wtorek, 22 marca 2016

JONO PODKIVANO


To po prostu „dzień dobry” w języku naszych bratanków znad Dunaju. Oczywiście co ciekawe, taki grzecznościowy zwrot dotyczy tylko towarzystwa mężczyzn. W stosunku do kobiet powitanie jest bardziej serdeczne, brzmi jak pocałunek. Nie potrafię przytoczyć, darujcie. Tak witałem się z bratankami w czasie kilku pobytów nad Dunajem, w Budzie, w Peszcie czy też innych małych miejscowościach np. w Tapolcy. Stolica Węgier składa się z dwu części miasta rozdzielonych rzeką która płynie przez kilka stolic Europy bałkańskiej. Budapeszt to piękne miasto, które w swej historii ma okresy słoneczne, jak chociażby wiekowe braterstwo z Wiedniem w okresie panowania cesarstwa austro-węgierskiego, ale też dni tragiczne roku 1956, kiedy to milion obywateli węgierskich poprzez otwartą granicę austriacką znalazło swoje nowe życie na całym świecie, w tym cała reprezentacja piłkarska, trzykrotni mistrzowie olimpijscy, oraz bardzo liczący się zawodnicy w mistrzostwach świata. Węgry, (Hungary),


niewielki kraj z życzliwymi mieszkańcami, posługującymi się językiem bardziej bliskim Hindusom niżeli Europejczykom od pewnego czasu, tak jak Polska pozostaje w kręgu zainteresowania Brukseli w pejoratywnym znaczeniu. Oba państwa okazały się zbyt niesubordynowane za przyczyną przywódców wybranych w demokratycznych wyborach. Węgry, to kraj, który po prostu lubię. Może ze względu na atrakcje Budapesztu, może ze względu na przesmaczną zupę gulaszową, może ze względu na wspaniałe salami i dobre wino, może wreszcie ze względu na Franciszka Liszta oraz dynamicznego czardasza, że nie wspomnę o wspólnych bohaterach narodowych jak Józef Bem, albo obywatele węgierscy na tronie polskim (Stefan Batory). Kilka razy bywałem na ziemi węgierskiej prywatnie a także służbowo. Miałem tam m.in. dzieci kolonijne w miasteczku Tapolca,
rejonie podziemnych jaskiń i podziemnych rzek. Kąpałem się w brunatnej wodzie Balatonu, ale prawie całkowitym moim menu (choćby całodziennym) zawsze była zupa gulaszowa z pieczywem, popijana winem. Właśnie a propos tejże zupy pozostała mi anegdota, którą zapamiętam na całe życie. Wracaliśmy z kolegą późną nocą z Wiednia do Tapolcy. Byliśmy bardzo głodni. Na szczęście  ok. północy w małej miejscowości Ivan zastaliśmy jeszcze czynną knajpkę. Poprosiliśmy oczywiście o zupę gulaszową. Zjedliśmy z apetytem po miseczce. Poprosiliśmy o repetę. Mnie wystarczało, ale mój kolega o tuszy zapaśnika i wzroście 190 cm. poprosił jeszcze o dokładkę, a gdy wezwał restauratora, ten przyniósł na stół cały kocioł zupy. Cieszę się że panu smakuje, powiedział, bo i tak zamykam lokal a jutro od rana gotuję następną, bo u mnie musi być zawsze świeża. Proszę jeść, jest gratis. Upłynęła jeszcze godzina, gdy w kotle 7 litrowym pokazało się dno. W życiu nie spotkałem człowieka z takim maxi apetytem. Ciekawostką w tym wszystkim jest to, że właściciel knajpy okazał się Polakiem spod Gorzowa Wlkp, a ożenił się ze śliczną Węgierką. Też ja poznaliśmy. Można by pomyśleć że skoro Węgier i Polak to dwa bratanki, to w tym jednak wypadku, to nawet małżeństwa. Jono podkiwano, jedyne co zapamiętałem. Moi znajomi znad Dunaju zapewne z kolei zapamiętali polskie powitanie „dzień dobry”. Niezbyt chętnie uczą się języków, poza niemieckim, chociażby dlatego, że nad Balaton przyjeżdża dużo turystów i wczasowiczów z Niemiec, ponadto mają mało chwalebne zaszłości z II wojny światowej. W sklepach można posługiwać się językiem Goethego,

