ODWYK
(Opowiadanko piąte)
Siedzę
ja sobie w czasie niedzielnego czasu mszalnego przy ulubionym
szklanym naczyniu wypełnionym złocistym płynem i jak zwykle myślę
o tym i o owym, zresztą bez składu i ładu. Zwilżam co chwila
szybko wysychające gardło łykiem „żywca” zaciągając się
bezmyślnie camelem wersji light. Zastanawiam się, czy to oczywiście
bez dyskusji dobre piwko, jednako by mi smakowało bez tej kosztownej
trucizny, które wszyscy lekarze ( w tym również palący) nazywają
tytoniowym ścierwem. Zadumałem się, jak to bywa zwykle, gdy siedzę
sam. A
przecież byłem tak blisko zerwania z tym paskudnym nałogiem, bo
oto mój zakład pracy zorganizował i opłacił kilka lat temu
seanse odwykowe, które prowadził pastor Kościoła Adwentystów
Dnia Siódmego. Chodziłem na te seanse. Już pierwszego dnia wszyscy
poddaliśmy się terapii, oczywiście wyrzucając do kosza,
podstawianego jak tacę kościelną, zalegające kieszenie papierosy
i zapalniczki. Nie ważne, drogie czy tanie. Terapia trwała, o ile
sobie przypominam jeden tydzień. Stosując się do zaleceń pastora,
można było jakoś wytrzymać. Ja wytrzymałem ponad cztery
miesiące. A co po tych czterech miesiącach?. Ano to było tak. Jako
organizator wszystkich kolonii zarówno krajowych jak i zagranicznych
dla dzieci w liczbie ok. kilkaset, z ramienia Zakładu, gdzie
pracowało kilka tysięcy ludzi, byłem zobligowany do lustracji (co
za obrzydliwe dziś słowo) obiektów, a więc warunków
zakwaterowania, wyżywienia, oraz zabezpieczenia rozrywkowego dla
moich kolonistów, zanim podpiszę umowę. „Moje pracownicze”
dzieci dosłownie w ramach kolonii objeździły kraj. Były w
górach, nad morzem i nad jeziorami, ale też wypoczywały w wielu krajach
Europy, m.in. w Słowacji, Czechach, na Węgrzech, w Chorwacji, we Włoszech, w
tym na Korsyce, w Grecji i w innych krajach, których w tej chwili nie
pomnę. Nie ważne, ale jest rok
1998. Wszyscy czekają na mistrzostwa świata w piłce nożnej we
Francji. Większość meczów będzie rozgrywana w Paryżu na kilku
stadionach. Pomyślałem, że jeżeli będzie stać rodziców na tak
wymarzoną eskapadę ich dzieci to możemy zorganizować francuskie 3
tygodniowe kolonie w czasie mistrzostw właśnie pod Paryżem
(okolice Wersalu, wspaniałe domki, wokół których zamieszkali
Brazylijczycy). Okazuje się, że mimo, iż były to stosunkowo
drogie kolonie listy chętnych na wyjazd mundialowy zapełniły się
w ciągu dwu dni. Jak wiadomo wówczas Francja zdobyła złoty medal
i puchar mistrza świata, a Zinadin Zidan, który strzelił dla
Francji najwięcej bramek stał się dla kraju i nie tylko, bohaterem
narodowym. Wcześniej jednak w celu tejże lustracji i podpisania
stosownych umów, w
towarzystwie właściciela BT, oraz bratniego mi organizatora z
warszawskiej filmy o podobnej strukturze i produkcji, a także
podobnych zamierzeniach, udaliśmy
się do Paryża. Podróż się dłużyła. Wyruszyliśmy z Legnicy,
szybko pokonując pierwsze odcinki autostrady obu Niemiec. Ja i
kierowca , czyli właściciel samochodu i firmy BT nie palił, toteż
mój warszawski kolega, który pod tym względem był nałogowcem
prosił o dość częste zatrzymywanie się, by dać upust płucnym
potrzebom. Mieliśmy zaplanowaną trasę przez Berlin i Brukselę.
Długa to podróż i nudna. Aby ją uatrakcyjnić, mój stołeczny
kolega wyciąga z torby Jasia Wędrowniczka, czyli produkt szkocki,
nalewa w turystyczne kielichy i zaprasza toastem do wypicia za ...
bezpieczną podróż i w gruncie rzeczy udaną też kilkudniową
wycieczkę. No kto by odmówił, skoro gość tak logicznie
sformułował swój toast. Wypiliśmy po jednym, po drugim, po
trzecim i czwartym, kolega kolejny raz poprosił kierowcę o
zatrzymanie nie tylko na dymka, ale też ze względu na płynną
potrzebę fizjologiczną. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w
Berlinie (ot takie sobie miasteczko). Warszawiak pali na zapas po dwa
papierosy naraz, dmuchając mi pod nos. Nie wytrzymałem. W kiosku
nabyłem marlboro, miętosząc jeszcze przez jakiś czas paczkę w
garści. Podczas następnego postoju już gdzieś w okolicy przejścia
granicy belgijsko- francuskiej, po osuszeniu do dna naszej
butelczyny, po czterech miesiącach abstynencji wziąłem ponownie
papierosa do ust.. Jakże on smakował!. Oczywiście przez cały
pobyt w Paryżu, oraz drogę powrotna już nie rozstawałem się z
moim powtórnie przyswojonym nałogiem. Poznałem francuskie ,
niezbyt smaczne cigarette „gouloises” i nieco lepsze „gitany”.

