Urodziłem się uśmiechnięty, z siłą wodospadu obsikując ręce położnej. Tak mi mówiono, bo sam osobiście sobie tego nie przypominam, niekoniecznie ze wstydu. Gen wesołości tkwi we mnie do dzisiaj i niech tak zostanie. Nie znaczy to, że nie zdarza mi się utoczyć łezki. Ależ zdarza, w przypadku ewidentnej krzywdy wyrządzonej w sposób złośliwy, szczególnie osobie mi bliskiej. Staram się wzorem społeczeństw zachodnich życie brać w miarę na tyle lekko, by nie uciskać komór sercowych byle jakimiś tam smutnymi banałami. Zauważyłem bowiem podczas wojaży (szczególnie na Zachód, ale niekoniecznie), że lud tamtejszy każdy dzień niezależnie od pogody stara się wypełnić optymizmem osobistym, co trudno sobie wyobrazić wśród moich Rodaków, którym to pierwsza lepsza mucha, która przypadkowo usiądzie na nosie zepsuje już nie tylko humor osobisty, ale też jego rodzinie, współpracownikom w zakładzie pracy, czy biurze. Swój stres często rozładowują modlitwą w kościele, albo siejąc postrach w rodzin...