MÓJ MAŁY JUBILEUSZ

Tymczasem skończyłem sześćdziesiąt pięć lat i wypchnięto mnie na emeryturę. Wypchnięto, wyraz mało adekwatny, bowiem równocześnie w swoim życiorysie, odnotowałem czterdzieści pięć lat pracy zawodowej. A więc dość. Dość wczesnego zrywania się z łóżka. Dość porannych odpraw u szefa. Dość odpowiedzialności za powierzony odcinek przedsiębiorstwa i jego dobre imię. Na natarczywe pytania kolegów i przyjaciół, stawiane podczas całej serii „pożegnania z bronią”, co ty teraz będziesz robił chłopie, odpowiadałem zgodnie z prawdą, nie wiem. Wnuków nie mam, działki też, chyba kupię sobie komputer i wtedy znajdę swoją ścieżkę, którą podążę ku prawdziwej starości. I tak właśnie zrobiłem, nabyłem komputer wraz z oprzyrządowaniem pozwalającym szeroko wejść w świat bez dodatkowych szkoleń, bowiem tym wynalazkiem dwudziestego wieku posługiwałem się od kilku dobrych lat w miejscu pracy. Przyjęło się mówić, że emeryt nie ma co robić z czasem, w moim przypadku to się na szczęście, a m...