poniedziałek, 29 października 2012

DZIECI SZATANA. PRODUKT FRANKENSTEINA


Większość księży wypowiada się o in vitro w okrutny sposób. Nazywają nas towarem zakupionym w sklepie, potworami z probówek, imitacjami ludzi, dziećmi Frankensteina... - mówi 15-letnia Konstancja Saramonowicz, która przyszła na świat dzięki in vitro.”

Tyle cytat z tygodnika. A ja dodam jedno słowo: Bydlaki w kieckach.

Rozmówczyni tygodnika "Wprost" przyznaje, że to, iż pojawiła się na świecie dzięki in vitro ma dla niej znaczenie. - Dowodzi, tego, że moi rodzice byli gotowi zrobić wszystko, żeby umożliwić mi przyjście na świat i kochają mnie bezgranicznie – tłumaczy., ale prawda ta jest okupiona prawdziwym okrucieństwem i przekłamaniami, bo żyjemy niestety w „średniowiecznej”, zaczadzonej zgnilizną obłudy Rzeczypospolitej numer trzy przez cztery. Kilka tysięcy polskich dzieci, poczętych dzięki postępowi w nauce i medycynie spotyka się z podobnymi komentarzami ze strony nie tylko ciemnego, głupiego jak but z lewej nogi społeczeństwa, ale przede wszystkim księży prowadzących katechezę w szkołach. Mówię „katechezę”, a nie nauczanie, bo religia nie jest żadną nauka, ale wyznaniem, wiarą w dogmaty, których nie można potwierdzić, czy udowodnić w żaden naukowy sposób. Na świecie żyją już miliony istnień ludzkich dzięki in vitro, które cieszą się z przynależności do swych matek i ojców, oraz ich rodzicielską miłością.
W Polsce pierwsze dziecko poczęte metodą in vitro przyszło na świat 12 listopada 1987 r, 25 lat temu. Można powiedzieć, że jesteśmy bardzo mocno opóźnieni w stosunku do standardów światowych. Tymczasem, do dzisiaj polscy politycy nie zdążyli się uporać z zaakceptowaniem odpowiedniego projektu. Od lat toczą spór, który można by określić mianem wojny o in vitro. Tak, jesteśmy opóźnieni wyłącznie z winy tych 560 sejmowych wybrańców narodu, uwiązanych na sznurku watykańskim. Co najmniej połowa z nich to ministranci i przyklęczni upadłych moralnie biskupów żyjących w przepychu na koszt ogłupionych owieczek oraz zestrachanego społeczeństwa, które rocznie na tych nierobów, pijaków, zboczonych pedofilii i złodziei majątku narodowego odpala z kasy państwa ponad 8miliardów złotych kosztem niedofinansowania szkół, przedszkoli, służby zdrowia i wielu zubożałych dziedzin życia obywateli. Tylko w Polsce dotychczas za cenę kosztownych wyrzeczeń małżeństw urodziło się dzięki metodzie in vitro więcej nowych obywateli niżeli was siedzi w Sejmie i Senacie razem wziętych. Jeszcze trochę i was ministrantów skupionych wokół Gowina, Żalka, panienki Pawłowicz, Kaczyńskiego i Ziobry przepędzą na cztery wiatry z tych wygodnych ław. Co roku na świat przychodzi 350 tysięcy dzieci z próbówki. Na całym świecie aktualnie oblicza się, że jest ich ponad 5 milionów. Liczba bardzo wymowna. To tyle co ludność Finlandii, Danii lub Norwegii.
Społeczeństwo nasze powoli, bardzo powoli dojrzewa dzięki kontaktom z Zachodem i przetarciu okularów, które coraz bardziej zachodzą fałszywą mgłą smoleńską i wyziewami obłudy kościelnej. Do kościołów już chodzi zaledwie ok. 30% przyznających się do katolickiego jestestwa. To dlatego tak bardzo kler boi się zaproponowanego opodatkowania przez wiernych w wysokości 0,3%. Czują pismo nosem, że te ponoć 95% katolików może się skurczyć do co najmniej połowy. Jak zwykle obłuda i hipokryzja. Nic się nie zmieni w najbliższych latach w sprawie ustaw o in vitro i ustawy aborcyjnej. Tusk wie, że nawet gdyby jakimś cudem Sejm przyjął te ustawy to i tak kościelny Trybunał Konstytucyjny je obali. Za kilka dni na wolność wyjdą pedofile (duża grupa) i znów zaczną atakować. Co premier zaproponuje dla ochrony dzieci?. Kastracje chemiczne, które nie wprowadził mimo okrzyków, tak jak „likwidował” dopalacze. Dlatego też pod artykułem dot. Konstancji Szaramonowicz, skarżącej się na zachowanie księdza, wielu normalnie myślących współobywateli odezwało się w te słowy:

-Nie przejmuj się wypowiedziami skostniałego kleru. Oni walczą o przetrwanie, czują że ich czas dobiega końca,sami żyją w zakłamaniu, pijaństwie i obłudzie. Mają posłuch jeszcze u starszej niewykształconej części społeczeństwa, ale to się już kończy, jeśli nie zmienią swojego postępowania, pychy, pazerności na dobra materialne sami się pogrzebią.
-Czy dziecko poczęte z probówki może zostać kiedyś w przyszłości księdzem, lub zakonnicą ???
-A my jeszcze na tych śmierdzących wstrętnych klechów łożymy 6-8 mld. zł. rocznie! Raz pogoniliśmy tę hołotę, niestety wrócili tu dzięki zdrajcy Odnowicielowi JPII. Kościół to złośliwy rak na polskim ciele.
-A Chrystus jak był poczęty?, bo jak wiemy św. Józef tam nawet palca nie maczał.

-Średniowieczni moherowce, może które z nich wyjaśni na czym polega ,,cud,, że kraje gdzie dozwolona aborcja, antykoncepcja,związki partnerskie rożnych płci, jest dodatni przyrost naturalny i dostatek, przeciwnie jak u nas. Proste, tam kler nie rządzi parlamentem i nie straszy posłów piekłem.
-Szanowne kobiety, pisze czytelniczka podpisująca się =Babcia. Od momentu zapłodnienia stajecie się cielnymi krowami!!! Czy to jasne??? i nie mamrotać mi tu o jakichkolwiek prawach, bo ich zwyczajnie nie macie. Same sobie na to zagłosowałyście a szczególnie o Was "dbają" posłanki prawej strony, te, które już są za stare by urodzić a wcześniej, pewnie nie raz się wyskrobały. Bo ich moralność jest dokładnie taka właśnie.
-Te prymitywne potwory w sukienkach tak się wyrażają?.Na niewinne dziecko? Won z watykanerami, pogonić ich do Rzymu z naszej Polski. Księża to nie Polacy to watykanerzy i działają na szkodę Polski (konkordat, komisja kościelna,fundusz kościelny, przekręty i wyłudzenia z kumplami z byłej bezpieki do spółki, pijacy, nawet z dystynkcjami szaty biskupiej) Ludzie otwórzcie oczy , sukienkowi tylko wierzą w mamonę i władzę, a Bóg jest tylko dla nich środkiem do celu, ale jak to wytłumaczyć wystraszonej otchłanią piekła ciemnocie moherowej.
No jak wytłumaczyć?. Musieli by czytać "Fakty i mity", no ale ciągle biegać do spowiedzi i dawać na tacę?.









sobota, 27 października 2012

O ANI NA BIS




Urodzona w 1973 roku. Ukończyła studia na ASP w Gdańsku na wydziale malarstwa i na międzywydziałowej specjalizacji scenograficznej. Dyplom w pracowni prof. Macieja Świeszewskiego i prof. Andrzeja Markowicza otrzymała w 1999 roku.

PAWEL HUELLE, znakomity prozaik, poeta i scenarzysta gdański, o twórczości Anny Bocek mówi o Ani m.in. te słowa:

„Jest przekorna, ironiczna i dowcipna, co dodaje jej studiom twarzy i sylwetek niewątpliwego waloru. Jej obrazy trwale zapadają w pamięć także dlatego, że oparte są – niezwykle subtelnie – na głębokich archetypach naszej świadomości. Śmiało operują kolorem, kontrastem światła, nie uciekają przy tym od zarysowania psychicznych, czy społecznych sytuacji przedstawianych ludzi. Nie są jednak publicystyczne: malarka nie wyręcza swoją pracą dziennikarzy, czy socjologów. To raczej oni mogliby się z jej prac dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o nas samych: uwikłanych we współczesność, jak w wielką, gigantyczną sieć informacji wizualnych. Malarstwo jest namysłem, nie przemysłem. Tę prostą, jakże już jednak zapomnianą prawdę, znakomicie przypomina Anna Bocek”.


