MOJE RODZINNE WSPOMINKI

Kondukt pogrzebowy zbliżał się do zardzewiałej furty starego, wiejskiego cmentarza. Dzień był paskudnie wietrzny i dżdżysty. Czterech mężczyzn, w tym ja ściągnęło z żuka trumnę i z obawy przed groźbą wywrotki nie pakowaliśmy jej na ramiona, jeno trzymając za uchwyty wnieśliśmy na miejsce świeżo wykopanej mogiły by tymczasowo spoczęła na dwóch żerdziach, zanim zostaną odprawione obowiązujące egzekwie. Ksiądz proboszcz, chowający się pomiędzy żałobnikami przed zacinającym deszczem, czynił wszystko by jak najbardziej skrócić ten obrządek i udać się na plebanię, gdzie oczekująca na niego z późnym śniadaniem pulchna gosposia mizdrzyła się przed lustrem. Tymczasem księżulo, o którym krążyły po całej parafii przeróżne pikantne opowiastki wydobył zza pazuchy metalowe zastępcze kropidło i machając nim w kierunku trumny wymamrotał słowo amen, niejako kończąc owo spotkanie rodzinne. Ponieważ pogrzeb zaliczał się do tych jak najbardziej oszczędnych, bez fachowców zakładu pogrzebowego,...