piątek, 31 października 2014

20.10.2014, C.O. WARSZAWA


Idzie raczek nieboraczek jak ugryzie będzie znaczek. Krocząc palcami po brzuszkach osesków często w ten sposób zabawiamy ukochanego synka, wnuczkę lub praprawnuczka albo innego maluszka. Ładnie, tylko dlaczego raczek, którego asocjacyjnie postrzegamy w gruncie rzeczy z dość z mało radosnym odniesieniem. Chociaż, jeżeli się zastanowić, to niekoniecznie. W latach mojego dzieciństwa cukierki o nazwie raczki uchodziły za najlepszy przysmak, oczywiście zaraz po krówkach i w ostateczności landrynkach. Przysmakiem niewątpliwym są raki, które żywcem pierwej wrzucamy do gotującej się wody, co przyprawia wrażliwych kucharzy o niebywały wstrząs. Smakosze z lubością zamawiają w dobrych restauracjach stosunkowo drogą zupę rakową. Kogo stać, temu.. smacznego. Zatem gdy się zastanowić, to skoro rak (raczek) kojarzy się nam z niewątpliwie paskudną choroba onkologiczną, to dlaczego z tymże skorupiakiem jednocześnie kojarzymy aż tyle przyjemnych okoliczności. Już przestaję dywagować, bo wpędzę się w ślepy zaułek i w żaden sposób nie odpowiem sobie na postawione pytanie.

Racz nam dać Panie”, prośba wiernych skierowana do boskiej istoty też może pobudzić zmysły rodząc pytanie: czy owa prośba ma etymologiczny pierwowzór ulokowany w zwierzaku żyjącym gdzieś tam w zakamarkach szuwarów i mniej uporządkowanych, ale czystych zbiornikach wodnych. Inny przykład, oczywiście żartobliwy: Ponieważ stosunek płciowy u raków trwa ponoć trzy doby, to mogę śmiało wysnuć twierdzenie, że właśnie z tego powodu wzięło się powiedzenie: uraczyć się. Zastanawiam się i krążę po wymyślonym temacie podobnie jak dusze potępione po szkockich zamkach. Sadzę jednak, że rdzeniem przytoczonych przykładów „rakotwórczych” jest ten najzupełniej nic niewinny, a jednocześnie smaczny pospolity rak. Mniemam też, że podobne zdanie ma sympatyczny profesor Bralczyk. Ostatnio paskudztwo zwane raczyskiem rozprzestrzenia się na teren polskiej polityki. Bo jak nazwać zapowiedź ministra Siemoniaka, który to ze skwaszoną miną po odmowie Amerykanów na dozbrojenie jego armii, planuje dokonanie inwentaryzacji trupów komunistycznych na Powązkach. Panie wicepremierze, robota grabarza akurat mało koresponduje z pańskim stanowiskiem. Tyle jest równie trupio śmierdzących tematów, w których polscy politycy chętnie zanurzają swe łapska, jak chociażby legalizacja kazirodztwa, o którym napomknął profesor Hartman, albo walka z jakimś gender głoszona przez wariata w sutannie ks. Oko (też niby profesor), a panu najbardziej spodobała się profesja cmentarnego Kopacza. Nie dość że pan podlega pani Kopacz?.I niech to będzie podsumowaniem tematu. Tematu (bo jakby inaczej) snutego z łóżka Centrum Onkologicznego.






czwartek, 30 października 2014

14.10.2014, C.O. WARSZAWA


Kończy się czwarty tydzień. Gdy piąty upłynie, pozostanie ostatnie siedem dni „odsiadki” w tym „areszcie”, gdzie obowiązki naczelnego klawisza pełni z łaski Tuska i Kopacz minister Arłukowicz. Jeszcze tylko dwa tygodnie ciągłego spoglądania na ursynowskie blokowiska wypełnione apartamentami. Ursynów to stosunkowo młoda dzielnica Warszawy, na co wskazują chociażby dość młode drzewka. Dobrze zurbanizowana na wzór dzielnic berlińskich. Wygodna komunikacja autobusowa. Jest tu też stacja metra.

