środa, 30 marca 2016

TA WIARA CZYNI CUDA, ZAPEWNIA DOBROBYT



Ojciec Święty,(chodzi o papieża Franciszka, nie o JPII) jest nieomylny w sprawach wiary. Natomiast w innych sprawach może mieć swoją opinię, a ja, choć jestem człowiekiem Kościoła, nie muszę się ze wszystkimi opiniami Ojca Świętego zgadzać i się nie zgadzam”. – mówił marszałek Senatu Stanisław Karczewski w audycji Moniki Olejnik. Na pytanie dziennikarki, czy zgadza się ze wszystkim, co mówi prezes PiS odpowiedział: "Ależ oczywiście, że się zgadzam".

Wypowiedź polityka dotyczyła apelu Ojca Świętego o udzielanie pomocy potrzebującym uchodźcom. W Wielki Czwartek papież Franciszek obmył symbolicznie nogi jedenastu uchodźcom, czym wywołał falę komentarzy. Karczewski byłby szczęśliwy gdyby papież umył nogi wszystkim pisowcom.. Wszystkim po kolei, od Kaczyńskiego aż po Koguta czy Kempę. Czy możliwa jest dyskusja na jakikolwiek temat polityczny zahaczający o wiarę z podobnym adwersarzem?. Nie, jest niemożliwa, bo zarówno marszałek Karczewski jak i każdy inny pisowiec, aktualnie przygotowujący się do objęcia dobrego stanowiska pracy wierzą, że słowa i czyny ich guru, którego wciąż nazywają swoim premierem brzmią jak wyrocznia. Zadaję więc sobie pytanie: czy z ludźmi tego ugrupowania, wpatrzonego w kaczy kuper jak w malunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, można podejmować jakąkolwiek dyskusję, która by nawiązywała do ich fundamentalistycznych przekonań?.


Nie, i dlatego dziwię się różnym stacjom telewizyjnym, albo radiowym że zapraszają przedstawicieli sekty Kaczyńskiego, podobnie jak wyznawców boga Jehowy. Chyba że chodzi o widowisko, które umacnia w swojej wierze zwolenników PIS, albo o to, by przysporzyć stacji telewizyjnej lub radiowej amatorów kłótni i słuchaczy w czasie wydzielanego jadu. Ja np., gdzie bym nie otworzył kanał TV widzę dyżurnego mędrca PIS Jacka Sasina, który to w Wołominie po śmierci Lecha Kaczyńskiego, wraz z innymi wyrobnikami Pałacu prezydenckiego zawładnął miastem i powiatem do reszty. Władztwo rozpoczął od wciskania im pomnika męczennika spod Smoleńska. Ponieważ mieszkańcy tego podwarszawskiego miasta, które zostało dotknięte już jedną mafią się sprzeciwili, Sasin zafundował im skromne popiersie Prezydenta Lecha K.,wizualnie podobne jak w każdym rosyjskim kołchozie miał Lenin, co po jakimś czasie stało się wyróżnieniem w każdej dziedzinie, a nagroda nazywała się biustom Lenina. Ten post piszę jako człowiek zniesmaczony nie tylko Karczewskim który jako zatwardziały KATOLIK bardziej wierzy w swojego kaczego boga niżeli w słowa papieża, ale z powodu tego, iż w Polsce są dwa społeczeństwa. Jedno ogląda TVN, Polsat i Superstację, która akurat jest najbardziej odważna obywatelsko. Drugie społeczeństwo to telewidzowie i słuchacze TV Republika, TV
Trwam, oraz słuchacze Radia Maryja. Jedni czytają Gazetę Wyborczą, Przegląd i kilka innych lewicowo liberalnych wydawnictw, inni zaś Niedzielę, Gazetę Polską i inne brukowce, czyli dla Polaków normalnych obrzydlistwa. Każdy dla siebie znajduje radość i umiłowanie. Pan Tomasz Jastrun w cotygodniowej wypowiedzi pisze w PRZEGLĄDZIE, że w jego rodzinie takie święta jak Wielkanoc albo Boże Narodzenie w rodzinach, które zjeżdżały się zgodnie z tradycją, już w czasie powitań składały oświadczenie, że przy stole świątecznym O POLITYCE ANI SŁOWA! Mądre, tym bardziej w naszym nieuleczalnie chorym społeczeństwie. Rzadko się to zdarza. Ta wiara czyni cuda, (tytuł). Wiara w prezesa K. To sekta. Prawdziwą jednak wiarę, wiarę w dobroć człowieka reprezentował ks. Jan Kaczkowski, zmarły na raka w dniu wczorajszym. Takich kapłanów Polska ma mało, bardzo mało i do tego oni wymierają najszybciej: bp.Życiński, ks. Twardowski, ks. Tischner i wreszcie ks. Kaczkowski. Wśród żywych złotych kapłanów pozostał na tym padole jeno ks. Lemański, ale nie ma On przyjaciół w swoim  otoczeniu. Ma wrogów w czerni i fioletach. Takich jak chociażby bp Hoser albo abp Michalik, który gwoli zamanifestowania swego oddania Kaczyńskiemu, wszystkich zwolenników KOD i opozycję sejmową nazwał targowicą. A przeciez targowicę polską w XVIII w. reprezentowali właśnie biskupi łasząc się do carycy, czyli do zaborcy, ale ciemny lud o tym nie musi wiedzieć.
 