Ani Bocek poświęciłem około trzy lata temu jeden z moich postów. Za mało, bo ta rozpędzona w machaniu pędzlem dziewczyna potrafi zaskakiwać właśnie ową kipiącą energią właściwie kilka razy w miesiącu, gdy pokazuje światu to co ma aktualnie najlepszego na sercu i umyśle, przy tym znajduje czas na eskapady związane najczęściej z prezentacją „owoców” co i raz zdejmowanych ze sztalug. Ale też w miarę możliwości powraca do ukochanego własnego gniazda w Gdańsku, by oszczędzić rodzicom tęsknoty. Sale wystawowe m.in.w Nowy Jorku (Gallerii Canfin), Londynu (Gallery Beckenham), Szwecji (Malmo), Niemiec (Regensburg), Hiszpanii (Alicante i Majorka). Pragi czeskiej, bułgarskiego Plovdiv, no i naszej Warszawy (Fabryka Trzciny) często upominają się o jej nowe „produkcje”. A Ania, ciągle uśmiechnięta i dowcipna, jak powiada pan Paweł Huelle, kosztem osobistych wyrzeczeń, a często i snu stara się sprostać zapotrzebowaniu.
 
 
Prawie każdy Jej obraz możemy podziwiać na facebooku, gdzie umieszcza, niezależnie od tego w jaki zakątek świata ją losy rzuciły. Świat kultury ujrzał ich już wiele, bardzo wiele, jak na wiek autorki. To bardzo dobrze, bo Ania jest ulubienicą całej rodziny i nie tylko. Mnie, Jej wujka rozpiera duma za każdym razem, gdy otwieram facebooka i w oczy mi wpada nowy, pachnący jeszcze farbą Jej obraz. Dziękujemy Ci Aniu za twoje malarstwo, dziękujemy za to, że jesteś.

PS. Muszę przyznać, że mam szczęście do artystek z pędzlem w ręku, bo obok naszej Ani dobry los mnie zetknął także z inną, także utalentowaną absolwentką wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu, Marią Szurmiej, żoną mojego przyjaciela. Ostatnie Jej produkcje z małżonką podziwialiśmy 3 lata temu na indywidualnej wystawie w Kazimierzu n.Wisłą. Pozdrawiamy Cię Marysiu przy okazji serdecznie.






środa, 24 października 2012

GRZYBY



To było w którymś roku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Tak jakoś pomiędzy Porozumieniami Sierpniowymi a rejestracją Solidarności. Wybrałem się na grzyby do lasu osieckiego. Miejscowości o nazwie Osiek jest w Polsce bodaj więcej niżeli właśnie grzybów w niejednym lesie, więc akurat ta informacja nie wskaże Państwu na mapie miejsca mojej rekreacyjnej eskapady z koszykiem w garści. Każdy grzybiarz ma swoje tajemnice. Lubiłem jeździć akurat do tegoż lasu, bo on się sprawdzał w moich oczekiwaniach. Nigdy nie wracałem z pustym koszykiem, aczkolwiek nie zawsze też pełnym. Dlatego akurat tegoż październikowego dnia oczekiwałem podobnego sukcesu. Niestety, czas mijał, a tylko kilka maślaków i tzw. czarnych łebków ledwie przykrywało dno koszyka. Złaziłem się jak utrudzony pościgiem za lisem pies, gdy nagle doszedłem do ogrodzenia wysokiego na trzy metry, wykonanego z siatki drucianej. Przed siatką był wysypany piaskiem i wygrabiony dokładnie pas o szerokości pięciu metrów. Coś podobnego zdarzało się przy granicach państwa za PRL, po to by straż mogła poznać uciekiniera po odciskach jego butów. W tym akurat przypadku ów zabezpieczony teren wydawał mi się szkółką leśną, a ogrodzenie miało chronić ją przed zwierzyną, ale dlaczego aż taki wysoki płot, no i ten pograbiony pas? Ogrodzony teren lasu wydawał mi się mocno obszerny, na tyle, że nie widziałem końca płotu patrząc zarówno w prawo, jak i w lewo. Zmęczony, usiadłem na pniu ściętej sosny, a wzrok utkwiłem za siatką. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do podłoża środowiska, zobaczyłem całą masę dorodnych, okazałych borowików, koźlarzy oraz tzw. czerwonych kozaków. Po prostu nikt grzybów tam nie zbierał. Moje myśli poczęły błądzić nad tym, w jaki sposób mógłbym tę granice przekroczyć i napełnić w kilka minut koszyk. Wiadomo, nic nie jest tak urocze jak młoda dama w sukni ślubnej i kapelusz borowika umocowany na grubym korzeniu. Siedziałem i rozmyślałem. W tym czasie nie spotkałem po obu stronach ogrodzenia ani żywego ducha. Nic się nie dzieje, trzeba działać. I oto znalazłem dość gruby kij, którym po wielu usilnych staraniach uszkodziłem siatkę na tyle, by móc się wślizgnąć do wewnątrz. Zanim jednak przekroczyłem ów grzybny rubikon, zadeptałem mocno zagrabiony pas, po to by w razie czego mieć wytłumaczenie, że nie ja pierwszy pokonałem ten płot. Rzeczywiście, zaraz po przekroczeniu siatki, prawie nie ruszając się z miejsca napełniłem koszyk dorodnymi okazami, pierwej wyrzucając te dotychczasowe mało warte znajdy. Zdjąłem też letnią, płócienną marynarkę, która posłużyła mi za naczynie, wcześniej wiążąc na supeł rękawy. Zauroczyło mnie to leśne eldorado. Usiadłem na innym ściętym pieńku po to by zapalić papierosa i moje oczy mogły się nasycić dostatkiem do syta. Trwało to może z kwadrans, może nieco więcej. Miast opuścić teren tą samą drogą i udać się na przystanek autobusowy, ja wciąż pozostawałem w leśnym oczarowaniu, wsłuchując się w wiatr, który wygrywał na gałęziach swoje serenady. W pewnym momencie poczułem dotyk na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem żołnierza z kałasznikowem w ręku.

Jak pan tu wszedł?, wręcz wykrzyczał.

Skonsternowany i bardzo zestrachany odpowiedziałem zgodnie z wcześniej przygotowaną wersją.

-A, o tam, tą dziurą, gdzie siatka... była zerwana.

Żołnierz zakuł mnie w kajdanki, podprowadził do zerwanej siatki i zaczął analizować zadeptany piasek. Nie wierzę panu, powiada, bo teren ten jest dokładnie sprawdzany co pół godziny, po czym zapytał gdzie jeszcze chodziłem i co widziałem.

Nigdzie nie chodziłem, tylko tu, o co najwyżej czterdzieści metrów w prawo i w lewo.

Pójdzie pan ze mną do komendanta, zdecydował.

Poszliśmy więc. Szliśmy w milczeniu ok. pół kilometra, żołnierz niósł mi koszyk a ja ściskałem pod pachą marynarkę,.. gdy oczom moim ukazały się dwie potężne anteny umocowane na niemniej potężnych słupach. W budynku położonym w środku, znajdowało się jak się okazało, pomieszczenie dla kilku żołnierzy, oraz mała świetlica z telewizorem, służąca też jako jadalnia. Przez chwilę skojarzyłem sobie to leśne zjawisko z domkiem baby jagi z bajki o Jasiu i Małgosi. Polecono mi zająć miejsce i czekać na komendanta nie rozkuwając moich rąk. Po paru minutach przyszedł bodajże porucznik, kazał mnie rozkuć, a następnie wypytał o moją tożsamość, cel wizyty w lesie, a podając mi arkusz papieru polecił napisać wszystko co widziałem na własne oczy. Oczywiście, gdyby wartownik poprzestał na wypędzeniu mnie z lasu, to mógłbym napisać, że nic nie widziałem, ale teraz, gdy moim oczom ukazało się całe ustrojstwo plus szumiąca i świszcząca zgrzytem aparatura gdzieś tam za ścianą, no to już było co opisywać. Przeczytał, a następnie w celu upewnienia się, że nie mam aparatu fotograficznego musiałem wysypać na podłogę wszystkie grzybki, nieco je uszkadzając. Długo ślęczał nad moim dowodem osobistym wypytując o przeróżnych jego znajomych noszących podobne nazwisko. Od czasu do czasu próbował szukać w myślach naszych wspólnych znajomych. Za okładką dowodu znalazł fotkę, jaką wykonałem w lesie nad morzem mojemu synowi, z tym, że zdjęcie to było mocno nieudane, bo postać była zbyt zamazana. Uświadomił sobie, że mam tendencje do fotografowania środowisk leśnych, a więc być może i tym razem dokonałem „szpiegowskich” zapisów. Kazał mi się zatem rozebrać za przeproszeniem do majtek, by w moich ciuchach dokonać szczegółowej lustracji. Nic nie znalazł, poza papierosami i zapalniczką. To trwało około trzech godzin. Zacząłem protestować, jako że jestem przetrzymywany bezprawnie i do tego doskwiera mi już głód i pragnienie.

-Co z panem zrobimy, to się jeszcze okaże po mojej konsultacji z komendą WSW. Tymczasem polecił żołnierzowi zaprowadzić mnie na stołówkę, gdzie zjadłem smaczną kaszę z gulaszem, nałożoną na metalowy talerz z dużego wojskowego termosu. W międzyczasie porucznik z kimś rozmawiał przez radio i telefon.

