piątek, 28 września 2012

JAK NIE WANNA TO BOMBA

Złapane w sieci. (podmienione ciało, to jakiś Polak).

Nawet dość mocno mi się popłakało nad tym nieszczerym słowem przepraszam, a potem szeregiem oskarżeń w stosunku do rodzin - mówiła w TVN 24 w programie "Jeden na Jeden" Małgorzata Wassermann... dodam, obłudnica jedna.

*****
Małgorzata Wassermann!!! Żal mi tej zajadłej sierotki!! Tylko zamknięty zakład psychiatryczny może ją uratować, pisze ktoś podpisujący się jako lekarz w komentarzu do poprzedniego posta. A ja dodam od siebie: I to też bardzo wątpliwe, bo pamiętamy tatę sierotki jak walczył z firmą w sprawie źle zainstalowanej wanny, posądzając ją o zlecony zamach na jego życie. Okazuje się, że to chyba rodzinna, dziedziczna przypadłość.
Co się dzieje!!. W kraju jest tyle problemów, że można by nimi obdzielić połowę najbardziej zacofanych krajów świata, a rząd pozwala na to, by całe społeczeństwo przeżywało po dwóch i pół roku od katastrofy lotniczej w Smoleńsku nieustającą traumę z powodu kilku rodzin pisowskich, które, nie ukrywajmy tego, na rozdrapywaniu zrośniętych już ran ugrać dla siebie jeszcze więcej, niżeli dostali od tuskowego, rozrzutnego rządu, bo akurat rozrzutność widzimy na każdym kroku. Wyczuli, że najwyższy czas, aby znaleźć jeszcze jeden argument do wypłaty zasądzonych odszkodowań. Najwyższy, bo każdy miesiąc powoduje coraz większy rozkład trupich szczątków, co uniemożliwia grzebanie w nich służbom sanitarnym i patologom, a wiadoma rzecz, że stwierdzenie grobowej pomyłki, polegającej na choćby cząstkowej zamianie ciał, a następnie oskarżenie o nią Tuska i Putina będzie najlepszym takowym powodem na założenie sprawy o odszkodowanie za „ciężkie” doznania psychologiczne. Jestem absolutnie przekonany, że taka Małgorzata Wassermann czuje się zapewne zawiedziona, że akurat w trumnie jej tatusia były szczątki tatusia. Byłby na pewno świeży grosz, tym bardziej, że pani Małgorzacie wyborcy pokazali środkowy palec i posłanką nie została. Trupie państwo. Tak można by nazwać nasz kraj, uginający się przed oskarżeniami rodzin tej jednej jedynej partii, na czele której stoi rządny władzy, przegrany pomyleniec, otoczony takimi samymi jak on, czyli m.in. Macierewiczem-don Pedro i Fotygą z uśmiechem cmentarnym. Oboje dyżurni świadkowie kopaczy trupich dowodów na to, że władza w rękach Donalda Tuska jest największą pomyłką w dziejach Ich Rzeczypospolitej. I tu rodzi się pytanie do pana premiera. Skoro już się przekonał, że Kaczyński, mimo partyjnie rodzinnych powiązań, nie da mu się ułaskawić, zaś sam prezentuje się jako ten od Kaczora bardziej liberalny, bardziej europejski, to dlaczego nie czyni tego co naprawdę by go odróżniało od PiSu. Dlaczego (powtarzam to już od lat) mimo publicznej wypowiedzi, że nie będzie klękał przed księdzem, nie podpisuje i nie ratyfikuje europejskich przepisów, w tym Europejskiej Karty Praw Obywatela, w której zawarta jest m.in. legalizacja in vitro, prawo do uzasadnionej aborcji, prawo do uzasadnionej eutanazji, prawo do zawierania związków partnerskich, zakaz maltretowania kobiet i dzieci, którym to nawet matki polki, te własne i te przybrane zabierają życie. Wiele też innych praw, którymi się cieszą naprawdę „wolne” narody. Nasza polska wolność polega na dostępie do pracy (gdy masz szczęście) za jedną szóstą pensji Niemca, Anglika, Francuza czy Holendra. Na płodzeniu wielu dzieci zgodnie z wytycznymi Kościoła, chociaż Polacy mają to głęboko gdzieś. Prawo, a nawet obowiązek do ich wychowania zgodnie z kleszą nauką, chociaż w tej materii odczuwamy już społeczny opór. Dużo takich praw, które nie mają nic wspólnego z rzeczoną Kartą powoduje to, że blisko trzy miliony młodych (wykształconych) ludzi wyjechało, najczęściej na stałe z kraju w poszukiwaniu światłej egzystencji. Tutaj, pozostali ci, którzy nie potrafią przemóc przywiązania do „marności” polskiej. Ci, którzy swą słabością zawierzyli obiecankom premiera na dzisiaj, oraz klerowi na po.. śmierci. Byle dzielili się z fiskusem oraz z kościelną tacą. Ten bardzo bogobojny kraj, wydawało by się pokojowy jest równocześnie bardzo awanturniczy. Świadczą o tym fakty nie do podważenia. Pominąwszy to, że od kilkunastu lat angażujemy się z własnej woli w walce z Arabami, tylko dlatego, ze chcemy robić „dobrze” USA, bez żadnych odwzajemnień uczuciowych, wpisujemy się bodaj w grupę dzikich krajów afrykańskich, które do tej pory nie podpisały zakazu składowania i produkcji min przeciwpiechotnych, będących przyczyną najtragiczniejszych skutków ich stosowania, mimo, iż uwielbiany po wieki błogosławiony JPII, osobiście się cieszył z uchwalonej konwencji. Nie podpisaliśmy, bo nie podpisała też Rosja i USA. A niechby na nas napadli to co wtedy?. Paranoicy, głupole, idioci, debile polityczni. Komu wy chcecie stawić czoła, komu. To tak jakby zając ćwiczył chwyty przed walką z niedźwiedziem. No i jeszcze ta tarcza przeciwrakietowa, która się zamarzyła hrabiemu prezydentowi, ku postrachowi Rosji, kosztem 8 miliardów euro, czyli w cenie kilku stadionów narodowych. Pewno mu się uda, bo akurat on to może nawet latać na drzwiach stodoły, to co tam jakaś tarcza. Zrobi się, ku uciesze amerykańskich podatników, bo niestety, ale hrabia za całość płaci sam, honorowo, jak to hrabia. W kraju bieda aż piszczy, jesteśmy pośmiewiskiem świata na każdym kroku,we wszystkich notowaniach mamy zarezerwowane miejsce w końcach tabeli. Ponadto , ledwo co zbudowane autostrady już się zapadają, z dumą prezentujące się stadiony popadają w nędzę, bo przecież co chwila nie będzie do nas przyjeżdżać na koncerty Jennifer Lopez, a okazuje się, że nawet są państwa, które odmawiają sparingowych meczy z naszą dziadowską narodową drużyną. Polska to kraj, który przegrywa w strasburskim sądzie wszystkie sprawy ze swoimi obywatelami, do tego nawet nie realizuje wyroków sądowych. To kraj w którym małżeństwo partnerskie zawarte za granicą zgodnie z obowiązującym prawem, jest nieuznawane tu, na ojczystej ziemi, bo oburzają się na taki stan rzeczy tacy dostojnicy jak Gowin, Żalek, Górski, Kaczyński i jego rój, Pitera, a nawet czarnoskóry poseł PO z zawodu wielodzietny pastor. Za to kraj, gdzie praktykuje się zlizywanie z kolan rozkraczonych klechów bitej śmietany przez młode dziewuszki w ramach kocenia się (pokornych owieczek). Przegrywamy jako państwo wszystkie sprawy i płacimy wielkie odszkodowania. Stać nas na to. Miliony złotych przeciekają przez palce z powodu wyalienowania się z prawdziwej rodziny nowoczesnych społeczeństw. Każda prawie sprawa kończy się wyrokiem nakazującym wypłatę odszkodowań, szczególnie zaś dla niesłusznie skazania na pobyt w naszych średniowiecznie urządzonych więzieniach. Teraz z kolei ni stąd ni zowąd jak szczury z piwnic wyłażą ci, którzy na tej wielkiej tragedii smoleńskiej z ochotą wyciągną ręce po następne odszkodowawcze „należności”, bo chociaż w kolejnej otwartej trumnie znajdą zwłoki bliskiej im osoby, to wiadomo, że będą to zwłoki niekompletne ( bez ręki, bez palca, bez głowy), bez.... jaj drodzy państwo, ale taki jest zawsze stan cielesny poszkodowanych w katastrofach i trudno abyśmy my podatnicy za to ponosili wielokrotnie odpowiedzialność. Premier, jeżeli nie chce rzeczywiście w czasie tej drugiej kadencji zubożyć naszego państwa do tego stopnia, że przeciętny Białorusin i Ukrainiec będzie miał do nas stosunek podobny jak my dzisiaj do Rumunów i Cyganów, musi się postawić jak prawdziwy premier państwa. Musi uznać faktycznie wszystkie zobowiązania wobec praw europejskich, podnieść się z kolan wobec biskupów poprzez zapowiedź rewizji konkordatu, oraz całkowicie zignorować partię Kaczyńskiego, która za pośrednictwem mediów w czasie powtórnego pogrzebu Walentynowicz ogłosiła światu, że ofiara wraz z prezydentem „zginęła” nad Smoleńskiem w wyniku podłożonych bomb, a przy tym podziękować za współpracę tym członkom PO, którzy odstają od niej ideowo. Dość zarazy rodzącej faszyzm przy milczącej akceptacji PIS i nie tylko. W innym przypadku będzie Pan panie premierze tylko zakładnikiem i wyrobnikiem praktycznie niczego, z czego Polska mogłaby być choćby po trosze dumna....  Ale marzenia!

