łajbami”, organizował spływy kajakowe. Bodaj przez trzy lata obaj reprezentowaliśmy Zakład w lidze bilardowej Energetyków Polski Północnej. Był wszechstronny w pomysłach zmierzających do poprawy samopoczucia setek pracowników naszej firmy. Był inicjatorem a później koordynatorem prac w czasie budowy zakładowych ośrodków wypoczynkowych. Ten nadmorski w Karwi w roku 1991 przekazał w moje ręce, o czym już kilkakrotnie wspominałem.

AFE, ALE SMRÓD!

W dniu 13 października Polska kolejny raz wypuściła śmierdzącego bąka w salonach Europy. Wybaczcie chorej staruszce. Postępującą demen...