W godzinę po poczęstunku komendant powiadomił mnie, że jedzie po zaopatrzenie do komendy w mieście w którym mieszkam i może mnie ze sobą zabrać. Po drodze powiedział, że jako ich przeciwnik nie jestem notowany, dlatego nie ma podstaw do dalszego przetrzymywania mnie, tym bardziej, że sprawdzili moje zatrudnienie i opinię w pracy, a ponadto że jego przełożony legitymuje się nomen omen takim samym nazwiskiem i imieniem jak ja, tyle, że na drugie. Zdziwiłem się, bo dotychczas myślałem, że tak rzadkim i ładnie brzmiącym nazwiskiem może się tylko szczycić mój brat i ja. No może jeszcze słynny polski kompozytor o imieniu Juliusz, zmarły w 1885 roku.. Uśmiechnąłem się do siebie.

Zanim dojechaliśmy do mojego domu spytałem:
A tak w ogóle, skoro zostałem zatrzymany w gruncie rzeczy mało zasadnie, proszę mi powiedzieć, co to za instytucję ulokowaliście w tym głębokim ciemnym borze?

Pomyślał przez chwilę i rzekł: utrudniamy panu słuchanie Jana Nowaka Jeziorańskiego.
Szczerze mówiąc sam się domyśliłem, ale miło posłuchać potwierdzenia z pierwszej ręki, aczkolwiek to temat dla wielu trywialny. Takie czasy. Ot, przygoda jakich wiele w świecie... „przestępczym”.

 
Trochę już sfatygowane, ale mimo to bardzo urodziwe grzyby dowiozłem do domu.

niedziela, 21 października 2012

"OSTATNIA MOJA SPOWIEDŹ"




 Ostatni raz byłem u spowiedzi.. e.e.e dzieścia lat .e .e temu. Wydukałem księdzu  w pośpiechu, bo za mną  w kolejce stało pół mojej rodziny w czasie pogrzebu teścia.
Kiedy więc byłeś? - spytał spowiednik. Już powiedziałem, chyba dwadzieścia lat temu,.. gdy ślubowałem.
A później?
A później, nie pamiętam proszę księdza. Ale ja nie mam żadnych grzechów ciężkich, co najwyżej takie mało liczące się. No na pewno przeklinałem.Zdaje ci się synu. Widzę po obrączce, że rzeczywiście jesteś żonaty, to dobrze. A powiedz czy oglądałeś się za innymi kobietami, albo mężczyznami co nie daj Boże. A może nawet dopuściłeś się zdrady małżeńskiej?.
  • Nic takiego nie zdarzyło mi się, skłamałem, bo jak każdy zdrowy chłop z przyjemnością oglądałem się za ładnymi kobietkami i dziewczynami.
  • A nie grzeszyłeś pychą, albo grzesznymi myślami?.A może np. lubiłeś się bawić swoim.. ptaszkiem?. Bądź szczery.
  • W tamtych latach jeszcze nie kojarzyłem rozpasania seksualnego wielebnych na tyle by przypisać im okazje konfesjonalne do własnej podniety. Zatem nieco czerwieniąc się powiadam, że nic już nie pamiętam i proszę o rozgrzeszenie, na którym zresztą absolutnie mi nie zależało. Byle rodzina była zadowolona.
Wiele lat upłynęło zanim, poprzez literaturę, prasę, oraz opowieści świadków utwierdziłem się, do czego służą spotkania księży z „grzesznikami”. Na pewno nie sprawiają kapłanom przyjemności klepanie pierdół starych bab, które wśród swoich grzechów umieszczają wieści z okolic w tym tzw, z pierwszej ręki..., że przykładowo Lipcowa puszcza się ze starym Marcem, a młody Kwiecień powiedział, że ksiądz proboszcz wieczorem zachodzi do wdowy Grudniowej. Ksiądz się bardzo rozchmurza gdy przed kratkami poczuje młody oddech dziewczyny, a jeszcze lepiej chłopca, któremu poświęca więcej uwagi niżeli innym parafianom. Zdarza się, że się obaj zaprzyjaźniają na tyle, że pozostałe elementy sakramentu pokuty odprawiają już w pełnej dyskrecji na salonach plebanii wieczorową porą przy bogatym stole, szampanie, koniaczku i rozebranym łożu.
Na ten temat dziennikarze, którzy nie klękają przed facetem w sukience rozpisują się na prawo i lewo nie obawiając się klątwy i napaści ze strony moherowego towarzystwa. W ostatnim wydaniu tygodnika FiM (którego czytanie jest grzechem śmiertelnym),zamieszczono dialog telefoniczny nietuzinkowego proboszcza nazwiskiem D., lat 60 z diecezji pelplińskiej, prelegenta Radia Maryja z chłopakiem, lat 16. Młody człowiek całą rozmowę zapisał na pamięci elektronicznej. Rozmowa w treści jest nie tyle wulgarna, co też dla człowieka (szczególnie ateisty) obrzydliwa. Nie będę cytował całości rozmowy rozpisanej na dwa wydania gazety, bo owa gazeta mi nie płaci za reklamę. Przytoczę zatem tylko fragment dialogu, tak dla zobrazowania.
-Ksiądz: Już cię kocham, chociaż cię jeszcze nie widziałem. Powiedz, czy pokażesz mi swojego i co tam nim potrafisz?.Wszystkie twoje pomysły. Od tyłu i od przodu?. Krępujesz się o tym mówić?
-Coraz mniej.
-To będzie nasz słodki sekret. Twoje dwadzieścia centymetrów chciałbym...abyś mi wsadził do buźki.
-Może.
-Kocham cię już jak syna, a nawet jeszcze bardziej. Wyobrażasz sobie, jakie będą nasze relacje. Jak już wejdziesz we mnie.. już czuję, że się od siebie uzależnimy. Najpierw się wykąpiemy. Po tym popatrzymy sobie w oczy, a nasze rączki powędrują w majteczki. Potem wezmę twojego do ust, a ty ewentualnie mojego. Ustawię się ci tak, że łatwo ci będzie we mnie wejść. Możemy się natrzeć żelem, a potem Maciuś .. no co zrobi?.. Ja wole byś ty we mnie wchodził. No powiedz, czy teraz ci stoi?. Mocno sobie robisz?. Będzie, będzie, za chwilę, jeszcze chwilkę. Trzymam cię za jądra i za penisko. Chciałbym posmakować.... I tak dalej, i tak podobnie.
Tak oto wygląda morale tych, co to głoszą słowo Boże, co to trzymają za „mordę” połowę parlamentu, by ich „moralność” była przyklepana urzędowo. Jak zatem można traktować słowa biskupów, wystrojonych w wyszywane złotymi nitkami obleczenia, którzy pouczają kobiety, dla których mają szacunek tylko szczątkowy, jak mają żyć, jak mają rodzić dzieci, jak mają postępować w przypadku gwałtu, oraz upokorzeń ze strony męża. Dla Kościoła katolickiego kobieta stanowi jeno zło i wstręt. Taka jest prawda utrzymywana wśród kleru. Powołanie do kapłaństwa jest niczym innym, niżeli właśnie tym wstrętem do kobiet i zarodkiem orientacji homoseksualnej. Wystarczy zacytować wypowiedzi kilku świętych: -św. Augustyn: „Kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga, to naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie.”: -św. Tomasz z Akwinu: „Kobiety są błędem natury, z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu, są rodzajem kalekiego, chybionego nieudanego mężczyzny.”:
-Modlitwa przedśmiertna św. Jana: „O panie, który mnie od młodości, aż po stare lata uchroniłeś od kobiet, który ciało moje trzymałeś z dala od nich, przez co sam wygląd kobiety wzbudzał we mnie wstręt. Och, co za dar Boga, nie zostać dotkniętym przez wpływ kobiecości.” Koniec cytatów. Teraz wiem, że stosunek z mężczyzną, a tym bardziej z chłopcem jest nie tylko aktem błogosławionym, ale i bardziej schludnym, bo chłop nie jest aż tak wilgotny. Tylko dlaczego wobec tego smarujecie sobie d*py żelem?.
Profesor Bartoś po wypowiedzi biskupa Hosera, który chwalił się, że nikt i nic w historii nie uczynił tyle dobrego dla kobiet jak Kościół katolicki, powiedział: „Po co nam w Polsce biskupi, którzy intelektualnie się kompromitują. W jaki sposób można później z takim człowiekiem prowadzić rozmowę. Nie dobiera argumentów, stawia tezy, których nie można obronić z punktu widzenia logicznego. A jeżeli palenie na stosach i topienie czarownic jest powodem do dumy Kościoła, to tylko pogratulować dobrego samopoczucia panie biskupie Hoser. Katolicki Kościół się rzeczywiście kompromituje na każdym kroku. Szczególnie zauważają to na Zachodzie, gdzie pedofilia księży nie jest tematem tabu. Tam kościoły katolickie w wielu przypadkach posłużyły za magazyny, sale dyskotekowe lub puby. Sam gościłem w podobnym przybytku do niedawna w bardzo bogobojnej Irlandii popijając guinnessa. Ostatnio niezależne od Watykanu inne kościoły, jak Zielonoświątkowy, gdzie wiara opiera się nie tylko na Biblii i przekazie, coraz więcej skupiają wokół siebie ludzi szczerze wierzących i szukających Boga. To, że Polak został papieżem nie wyszło nam jako narodowi na dobre. Już wkrótce przyjdzie czas , że przestaniemy czerpać wątpliwe wartości głoszone przezeń, wciskane nam przy byle okazji. Pozostaną tylko kremówki „na tej ziemi”, oraz blisko 1000 pomników. Większość szkaradnych. Ja nie kpię z papieża, ale uważam jak wielu myślących, że Jan Paweł II, to było największe nieszczęście dla Polski, ponieważ doprowadził do najbardziej „zaborczego” dla Watykanu konkordatu, z powodu którego mamy wszystko skażone religią na skalę już niespotykaną w Europie. Jesteśmy państwem wyznaniowym i do tego bardzo nietolerancyjnym. A podobno kiedyś byliśmy krajem ogromnej tolerancji religijnej. Teraz trudno mi w to uwierzyć. Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy dzielić się nie tylko na wierzących i ateistów, ale też na amatorów sportów zimowych i letnich, blondynek i brunetek, albo czekolady gorzkiej i mlecznej. Do Częstochowy paradują wszystkie zawody włącznie z parlamentem, lekarzami, sędziami, rolnikami, grabarzami, wiejskimi babami, policją i wojskiem. Być może pomaszerują tam nawet panie z wiadomej agencji. Można się skichać, a nawet jeszcze gorzej.
Ludzie!.Prawie czterdzieści kilometrów nad Ziemią mogliśmy za pomocą wielu kamer podziwiać na żywo skok. I nikt tam nie widział żadnego Boga, ani aniołów, ani wszystkich świętych. Kościół bał się i nadal boi się nauki i coraz nowszych technologii, bo przecież to młodzi ludzie, którzy w kieszeniach mają najnowsze smartfony i tablety HD w plecakach, już tak nie wierzą w religię jak starsze pokolenia na wymarciu. Przyjdzie czas, że świątynie w Licheniu i Wilanowie, będą największymi dyskotekami w świecie. Już o to się postarają samce alfa w sutannach, polujący na dzieci, szczególnie płci męskiej. Bo to i ministrant z niego i dobra przytulanka.