niedziela, 23 września 2012

TO JUŻ NIE FUTOROLOGIA

Spiżowe prezydentostwo: Maria i Lech Kaczyńscy.
Wołomin, …. rok 2013, najpóźniej 2014.

- Panie, jak dojechać do Bulwaru Lecha Kaczyńskiego?
- Pojedzie pan ulicą Ofiar Katastrofy Smoleńskiej, skręci w prawo w ulicę Braci Kaczyńskich, potem przez Męczenników 10 Kwietnia, dalej prosto przez Prezydenta Tysiąclecia i skręci pan w lewo, w Bojowników o Prawo i Sprawiedliwość. Potem już prosto do Placu Braci Bliźniaków z pomnikiem Jarosława Boga Żywego, a tuż za nim jest Bulwar Lecha Kaczyńskiego.

Tak będzie już wkrótce, nie tylko w Wołominie, gdzie władzę miasta stanowi pałacowa ekipa przydupasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego, która niemal w całości, po wygraniu wyborów przez Bronisława Komorowskiego usadowiła się w ratuszu pobliskiego Wołomina, ku „radości” mieszkańców tego miasta. Wołomin ma szczęście do wyjątkowości. Zaraz po osadzeniu w celach więziennych mafii zwanej wołomińską, miasto pozyskało inną, zgodnie z zasadą, że życie nie lubi próżni. Miasto, gdzie mysz kościelna chwali się bogactwem, musi płacić wysokie pensje spadochroniarzom politycznym z PiS, bo przecież ci dotychczasowi urzędasy śp. Lecha nie mogą zbyt dużo tracić, tym bardziej, że dojeżdżają ze swoich apartamentów stołecznych służbowymi samochodami wspomaganymi dietą podróżną. Na dodatek tego, w podzięce za ustawienie im wygodnej egzystencji w doczesnym żywocie, postanowili obdarzyć Wołomin pomnikiem swego tragicznie zmarłego dobroczyńcy Lecha Kaczyńskiego, obciążając kosztami „wyprodukowania” i instalacji mieszkańców miasta nad Czarną. Z chwilą gdy biedny lud, który akurat nic nie skorzystał na prezydencji Lecha K. zaprotestował i praktycznie nie dopuścił do instalacji na terenie miasta „zbożnej” figurki, strasząc, iż będą ją oblewać czymś mało sympatycznie pachnącym, ratuszowi wnioskodawcy chwilowo zrezygnowali z zamiaru upiększenia skwerku miejskiego Kaczyńskim. Nie spoczęli jednak do końca z realizacji postanowienia. Postument „zwinęli” chwilowo do piwnicy ratuszowej, a po to, by miasto powoli przyzwyczajało się do czczonej przez PiS postaci, upiększono je popiersiem, po rusku „biustom”, oraz tablicą pamiątkową. Prędzej czy później jednak Lech Kaczyński, nasz „prezydent tysiąclecia” twardo wrośnie gdzieś tam w skrzyżowanie najbardziej reprezentacyjnych ulic Wołomina, czyli imienia jakowyś świętych, bo dzisiaj praktycznie nie nadaje się ulicom patronów spoza listy wziętej z litanii. Tak jest w całej europejskiej Polsce, członku UE, zarządzanej przez paraliberalny rząd spokrewniony w dużej części poprzez posłów z prostym klerem, a nawet arcybiskupami. Nawiasem mówiąc w Radomiu, gdzie PiS też planuje „ubarwić” miasto podobnym pomnikiem wybuchła wielka awantura na styku mieszkańcy- władza złożona w przewadze z pisiorów. Zanosi się na to, że z postumentem Lecha trzeba będzie uciekać gdzieś na rzeszowską wieś, albo ustawić go przy jakimś kościele.
W niezbyt odległym od Wołomina Ciechanowie, na nowo powstałym osiedlu wszystkie cztery ulice nazwano zgodnie z „porozumieniem” władz miejskich z probostwem imionami świętych. To ulice, Św. Floriana, Św. Anny, Św. Franciszka i Św. Magdaleny. Mają one stanowić o Świętym Ciechanowie, podobnie jak Święta Lipka, albo Święte Laski w łódzkim i o tym powinien pomyśleć Sejm, bo tylko on jest godzien zatwierdzać zmianę nazwy miejscowości.
Gdzieś czytałem, a nawet widziałem naocznie fotkę z miasta , gdzie pokazano rondo nazwane imieniem Jana Pawła II, od którego promieniście rozchodziły się cztery ulice nazwane kolejno: Papieża Polaka, Karola Wojtyły, Błogosławionego Ojca Świętego JPII, oraz papieża Pielgrzyma. Być może był to żart, ale chyba nie do końca, bowiem jeżeli taka propozycja wpłynęła do gminy prosto z kurii, to nie ma o czym gadać, zgodnie z zasadą: Roma locuta – causa finita, jak to bywa w państwach wyznaniowych, do których Polska niewątpliwie należy od 1989 roku.

