POGADUSZKI PRZY GUINNESSIE

Opowiadanko siódme Historyjka, prawdziwa jak wszystkie dotychczas opisane na moim blogu, chociaż mało jest związana z tytularnymi „Opowiastkami przy kuflu”, ale z piwem i owszem. Tego dnia, jak mi tygodniowy emerycki plan nakazywał, udałem się w miejsce oddalone nieco od cyklicznie odwiedzanych pubów. Przygnała mnie tu oto taka okoliczność, że musiałem się pokazać z powodów nazwijmy to socjalnych w moim byłym zakładzie pracy, a skoro proszą, to idę, a co?, mam swój honor. Warto było. Obok mnie urlopowany kolega z tej samej półki, czyli roku. Dywagujemy obaj co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem, gdzie się zahaczyć, kogo zaszczycić naszą obecnością, bo w gruncie rzeczy co mi zostało, biednemu polskiemu okradanemu przez kolejne rządy lewicowe i prawicowe nieszczęśnikowi, losowo zmuszonemu do okazywania czci listonoszom. Idziemy Tadziu na guinnessa?, zagadnąłem. Pewno że idziemy, nie jest przecież znowu tak późno, dziesiąta przed południem. Zahaczyliśmy się w „Pod bażantem”...