 
Obrazki od góry:
1.Papież się myli, prezes nigdy..
2. polski sztukmistrz
3.Słowa zmarłego wczoraj mądrego ksiedza Kaczkowskiego,.. co się w Polsce rzadko zdarza
4.abp Michalik, który odpędza podniecone seksualnie dzieci od łożek kapłanów.
 
 

poniedziałek, 28 marca 2016

UBEZWŁASNOWOLNIONA MACICA


No i dewoci się doczekali. PISdzielcy wreszcie mają taką siłę w parlamencie i Belwederze, że problem bardzo kulawej aborcji w Polsce, który ich zżerał codziennie, mogą rozwiązać jednym głosowaniem, czyli całkowitym zakazem, niezależnie od stanu zdrowia matki i dziecka. Pani Izabela Jaszczurowska, na blogu „Ale o co chodzi”, temat ten poruszyła akurat w dniach okołoświątecznych, gdy wyznawcy katolicyzmu głoszą wraz z biciem dzwonów kościelnych wszechmiłość poprzez zmartwychwstanie Zbawiciela, ciekawe tylko w stosunku do kogo kierowane są słowa tejże miłości i zrozumienia, bo na pewno nie do nieszczęśliwych kobiet i ich chorych płodów. Autorka uważa, że ważny temat można poruszać niezależnie od dni kalendarza, chociaż zdaje sobie sprawę, jak na słowo „macica” kościelne dewoty robią znak krzyża na swoich piersiach. Najlepiej byłoby, gdyby krzyżem zabiły swoje macice, a naszym dały święty spokój. Już dość, krzyczy autorka: Każda myśląca kobieta, mentalnie czująca się więcej, niż przedmiotem, czy ułomnym człowiekiem, za którego inni muszą podejmować decyzje, powinna tupnąć nogą, otrząsnąć się z religijnego terroru i pokazać fundamentalistom katolickim środkowy palec. Poddaje ona krytycznej analizie wypowiedzi
Małgorzaty Terlikowskiej, fundamentalistki katolickiej na temat nie tylko aborcji, ale też gospodarowania spermą po stosunku oralnym, którego jak najbardziej jest zwolenniczką (brawo). Autorka nie przebiera w słowach i uprzejmościach, bo na takie ta niby wykształcona matka wieloródka nie zasługuje, a już tym bardziej, by z nią polemizować: Wracając do tej pani, powiada, o której właśnie myślę, to tylko łacina podwórkowa ciśnie mi się na usta, przynajmniej w tej jednej sprawie. Sprawie ogólnie rozumianej jako skandal wywołany decyzją dr Chazana. Jako profesor wiedział on bowiem, że pozwoli temu bardzo kalekiemu dziecku, bez połowy głowy, żyć w cierpieniu przez kilka minut. W tym momencie dr. Chazan, pokazał swoje barbarzyństwo. Natomiast upokorzonej matki Terlikowskiej nie szkoda.
Oczywiście, że nie. Powołuje się ona na wolę Stwórcy. Tylko że ten stary Pryk, który ponoć jest tam gdzieś w chmurach nie tylko nie wie nic o in vitro, nie wie nic o skrobankach, nie wie nic o płodach, nic o prezerwatywach, o pigułce „po” , to jeszcze nie wie, że ziemia jest okrągłą planetą krążącą wokół słońca, i że nietoperz nie jest ptakiem. Jego prymitywny umysł nie sięga poziomu przedszkolaka! Skąd ta wiedza? Z jego wiekopomnego dzieła – z Biblii!, powiada. Jak człowiek zwany profesorem ginekologii, nazwiskiem Chazan mógł się stać i pod czego wpływem aż takim zaprzeczeniem ludzkiej osobowości, bo przecież ten specjalista od macic w swej karierze wykonał setki a może tysiące skrobanek za dające się policzyć jeżeli nie w dolarach to na pewno w grubych złotówkach honorariach. Swego czasu wicepremier Dorn powiedział, pokaż lekarzu co masz w garażu. W stosunku do profesora Chazana można by powiedzieć: Pokaż pan profesorze jak wygląda nie tylko wnętrze garażu, ale też twoja willa, jej wyposażenie oraz wille twoich dzieci. I to wszystko się wzięło wyłącznie z gapienia się w kobiece waginy oraz z usuwania ciąż na życzenie. Tacy jak prof. Chazan są najbardziej obłudnymi ludźmi. Ludźmi bez serca i bez żadnych odruchów miłości w stosunku do drugiego człowieka. Ludźmi kierującymi się wyłącznie partykularnym interesem wynikającym z przynależności partyjnej. Na szczęście cały świat wokół Polski jest "normalny".Można wyjechać gdy zachodzi potrzeba, ale niestety, nie wszystkie Polki na to stać.