czwartek, 20 września 2012

JESIENNE WYKOPKI


Poprzedni post, zatytułowany JESIEŃ napisałem z powodu nostalgii za uciekającym życiem w otoczeniu barw pachnącej przyrody, oraz podziwu dla dzieł człowieka. Bodaj największe wzruszenia emocjonalne odczuwam bowiem podczas dwu pór roku, wiosny i jesieni. Wiosna, bowiem to narodziny wszelakiego życia, jesień zaś to jego jakowyś tam koniec. Aliści nie sądziłem, że aż tylu drogich mi Czytelników jesienny tekst skojarzy z cmentarnymi wykopkami. Co prawda, to rzeczywiście o tej porze roku ziemia oddaje swoje plony tym co „żywią i bronią”, ale okazuje się, że kampania buraczana obejmie też wiele cmentarzy na terenie naszej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Powiem tak: gdybym był premierem państwa, a więc człowiekiem, który tym państwem zawiaduje, to uderzyłbym mocno pięścią w stół przy którym rząd odbywa nasiadówy zanim pójdzie „haratać w gałę” i wykrzyknął: Dość tego, dość ośmieszania naszego kraju, dość krecich zachowań przeciwników politycznych, przy pomocy bezkarnym biskupów, co to nawołują do rozwiązania Sejmu. To nie pana sprawa panie Dydycz. Nie pozwalam grabarzom pisowskim na szukanie dróg dojścia do władzy w grobach ofiar jednej z największych katastrof lotniczych w historii naszego kraju. Każda rodzina ofiary miała szansę, a nawet obowiązek, uczestnictwa w rozpoznaniu zwłok bliskiej jej osoby. Wiadomo wszak, że niektórzy z bliskich (żona, mąż, syn, córka) z powodu ogromnej traumy nie potrafili osobiście pojechać do Moskwy. Koszty przelotu oraz pobytu opłaciło państwo polskie lub rosyjskie. W tym wypadku „swoje” ofiary rozpoznawali „kurierzy” wysłani przez owe rodziny. Wiadomo, że stan fizyczny ciał nie zawsze pozwalał na jednoznaczną identyfikację, jak to bywa w przypadku katastrof lotniczych. Większość ciał była niekompletna, większość też zmasakrowana do tego stopnia, że fragmenty poszczególnych zwłok były pomieszane. Trzeba było, jak wiemy robić wielokrotne badania DNA nawet jednej osoby, ponieważ nie było pewności, czy noga, głowa lub element brzuszny przynależy do ofiary „niby” rozpoznanej. Pogrzeby odbyły się z wielką pompą państwową na koszt społeczeństwa, w przypadku Prezydenta Lecha K. wprost królewski, tudzież wypłacono gigantyczne odszkodowania wszystkim najbliższym członkom rodziny. Przykładowo rodzina wicemarszałka PIS Putry otrzymała kilka milionów, bowiem akurat pan śp. wicemarszałek zgodnie z przynależnością partyjną i gorliwym wyznaniem religijnym napłodził bodajże ośmioro potomstwa. Mimo tegoż, bez wątpienia olbrzymiego obciążenia, wydawało się, że państwo zadośćuczyniło rodzinnym krzywdom, chociaż jak wiadomo bezpośrednich winnych katastrofy do końca nie ustalono. Są tylko poszlaki i domysły. Miejmy nadzieję, że ktoś naprawdę winny kiedyś stanie przed sądem, ale na pewno nie ci, których już od wyborów prezydenckich skazuję Prawo I Sprawiedliwość, oraz jej przybudówki SP i PJN. Śmiać się tylko wypada z teorii zamachu pt. Tusk-Putin, który sobie z lubością ubzdurali Macierewicz i Fotyga. Ten tandem z werbalnych podkopów politycznych, tej jesieni przeszedł do praktycznych podkopów cmentarnych. Nic nie dały ich wojaże po Ameryce w poszukiwaniu chętnych do badań nad katastrofą, nic nie dały ekspertyzy pseudouczonych sprowadzanych z USA i Australii, bo po kilku wypowiedziach sami doszli do wniosku iż kompromitują swój prestiż i w końcu cichutko porzucili Macierewicza wraz z jego urojeniami uciekając do swoich krajów. Ale osamotniony szpieg z krainy deszczowców (caramba), czyli nasz Antek policmajster nie jest. Wtóruje mu inna bezsprzecznie postać o twarzy przypominającej portrety trumienne, tanecznica muzyki latynoskiej, minister w rządzie Kaczyńskiego, Anna Fotyga. Dzisiaj, po dwu i pół roku od bez wątpliwości ckliwych pogrzebów, oboje, jako dyżurna para kaczych zamysłów od bladego świtu wrastają w ziemie przycmentarne, śledząc, by nikt przypadkowy, oprócz rodzin i wyznaczonych urzędowo grabarzy nie próbował podmienić pisowskich „grobowych wartości”. Mówię pisowskich, bo żadnej rodzinie ofiary z innej partii, nawet do głowy nie przychodzą podobne cmentarne wykopy. Na samej identyfikacji zwłok przez rodzinę się nie kończy. Potrzebny jest Macierewiczowi choćby odłamek metalu w ciele ofiary, a najlepiej jakiś składnik chemiczny, który by można przypasować do jego teorii o wybuchu dwu bomb. Już się zdarzyło, że syn nie rozpoznał wyjętej z trumny po prawie trzech latach spoczynku swojej matki. Alarm, który mówi!: wykopać wszystkich, niezależnie od zgody, lub jej braku ze strony rodziny. Bardziej makabrycznych idiotyzmów sobie nie wyobrażam. Przecież grób jest symbolicznym miejscem spoczynku osoby bliskiej, której przez pamięć składamy kwiaty i zapalamy znicz. Nikt nie sprawdza co jakiś czas, jakże rozkłada się w grobie pochowany. Tak, świat się śmieje, był taki film, ale świat się śmieje też przez łzy, bo kacze poczynania, przy milczącej postawie premiera Tuska, którego próbują ośmieszyć i podważyć jego praworządność, nadaje się do programów Monty Pythona. Cały ten ekshumacyjny cyrk jest zaplanowany precyzyjnie. Odbywa się on w „on czas”, czyli w czasie zmasowanej akcji w celu przejęcia władzy w kraju, przy pomocy Rydzykowej stacji, w sprawie której szykują się pikiety, chucpy, marsze i śpiewy. Taki polski karnawał zaraz po pielgrzymkach częstochowskich przedstawicieli prawie wszystkich zawodów, od lekarzy i energetyków, po naukowców, posłów, a nawet rzeczonych grabarzy. Mam akurat na myśli europosła Cymańskiego, kandydata gabinetu cieni na premiera, który dzisiejszą karierę rozpoczął od funkcji kopidoła, o czym sam przypomina. Ktoś z komentatorów sobie żartuje, że gdybym nie wspomniał o jesieni, to do zachowań cmentarnych by nie doszło. Dobry dowcip!!. Który to z kaczych postaci mnie czyta?, jeżeli nawet przypadkowo zahaczy wzrokiem to jestem pewien, że się z tego spowiada przy najbliższej okazji. Otóż sezony buraczano- kartoflano, katolskie (czyt. cmentarne) będą trwać dopóty, dopóki PIS i jego przybudówki nie dojdą do władzy. Będą TRWAĆ, jak trwa tv. TRWAM, której jedynym patriotycznym nakazem jest upodlanie wszystkich, którzy nie z nimi, czyli z PIS-em. Tam nie znajdziesz tematów dla Kościoła tabu. Tam nie usłyszysz o pladze pedofilskiej księży, o brudnych pieniądzach Watykanu, o wykorzystywaniu biednych, często niedouczonych emerytów, o rabunku majątku narodowego, oraz utracie na rzecz proboszcza dorobku całego życia naiwnych starych ludzi. Oczywiście zapewne o. Rydzyk przemilczy fakt lizania kleszych, owłosionych, rozkraczonych kolan przez uczennice gimnazjum w ramach szkolnego pasowania. Ciekawe skąd księżulo zaczerpnął ów smakowity obyczaj. Jak nie z wojska to zapewne z seminarium, gdzie dzieją się rzeczy zamknięte murem milczenia. Amen.