Ostatnie dwa tygodnie nasłuchiwania wezwań pielęgniarek w celu poddania się kolejnemu zabiegowi. Jutro przygotowanie do ostatnich dwu dawek chemii, pierwej trzeba kolejny raz oddać krew w celu określenia postępu w terapii. Aby jednak podać rękę w celu umocowania wenflonu, należy odczekać kilka godzin w kolejce do pani doktor, która na podstawie wyników z pobranej krwi określi kolejną dawkę i rodzaj chemii. Następnie należy udać się na któreś tam piętro właśnie po ową dawkę. Oczywiście w międzyczasie jesteś wołany do jednej z kabin „medycyny z wyższej półki” na kolejne napromieniowanie. Za każdym razem ów zabieg kojarzę z naszą noblistką Skłodowską-Curie. Jest ona patronką warszawskiego C.O. Te zabiegi denerwują pacjentów najbardziej, jako że trudno jest przewidzieć o której godzinie otrzymasz owe „powołanie”. W kilku kabinach napromieniowuje się codziennie kilkaset pacjentów, a cały zabieg trwa około pół godziny. Jasne jest, że wielu pacjentów, do których się zaliczam potrafi sobie kupić przychylność techników fizyki medycznej, na tyle, że obsłużą cię w czasie dla ciebie najwygodniejszym. Jak to robię, nie powiem, bo Ziobro znów się przymierza do stanowiska prokuratora generalnego, wystarczy że kolejne wybory wygra PIS. Takie porozumienie między pacjentem i technikami pozwala na swobodne zagospodarowanie wolnego czasu na czytanie książki, prasy a nawet wyprawę do sklepiku, lub chociażby na oddech świeżym powietrzem na ławce. Tak oto odhaczając skrupulatnie każdy dzień z tęsknotą za domem oczekujemy na odwiedziny bliskich, lub chociażby miły telefon. Każda sobota, która generalnie jest wolna od zabiegów z małymi wyjątkami, to dzień oczekiwania przeze mnie mojej kochanej Małżonki. Ona doskonale wie, że jedzonko szpitalne niezwykle ciężko przyswaja mój organizm, przeto w ramach dozwolonych produktów (dań) coś bardzo smacznego mi podrzuci. Ostatnio był to prawdziwy domowy rosołek. Co prawda pozbawiony tłuszczów, ale jakże rozkosznie wypełniający trzewia. Każdy z nas, po opuszczeniu Centrum i udający się do wytęsknionego domu skazany jest zgodnie z zaleceniem na karcie z wypisu do ponownych wizyt w odpowiednich terminach w celu poddania się określonym badaniom, podobnie jak skazaniec, który to po wypuszczeniu na wolność musi okresowo meldować się na posterunku policyjnym. Taka jest procedura w czasie leczenia nowotworu. Ja się z tym zgadzam, ba jakże mógłbym stawać okoniem, skoro chcę wyzdrowieć, a chociażby się podleczyć. Bo mam dla kogo, dalibóg oj mam, o czym każdego dnia się przekonuję.