Osobiście, jako mężczyzna nie mam macicy, nie liczę się więc z przypadkiem zajścia choćby w zdrową ciążę, ale jako obywatel państwa, tak nieszczęśliwie doświadczonego rozwałką Trybunału Konstytucyjnego, oraz podeptaniem Konstytucji, a także zapowiedzią wprowadzenia macicznego totalitaryzmu przyłączam się do protestu wolnych od fundamentalizmu katolickiego polskich kobiet.
 
Fotki od góry:
1.Dziewice "zawodowe".
2.Polka po przejściach rodzinnych.
3.Ob. Terlikowska, aktywistka  katolicka
4.Podpalacz Konstytucji.

czwartek, 24 marca 2016

WSZYSTKO W RĘKACH ... BOGA


Powiedzenie wierzących w Chrystusa, Allacha, Buddę lub każdego innego boga. Boga żywego w przenośni, bo przecież jako taki żywy bóg nie istnieje poza tymi którzy spośród nas żywych do boskości aspirują. Są to zwykle przywódcy partii, szczególnie rządzących partii. Taką właśnie mamy w Polsce. Tu i teraz. Nasz bóg jest, owszem ukryty, tyle że nie w konsekrowanych opłatkach czy olejkach, ale w prywatnym mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. Jego wyznawcy, a jest ich w Polsce kilka milionów, poza samym mesjaszem mają kilkudziesięciu, jeżeli nie kilkuset pomagierów, pomazańców mianowanych na najważniejsze stanowiska nie tylko w państwie, ale i w terenie. To zespół marionetek począwszy od mieszkańca Belwederu, poprzez służby specjalne, aż po prezesa Rady Ministrów w osobie kobiety odgrywającej rolę Lady Makbet tej dramaturgii. Różnie się wiedzie temu sterowanemu rządowi, którym interesują się wszystkie demokratyczne organy świata. Właśnie dlatego ten rząd szuka zwady na arenie międzynarodowej wyłącznie po to, aby zatuszować swoje wpadki w kraju, mimo to stracił już cały moralny autorytet, aby dalej sprawować władzę. Ten niewidzialny w zasadzie bóg wzywa patetycznymi słowy do jedności narodowej, do manifestowania wspólnoty wszystkich obywateli dla dobra kraju i obywateli, a jednocześnie rzeźnickim sposobem dzieli naród na polędwice i podroby (jak to trafnie powiedział red Krzysztof Varga). Na sort pierwszy, czyli ONI i ich wyznawcy, oraz ta reszta motłochu zdolna do zdrady narodowej. Reszta składająca się z ludu podłego światopoglądu, w tym homoseksualistów, ateistów, wolnomyślicieli i innych odszczepieńców nie potrafiących klaskać na słowa przemawiających pisowców. Może to dziwaczne, ale
jakoś rozumiem manię władzy naszego tymczasowego boga w Polsce, jego obsesyjną żądzę zniszczenia wszystkich, którzy przed nim się nie płaszczą (vide Trybunał Konstytucyjny), a i płaszczących się chętnie zniszczy, gdy tylko przestaną mu być potrzebni. Wielu takich znalazło swoje nowe życie polityczne w opozycyjnych partiach. Nie mogę zrozumieć jednego. Mianowicie, czym się kierują ludzie, którzy nie zważając na to jak się upodlają i mając świadomość swego moralnego upadku, fanatycznie wykonują rozkazy z niepojętym zapałem i zaciekłością. Wystarczy popatrzeć w telewizor, albo posłuchać radia, gdzie w audycjach polityczno- publicystycznych dyskutanci spod znaku „jedynego boga” gotowi są nie tylko skoczyć do oczu interlokutora z opozycyjnej partii, albo prasy, ale nawet rozerwać go na kawałki „podrobowe”. Ponoć bogowie istnieją wiecznie, a przynajmniej tysiące lat, ale ten bóg o którym mowa może zaistnieć nie więcej jak lat kilkanaście, tym bardziej że jak na żywego boga jest już dosyć wiekowy. Nigdy nie sprawdził się partyjny żywot tysiącletni, czego najlepszym przykładem była III Rzesza niemiecka, wcześniej, Czyngis chan, wyniszczający swój naród carat rosyjski albo krwawy sowiecki komunizm..