niedziela, 16 września 2012

JESIEŃ


Jesień, jesień, jesień, złote liście spadają z drzew.
Jesień, jesień, jesień, dzieci liście zbierają na w-f

Jesień, jesień, jesień, złote liście spadają w dół.
Jesień, jesień, jesień,Marcin znalazł tylko liścia pół.

Jesień, jesień jesień, za to Zosia aż cztery w całości.
Jesień, jesień, jesień, znowu piątka w dzienniczku zagości.

Piosenka charakterystycznie dla pory roku wykonywana przez artystów kabaretu Mumio bardzo trafiła mi w gust. Gust, który akurat w tym wypadku topi się w oceanie melancholii, a zarazem „współczucia” dla tych dzieci, które biegając po zroszonym parku szukają liści, by popisać się przed swoja panią. Szkoda mi tego Marcinka, który w parku jak to zwykle bywa, wypełnionym kasztanowcami, znalazł tylko pół liścia, mimo zapewne starań, bo dzieci w jego wieku są mocno zaangażowane i pełne ambicji. Może jest niedowidzący, może mając zaawansowany daltonizm nie rozpoznaje kolorów? Często przyczyny tkwią gdzieś indziej, np. kłopoty domowe, rodzice się rozwiedli, ojciec pije i bije, niedostatek, brak pracy, zapowiedź wizyty komornika, co bez wątpliwości wpłynęło na jegoż roztargnienie. Trudno więc zrozumieć przesłanie autora piosenki. Jest treściowo puste jak stodoła przed żniwami. Pociechą dla nas słuchających piosenki jest to, że z kolei Zosia znalazła aż cztery całe liście zapewniając sobie w dzienniczku kolejną piątkę. W sumie nie jest tak źle, bo średnia wypadła nie najgorsza. Tyle częściowo serio i „większe pół” żartem.
Jesień, to obok wiosny, która wypycha z naszego otoczenia znienawidzony okres zimy należy do tych pór roku, które lubimy. Pstrokato kolorowe drzewa, na których siadają ptaki zwołujące się na sejmiki emigracyjne, oraz sunące w powietrzu białe nitki babiego lata, a także gromadki dzieci zbierające owoce kasztanowców, wszystko to należy do miłych zdarzeń, jakże charakterystycznych dla tej pory roku. Jeszcze jest ciepło, jeszcze nie wszyscy powrócili z urlopów, a wielu z nas właśnie o tej porze ucieka w plener, by w towarzystwie członków rodzinny lub przyjaciół smakować się podpiekanymi na grillu kiełbaskami popijając je bursztynowym napojem z pianką. Jeszcze radośniej przebiega spędzanie czasu przy ognisku w którym pieką się ziemniaki. Czas oczekiwania wypełniamy naszym narodowym repertuarem: „płonie ognisko, oraz hej sokoły”. Upieczone bulwy emanują wyjątkowym zapachem i wzmagają apetyt nawet u tych co przed chwila opchali się golonką i na deser tatarem. Coś w tych płodach polskiego sioła jest. To cieszy, a unoszące się w kierunku nieba dymy palonego perzu i naci ziemniaczanej, to wskazówka dla wielu, że z tym padołem trzeba będzie się rozstać i udać się zgodnie z owym kierunkiem dymu.
Dlatego jesień ma też skojarzenia mniej radosne, szczególnie dla tych, którym udało się przejść w stan emerytalnego spoczynku, zanim wprowadzą obowiązek pracy do lat 67, bowiem jesień życia, to ostatni etap ziemskiej egzystencji człowieka. Akurat ta metafora jest mało radosna, nawet gdy pomyślimy, że każda jesień przybliża nas do marca i kolejnej podwyżki emerytury o całe 40, a może nawet 50 złotych. Ja osobiście, podobnie jak moja małżonka, przyjmuję z radością każdą porę roku, bo przecież nawet zima jest potrzebna przyrodzie, a więc nam wszystkim. Śnieżna pierzynka, która przykryje świat flory pozwala odpocząć tejże, by z całą siłą natury upiększyć nas w marcu, a wtedy nie tylko rewaloryzacja emerytur ucieszy nas seniorów. Radosna zieleń i świergot ptactwa słowem, ta wypoczęta przyroda natchnie nas dodatkową nadzieją. Nadzieją na doczekanie następnej „waloryzacji”.
*******************************************************************

Spodobał mi się wiersz pana Tadeusza Wywrockiego pt. „Jak nie kochać jesieni”, który pozwalam sobie przytoczyć:


Jak nie kochać jesieni, jej babiego lata,
Liści niesionych wiatrem, w rytm deszczu tańczących.
Ptaków. Co przed podróżą na drzewach usiadły,
Czekając na swych braci, za morze lecących.

Jak nie kochać jesieni, jej barw purpurowych,
Szarych, żółtych, czerwonych, srebrnych, szczerozłotych.
Gdy białą mgłą otuli zachodzący księżyc.
Kojąc w twym słabym sercu codzienne zgryzoty.

Jak nie kochać jesieni, smutnej zatroskanej.
Pełnej tęsknoty za tym, co już nie powróci.
Chryzantemy pobieli dla tych, których nie ma.
Szronem łąki maluje, ukoi, zasmuci.