środa, 29 października 2014

10.10.2014, C.O..WARSZAWA


Godziny zamieniam w dni, dni w tygodnie. Ma ich być ponoć sześć. Chyba sześć, ale nie do końca w to wierzę, bo jak dotychczas nie widzę wyraźnej poprawy swego stanu zdrowia, do tego nieco osiwiałem, skutek chemii. Fizyczne konsekwencje pooperacyjne są ewidentne. Strefa ran jest bolesna i nie sprzyja fizjologicznym łagodnym czynnościom. Leżę więc, chodzę więc, czytam więc, wstaje gdy wzywają na zabieg, słucham radia, bo na telewizję nie chodzę ze względu na gromadzące się tam mało ciekawe towarzystwo, które w czasie emisji jakiegokolwiek programu na głos komentuje po swojemu pokazywany obraz z mało wybredną elokwencją. Z radia docierają do mnie nie lada wesołości. Bo oto nasz Sikorski ponoć był świadkiem gdy Putin wraz z Tuskiem dzielili Ukrainę. Lwów wasz, bo to polskie miasto, Donbas nasz bo to tereny rosyjskie, mówił Putin do pilnie słuchającego, ale milczącego Tuska. Milczącego, bo Donald po rusku ni w ząb. A nie lepiej by było porozumieć się z Merkel po niemiecku, czyli we wspólnym języku w sprawie rozbioru Czech, bo to kraj bogatszy i o lepszej kulturze. Donald Zaolzie, Angela resztę, jak za minionych czasów. Uśmiałem się, podobnie jak z faktu „złapania” szpiegów rosyjskich, którzy wykaz współpracowników pozostawili na biurku. Ponadto prasa, książki, oraz laptop służący mi za maszynę do pisania. W części hotelowej Centrum brak możliwości podłączenia się do internetu. Taka możliwość istnieje w części klinicznej. To niedobrze, ale za to oddział hotelowy jest wolny od symboli klerykalnych. Tu nie uświadczysz krzyża w żadnym pokoju, a i innych pomieszczeniach, a jest ich kilkadziesiąt, za to w części klinicznej ściany obwieszone są cierpiącym Chrystusem, oraz wręcz setkami obrazków z JPII, albo Matką Teresą. Tu akurat trafione, bo ta albańska święta z ręki naszego papieża cierpieniem obdarzała tysiące chorych pozwalając im odchodzić w niebywałych boleściach jako że w ten sposób mieli naśladować Zbawiciela. Masę pieniędzy jakie otrzymywała z całego świata, na pomoc chorym, w tym z Nagrody Nobla oddawała Watykanowi, fundując sobie jakoby tytuł świętości. Z tej oto przyczyny dla mnie i mojego współlokatora z pokoju dzień się kończy szybko. Na tyle szybko, że w objęcia Morfeusza oddajemy się już o godzinie 21.00. Długo i tak się jeszcze nie zasypia, bowiem rozbawione towarzystwo kobiet, ich piski i chichoty nie pozwalają na spokojny sen, dlatego zapalam nocną lampkę i czytam aż do zmęczenia. Wesołość chorych dam tłumaczę tym , że w ten sposób chcą choć na chwilę zapomnieć o swym nieszczęściu, o swej chorobie. Jak zauważyłem na raka choruje wyraźnie więcej kobiet niżeli mężczyzn. Więcej też niżeli mężczyzn pali papierosy, co widać na balkonach oraz przed wejściem do hotelu. Część hotelowa to pierwsze i drugie piętro. Parter wypełniają gabinety lekarskie oraz punty usługowe. Część kliniczna to standardowy jedenastostokondygnacyjny budynek, gdzie leżą chorzy poddający się chemioterapii oraz radioterapii, a też ci po przebytych operacjach. Z rana i wieczorem po piętrach biega wystrojony w komżę i stułę poławiacz (pereł) duszyczek. Do nas nie zagląda, „dzięki Bogu”. Tutaj ludzie nie umierają, nie ma więc komu proponować raju w zamian za choćby częściowy zapis testamentowy. Jedzenie (słusznie zwane żarciem) jest pod zdechłym psem. A tam, psem, wątpię czy chciałby to zjeść wypieszczony burek. Bez jakichkolwiek przypraw, często wystudzone, wręcz zimne, oczywiście bezglutenowe. Brak w jadłospisie owoców i warzyw poza kaszą i marchwią, a i mleka, zasmuca nas dogłębnie. Nie wolno cokolwiek sobie dokupować, zabraniają tego zarówno lekarze jak i pielęgniarki. Dobrze, że można napić się kawy w niewielkich ilościach. Cieszą mnie weekendy, bowiem w odwiedziny zjeżdżają się bliscy. Nawet tacy, z którymi nie miałem kontaktu kilka dobrych lat. W każdą sobotę natomiast mam przy sobie ukochaną Małżonkę, która dowozi czystą bieliznę, oraz inne potrzebne mi rzeczy. Soboty to jednak piękne dni. Czas wtedy biegnie nawet zbyt szybko, chciałoby się go zatrzymać, choćby na dwie, trzy godziny. Na szczęście są telefony, więc pocieszamy się rozmową kilka razy na dzień. Tak oto z grubsza przebiegają dni i tygodnie tym wszystkim, których dotknęła choroba współczesnej cywilizacji. Tymczasem połowa „wyroku” upłynęła, rozpoczyna się druga część. O jakiejkolwiek amnestii nie ma co marzyć.

