Z OKOLIC WARIATKOWA

Wołam ci ja żonę, która akurat przebywa w sąsiednim pokoju. Nie mogę teraz, czytam książkę, odpowiada. Ale tylko na chwilkę, upieram się. Nie, naprawdę nie mogę, tę książkę się czyta jednym tchem, nie oderwę się. To „Kolekcjoner kości” Deawera. Co to znaczy jednym tchem, a co z innymi. A gdy ci go zabraknie, jak to bywa w uniesieniu albo wzruszeniu, to grozi ci po prostu uduszenie, lub zawał. Staraj się uruchomić ich więcej. Czego, pyta zakłopotana, a może nawet zastraszona możliwością nagłej i nieoczekiwanej śmierci. No mówiłaś o jednym tchu, dobrze by było mieć ich więcej na podorędziu. Ale czego?, bo już przez ciebie zgłupiałam. No tych tchów, techów, dechów, no tych co to używasz do czytania. Za chwilę sam się zastanowiłem, co też ja plotę, ... a właściwie jak naprawdę mówi się o tchu w liczbie mnogiej?. Zaglądam więc do encyklopedii, a następnie do Wikipedii, ale odpowiedzi jasnej nie dostaję. Przecież nie będę późnym wieczorem zawracał głowy panom...