Jak nie kochać jesieni, siostry listopada.
Tego, co królowanie blaskiem świec rozpocznie.
W swoim majestacie uczy nas pokory.
Bez słowa na cmentarze wzywa nas corocznie.


środa, 12 września 2012

MÓJ TY POLSKI SZLACHCICU


Moja babcia Aleksandra Franciszka, nazwisko panieńskie *****kiewicz, szlachcianka z Mazowsza, już od lat dziecięcych zapałała młodzieńczą miłością do pięknego jak marzenie pedofila, chłopca z prostego ludu o rysach cygańskich, zresztą z wzajemnością. Niestety, na przełomie XIX i XX wieku podobny mezalians był nie do przyjęcia. Nie wykluczone, że pozostałaby dwudziestoletnią „starą” panną, gdyby nie nawinął się Józef *******wicz, równie przystojny, ale nieco starszy kawaler, zaraz po odbyciu pięcioletniej służby w armii najjaśniejszego cara Mikołaja II Romanowa. Niestety krwi jeno półbłękitnej z powodu częstych zbyt „bliskich” kontaktów z ludem jego ojca, a mojego pradziadka. Tak czy owak babcia, która męża przeżyła o blisko 30 lat, pozostała do końca swych dni we wdowieństwie, dla zachowania swej pochodzeniowej dystynkcji. Przy okazji różnych rodzinnych spotkań podkreślała swój rodowód ostro dokładając socjalizmowi, który zniwelował różnice klasowe do zera. Miała zresztą powód do owej nienawiści, bowiem w latach stalinowskich wielu członków jej, a więc i mojej rodziny katowano w kaźniach więziennych. Często podśmiewałem się z babcinego szlachectwa traktując je w kategoriach groteski. Z humorem, a nawet z mocnym przymrużeniem oka przyjmowałem babcine przypowieści i podziw dla szlachty kresowej, skąd jak wiadomo przybył dziadek by poślubić właścicielkę kilkudziesięciu hektarów ziemi i lasów w latach dwudziestych. Uczynił to po zubożeniu, gdy znalazł się w szeregach tzw. szlachty gołoty. Dzisiaj akurat Gołota to bogaty gość i zabijaka zgodnie z tradycją polskiego rycerstwa.

W PRL było mało tych oficjalnych szlachciców, którzy powoływali się na korzenie zdobione herbami Topora, Gryfa, Grzymały, Gozdawy, Korwina, Nałęcza czy też Zagloby. Stanowili oni opozycję w stosunku do władzy, ale pozostawali zwykle w uśpieniu politycznym. Ruszyli „po swoje”jak harty po 1989 roku, a właściwie to oni stanowili trzon organizacyjny tych, co to podpisywali z „komunistami” porozumienia gdańskie, szczecińskie, jastrzębskie oraz przy historycznym Okrągłym Stole. Po sławetnych wyborach, w dniu czwartego czerwca, wielu z nich już nie kryjąc swojego pochodzenia umocowało się w lawach sejmowych. Mimo, iż słowo szlachcic w Europie znaczy tyle co nic i stanowi co najwyżej temat kabaretowy (poza konserwatywną Anglią), bowiem liczy się wiedza, tytuły naukowe i talent, w Polsce obwieszanie się szarfami podkreślającymi rycerskość i korzenie szlacheckie jest nadzwyczaj modne. To taka sarmacka nieuleczalna choroba. Dlatego wciąż wciskają nam się przed oczy postaci prezentujące swój rodowód hrabiego, księcia, czy też przysłowiowego ordynata „na Potulicach”. Wciąż już bardzo wyblakłą błękitną krwią szczyci się wielu, często zlituj się Boże polityków. Niektórzy nawet podkreślają z całą siłą swoją wyjątkowość w przekroju społecznym. Mocno się zakorzenili w polityce Niesiołowski, Komorowski, Sikorski, Ujazdowski, Czartoryski, Suski. Odeszli na zawsze Przemysław Gosiewski oraz Anna Radziwiłł. Jest też jeszcze wielu innych snobów, którzy gotowi są wydać ogromne pieniądze by poprzez rozrysowanie drzewa genealogicznego odnaleźć słuszną, czy nawet naciąganą rodzinną heraldykę. Niektórzy dla znalezienia się w nobliwym towarzystwie zapisywali się (płacąc nie małe składki) do różnego rycerstwa Chrystusowego, rycerstwa Niepokalanej czy tez Opus Dei. Przysłowie „poznać pana po cholewkach” często demaskuje małość honoru ujętego w innym przysłowiu „szlachectwo zobowiązuje”. Przykładem jakże aktualnym jest publicznie okazane chamstwo przez szlachcica Korwina Mikke. W sektorze dowcipu mieści się przypowieść jak hrabia został ambasadorem Polski w Londynie. Dwa lata później baronowa go pyta- czy dużo trudności sprawia panu hrabiemu język angielski.?- Mnie nie. Anglikom tak.
Niestety już tak było i jest, że wielu z polskiej szlachty wiedzę i umiejętności zastępowało tytułami rodowymi. Naszym współczesnym „szlachcicom też jakże często słoma z butów wyłazi”.

Pan Paweł Wroński, dziennikarz GW w artykule „My, szlachta” pokazał prawdziwą niegodziwość polskiej szlachty na Kresach Wschodnich w Polsce przedwojennej. Pokazał twarz panów mających u swych stóp (dosłownie) niewolników złożonych z głodnego i gołego chłopstwa, wyrobników oraz upadłego żydostwa. Żaden zwierzak w obejściu pana nigdy nie doznał tego co podwładny mu człowiek. Polski pan był panem życia i śmierci. Był ogierem dla dziewczyn wiejskich wychodzących za mąż. Czynił to za cichą zgodą kleru katolickiego, który daleko nie odbiegał od podobnego obyczaju. Datki tacowe to najlepszy glejt na zbawienie. Prawo ustanowione przez niego samego zezwalało mu na wszystko, bowiem poza nim i jego rodziną pozostali stanowili prawdziwą nicość. Nie dziwota, że goli chłopi ściągali ubrania i buty z poległych powstańców w 1863 r. Stefan Żeromski- „Rozdzióbią nas kruki i wrony”. Nie dziwota, że były też masowe przypadki kanibalizmu. To rosyjski car, a nie polski pan uwłaszczył chłopów i zniósł niewolniczą pańszczyznę. Tylko z powodu niebywałego ucisku i poniżenia chłopa na Kresach do dzisiaj pozostała historycznie usprawiedliwiona nienawiść do wszystkiego co polskie. Z tego też powodu po części nastąpiły rzezie Ukraińców na Polakach. Nie ma się więc czym chwalić i z dumą głosić, że drzewo genealogiczne wskazuje na przynależność do słynnego rodu Sapiehów, Zamojskich, Lubomirskich, Koniecpolskich, Radziwiłłów czy Krasińskich.

niedziela, 9 września 2012

PARALIBERALIZM


Liberalizm – to ideologia i kierunek polityczny, według którego wolność człowieka jest nadrzędną wartością. Liberalizm jest ściśle związany z indywidualizmem, stanowczo odrzuca kolektywizm, oraz opowiada się za jak najmniejszym krępowaniem wolności jednostki przez państwo.- Tyle encyklopedia.