Dzisiaj Wielki Czwartek, ludziska zapracowani porządkami, chociażby myciem okien, bo wiosna tuż tuż, ba, nawet sam papież nie ogranicza się do umycia wyłącznie swoich nóg. Tym razem myje uchodźcom, bo wiadomo w jakich warunkach higienicznych oni żyją. To ewangeliczna tradycja, bo jak wiemy Chrystus umył nogi nawet swemu wrogowi Judaszowi. Ciekawe czy pan prezes zdobył by się na umycie nóg panu Schetynie, albo Kopacz. Polski współczesny bóg umyje wyłącznie swoje kulasy, no może jeszcze kotu. A ja, korzystając z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych swoim Czytelnikom w kraju i poza nim, niezależnie od sortu do którego polski bożek Was zakwalifikował, składam najlepsze życzenia zdrowia i pięknej atmosfery przy świątecznym stole. Wiosna idzie, spójrzcie no tylko przez okno. Jutro być może będzie lepiej.

wtorek, 22 marca 2016

JONO PODKIVANO


To po prostu „dzień dobry” w języku naszych bratanków znad Dunaju. Oczywiście co ciekawe, taki grzecznościowy zwrot dotyczy tylko towarzystwa mężczyzn. W stosunku do kobiet powitanie jest bardziej serdeczne, brzmi jak pocałunek. Nie potrafię przytoczyć, darujcie. Tak witałem się z bratankami w czasie kilku pobytów nad Dunajem, w Budzie, w Peszcie czy też innych małych miejscowościach np. w Tapolcy. Stolica Węgier składa się z dwu części miasta rozdzielonych rzeką która płynie przez kilka stolic Europy bałkańskiej. Budapeszt to piękne miasto, które w swej historii ma okresy słoneczne, jak chociażby wiekowe braterstwo z Wiedniem w okresie panowania cesarstwa austro-węgierskiego, ale też dni tragiczne roku 1956, kiedy to milion obywateli węgierskich poprzez otwartą granicę austriacką znalazło swoje nowe życie na całym świecie, w tym cała reprezentacja piłkarska, trzykrotni mistrzowie olimpijscy, oraz bardzo liczący się zawodnicy w mistrzostwach świata. Węgry, (Hungary),