środa, 17 października 2012

WYDŁUBANE Z PAMIĘCI

Szkoła podstawowa w B.w latach 1945-51. Dzisiaj stanowi wątpliwy zabytek..
Codziennie przez fora prasowe i internetowe przewija się masa przeróżnych opowiastek, wspomnień, a także współczesnych relacji, często będących zaczynem beletrystycznych powieści. Zdaje sobie sprawę, że moje, wręcz prehistoryczne wspomnienie nie będzie znowu aż tak fascynujące, ale być może nie jednemu czytelnikowi pozwoli odetchnąć od bardziej absorbującej, ale okupionej wysiłkiem intelektualnym pracy.


Rok 1949. Byłem uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej (powszechnej), mieszczącej się w drewnianym budynku (foto), w miejscowości B., w odległości trzech kilometrów od domu. W szkole były dwie sale lekcyjne, pokój kierownika szkoły, oraz pozostałych nauczycieli w liczbie trzech. Podwójna sławojka damsko-męska była na zewnątrz. Obok budynku szkoły był plac służący jako boisko do gry w „dwa ognie” oraz „palanta”. Plac stanowił też parking dla księdza „dekawki”, którą to dobrodziej raz w tygodniu dojeżdżał na lekcje religii. Innych samochodów w owym czasie nie było. Tam też odbywały się zbiórki harcerskie i apele. W ławkach szkolnych obok swoich pociech siedzieli często ich rodzice, albo sąsiedzi, którzy mieli za zadanie tylko nauczyć się jako tako czytać i pisać. To czas walki z analfabetyzmem, wielki plus dla władzy.W r. 1952 szkołę przeniesiono do dworku.  

Miałem już na tym świecie całe rodzeństwo, to znaczy o trzy lata młodszego brata R. oraz dwie siostry, K. urodzona w roku 1946, zaś druga T. urodziła się w czasie, gdy nasz Ojciec odsiadywał wyrok w więzieniu UB w Ciechanowie. Stalinowcy polscy posadzili go tam w wyniku prowokacji, jako że był właścicielem od przedwojny własnego gospodarstwa rolnego, oraz dość dużego sadu. Nie pasował więc do idei powstawania polskich kołchozów, czyli spółdzielni produkcyjnych. Ojciec był wielokrotnie namawiany, a nawet szantażowany o to, by oddał gospodarstwo do wspólnego zarządzania. Ponieważ nie ustąpił, władze postanowiły go wykańczać tzw. domiarami i narzucanymi planami polegającymi na oddawaniu państwu plonów, często nawet tych, które przeznaczone były na wiosenny siew i wyżywienie własnej rodziny. Ponieważ  mimo utrapeń rodzice robili wszystko, by wywiązać się z nakładanych, coraz większych domiarów, przeto dwóch prostackich ubowców zastosowało prowokacje i szantaż, by mieć podstawę do aresztowania. Otóż podrzucono ojcu kilka banknotów jednodolarowych. Wiadomo, że w owym czasie posiadanie tej waluty było karalne. Mój ojciec wrócił z celi więziennej niespodziewanie po Nowym Roku 1950 a, kilka dni wcześniej podczas jego nieobecności, urodziła się moja młodsza siostra. Zastał ją w kołysce zbudowanej z rurek metalowych obciągniętych siecią rybacką, zawieszoną na dwu haczykach. Mimo przedwczesnego zwolnienia z aresztu śledczego, dzięki staraniom i łapówkom naszej Mamy, wciąż moja rodzina odczuwała nękanie ze strony władz cywilnych i wojskowo-policyjnych. Przez nasze podwórko przewalało się różne bractwo. A to „ resztki leśnych” mimo ogłoszenia amnestii dla wszelkich konspiracyjnych organizacji politycznych, którzy to zarządzali Ojcu zabicie i oprawienie wieprzka, którego sobie upatrzyli, lub w celu rabunku różnych płodów rolnych, a przede wszystkim owoców, których akurat u nas nie brakowało. A to milicja lub funkcjonariusze UB w celu „niby” poszukiwania przestępców. Wiedzieliśmy, że szukają młodych ludzi z naszej bliższej i dalszej rodziny, którzy nie dali się im ująć, a których bracia już cierpieli w katowniach Strzelec Opolskich, we Wronkach czy też Rawiczu. Braliśmy udział w pogrzebach zamordowanych w tych więzieniach. Zwykle taki pogrzeb odbywał się pod czujnym okiem funkcjonariuszy więzienia, którzy nie pozwalali na otwarcie wieka trumiennego, bo nie ma co ukrywać, były to ofiary morderstw. Nachodzili nasz dom prawie każdej nocy, o bardzo późnej godzinie, kierując w nas lufy karabinów, świecąc latarkami pod łóżka i do szaf przy akompaniamencie naszego dzieciaków płaczu. Taka gehenna trwała miesiącami, tym bardziej, że z jednego z więzień uciekła podczas jakowyś robót osiemnastoletnia dziewczyna, krewna ze strony Matki. Ze strachu przed nocnymi poszukiwaniami oprawców UB obie z Mamą przez kilka tygodni nocowały w wysokim zbożu. Ponadto pobyt w seminarium brata mojej Mamy też był powodem dla nich do stosowania upokorzeń. Na początku marca 1953 roku wpadłem zapłakany do domu z wiadomością, że zmarł nasz wielki przyjaciel, ojciec świata Józef Stalin. Nie płacz synku, bo jeżeli on był tak dobrym człowiekiem, to na pewno pójdzie do nieba, powiedział z ironią. Spodziewałem się domowej żałoby. Tymczasem mój ojciec poszedł do kuchni, gdzie mama dogotowywała obiad. Przez jakiś czas była cisza, a następnie oboje wybuchnęli gromkim śmiechem i radością. Byłem osłupiony i zdezorientowany. Dopiero na drugi dzień, gdy ojcowska gazeta „Gromada -Rolnik Polski” potwierdziła ten „smutny” fakt, moi rodzicie wytłumaczyli mi powód radości. Teraz kochani, chyba coś się zmieni, być może, że z więzień wypuszczą waszych wujków i ciocię, bo niestety, ale „zbożowa tułaczka” dostała się w ich łapy. Powoli następowała normalizacja życia. Zlikwidowano Urząd Bezpieczeństwa, kilkaset oprawców wsadzono do tych cel, gdzie poprzednio oni sami męczyli niewinnych ludzi. Nie znaczy to, że już czuliśmy się wolnymi Polakami, ale życie się w miarę stabilizowało. Na tyle, że ciężka praca naszych rodziców przy pomocy mojego rodzeństwa w miarę możliwości pozwoliła na realizację podstawowych marzeń każdego z nas. Od wielu lat nasi Rodzice już nie żyją, ale dobra pamięć po Nich pozostanie na zawsze, szczególnie zaś moja, ponieważ z racji wieku, z czasu dzieciństwa zachowałem w swojej pamięci najbardziej przykre doświadczenia naszego wspólnego domu, mimo że najszybciej „wyfrunąłem” z rodzinnego gniazda. Dzisiaj sam pozostaje w jesieni życia i potrafię ocenić wszystko to co się zdarzyło w miarę sprawiedliwie.