Platforma Obywatelska to partia, która pod szyldem liberalizmu od pięciu lat zarządza naszym polskim padołem. Zatem przyjrzyjmy się, czy jej liberalizm pokrywa się z powyższym określeniem kierunku partyjnego. Otóż już mówię, że nie. Po trzykroć NIE. Za rządów tej wyłącznie z nazwy „europejskiej” partii poza prywatyzacją wszystkiego co się da, co jest akurat elementem liberalizmu, to zlekceważony jest absolutnie i to do końca element krępowania wolności jednostki. Platforma Obywatelska nie może się nazywać partią liberalną skoro wypięła się na Europejską Kartę Praw Podstawowych Obywatela, która to gwarantuje m.in. ochronę godności, poszanowania wolności, w tym sumienia i wyznania, równości praw obywatela, oraz sprawiedliwości. Kartę podpisano w Lizbonie, a naszą stronę reprezentowała najbardziej nieudolna minister SZ w historii Rzeczypospolitej, Fotyga, która akurat podpisu odmówiła po telefonicznej konsultacji z Lechem Kaczyńskim, który to z kolei każdą decyzję uzgadniał z bratem, a ten z kolei z o. Rydzykiem. To, że akurat Kaczory nie chcieli mieć nic wspólnego z Kartą to rozumiem, ale Tusk?, który się od pięciu lat spotyka w Brukseli z premierami demokratycznych państw, narażając się na szyderstwo, to jest niezrozumiałe. A co z Konwencją o niestosowaniu przemocy w stosunku do kobiet.Też cicho. Ale właściwie to nie należy mu się dziwić, bowiem jak już pisałem Tusk i jego ferajna niczym się nie różni od politycznych ordyńców Kaczyńskiego. Łączą ich też rodzinne (AWS) geny. Walczą ze sobą tylko o władzę, a nie o dobro kraju. Ich walka jest okraszana kadzidłem i błogosławieństwem Kościoła, któremu na zmianę dawali wszystko cokolwiek sobie zażyczył, a nawet więcej. Potwierdzeniem teorii, że są to cisi bracia, jest chociażby fakt wycofania się Tuska z zamiaru postawienia Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Stanu m.in. za zabójstwo Blidy. Jego argumentacja polega na tym, iż niepoważnie wygląda, gdy szef rządu próbuje karać swego poprzednika (bo sam ma dużo za uszami, pozwolę sobie dopowiedzieć), tylko po jaką cholerę utrzymujemy tenże Trybunał za miliony. A skoro mowa o bogactwach kościelnych, to dzisiaj doszło do tego, że umierający kardynał Carlo Maria Martini na łożu śmierci oświadczył: ”Nasza religijna kultura się zestarzała. Kościoły są wielkie jak bunkry i coraz bardziej puste. Kościelny aparat biurokratyczny przerośnięty jest rytuałami i przeładowanymi, wręcz groteskowymi szatami. Dobrobyt stał się naszym brzemieniem. Kościół cofnął się o 200 lat”, głośno krzyczał włoski kardynał. Bez wątpliwości taka opinia dotyczy szczególnie kleru w Polsce, a urządzili go tak właśnie Kaczyńscy z Tuskiem oraz kolejni prezydenci. Niedługo biskupi sami się zatopią w głębinach dostatku. Swego czasu premier powiedział, że nie będzie klękał przed księdzem, a niestety klęka i to klęczenie umocował już jako rytuał w swoim rządzie. Zatrudnił on bowiem niejakiego Michała Królikowskiego na stanowisku wiceministra sprawiedliwości. To człowiek, który ukrywał przed opinią publiczną swoją przynależność, oraz dla kogo pracuje, a był on członkiem zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. bioetycznych. Jakby samego Gowina było mało, to właśnie on ma dbać o to, by nigdy ten rząd , ani żaden inny nie wychylił się w stronę usankcjonowania problemów feminizmu, związków partnerskich, antykoncepcji, prawa kobiet do aborcji, eutanazji oraz in vitro. Kościół do rządu wstawił kreta, ale premier go zaakceptował, a więc śmiało można powiedzieć, że postanowienie było wspólne. Tak oto realizowane są postanowienia, niestety dla nas „czarodziejskiej” Karty. Wszystko się zatem zgadza, Fotyga może być zadowolona, bo właśnie dzięki cichej współpracy Krk-rząd, nigdy karta o której ciągle mowa nie zostanie wdrożona w życie Polaków. Gdyby jednak zmuszono nasz kraj do wprowadzenia owej karty w życie, to pierwej będzie ona okrojona w treści i postanowienia na tyle, żeby spełnione były wszelakie zalecenia kruchty kościelnej, bowiem nie wolno zakłócić Polakom dotychczasowych zdobyczy opartych na cudach i dążeniu do wiecznego zbawienia. Rozumiem, że Tusk obecnie ma problemy osobiste, które spowodował mu własny syn. Ale akurat przy tej okazji pan Donald pokazał swoją liberalność. Do obrony syna poprosił Romana Giertycha, wicepremiera u Kaczyńskiego, chyba najbardziej w III RP zacietrzewionego kościelnego prawicowca, antysemitę i przywódcę Młodzieży Wszechpolskiej. W sprawę po trosze utytłany jest też prezydent Gdańska Adamowicz, który jako gospodarz miasta i nadzorca urzędów nie zadbał o to, by taki Marcin Plichta nie narobił tak olbrzymich szkód na styku Amber Gold- szary obywatel. Jak widać Adamowicza ta sprawa nie bardzo interesowała. Był zajęty robieniem własnych interesów, które dziennie przynoszą mu 1300 złotych zysku, a roczny „utarg” to ponad pół miliona. Oświadczenie majątkowe wypełnił na 3,3 miliona złotych. Dość skromnie jak na prezydenta Gdańska, bo przecież rządzi od co najmniej pięciu lat. Razem z Donaldem Tuskiem rozpoczęli karierę polityczną w KLD obok Lewandowskiego oraz Bieleckiego. W tym gronie rozprawiali o prywatyzacji, oraz unicestwieniu związków zawodowych, które uważali za przeszkodę w realizacji programu. Byli bardzo antykościelni i świeccy w życiu codziennym, ale okazało się, że tylko do czasu. Zanim w 1991 roku poparli Wałęsę, co wyniosło ich do realnej władzy, a Bieleckiego na premiera, dla lepszego umocowania więzi z Kościołem, do rządu wpuścili kilku członków Opus Dei. Dalej następowało tylko przekazywanie pałeczki na styku PIS-PO, a nawet Tusk ze swoim ogonem Rokitą, mieli apetyt na rząd zwany POPISEM, niestety zaborczy Jarosław Kaczyński nie wyraził na taki sojusz zgody, w sytuacji gdy jego brat już zasiadał w fotelu prezydenckim. Tak oto okrężną droga doszliśmy do Tuskowego liberalizmu -na niby.