Dziś tak
sobie myślę, czy gdybym nie przystał na wypicie podróżnego
alkoholu, który bez wątpienia mocno pobudził pociąg do
tytoniowego dymu u człowieka, który palił kilkadziesiąt lat,
pozostałbym wolnym od nałogu?. Nie wiem, zabij mnie, nie wiem. Z
kolei, gdybym odmówił podanego mi napitku, spaliłbym się ze
wstydu, nie tylko przed sobą, ale przede wszystkim przed miłym
towarzyszem z Warszawy, wiadoma rzecz ... stolica.
Papierochy
różnych marek (najczęściej cienkie, niby damskie) paliłem aż do
roku 2011, oczywiście starając się nie zasmradzać powietrza
domowego, bowiem moja małżonka nigdy nie paliła i nie pali.
Właśnie w roku 2011 w ferworze ustaw zakazujących palenia prawie
we wszystkich pomieszczeniach publicznych byłem gotów, chociażby
już ze względu na wiek, raz na zawsze przydepnąć ostatni
niedopałek i oddać się w jakże pod tym względem szlachetne ręce
małżonki. I oto co znajduję w internecie?. Otóż w internecie
znajduję e-papierosy. Mechanizm składający się tylko z zasobnika
z płynną nikotyną, odpowiedniego przetwarzacza płynu na niby dym
oraz baterii, którą mogę ładować z sieci. Ten papieros,
przypominający fajkę, nie wytwarza smrodliwego zapachu, jest wolny
od tysiąca szkodliwych związków chemicznych, natomiast zaspakaja
płuca palacza nikotyną, która jako taka, jak podają badania nie
jest szkodliwa dla zdrowia. Zresztą, czy moje zdrowie zniszczone
kwintalami tabaki można jeszcze odbudować. Trzeba żyć tym co
jeszcze pozytywnego z sił witalnych tkwi we mnie. Można wytrzymać,
akurat w przypadku, gdy ma się żyć dla kogo. Ja mam, z
wzajemnością.
Świat byłby chyba lepszy bez papierosów, ale może trochę nudniejszy i mniej różnorodny. Fetysze pozostaną, jak nie do papierosów, to do czegoś innego - ot np. do dziewczyn żujących gumę albo liżących lizaka.
OdpowiedzUsuńJestem lekarzem i zapewniam, że e-papierosy są bezpieczne dla zdrowia. Jeśli chcemy oduczyć Polaków od palenia to musimy im dać jakieś narzędzia do tego .Ja
OdpowiedzUsuńseksoholizm,
OdpowiedzUsuńnikotynizm,
zakupoholizm, ha, ha, ha, jakie to miłe.Nie myślę sie odzwyczajac, broń boze.Kulczyk z rodziną.
Zaden pastor dnia siódmego, ósmego a nawet dziewiatego nie odzwyczai mnie od palenia. Palę bo chcę, a jak nie chcę to nie palę.Nie przeszkadzaja mi zakazy palenia w instytucjach i obiektach uzytecznosci publicznej. Szanuje ludzki wybór i zniesmaczenie dla palących. E-papierosy tez juz próbowałem, ale to nie to samo.Lubię ten smrodek.Pozdrawiam autora i czytelników palących.Wiercina z Gdyni.
OdpowiedzUsuńJa też palę i będę palić, nie ma co się katować. Jest takie przysłowie: "rzuć palenie, umrzesz zdrowszy
OdpowiedzUsuńMy tu o paleniu ćmików, a podczas gdy Dorota "Doda" Rabczewska została ukarana karą grzywny za swoje zdanie na temat Biblii,sąd łagodzi karę dla księdza zboczka,który molestował dziewczynki, do czterech lat w zawieszeniu z pierwotnych 2,5 roku bezwzględnej odsiadki!Axel/rose
OdpowiedzUsuńAle jaki piękny jest świat bez polityki :)
OdpowiedzUsuńTo dzięki Euro, nie musimy ani słuchać ani oglądać idiotycznych wystepów spragnionych sławy "polityków".
Euro trwaj wiecznie...!!!!!!!!!!!!
Miewam lekkie opory do palenia e-papierosa w miejscach publicznych, co sprawia że nie przepadam za czekaniem na kogokolwiek/cokolwiek. Moja załatwiała dziś jakieś sprawy na mieście, a ja robiłem za szofera. Sporo czekałem i niespecjalnie mi się to podobało - pojawił się odwieczny problem z brakiem usprawiedliwienia dla bezsensownego stania na ulicy.Macie tak samo?.AaaA.
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem. Bardzo fajny artykuł.
OdpowiedzUsuń