niedziela, 14 października 2012

Z KĄCIKA CIEKAWOSTEK


Zapoznałem się z tą ciekawostką lat temu 20. Tak, bodajże w roku 1992, jako ,że w ramach wykonywanych przeze mnie obowiązków służbowych, m.in. odpowiadałem za uruchomienie na czas letniego sezonu zakładowego ośrodka wypoczynkowego nad polskim morzem w miejscowości K. Ten dość atrakcyjny obowiązek spoczywał na mnie przez okres 13 lat z rzędu. Jak każdego dnia, prace przebiegały zgodnie z zaplanowanym harmonogramem i wytycznymi na kolejne dni. Każdy z tzw. „fachowców” (sprzątacze, stolarz, hydraulik i elektryk) krzątał się by zdążyć na dzień otwarcia ośrodka zgodnie z przyjętym terminem. Ja osobiście w tym czasie , obok lustracji wykonanych prac i wykonywania zadań administracyjnych, udawałem się na długie spacery wzdłuż rozległej plaży oraz , jak co roku nowych, naniesionych lub wypłukanych przez sztormy zimowo-wiosenne wydm. Zapuszczałem się więc w kierunkach miejscowości sąsiednich, odległych o kilka kilometrów, głęboko oddychając morskim słonym powietrzem. Przez te kilka dni miałem bowiem darmową szansę częściowej regeneracji płuc palacza. Widziałem, że tu i ówdzie przechadzało się stadko sarenek, a nawet swój wielki łeb pokazał na chwilę prawdziwy łoś. Gdy zbliżał się czas obiadu, lub zaistniała konieczność szybkiej mojej obecności w ośrodku, zwykle skracałem sobie drogę idąc przez las oddzielający wydmy od głównej drogi. Razu pewnego zainteresowałem się czymś mało spotykanym. Mianowicie wśród karłowatych, powykrzywianych podmuchem wiatrów morskich sosen stanowiących część krajobrazowego parku nadmorskiego posadowiona była mogiła, normalna ludzka mogiła. Była przyozdobiona świeżym kwieciem. Był (przypuszczam, że nadal jest) kształtny grobowy kopiec bardzo uporządkowany, a na nim dużo wypalonych zniczy. Wokół cisza, jeno cicha muzyka wiatru poruszającego gałęzie drzew i od czasu do czasu krzyk mew, lub trzepot skrzydeł jastrzębia uganiającego się za nimi. Zdumiałem się bardzo tym zjawiskiem, jako że można spotkać kopce mogił bezimiennych najczęściej partyzanckich, ale zwykle zapomnianych i porośniętych zielskiem i leśnym runem. Ten był inny, jakby świeżo przeniesiony z parafialnego cmentarza. Przez kilka dni leśna zagadka nie dawała mi spokoju. To jak grób Jana i Cecylii Bohatyrowiczów z powieści „Nad Niemnem”, pomyślałem. Różne myśli i skojarzenia mi nachodziły do głowy, w tym związane z powstaniami, ale tutaj na Kaszubach?. No nie!. Postanowiłem popytać miejscowych, a popijając sobie po pracy piwko w osiedlowym pubie próbowałem dociekać wywiadowczo, czy mają jakąkolwiek wiedzę na temat owego dla mnie zagadkowego grobu. Nic nie wiedzieli, ale ja nie rezygnowałem i drążyłem temat przy okazji spotkań następnych z innymi piwoszami. Po bodajże dwu tygodniach dociekań, jeden ze starszych wiekiem Kaszubów, za cenę ufundowania mu dodatkowego kufla piwa z browaru gdańskiego, był gotów opowiedzieć mi historię, której długość mierzona była następnym strumieniem złotego napoju moim kosztem zresztą.
Otóż mój panie. Był rok 1940. Okupant hitlerowski zmuszał mieszkańców do podpisywania tzw. volkslisty. W zależności jakie były pokrewieństwa krwi niemieckiej po mieczu a szczególnie po kądzieli były to listy grupy I, II, lub III, a nawet czwartej. Dzisiaj znamy to z przypadku dziadka Donalda Tuska. Wielu zakwalifikowało się do grup ważnych dla armii niemieckiej, a więc I i II. Ci po powołaniu do armii mogli awansować na stopnie podoficerskie, ewentualnie mogli wstąpić do SS, natomiast ci z grupą III zwykle byli szeregowymi żołnierzami Wermachtu. Wiem nie od dziś, że każda odmowa podpisania na tych terenach volkslisty, a tym bardziej buntowania innych do podobnego sprzeciwu kończyła się pobytem i śmiercią w obozie koncentracyjnym Stutthof (Sztutowo). Osobiście takich znałem, niestety biologia już się upomniała o ich życie. Zdarzyło się to na początku marca 1940 roku, kontynuuje mój kompan. W deszczowy dzień esesmani zabrali z domów ponad dwudziestu mężczyzn, tych, co to nawoływali innych do odmowy w kwestii podpisywania list narodowościowych. Przywieziono ich do owego lasu. Tam obnażonych do bielizny, powiązanych drutem ustawiono w szeregu. Następnie w ciągu godziny przyjechała drużyna kilku wermachtowców z Pucka, (nazywał się wtedy Putzig), wśród których był żołnierz o nazwisku bodajże Jędraszk Jatzke, miejscowy 19 letni Kaszub. Dowódca tych wydarzeń, esesman w stopniu unterfuhrera (podporucznik), wydał rozkaz rozstrzelania szeregu nieszczęśliwców. Po komendzie „gotuj broń”, czy jakoś tak, gdy strzelcy skierowali broń na cel, on karabin ustawił przy nodze. Esesman pyta go co się z nim dzieje. Panie unterfuhrer, ja nie będę strzelać do moich sąsiadów i kolegów ze szkoły, to są porządni ludzie, nikomu nie wyrządzili żadnej krzywdy, a jeden z nich należy do mojej rodziny. Oficer ponowił rozkaz, a gdy żołnierz ani nie drgnął, wyciągnął z kabury parabellum i strzelił mu prosto w głowę za odmowę wykonania rozkazu. Po tej masakrze miejscowi ludzie wywieźli ciała pomordowanych na cmentarz, na który zresztą z ciekawości osobiście pojechałem, by zapalić znicz na zbiorowej mogile, natomiast kaszubski żołnierz Wermachtu Jędraszk Jatzke spoczywa samotnie w lesie na wydmie, co roku podskubywanej przez bałwany morskie. Spoczywa sam, ale jest zapamiętany na zawsze już przez kolejne pokolenia. W rocznice wybuchu II wojny światowej, w rocznicę jego śmierci, w rocznicę zakończenia wojny, oraz w Dniu Zmarłych, zawsze płoną tam otulone mchem znicze i leżą świeże kwiaty. Zadałem mojemu rozmówcy pytanie: Dlaczego na tym samotnym grobowym krzyżu brak tabliczki z nazwiskiem tego dobrego chłopca. Widzi pan, odpowiedział: To wynika z tego, że jednak był to żołnierz Hitlera, źle się kojarzy, o czym wszyscy chcieli by na zawsze zapomnieć. Niech tak pozostanie jak jest. Jego postawa i śmierć, jako naszego obywatela budzi do dzisiaj uczucie podziwu. Pomyślałem, że chyba ma rację, bo rzeczywiście drobiazgowość w tym temacie byłaby zbyt kazuistyczna. Z chwilą gdy ustąpiło moje zatroskanie, przekazywałem rozwiązanie owej zagadki wczasowiczom z całej Polski, którzy podobnie jak ja kojarzyli sobie ten grób wyłącznie z partyzantką.