PS. Nasi niepełnosprawni reprezentanci na paraolimpiadzie londyńskiej zdobyli na dzień dzisiejszy 36 medali olimpijskich. To bardzo dużo, bo pojechało ich tylko cośkolwiek ponad setka, gdy tymczasem zdrowych, wypoczętych, pełnosprawnych reprezentantów Polski wysłaliśmy do Londynu ponad 250. Przywieźli 10 medalików, plus te poświęcone w Częstochowie, które kapelan zawiesił im na szyje. Tymczasem telewizja, dla której przeróżnymi sposobami urzędnicy skarbowi chcą wydoić od społeczeństwa miliony złotych w postaci abonamentu , milczała. Tylko od czasu do czasu jakaś dziennikarka mruknęła coś o worku z medalami olimpijskimi. Ani uroczystości otwarcia igrzysk, ani żadnej transmisji z zawodów, no to za co mamy płacić? Za modły mszalne, za audycje typu Ziarno oraz Między niebem a ziemią?, za reklamy i powtórki seriali?. Mamy płacić po to by byle celebryta dostawał na łapę co miesiąc od 100 do 250 tysięcy złotych?. NIE. W tej sytuacji Telewizja Publiczna nie jest nam aż tak mocno potrzebna do życia, bo tych tzw. misji też jest tyle co kot napłakał, wliczając w to misje kapłańskie. Ja rozumiem, że sportowiec niepełnosprawny może być traktowany z przymrużeniem oka, ale akurat tych ludzi, ludzi niepełnosprawnych w Polsce przybywa w zastraszająco szybkim tempie. Powodem są zaniedbania m.in. w BHP, zaniedbania w Służbie Zdrowia, wreszcie brak ustaw dot. wskazań aborcyjnych, gdy badania wykazują, że płód jest chory. Brak nakazowych badań prenatalnych, to też jeden z powodów zbyt częstych urodzin dzieci niepełnosprawnych, albo często wręcz kalekich. Nie jest to powód do dumy, że przybywa nam akurat uczestników kolejnych paraolimpiad, ale powodem do dumy jest ich walka, nagradzana medalami. Bo jak powiedział redaktor Szaranowicz: Dla niepełnosprawnych zwycięstwo jest walką o życie.


Zagadka dla dziadka: Czy Donald Tusk przypadkowo nie zarządza partią o nazwie- Platforma Obywatelska- partia paraliberalna.

wtorek, 4 września 2012

MOJE NIESTRAWNOŚCI



Zerknąłem okiem na kilka swoich poprzednich postów i spostrzegam otóż, że nie zawsze do końca miałem rację. Skrzywdziłem, jak sądzę kilka osób z całej rzeszy politycznych celebrytów nie zaliczając ich np. do zaszczytnego grona hien. Uzupełniam więc tę listę o abp flaszkę Głódzia, działacza związkowego Guzikiewicza, przewodniczącego Solidarności Dudę, oraz Kurskiego, z którego jakby uszło powietrze po opuszczeniu watahy Kaczyńskiego. Fakt, że w wielu z nich jeszcze kipi krew skażona nieuleczalną nienawiścią do wszystkich innych spoza PIS, mimo usadowienia się w utworzonych przez siebie partyjkach. Partyjkach nic nie znaczących w przekroju polskiej polityki, ale nadal sympatyzujących z opiekunem najbardziej znanego kota. Panta rei, dlatego o wielu politykach mógłbym zmienić zdanie, ale to wszystko, jak zauważam, jest tylko na pokaz, bo polityka należy do najbardziej obłudnej sfery wg, badań socjologicznych. Kilka razy stawiałem w negatywnym świetle np. abp Dziwisza, posłów: Gowina, Śmietankę, Kempę, Piterę, abp Michalika, no i pozostającego przy życiu, chociaż już cherlawego Kaczyńskiego. Otóż, gdyby się zastanowić, to mają oni też bardzo jasną stronę działalności. Bo weźmy chociażby abp Dziwisza. Nie wiem do końca, czy on wierzy sam osobiście w moc uzdrawiania cierpiących za pomocą trupich elementów ciała JPII. Może nie, może akurat tak, chociażby dlatego, że należy do mniej oczytanych w dziełach Voltera, czy też Shopenhauera lub Freuda. W każdym razie, jeżeli jest przekonany na tak, to chwała mu za gesty pomocy innym potrzebującym. Z kolei jego kumpel w wierze abp Michalik, odważył się postawić tamę szerzącym się wśród najbardziej zacofanej części społeczeństwa idiotyzmom i kłamstwom opartym na smoleńskiej mgle, betonowej brzozie i dwóch bombach podłożonych pod fotel małżeństwa K. Zanim jednak to ogłosił, sam kąpał się po czubek głowy w tych urojeniach Macierewicza. Pan Gowin, człek cichy i ślepo bogobojny, mimo wykształcenia w krakowskich uczelniach na kierunkach zbliżonych do prawa skażonego dewocją, na pewno znalazł wiele współczucia u tej części społeczeństwa, które przynależą do wielkiej rodziny RM, chociażby z powodu zwykłego ludzkiego odruchu. Należy współczuć człowiekowi, który całymi nocami nie sypia z powodu jęków słyszanych, a wydawanych w jego otoczeniu przez miliony zarodków tymczasowo zamrożonych dla potrzeb in vitro. Nie wysypia się pan minister od sprawiedliwości, przez to cierpi cała nasza sprawiedliwość, chociażby zainteresowana (a raczej mało) przekrętami banku Amber Gold. No a pan poseł Śmietanko. Za cóż to ja go rzuciłem na glebę?. Jego ludzka natura przysłużyła się tylko czynieniu dobra. Ileż to zatroskanych o przyszłość własnych i zaprzyjaźnionych dzieci u pana Śmietanki znalazło pracę?. Setki umartwionych ludzi. No, ale skoro zgłaszali się tylko ci z jego szeroko pojętej rodziny oraz innych krewnych, znajomych i przyjaciół królika, to jakaż to wina posła i prezesa. Czynił ludziom same dobro za ca 7000 złotych miesięcznie. Wolno mu, skoro kasa na to pozwalała. A co tam się czepiać tego, że za pieniądze firmy obwiózł żonkę, dzieci i ewentualnie kochanki po całym świecie. Lekcja, chociażby polegająca na zwiedzaniu dzisiejszego, coraz bardziej uciekającego nam świata jak dobry szeląg przyda się w sektorze zarządzanym przez PSL. A tak przy okazji, mówi się, że PSL to partia chłopska, wybierana przez chłopstwo. Otóż jak wykazują badania, prawdziwi chłopi krzyżyk wyborczy przy PSL stawiają tylko w 20%, reszta wyborców głosuje na nieco bardziej bogobojny PIS. Jest jeszcze wielu innych lokujących się w sektorze polskiego poselstwa, których poddawałem często totalnej krytyce. A za cóż to?, stawiam sobie dzisiaj przy kawce dobroduszne pytanie. Kempa już mocno ucichła pod skrzydłami samego Ziobry, czyli swojego byłego szefa. Oboje wymajstrowali śmierć Blidy, ale sprawa już na tyle ucichła, że nie warto się ich obojga czepiać. Tym bardziej, że notowania mają w granicach błędu statystycznego. Po prostu jest to już nie jedno, a „dwa zera”. Podobnie ucichła po smutnych występach homofobicznych w zetknięciu z Biedroniem i Grodzką ciągle zadowolona pani poseł Pitera. Oblana uryną tysiąca krytycznych komentarzy prasowych, przegrana na styku uczciwości poselskiej, bo sama nie mając czystego sumienia (taniuchne mieszkanko dla swej pociechy), nagłośniła, zgodnie ze swoim posłannictwem, że „odkryła” zakup kilograma dorsza za który zapłacił kartą poselską przeciwnik polityczny. Na bezrybiu i rak ryba. Skoro w Polsce nie występują przypadki innych wykroczeń na styku prawa i bezprawia, to dobre i takie. W końcu za coś bierze te 20 tysiączków miesięcznie. Chylę czoła do samych podkolanówek pani poseł. I tak można by w nieskończoność, bo władza jest władza i należy jej słuchać, przytakiwać, uśmiechać się do niej, a nawet jej się bać, mocno bać. Przykładem bojaźni i serdecznego wzruszenia są przypadki omdleń po styku z władzą. Podczas wizyty pana premiera w kaszubskiej szkole na otwarcie roku szkolnego ze wzruszenia zemdlał uczeń, natomiast w jednostce wojskowej podczas spotkania z panem prezydentem legł na glebę zawodowy żołnierz Wojska Polskiego. Przypomina mi to fragmenty opowiadań czeskiego pisarza, jak to się ponoć zdarzało , że podczas wizyty na poligonie generała, a często i samego cesarza Franciszka Józefa, żołnierze akurat korzystający z latryny z omdlenia i szoku do niej wpadali. W naszej kuchni politycznej można spotkać jeszcze wiele przykładów z pogranicza religii i kabaretu, ale dzisiaj już mi wystarczy tej kazuistyki. Koniec wyliczanki. Wystarczy rzucić okiem na obrazek, to takie prawdziwe, polskie.
 