                        
I trochę osobistej refleksji.
Centrum otacza naprawdę duży teren. Każdego dnia, w szczególności zaś w poniedziałki przyjezdnym trudno znaleźć kawałek miejsca na zaparkowanie samochodu. Przyjeżdżają przede wszystkim z Mazowsza i Warszawy, ale w oczy rzucają się też rejestracje z całego kraju. Jak już pisałem, Centra Onkologiczne pobudowano w kilku dużych miastach. Osobiście miałem okazję widzieć podobny obiekt w Bydgoszczy. Sytuacja bardzo podobna. Setki pojazdów, tysiące chorych, tłoczących się po korytarzach do gabinetów specjalistycznych, oraz punktów „zabiegowych”. Myślę, że mamy społeczeństwo dotknięte w dość dużej części właśnie rakiem i to niekoniecznie tym z dziedziny medycznej. Zapewne tak jest w całej Europie bo nowotwór to choroba cywilizacji, ale tam sytuacja ta wygląda inaczej niżeli u nas. Inne zapobieganie chorobie i bardziej skuteczna terapia. Nasza służba zdrowia jest biedna, ba, zadłużona (szpitale). Do dzisiaj bywają niespłacone do końca należności za sprowadzane nowoczesne sprzęty specjalistyczne, konieczne w terapii dotkniętych rakiem. Tu trzeba już nie milionów, ale miliardów złotych, a może nawet euro. Szpitale Niemiec, Francji, Szwecji czy powiedzmy Danii są skuteczniejsze w walce z rakiem, ale też dużo droższe. Nasze też mogłyby takie być, gdyby, no właśnie, gdyby znalazło się kilka miliardów złotych, a które są utopione w nieracjonalne dla większości społeczeństwa cele. Finansujemy Watykan poprzez polski episkopat właśnie 10-cioma miliardami złotych rocznie, co rodzi mój i milionów Polaków bunt. Finansujemy więc obcy milionom Polaków przepych, darmozjadztwo, a nawet rozpustę seksualną setek zboków w sutannach, tylko po to, by poselstwo poprzez przychylność kleru zapewniło sobie kolejne kadencje. Kwota ta całkowicie spowodowałaby doszlusowanie polskiego lecznictwa nowotworowego do tego zza Odry. Same żebractwo Owsiaka nie wystarczy, chociaż jest to istotnie szlachetna akcja, niestety stanowiąca jeno okruch w oceanie potrzeb. Dziesięć miliardów rocznie dla Kościoła to głupota rządzących i beznadziejny przykład jak trwonić majątek narodowy w sytuacji aż takiej biedy, o czym piszą polscy profesorowie, nawołując rząd do zerwania więzów z czarna sotnią. Naród nie ucieszy się z tego, że premier Tusk został prezydentem Europy z pensją 300 tysięcy euro, a tym bardziej z tego, że wielu swoich kolesiów premier przed końcem kadencji w Polsce ulokował na tłustych posadach, tylko po to, by po kilku miesiącach, a nawet tylko tygodniach mogli odebrać z naszych podatków milionowe odprawy. To wszystko stanowi najlepszy przykład rozpierduchy państwa. Ale co tam, moja chata z kraja, pomyślał siedmioletni premier. W towarzystwie kilku kumpli zabrał przysłowiowe dupsko w troki i udał się do Brukseli szlifować język Szekspira, pozostawiając na swoim dotychczasowym stanowisku prowincjonalną lekarkę. A gdyby tak, ach, a gdyby tak, tylko cząstka, powiedzmy jeden milion, z naszego 38 milionowego, w istocie konformistycznego społeczeństwa stanęła pod Sejmem wzorem górników z widłami i kilofami w rękach i zażądała np. natychmiastowego wypowiedzenia konkordatu. Złodziejskiego dokumentu, poprzez który JPII mocno zubożył własną, ponoć ukochaną tak,ojczyznę.