czwartek, 11 października 2012

PARALIBERAŁOWIE W KONSPIRACJI

Strachy na parlamentarne..... Lachy
Pisałem stosunkowo niedawno o pewnej paraliberalnej partii. Paraliberalnej, w mordę jeża. Jak mogłem się nabrać na to, że jej paraliberalizm, w gruncie rzeczy tylko poprzez chwilowe decyzje skazywał ją na podobne określenie, bo w gruncie rzeczy pozostaje jednak liberalną z ... potknięciami. Do dnia wczorajszego. Dzisiaj już wiadomo, że Donald Tusk zarządza partią stricte prawicową, wsteczną, klerykalną i bardzo zastrachaną. Partia, którą opanowała, przynajmniej w dużej części dulszczyzna średniowieczna, bo jak może przywódca partii tolerować w swoich szeregach obok skrajnie prawicowego Gowina jeszcze dodatkowo co najmniej czterdziestu zakamuflowanych pisowców. Nigdy, powtarzam, nigdy ten parlament z „bożej łaski” nie uchwali jakiejkolwiek ustawy zgodnej z tymi ideologicznie obowiązującymi w Unii Europejskiej. Ani teraz, ani nawet w najbliższych trzech latach jego kadencji. To co się stało podczas głosowania nad projektem ustawy w sprawie liberalizacji ustawy o dopuszczalności aborcji, oraz drugiego projektu zaostrzającego dotychczasową ustawę woła o pomstę do nieba. Ponad czterdziestu posłów (osłów) PO zagłosowało tak jak wszyscy ludzie Kaczyńskiego i Ziobry. Wśród nich znaleźli się tacy jak „mówca” Kosecki, piłkarski kandydat na prezesa PZPN. Miodowicz, postać znana z przestępczego aktu wobec Cimoszewicza, czy Godson, znany z tego, że znany, czyli ciemnoskóry celebryta. Nie dziwię się postawy posłów koalicyjnego PSL, bo to tylko chłopki, nawet nie roztropki, przywiązani do dźwigania baldachimu . Ciekawostką jest to, że gdy Sejm licytował się, który projekt dopuścić do dalszych prac, za drzwiami w kaplicy sejmowej kapelan odprawiał bardzo uroczyste nabożeństwo w intencji obrony życia ...”na-poczętego”. Zatem to wszystko się działo w atmosferze natchnionej Duchem Świętym. Skandal wywołany zlizywaniem z kolan wielebnego śmietanki przez młode dziewczyny odbił się bardzo szerokim echem w świecie. Jakim echem odbije się wczorajszy skandal sejmowy, można sobie tylko wyobrazić. Wystarczy, że bardzo oburzyła się, wydawało by się katolicka większość społeczeństwa. Zacytuję tylko kilka komentarzy, które zapchały bodajże wszystkie portale elektroniczne:

  • Zapłacisz za to Platformo....Przyjdzie czas, wykopiemy was wszystkich i wtedy zaczniemy żyć w wolnym kraju, bez ciemnoty klęczącej przed klerem. I jeszcze ten spocony otyły były piłkarz Kosecki- tak ten ma prawo decydować za kobiety. Za jaką karę urodziłem się w tym biednym kraju.
  • To nie posłowie glosowali w polskim Sejmie. To głosował Watykan.
  • Wygląda na to że Platforma potknie się o własne klęczniki.
  • Sejmowa ciemnota katolicka chce z naszego kraju zrobić katoliban.
  • Idea powstania POPISU po tym głosowaniu jest jak najbardziej na dobrej drodze do realizacji. Teraz możecie sobie spoglądać na zwycięski uśmiech Kaczyńskiego i całej jego sfory i może na najbardziej rozdziawione z radości gęby Rydzyka i wielu biskupów.
  • Błagam, niech mi PO wytłumaczy, dlaczego kobiety w Polsce mają się kierować sumieniem jakiegoś Piechy, który wyskrobał już ponad 1500 ciąż.
  • Godson chce spoglądać w lustro. Tam nic pan nie zobaczy. Poseł powinien często patrzeć w oczy rodziców, którym zgotował ten los. W oczy kobiet, które zostaną zmuszone do 9-cio miesięcznej ciąży ze świadomością, że dziecko które urodzą np. nie ma mózgu. Dopiero wtedy gdy pan poseł zobaczy 600 takich przypadków w ciągu roku, usłyszy podziękowanie od matek, może śmiało patrzeć w lustro. Panie Biernacki, niech pan też nie rżnie głupa.
  • Ja za to będę miał problem ze spojrzeniem jutro w lustro, bo na was głosowałem. Ale obiecuję naprawić swój błąd, kiedy tylko nadejdzie taka okazja. Itd. itp.

Tak oto nasi kleroposłowie pozbywają się na siłę własnych obywateli, którzy nie tylko z braku pracy, ale i ze wstydu opuszczają ojczyznę. Obywateli, co to na obczyźnie unikają rozmów w języku ojczystym w obecności obcokrajowców, by nie narażać się na złośliwe drwiny, iż obok cywilizowanych ludzi stoją ciemnogrodzcy, do tego zatrudnieni właśnie na takich stanowiskach, na jakich oni obywatele miejscowi nigdy by się nie odważyli pracować. Ale idąc tropem wczorajszego głosowania, to akurat lukę polskich obywateli opuszczających kraj w najbliższym czasie wypełnią kalekie dzieci zrodzone z mocy prawa, bo kobiety w ciąży nie będą dopuszczane do badań prenatalnych. Zmuszą te biedne kobiety do urodzenia dzieci, które będą skazane do końca życia na opiekę najbliższych, bo przecież nie państwa, ani Kościoła, który swą powinność ograniczy do udzielenia chrztu. Projekt prawicowców nie przewiduje przerwanie jakichkolwiek ciąży, chociażby powstałej w wyniku gwałtu lub z ewidentnie uszkodzonym płodem .Każda kobieta po uprawomocnieniu uchwalonej ustawy, po zabiegu aborcyjnym, niezależnie z jakiego powodu stanie na prostej drodze do celi więziennej, chyba ,że podda się aborcji za granicą i na wszelki wypadek poprosi tam o azyl, bo a nuż życzliwa sąsiadka doniesie proboszczowi podczas spowiedzi. Na szczęście nasze panie lekarzy wykonujących te zabiegi mogą znaleźć w każdym sąsiadującym z kołtuńską Polską kraju. W parlamentach Niemiec, Czech, Słowacji, Białorusi, Ukrainy i Rosji siedzą na szczęście normalni przedstawiciele ich narodów. Nie kradną, nie klęczą i nie słyszą głosów zarodków, chociażby podobne brednie Gowin i jego prawicowa świta głosiła na cały „boży” świat , za pośrednictwem nie tylko telewizji Trwam i RM.

sobota, 6 października 2012

TE NĘDZNE ODSZKODOWANIA

"Obudź się Polsko" -bo upiory już dawno na nogach.
Mój głos jest pojedynczy, nic nie znaczący w rachunku publicznym. Jest może czytany przez dziesiątki, a co najwyżej setki czytelników, którzy z ciekawości zajrzą na abrozar.pl . Ale jako człowiek myślący, dzięki internetowi muszę, chociażby do tej niewielkiej liczby czytelników wypowiedzieć swoje słowo. Słowo, jak mniemam nie odosobnione od przekonań wielu Polaków. Na początku przytoczę Art.32 p.1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, a więc tej obowiązującej aktualnie: „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.” Kierując się zapewne owym zapisem, profesor Radosław Markowski pisze: „Tysiące ludzi odchodzi z tego świata z powodów niezawinionych przez siebie. Jest coś wyjątkowo dziwnego, że nikt się nad tym nie pochyla i nie interesuje. Uważam, że życie i śmierć człowieka są sprawą indywidualną, siłą rzeczy ona musi być upubliczniona, ale.. tyle ile my wszyscy jako podatnicy, ile państwo polskie na rzecz tej blisko setki, która zginęła w katastrofie smoleńskiej zrobiło i robi, po prostu przekracza granice proporcji w stosunku do innych śmierci. Tysiące ludzi odchodzi też z powodów niezawinionych przez siebie. Zwykłem używać argumentu:” np. profesjonalni kierowcy na źle wyprofilowanych drogach. Mnie osobiście to niezwykle razi.”