A teraz o uczciwości naszych mediów i komu one służą. Od razu powiem. Służą prawicy i to niekoniecznie wyłącznie naszej polskiej. Przykłady aż się proszą o przytoczenie. Otóż, podczas wizyty w Polsce republikańskiego kandydata na prezydenta USA Mitta Romney , nasze media zachwycały się nie tylko jego przystojnością, religijnością, (co dziwne, bo to mormon), , zgodnie z boskim nakazem biblijnym skromnym życiem, oraz jego ponoć nadzwyczaj mądrą i płodną żoną. Na wyścigi rezerwowano czas spotkań z premierem, prezydentem, ministrem SZ i Wałęsą. Ten ostatni akurat najbardziej się ośmieszył, bo Romney to wyjątkowy krwiopijca, który zrobił olbrzymi majątek kosztem nędzy dziesiątek tysięcy pracowników, których po wyciśnięciu jak gąbki wyrzucił na zbity pysk. Tymczasem Wałęsa akurat jest notowany jako przywódca związku zawodowego, tego instrumentu nacisku, którego Romney nie uznaje. Tylko się śmiać z samego Lecha jak i jego instytutu, co to mu nie podpowiedział jak należy się zachować na spotkaniach z bezwzględnym kapitalistą. Przypomnę, że niedouczony Wałęsa z kolei nie chciał się spotkać z lewicowym kandydatem na prezydenta Brazylii Lula da Silwa. który to po objęciu stanowiska, uczynił z tego dość zacofanego wielkiego kraju potęgę gospodarczą na wzór chińskiej. Tylko z musu i ze względu na dobry obyczaj pogratulowano cztery lata temu zwycięstwa Obamie, a nawet jeden z najbardziej głupich pisowców, superkatolik Górski pozwolił sobie na niskich lotów rasowe uszczypliwości. Dalszym przykładem zakłamania mediów na polecenie prawicowych szefów, są chociażby przekazywane informacje ze Wschodu. Tymoszenko, to był dyżurny temat. Dzień, w dzień pokazywano jej męczarnie w łożu i nieludzkie traktowanie przez obsługę więzienia, dopóki oficjalnie nie podano ( z uwierzytelnieniem) kwotę zagrabionego, wyliczonego w miliardach dolarów majątku ze skarbu państwa, a ponadto jeszcze bardziej przykrego dla niej śledztwa w sprawie ponoć jej zamieszania w zabójstwo polityczne. Podobnie jest ze skandalem związanym z Pussy Riot. Dziewczyny wygłupiły się przed ikonostasem wołając do boga by zabrał Putina. To się bardzo spodobało naszej prawicy i środkom przekazu. Gorzej, gdy zostały skazane na dwa lata więzienia. Za co!, krzyczeli wrogowie Rosji i samego Putina. Telewizja nie pokazała natomiast jeszcze innych „dokonań” tej sympatycznej damskiej trójcy. Nie pokazała otóż skandalicznych zachowań zamieszczanych na You Tube. Są tam filmiki wrzucane przez je same, a jest tam zbiorowo uprawiany seks w muzeum, seks uprawiany z kurczakiem w supermarkecie, czy też molestowanie seksualne rosyjskich policjantek w przestrzeni publicznej. Widzicie Państwo, jak to nasze perły telewizyjnego dziennikarstwa wyszukują przeróżne dziwactwa, ale akurat czegoś podobnego nie zauważają. Gdyby coś takiego pokazali, to zakłóciło by to niestety jednoznaczną wymowę polityczną przekazu, pisze czytelniczka PRZEGLĄDU. Podobna manipulacja nastąpiła podczas wieści z Londynu.. Gdy relacja z procesu Pussy Riot była bogato ilustrowana filmem ukazującym rozprawianie się brutalnej rosyjskiej policji z opozycją demonstrującą przed sądem, materiał sprzed ambasady Ekwadoru w Londynie, gdzie odbywał się masowy protest w obronie Juliana Assangea, ozdobiony był jakimiś statycznymi zdjęciami, A dopiero tam się działo. Policja londyńska pałowała uczestników demonstracji, aż krew się lała ulicą a wyłapywanych manifestantów ciągnięto za nogi po bruku. Tej akurat rozprawy polskie media nie zauważyły, a przecież każda nasza stacja telewizyjna zarówno w Moskwie, jak i w Londynie ma swoich stałych dziennikarzy reporterów. Zanim jednak zostanie przez nich przesłane do polski nagranie, zostanie ono odpowiednio treściowo dopasowane do naszych prawicowych potrzeb. W d*pie z taką demokracją i politycznym pluralizmem, o który swego czasu walczył, nie sam, bo z Matką Boską (w klapie) nasz Lech Wałęsa.

NA MARGINESIE MADRYCKIEJ KONFERENCJI

Czytałem, słyszałem (wierzę, że to prawda), iż służby kwatermistrzowskie w Wojsku Polskim wydały zarządzenie, że w   soboty i niedziel...