wtorek, 28 października 2014

2.10.2014, C.O. WARSZAWA


Temat tego posta jest raczej smutnawy, powiedziałbym nawet ponury. Dotyczy bowiem obiektu do którego nie przybywa się z radością, a chociażby z ciekawości. Chodzi oczywiście o szpital, niezależnie od tego, czy jesteś zmuszony leczyć się tam na zapalenie płuc, wyrostek robaczkowy, złamany obojczyk, czy wreszcie z powodu nowotworu złośliwego. Szpital, do którego akurat ja trafiłem należy do tych ostatnich, czyli najbardziej smutnych. Nie, nie ze względu na formę i zewnętrzny wystrój budynku, ale terapii jaką się aplikuje pacjentom. To Centrum Onkologii im. Marii Skłodowskiej -Curie w Warszawie. Zbudowany jak większość tego typu szpitali za czasów PRL, z poślizgiem w okres III RP. W tych Centrach leczy się bodaj najwięcej pacjentów z nadzieją ich opuszczenia na własnych nogach. Są dni, gdy z tą nadzieją do C.O. Warszawa przybywa z całego kraju ok. 2 tysiące chorych. Z nadzieją, bo wyposażenie tych szpitali jest na europejskim poziomie i trzeba sobie zdać sprawę z poniesionych przez państwo niebagatelnych kosztów. Pełne wyposażenie w aparaty służące kontroli przebiegu leczenia jak, rezonanse magnetyczne, tomografy komputerowe, czy też aparaty do radioterapii, oraz wiele innych specjalistycznych urządzeń, to wydatki państwa liczone w miliardach złotych. Wydawało by się, że owe instrumenty medyczne gwarantują wyzdrowienie? Otóż nie!, bo czy poddający się terapii użyją własnych nóg by po blisko 6 tygodniach zalegania w łożach wrócić do rodziny, czy raczej rodzina go odbierze w stanie „warzywnym” zależy od wielu okoliczności. Przede wszystkim od tego, czy chory zgłosi swoje „podejrzenia” w miarę szybko. Inne okoliczności także są istotne, niemniej jednak ta jest najistotniejsza. Mam obawy, czy uda mi się zaliczyć do tych szczęśliwców, którzy dostaną szansę na przedłużenie pobytu na tym świecie, chociaż ponoć optymizm wspomaga kurację. Tymczasem intensywna terapia polegająca na pompowaniu do organizmu chemii, a także codzienna dawka naświetlania radioterapią nie budzą zbytnio optymizmu. Przynajmniej po pierwszych trzech tygodniach zabiegów. Co prawda akurat pobyt w hotelu przyszpitalnym, bez możliwości wyjazdu chociażby w ramach przepustki jest niemożliwy, to jednak wydaje się być nieco łaskawszym losem od tych, którzy są przywiązani do łóżek w części klinicznej szpitala, gdzie zresztą trafiam po przyjęciu dawki chemicznej. Można tam się nasłuchać od tych, których los „ubogacił” wielomiesięcznym przykuciem nie tylko do łóżek ale też i wózków. Wysłuchiwałem więc opowieści a nawet rady jak bronić siebie i innych przed zgaśnięciem na zawsze. Otóż trzeba rozmawiać. Tym czysto fizjologicznym odruchem, którego zaprzeczeniem jest milczenie. Milczenie niby daje nadzieję, rozmowa bywa sygnałem jej umierania, ale poświadcza istnienie jak i o czym by była. Dopóki mówimy żyjemy. Za milczeniem jest już tylko śmierć, za rozmową jeszcze milczenie. Rozmowa więc odpycha śmierć. Takie to akurat filozoficzne dywagacje nieszczęśników dochodziły do moich uszu. Toteż z lękiem jeden myślał o śmierci drugiego, przewidując że wszystek ból zwali się na tego, który pozostanie. Każdy myślał więc częściej o drugim niżeli o sobie. Nie powiem by mnie zachwycały owe wynurzenia, jednak pacjenci hotelowi, którzy zostali zawezwani przed oblicze chemików zmuszeni byli przynajmniej jedną dobę zanocować wśród owych gawędziarzy. Ja natomiast sądzę, że każdemu natura wyznaczyła terminarz egzystencjalny na tym łez padole i każdy bunt w tym względzie jest bezzasadny. Jasne, że nie każdy dostosuje się do owego terminarza poddając się powiedzeniu, bodajże Fredry „niech się dzieje wola nieba, z nią się zgadzać zawsze trzeba”. A jednak podobny bunt jest zasadny i wielu wyszło z tego oburzenia zwycięsko. Pisze o nich prasa, pokazuje telewizja, a zresztą oni sami z podobną informacją wychodzą do widza i słuchacza. To zrozumiałe. Mają się z czego cieszyć. Tylko pogratulować. Ja gratuluję i życzę trwałego zdrowia.