natomiast za jasnego gwinta, mimo że w szkołach tak jak u nas uczono języka rosyjskiego, „nie chcieli” słuchać żadnego zamówienia w tym języku. Przeżywają do tej pory pewnego rodzaju traumę. A wzięło to się od czasów Powstania w Budapeszcie w 1956 roku, w której to śmierć pod czołgami z czerwoną gwiazdą poniosło dziesiątki tysięcy ich rodaków. Temat ten nawinął mi się po tym jak publiczna (rządowa) TVP pokazuje dzisiaj polsko- węgierski sojusz polityczny polegający na pewnego rodzaju buncie w stosunku do Unii Europejskiej. Otóż nie jest to całkowitą prawdą, bowiem premier Węgier Victor Orban, mimo szczególnego nonkonformizmu jest premierem naprawdę wszystkich swoich obywateli, potrafi rządzić bez straty dla ich gospodarki. Respektuje uwagi Komisji Weneckiej. Patrzy na Wschód i Zachód tym samym wzrokiem, natomiast nasz premier Beata Szydło to marionetka szeregowego posła Kaczyńskiego. Ta marionetka za przyzwoleniem swego guru skłóciła nie tylko Polskę w stosunku do
Zachodu nie drukując wyroków konstytucyjnych, kłamiąc i olewając opozycję, ale też w stosunku do Wschodu, wzniecając coraz to nowe nieporozumienia i niesnaski z Rosją. Jaką Polska ma korzyść z jej polityki. Korzyść?, doprawdy żarty. Współczesny polski bajzel polityczny i gospodarczy, to rzeczywiście bajzel, bo wszystkie dobrze płatne stanowiska w Polsce obsadzone zostały przez niekompetentnych ludzi PiS bez żadnych konkursów. Reformy zapoczątkowane hasłem 500+ i wielu innymi chwalebnie społecznie nośnymi, rozpatrywanymi przez jej rząd powalą nasz kraj na przysłowiowe łopaty. Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas …. stać na utrzymanie rodzin choćby na najniższym europejskim poziomie. Annyira a mai (to tyle na dziś).
 
Obrazki od góry:
1.Węgry (Hungary)
2.Parlament węgierski
3.Wypurt obronny zamku Boldogkov
4.Jeden z zabytkowych mostów na Dunaju.

6 komentarzy:

  1. Ano wlasnie... Zupa gulaszowa czy gulasz wszystkim kojarza sie z Wegrami.
    Osobiscie bedac na Wegrzech mialam okazje delektowac sie Halászlé, czyli wegierska zupa rybna. I przyznam, ze jak dotad byla to najlepsza zupa rybna, jaka jadlam. Nawet francuska bouillabaisse nie byla mnie w stanie przekonac, chociaz na jej walory smakowe tez nie moglam narzekac.

    Pozdrawiam serdecznie

    J.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy nasi przywódcy kiedykolwiek zarli zupę gulaszową i popijali wino od ORbana, bo wydaje mi sie ze tylko wino z USA.Ta zupa swym pieprzem wypala z mózgu głupoty. Niech spróbują.Zodiaczka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłoby paradoksem aby kraj Węgrów postrzegać tylko przez pryzmat zupy gulaszowej. To rzeczywiscie piękny i gościnny kraj leżący na goracych zaiste, bardzo gorących źródłach. Odkryte baseny parują nawet zimą.O takich gorących źródłach marzył i dalej marzy ojciec Rydzyk. Węgry mają piekną historię z czasów cesarza Franciszka Józefa oraz wiele naprawdę dobrych zabytków zarówno w samej stolicy jak i na jej obrzeżach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Węgrzy to cyganeria piosenki i muzyki. To puszta z tabunem koni. To kraj wina i tokaju. Ale to nie są Cyganie jak wielu ich nazywa. Nie bardzo się lubią ze Słowakami, gdzie Cyganów jest dużo więcej. A tak w ogóle to już bardziej Rumuni są Cyganami. Amadeo.

    OdpowiedzUsuń
  5. To wszystko prawda Panie torunczyku.Z Węgrami jesteśmy braćmi, mimo Orbana, który jak się okazuje ma głowę na karku, ale nie wspomniał Pan o przytulisku dla polskich uchodzców do Budapesztu w czasie ostatniej wojny, mimo że węgierskie wojska szły ramię w ramię z Wermachtem. Dlatego Węgrom chwała, bo nie oddawali Polaków w rece gestapo a ich przechowali.Pozdrawiam serdecznie z okazji Świąt.Lodzia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Węgry to państewko historycznie związane z Austrią.Tu wiele do powiedzenia miala zona cesarza Austrii zwana Sisi. Na jej cześć zbudowano katedrę w Budapeszcie sw. Sw. Stefana na wzór katedry w Wiedniu.Ona praktycznie tu rządziła.Wiele historycznych pamiatek w Budzie nawiązuje do Sisi. Może to nudne, ale mi sie przypomiało, że bez Sisi nie byloby atrakcji węgierskich.A tak w ogóle to co tam ciekawego i waznego z punktu widzenia współpracy między naszymi państwami widzi nasz Kaczyński.

    OdpowiedzUsuń

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...