Otóż razi i mnie, tym bardziej, że tzw. pisowskie rodziny ofiar smoleńskich wykorzystują słaby emocjonalnie rząd premiera Tuska na tyle, ile się da. W imię „doznanych krzywd”, które co chwila sami sobie generują gotowi są, zanim obalą przy pomocy kaczystów, oraz ojca doktora dyrektora ten rząd, wycisnąć z tego państwa ostatnie soki zwane budżetem. Wirtualne, głupie, idiotyczne, debilne krzywdy doznane przez nich od Tuska, Komorowskiego i Putina, które dla ich potrzeby zrodziły się w głowie równie idiotycznego, debilnego Macierewicza powodują ciągły, codzienny, od świtu do nocy urojony ból, który jak mniemam nie wyleczy nic, poza dodatkowymi milionami złotych, w ramach dodatkowych odszkodowań za traumę, a lekiem jeszcze bardziej skutecznym, który unicestwi tę chorobę na zawsze, byłoby oddanie władzy Kaczyńskiemu. Wtedy, ci wszyscy permanentnie przeżywający utrapienie zasiądą na stanowiskach nie tylko poselskich, ale nawet rządowych. Kilkoro z tych cierpiących, na zasadzie doznanych krzywd i współczucia wyborców zdobyło mandaty poselskie i senatorskie. Dwie wdowy Gosiewskiego podzieliły się izbami parlamentu na tyle, że jedna jest w Sejmie a druga w Senacie. Gosiu by był szczęśliwy. Może spokojnie wiecznie odpoczywać. Może, ale wdowy nie popuszczą. Edgar, ty nie myśl, że sprawa skończona, podumały wraz z jego matką, która się akurat nie dostała do władzy i dawaj go wykopywać, dla pokazania jeszcze niezbyt rozłożonych biologicznie szczątków tym, co to napiszą wszystko w gazetach i oskarżą rząd, iż źle się on z tobą obszedł, zanim spocząłeś, ku naszym wdowim smutkom i rozpaczy. Takich umartwionych „małymi”, bo zaledwie 250 tysiącami złociszy na twarz najbliższego członka rodziny w ramach odszkodowania jest wielu, szczególnie z rodzin pisowskich. A to pani Merta, która zabrała z Torwaru trumnę męża do domu, dzisiaj wściekła, że nie zajrzała pod wieko, bo podobno pan Arabski zakazał, a ona dzisiaj nie jest do końca przekonana, na czyim grobie pali znicze. Trudno, aby się upewnić, trzeba wołać grabarzy, by udostępnili jej ten wgląd. A to panie Kurtyka i Wasserman ugotowane rozczarowaniem, iż nie zostały posłankami. Doprawdy śmieszna i żałosna jest postawa pani Kurtyki, która za życia męża rozpaczała do prasy, że mąż już z nią nie żyje, bowiem sił do pracy nabiera w sypialni kochanki, której, być może jako dziennikarce dostarcza tajemnice z IPN, którym to z woli PIS zarządza. No, ale w tym wypadku akurat pieniądz jest ważniejszy niżeli ciekawostki z życia rodzinnego. Ciekawostką jest, że nikt z rodzin spoza PIS nie czuje się pokrzywdzony w kwestii postawy władz rządowych po katastrofie. Nikt poza Mertami, Gosiewskimi, Kurtykami, Wassermannami, Kochanowskimi, Kaczyńskimi, Błasikami i Walentynowiczami. Wszystkie wdowy pod egidą i patronatem ekipy Jarosława K, który w swoich wystąpieniach coraz bardziej się zacietrzewia, podobnie jak jego moherówy (foto). Na obsługę pogrzebów 96 ofiar katastrofy nasze państwo wydało liczne miliony złotych, nie szczędząc na niczym włącznie z pomnikami. Podobne miliony wydało państwo rosyjskie na zabezpieczenie obsługi przyjezdnych rodzin zmarłych, oraz prace techniczne związane z rozpoznaniem ciał i wydaniem protokołów DNA. Wszyscy otrzymali za zgodą rządu olbrzymie jak na polskie warunki odszkodowania. Niektóre rodziny wielodzietne nawet kilka milionów. Córka pary prezydenckiej także, jako że dorzucił jej trzy miliony odszkodowania zakład ubezpieczeń, a w celu przeprowadzki z Pałacu prezydenckiego do Gdańska, jej „własności” wywiozły trzy duże ciężarówki. O co więc chodzi jak nie o przejęcie władzy, która to byłaby ostatecznym terapeutycznym zadośćuczynieniem. Okazuje się, że jeszcze dochodzą płatności z kasy państwa za pogrzeby na bis po ekshumacji tych, na których szczątki chciały sobie ponownie popatrzeć rodziny. Tu, w tym miejscu należy mocno skrytykować nasz rząd za to, że w myśl Konstytucji nie traktuje wszystkich obywateli równo. Gdyby nie katastrofa smoleńska i wypłacone odszkodowania, do dzisiaj nikt z rodzin ofiar katastrofy pod Mirosławcem nie otrzymałby ani grosza. Paradoksalnie katastrofa smoleńska umożliwiła im starania o podobny grosz. Absolutnie gorzej wygląda postawa rządu w stosunku do rodzin tych ofiar w liczbie 16, które zginęły w mikrobusie w drodze do ciężkiej pracy za głupie 70 złotych dziennie. Oni jechali po to by zarobić na posiłek dla własnych dzieci, ci spod Smoleńska pojechali na wycieczkę modlitewną za ofiary sprzed 70 lat, a to już w naszym wyznaniowym kraju stanowi różnicę. Rząd podaje rękę ofiarom i ich rodzinom, które w wyniku katastrof komunikacyjnych giną lub doznają fizycznych szkód w drodze na pielgrzymki, natomiast tzw. „świeckie” katastrofy są mniej zauważalne. Naród to widzi i nie należy się dziwić spadających na łeb na szyję notowań koalicji PO-PSL. Jeżeli do tego dodamy skandale ze Śmietanko i Amber Gold w tle, a ponadto złą sytuacje w służbie zdrowia, galopującą inflację, reformę emerytalną, wzrost bezrobocia i ogólnej biedy, to czas porządkować papiery na biurkach rządowych panie premierze, bo opozycja co drugi dzień będzie stawiać przed dziennikarzami nowych „cyrkowych” kandydatów na przejęcie pańskiego stanowiska.

środa, 3 października 2012

GAUDEAMUS IDIOTES




Profesor Jan Hartman swym plastycznym językiem wypowiedział z okazji inauguracji roku akademickiego takie oto słowa:

"Co uczyniliśmy złego, że znów musimy womitować (czyt. wymiotować) zwątlonymi gardłami breję nikomu niepotrzebnych słów, spływających jak flegma z naszych odrętwiałych i zarobaczonych mózgów? Za jakie grzechy do naszych pensji dopisano te godziny udręki, gdy patrząc w młode znudzone oczy, widzimy swe zmarnowane żywoty i wydrenowane umysły?" - a całość zatytułował : GAUDEAMUS IDIOTES.
Na pewno wiedział co mówi. bo:
Mamy w Polsce dzisiaj najwięcej bodajże w Europie absolwentów wyższych uczelni chwalących się kartonikiem z tytułem magistra, No i co z tego?. Zblazowanych i bezrobotnych mamy podobnie dużo. Większość tych absolwentów ukończyła z łatwością „studia” na uczelniach prywatnych, gdzie za semestr dumni z dziecka rodzice bulili po kilkanaście tysięcy złotych odejmując sobie często od przysłowiowych ust. Przecież, nie oszukujmy się, każdej z tych uczelni zależało wyłącznie na wpłacanych przez studenta pieniądzach, a nie na wtłaczaniu mu do głowy wiedzy (zresztą bardzo okrojonej merytorycznie). Każdej z tych ponad 2000 uczelni zależało na tym by, student pozostawał na liście studiujących dopóty, dopóki płaci i nie koniecznie wymaga. Uczelnie te wypuściły przez blisko dwadzieścia lat kaleki umysłowe, a w każdym razie bardzo ułomnych ludzi magistropodobnych. W konsekwencji naprodukowano tysiące nieprzydatnych gospodarce absolwentów, a ściślej młodych bezrobotnych. Bezrobotnych tu w kraju, bo akurat za granicą operatorów zmywaków restauracyjnych. Pamiętam, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, na każde ogłoszenie o poszukiwaniu pracownika z wyższym wykształceniem w moim zakładzie pracy, podania wraz z dyplomem i CV składało co najmniej kilkanaście osób w ciągu dwóch dni. Zaiste było w czym przebierać. Pamiętam też, że wszystkich absolwentów prywatnych uczelni odrzucano z marszu, nawet nie przyglądając się załączonym pięknie wyretuszowanym fotografiom. Szansę zatrudnienia miał wyłącznie ktoś, kto ukończył państwową, renomowaną uczelnię, do tego o charakterze technicznym. Pamiętam z jakim to rozczarowaniem odchodzili z działu kadr. Już w owej chwili wiedzieli że kilkuletnie studia na tej czy innej uczelni noszącej dumną nazwę „Wyższa Szkoła itd. , filia w Wypierdkowie”, zmarnowała im kilka młodych lat, nie licząc tej masy ciężko zarobionych pieniędzy. Wiemy bowiem, że wszystkie polskie prywatne uczelnie nie są notowane na przeróżnych światowych rankingach. Nawet polskie , wydawałoby się powszechnie szanowane uczelnie państwowe, jak przykładowo: UJ, UW, UMK, WSH, o długoletnich tradycjach swoje pozycje w tej klasyfikacji, znajdują pod koniec światowych list. O czym to świadczy?. A o tym, że nauka polska poszła w przysłowiowy las. Poza literaturą żaden Polak nie zdobył nagrody Nobla. Nie wynaleźliśmy nigdy nic ważnego dla światowej gospodarki, medycyny, lub ekonomii, a jednostki takie jak profesorowie Kołodko lub Wolszczan pracują poza granicami naszego kraju, ale oni szlify naukowe zdobyli w PRL. Podłe notowania polskich uczelni nastąpiły po odzyskaniu niepodległości, gdy polski rząd wyraził zgodę na otwarcie na polskich uniwersytetach wydziałów teologicznych. Nikt poważnie nie potraktuje szkoły, gdzie w jednej auli studenci poznają tajniki biotechnologii, a za ścianą inni głowią się nad mitami umocowanymi w kreacjonizmie i coraz szerzej powszechnym egzorcyzmie. Ten gest rządu dla JPII, pozbawił nasz kraj powagi naukowej i spowodował dalszą lawinę powstawania katolickich uczelni m.in. Uniwersytet Stefana Wyszyńskiego, Akademia Papieska, Akademia Teologiczna, KUL, oraz dziesiątki innych o statusie wyższego szkolnictwa np. seminaria duchowne przy kuriach. Czy absolwenci takich „uczelni” przydadzą się krajowi, jego gospodarce narodowej?. Nie przydadzą, mimo, że wiele z nich jest dotowane przez budżet państwa. Czy podnoszą renomę naszej nauki w świecie?. Nie, raczej mocno obniżają prestiż polskiej nauki. Czy jest szansa na zmianę tego, bez wątpienia kompromitującego zjawiska.?. Nie, bo na głównych stanowiskach państwowych siedzą sami absolwenci właśnie kościelnych uczelni, którzy z mocy konkordatu i zapisanych uchwałą sejmową wartościach chrześcijańskich mają pierwszeństwo. Polak już od najmłodszych lat przedszkolnych, aż do matury jest karmiony wiedzą tajemną, która nie jest oparta na żadnej nauce empirycznej. Nawet nasz prezydent Komorowski, zanim zajął się polityką w naszym państwie wyznaniowym, był wykładowcą w seminarium w Niepokalanowie, i co ważne, jako wykładowca akademicki nie musiał znać ortografii., co mu pozostało do dziś. Co drugi minister, a nawet poseł szczyci się dyplomem z „krzyżykiem”. Dlatego ten nasz kraj wygląda tak jak wygląda. Twarz Polski jako kraju jest coraz bardziej smutna, rydzykopodobna, zatroskana o zbawienie wieczne, okadzona dymem z kruchty, oraz skazana na ciągłą żałobną woalkę. Skromnie powiem: Nie mnie oceniać akurat do końca zagadnienie polskiej nauki, ale każdy kto ma mało skażony zapachem kadzidła mózg i interesuje się cokolwiek „świeckimi świątyniami” nauki wie, że jest źle, a nawet podle.