niedziela, 26 października 2014

20.09.2014, C.O. WARSZAWA


Dzień niepodobny do dnia”, śpiewał swego czasu Piotr Szczepanik. Dla mnie niestety podobny, być może dla pana Piotra też. Każdy dzień spędzony przeze mnie tu i teraz jest powieleniem dnia poprzedniego. Każdego dnia swoje członki oddaję w ręce medyków, specjalistów od terapii. Kończyny górne służą im do instalacji wenflonów, iniekcji zastrzyków, kroplówek, kontrolnych pobrań krwi, oraz innych „uprzykrzeń”. Dolne partie organizmu zaś do terapii, nazwijmy to, „promiennej”. Powtórzę więc: Dzień podobny do dnia, z kolei tydzień do tygodnia. Niemniej w oczekiwaniu na kolejne wezwanie do gabinetów zabiegowych spoczywam na łożu, a spoczywając, do moich uszu dolatywały kolejne radiowe informacje o tym co się dzieje w naszym „świeckim” kraju. Świeckim wg władz, natomiast wyznaniowym wg dużej części społeczeństwa. Ze smutkiem przyjąłem słowa biskupa, który z podobnym ubolewaniem rzekł, że Polsce brak nowych kościołów i krzyży. Być może, tylko co zrobimy ze starymi panie fioletowy. Ponadto wysłuchałem z uwagą inauguracyjnego wystąpienia nowej pani premier składającego się z samych obiecanek, dosłownie jakobym słuchał kilku wystąpień jej poprzednika. Kraj po roku spłynie miodem i mlekiem, chorzy nawet nie zauważą swojej choroby, bo czuwać będą nad ich zdrowiem dobrzy lekarze, którzy to wyrywać sobie będą z rąk tych niedomagających. A można by dać wiarę tym słowom, bo pani premier to była lekarka z Szydłowca i wie na co w gminie ludzie chorują. Na razie zbuduje stadiony dla seniorów. Wielu się ucieszy, bo będzie okazja zamienić laskę na tyczkę, albo oszczep, tylko skąd środki?. Czyżby pani premier przejrzała na oczy i ma w zamyśle wypowiedzenie konkordatu, dzięki czemu zyska do dyspozycji rocznie 10 miliardów jakże potrzebnych złotych, czyżby zrezygnowała z szastania pieniędzmi na premie i nagrody dla przyjaciół królika z Platformy?. Obok tego usłyszeliśmy zapewnienie, że w ciągu jej rocznych rządów zrealizuje do końca wszystkie obiecanki Tuska zarówno w zakresie gospodarki narodowej jak i poprawy życia obywateli. Ręce same składały się do oklasków. Oczywiście ręce członków Platformy Obywatelskiej, bo pozostali posłowie i posłanki wybuchali śmiechem. Wydawało się, że próbuje naśladować swego poprzednika, ale gdzież jej tam do polotu Tuska, który z notatek korzystał bardzo rzadko. Z innych informacji oczywiście już zaiste prawdziwych to odnotuję, że z ochotą sobie przyswoiłem zamiar otwarcia drugiej nitki warszawskiego metra, oraz to, że w Katowicach melomani doczekali się najnowocześniejszej w Europie sali koncertowej, w której pierwszy koncert dał nasz eksportowy mistrz twórczości Fryderyka Ch. Kristian Zimmerman. I to na tyle.










piątek, 24 października 2014

15.09.2014, C.O.WARSZAWA


Z chwilą zakotwiczenia się w Centrum Onkologicznym (C.O.) w dniu 15.09.2014, pomyślałem, że dopóki nie zamilknę z powodów biologicznych, dopóty będę odnotowywał jesienne warszawskie dni wypełniane terapią, tym bardziej, że ostatni mój zaledwie jednozdaniowy post z dnia 29.08.2014 wzbudził tyle (generalnie) miłych wypowiedzi. W wolnych chwilach „wypociłem” więc 7 postów, które tematycznie się w jakiś sposób przenikają, a które w odstępach trzydniowych opublikuję. Moje teksty daleko odbiegają od piękna literackiego, nie można dostrzec w nich tzw. iskry bożej, ale czy można tego wymagać od kogoś, kto zaległ w szpitalu.

                *************************

Tomasz Jastrun przywołał w swoim felietonie słowa Zofii Nałkowskiej, cyt: „wszystkiego się spodziewałam, ale że będę stara, to nigdy”. Parafrazując te słowa powiem od siebie, że wszystkiego się spodziewałem, ale że mnie dopadnie bodaj najbardziej wstrętna choroba tego świata, to nigdy. Ale stało się. Trzeba się bronić dostępnymi środkami naszej współczesnej medycyny. A więc pierwej krwawa operacja, a następnie (na początek) sześciotygodniowy pobyt terapeutyczny w stołecznym Centrum Onkologicznym polegający na przyjmowaniu chemii oraz codziennej radioterapii. Co dalej, nie wiem. A tymczasem przez ten okres działo się w Polsce wiele. Wydarzenia śledziłem na równi z tymi, którym nic nie dolegało, a więc z całym społeczeństwem karmionym rusofobią, jako religią państwową.