poniedziałek, 1 października 2012

NABYTEK

Złapane w sieci.
Pan Michał Kamiński, deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia partii Kaczyńskiego, to postać barwna i doskonale znana polskiemu społeczeństwu. Bardzo zdolny chłop z okolic Łomży i Jedwabnego, aczkolwiek zrodzony w stolicy, dziś w wieku raczej zdrowego chłopa od kosy. Jako konserwatysta od „kołyski” przynależał do różnych partii, których celem było całkowite podporządkowanie władzy i społeczeństwa Kościołowi. Dzisiaj większość tych partyjek mieści się w sferze historycznej, jako dawno nieistniejące. Michał Kamiński, to zdolny gość, potrafiący w mig postrzegać, gdzie stoją konfitury. Po odzyskaniu przez Polskę całkowitej niepodległości karierę polityczną jako chłopiec na polityczne posyłki rozpoczynał w faszyzującym NOP (Narodowym Odrodzeniu Polski), super skrajnie prawicowej organizacji, dzięki czemu satysfakcje sprawiały mu takie happeningi, jak darcie pyska pod oknem gen. Jaruzelskiego każdej nocy każdego 13 grudnia, oraz rzucanie jajami i czym się da w demokratyczne przemarsze, w tym w parę prezydencką. Obok niego swoje popisy dawał tam jego imiennik z nazwiska Mariusz Kamiński, do niedawna szef CBA czyli „ojciec” agenta Tomka, oraz Julia Pitera z liczną bandą z Młodzieży Wszechpolskiej, oraz ONR z awanturniczym niczym pijany polski szlachcic Arturem Zawiszą na czele. Po jakimś czasie pan Michał zapisał się do ZChN, bo akurat partia ta była dla niego odskocznią pozwalającą czynić starania o ławę sejmową. Z chwilą, gdy Kukiz, gdy był jeszcze normalnym facetem, swoją piosenką ośmieszył ZChN, strasząc niegrzeczne dzieci „zbliżaniem” się „potwora”, Michał Kamiński znalazł się w partii nazwanej Przymierzem Prawicy. W międzyczasie zdążył jeszcze zaliczyć w towarzystwie Marka Jurka oraz Tomasza Wołka podróż do Londynu, by klęcząc na oba kolana, wręczyć więzionemu tam Pinochetowi ryngraf Matki Boskiej. Przed wylotem, w terminalu lotniska na Okęciu został oblany przez jakiegoś wielbiciela płynem tak śmierdzącym, że nawet skunks by pozazdrościł. Czas odlotu pilił, więc płaszcz, który nadawał się tylko do likwidacji wyrzucił, by w Londynie nabyć nowe okrycie. Londyński wyczyn tych trzech budrysów ośmieszył ich w oczach nie tylko ludzi lewicy i szeroko pojętej elity liberalnej, ale nawet wielu prawicowych polityków, szczególnie spoza Polski. W tym czasie zaangażował się nasz bohater obrony dobrego imienia mieszkańców Jedwabnego, głosząc gdzie tylko się da, że rodzice i dziadkowie jego wyborców z tegoż miasteczka nigdy nie poczynili krzywdy, chociażby jednemu Żydowi. Przekonywał naiwnie z ekranów telewizji, z anteny Radia Maryja oraz na nabożeństwach mszalnych, zapewniając sobie dozgonną wdzięczność owych. Po kilku latach jak wiadomo prawdę nie tylko jedwabieńską ujawnił nam Jan Gross w swoich historycznych książkach. W chwili, gdy Jarosław i Lech Kaczyńscy przekształcili partię Porozumienie Centrum w Prawo i Sprawiedliwość, pan Michał wyczuł pismo nosem i wstąpił w kacze szeregi. Jako zdolny i elokwentny polityk stał się spin doktorem prezesa, udowadniając wielokrotnie, że bajerować potrafi. Brylował na scenach zjazdowych partii, co stawiało go w szeregu bodaj najzdolniejszych polityków i celebrytów, przeto nie miał też problemu z kandydowaniem do parlamentu Europejskiego, mimo, że wraz z całym swoim zacofanym okręgiem głosował przeciwko przystąpieniu Polski do UE. Ale co tam ideologia, skoro jako europoseł może zgarniać 50 tysiaków miesięcznie, plus diety i zwrot kosztów za podróże do kraju. Tam w ławach PE, jako przedstawiciel skrajnej partii prawicowej został oskarżony przez deputowanych z innych państw o antysemityzm i nienawiść do ludzi o odmiennych orientacjach seksualnych. Oskarżenia były oczywiście słuszne, bowiem Kamiński jako antysemita sceptycznie patrzył na wydarzenia oświęcimskie, jakoby wątpliwym jest, że gazowano tam Żydów, a zwłoki spalano w krematoriach. Ten ślepy politycznie polityk doznał w Brukseli ostracyzmu, gdy do jego kilku PIS- owskich kumpli nie chcieli przyłączyć się przedstawiciele podobnych frakcji prawicowych państw członków Unii. Wtedy b. głośno przepraszał wszystkich za swoje przekonania. Widać musiał doznać dużo z tego powodu goryczy i zjeść beczkę soli, by mu się oczy otworzyły do tego stopnia, że wypiął się na RM i swojego złotoustego prezesa, posuwając się nawet do oskarżeń o wszystko co najgorsze. Wstępuje tymczasem do PJN. Wie, że w dobie zajadłych antagonizmów pomiędzy partią u władzy, oraz główną opozycyjną partią Kaczyńskiego, najbardziej słuszną linią polityki będzie umizgiwanie się do tej pierwszej, tym bardziej, że też wie, iż jego dotychczasowy polityczny ojciec już nigdy wyborów nie wygra. Wszystko zatem postawił na jedną szalę. Mocno uderzył w kaczy kuper, ale też w łojca Rydzyka, u którego szlifował warsztat polityczny. Za każdym razem, gdy tylko gości w kraju, nie omieszka zabrać głos w TVN24, oraz innych stacjach radiowych i telewizyjnych, chwaląc pod niebiosa Platformę Obywatelską i jej przywódcę. W ten sposób Tusk już ma nowego spin doktora. A on potrafi być bardzo wdzięcznym chłoptasiem. On ma coś z Giertycha, też w owym czasie gładkiego neofaszysty, wicepremiera w rządzie Jarosława, odtwórcy Młodzieży Wszechpolskiej. Dzisiaj Giertych, to jak dobrze ułożony psiak, gotowy służyć rodzinie pana premiera Tuska na łapkach. Nie ma co komu wypominać. Kaczyński, jako premier miał kilku urzędników, którzy wcześniej pełnili ważne funkcje w PZPR i mu to nie przeszkadzało ( Jasiński, Kryże), ale innym byłym, choćby szeregowym członkom tej partii, a dzisiaj nie współpracującym z kaczystami lub Kościołem już tak. Ważne u czyich nóg leżysz!.

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...