Przyznam, że śledzenie codziennej prasy, oraz innych polskich środków przekazu nie sprzyjało terapii, przynajmniej w moim przypadku. Wrażliwość cierpiała na równi z fizycznym schorzeniem, gdy dziennikarze, oraz ci znaczący w kraju zachowywali się tak, jakby Polska zaliczała się do czołowych mocarstw świata, dając wyraz gotowości do wojny z Rosją. Sepleniący Czarnecki, półchłopek Kaczyński, pseudo dyplomacja w osobach Waszczykowskiego i Fotygi, a także prezenter swojego fallusa Hofman,... a nawet przedstawiciel koalicji rządzącej Sikorski, nie mówiąc już o panu prezydencie K. herbu jakiegoś tam, są gotowi zaciągnąć Polskę, a nawet Europę na ukraińskie „dzikie pola”, gdzie toczy się prawdziwa wojna mimo pozornych rozejmów. Długo polityka polska nasączona dziwną, mało zrozumiałą nienawiścią do Rosji dojrzewała chyba na skutek rosyjskiego embarga, które zostawiło polskiego rolnika i nie tylko, z ręką w nocniku. Ale czego się można było spodziewać m. in. po Sikorskim, któremu nadano funkcje marszałka Sejmu by tylko odsunąć go od politycznych mikrofonów. Niestety późno. Dzisiaj to musztarda po obiedzie. Zachodnia Europa stosuje w stosunku do Rosji przeróżne formy dyskryminacji i jednocześnie z nią współpracuje aż furczy. Na francuskich fregatach Mistral ruskie majtki uczą się praktycznej obsługi tych okrętów bojowych. Pani Merkel prawie codziennie rozmawia telefonicznie z Putinem, mówiąc sobie wzajem „dobranoc”. Do mało demokratycznej Rosji nadal uciekają obywatele z ponoć demokratycznej Ukrainy, a nasze media i prawicowi politycy plotą w uszy narodu bzdury złożone ze słów nienawiści stawiając Polskę wyżej niżeli jakiekolwiek inne narody. Cierpi na tym gospodarka, a straty idą w miliardy dolarów. Po kiego diabła żebrzemy o jak największe dotacje unijne, skoro z drugiej strony świadomie tracimy owe miliardy poprzez głupią i pozbawioną logiki politykę wschodnią. Polska mesjaszem Europy i świata. Mesjasz o którym w tygodnikach i codziennej prasie amerykańskiej i brytyjskiej nie napiszą ani słowa. Przekonał się o tym prof. Jan Widacki czytając książkę Hilary Clinton (kandydatki na urząd prezydenta) w której to na 635 stronach słowo Polska, albo polityk polski wymienione jest dwa razy, tyle samo co Papua Gwinea. Tylko ubolewać panie prezydencie Komorowski, aktualny gościu ziemi amerykańskiej. Nasz prezydent jako najbardziej ceniony „sojusznik” Stanów Zjednoczonych pojechał za ocean nie tylko z okazji corocznego zjazdu oenzetowskiego, ale z oficjalnym zamiarem pozbawienia Rosji członkostwa w stałej radzie ONZ. Śmiechu warte. Uśmiała się pewno cała Ameryka a i w Rosji Putinowi poprawił się humor. Oczywiście Rosja w obliczu ujadania znad Wisły nie pozostaje bierna. Jest tam bardzo podobna naszej propaganda. Wiadomo wszak, że Putin to niezbyt dobry wujcio i ma swoje za uszami, ale wzajemne generowanie nienawiści prowadzi (co się sprawdziło w nazistowskich Niemczech) do dramatów ludzkości. Przy tym wszystkim moja wrażliwość ucierpiała, gdy prawicowa część Sejmu podburzana przez hierarchów kościelnych nie dopuściła do ratyfikacji ustawy zabraniającej stosowania przemocy wobec kobiet Zatem możesz polski prostaku-katoliku walić w „mordę” swoją małżonkę, którą jeszcze wczoraj poślubiłeś przed ołtarzem z błogosławieństwem proboszcza za ca 1500 złotych. Czy nie wstyd panu panie „prezydencie Europy” Tusk, że w pańskim mateczniku na dobre kwitnie kołtun. Opozycja twierdzi że uciekł pan do Brukseli z tonącego okrętu, bo za chwile Putin zakręci kurki gazowe, a być może jak straszy Żyrynowski, Rosja jest gotowa w ciągu 24 godzin zająć nasz kraj, to chyba tego waleczni Donald i Jarosław się nie przestraszyli. Dyplomacja europejska na poziomie.

Ileż to pytań się rodzi w moim czerepie gdy zalegam szpitalne łoże. Mianowicie, dlaczegoż to „przyjazna” Ukraina blokuje nasz eksport mięsa i owoców?. Dlaczego Francja mimo unijnego embarga dostarcza Rosji wojenne okręty?. Czyżby prezydenta Hollanda przewiało w czasie jazdy motocyklem do kochanki?.Dlaczego do tej pory mimo usilnych starań nie stwierdzono definitywnie kto strącił samolot malezyjski?, bo ponoć są wyraźne wątpliwości jakoby tego dokonali separatyści ukraińscy. Za co mamy walić miliony euro banderowskim Ukraińcom, co to zapowiadają, że prędzej czy później zabiorą nam Bieszczady i przyległe tereny. Odpowiedzi nie będzie, bo jak to bywa w polityce, są pytania na które nie znajdujemy odpowiedzi, przynajmniej na dziś. Ciekawostką jest zapewne odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego w centrum Siedlec. Co prawda obelisk z twarzy podobny do papieża JPII, ale chyba dlatego, że prawie wszystkie pomniki polskiego papieża mają twarz Lecha Kaczyńskiego.



Na koniec pozdrawiam moich czytelników i komentatorów. Dziękuję za słowa wsparcia. Szczególnie pozdrawiam i kieruje życzenia powrotu do zdrowia dla Pani J., mojej przesympatycznej komentatorki z Niemiec, która w tym samym czasie co ja przeszła wielokrotną, skomplikowaną operację. Pani J, jesteśmy wszyscy z Panią.

ŚMIECH, PRAWIE RECHOT

Vivat, brawo. Do Polski zawitał długo zapowiadany przez papieża Franciszka pogromca pedofilów w sutannach abp Charles   Scicluna, duchow...