niewielki kraj z życzliwymi mieszkańcami, posługującymi się językiem bardziej bliskim Hindusom niżeli Europejczykom od pewnego czasu, tak jak Polska pozostaje w kręgu zainteresowania Brukseli w pejoratywnym znaczeniu. Oba państwa okazały się zbyt niesubordynowane za przyczyną przywódców wybranych w demokratycznych wyborach. Węgry, to kraj, który po prostu lubię. Może ze względu na atrakcje Budapesztu, może ze względu na przesmaczną zupę gulaszową, może ze względu na wspaniałe salami i dobre wino, może wreszcie ze względu na Franciszka Liszta oraz dynamicznego czardasza, że nie wspomnę o wspólnych bohaterach narodowych jak Józef Bem, albo obywatele węgierscy na tronie polskim (Stefan Batory). Kilka razy bywałem na ziemi węgierskiej prywatnie a także służbowo. Miałem tam m.in. dzieci kolonijne w miasteczku Tapolca,
rejonie podziemnych jaskiń i podziemnych rzek. Kąpałem się w brunatnej wodzie Balatonu, ale prawie całkowitym moim menu (choćby całodziennym) zawsze była zupa gulaszowa z pieczywem, popijana winem. Właśnie a propos tejże zupy pozostała mi anegdota, którą zapamiętam na całe życie. Wracaliśmy z kolegą późną nocą z Wiednia do Tapolcy. Byliśmy bardzo głodni. Na szczęście  ok. północy w małej miejscowości Ivan zastaliśmy jeszcze czynną knajpkę. Poprosiliśmy oczywiście o zupę gulaszową. Zjedliśmy z apetytem po miseczce. Poprosiliśmy o repetę. Mnie wystarczało, ale mój kolega o tuszy zapaśnika i wzroście 190 cm. poprosił jeszcze o dokładkę, a gdy wezwał restauratora, ten przyniósł na stół cały kocioł zupy. Cieszę się że panu smakuje, powiedział, bo i tak zamykam lokal a jutro od rana gotuję następną, bo u mnie musi być zawsze świeża. Proszę jeść, jest gratis. Upłynęła jeszcze godzina, gdy w kotle 7 litrowym pokazało się dno. W życiu nie spotkałem człowieka z takim maxi apetytem. Ciekawostką w tym wszystkim jest to, że właściciel knajpy okazał się Polakiem spod Gorzowa Wlkp, a ożenił się ze śliczną Węgierką. Też ja poznaliśmy. Można by pomyśleć że skoro Węgier i Polak to dwa bratanki, to w tym jednak wypadku, to nawet małżeństwa. Jono podkiwano, jedyne co zapamiętałem. Moi znajomi znad Dunaju zapewne z kolei zapamiętali polskie powitanie „dzień dobry”. Niezbyt chętnie uczą się języków, poza niemieckim, chociażby dlatego, że nad Balaton przyjeżdża dużo turystów i wczasowiczów z Niemiec, ponadto mają mało chwalebne zaszłości z II wojny światowej. W sklepach można posługiwać się językiem Goethego,

natomiast za jasnego gwinta, mimo że w szkołach tak jak u nas uczono języka rosyjskiego, „nie chcieli” słuchać żadnego zamówienia w tym języku. Przeżywają do tej pory pewnego rodzaju traumę. A wzięło to się od czasów Powstania w Budapeszcie w 1956 roku, w której to śmierć pod czołgami z czerwoną gwiazdą poniosło dziesiątki tysięcy ich rodaków. Temat ten nawinął mi się po tym jak publiczna (rządowa) TVP pokazuje dzisiaj polsko- węgierski sojusz polityczny polegający na pewnego rodzaju buncie w stosunku do Unii Europejskiej. Otóż nie jest to całkowitą prawdą, bowiem premier Węgier Victor Orban, mimo szczególnego nonkonformizmu jest premierem naprawdę wszystkich swoich obywateli, potrafi rządzić bez straty dla ich gospodarki. Respektuje uwagi Komisji Weneckiej. Patrzy na Wschód i Zachód tym samym wzrokiem, natomiast nasz premier Beata Szydło to marionetka szeregowego posła Kaczyńskiego. Ta marionetka za przyzwoleniem swego guru skłóciła nie tylko Polskę w stosunku do
Zachodu nie drukując wyroków konstytucyjnych, kłamiąc i olewając opozycję, ale też w stosunku do Wschodu, wzniecając coraz to nowe nieporozumienia i niesnaski z Rosją. Jaką Polska ma korzyść z jej polityki. Korzyść?, doprawdy żarty. Współczesny polski bajzel polityczny i gospodarczy, to rzeczywiście bajzel, bo wszystkie dobrze płatne stanowiska w Polsce obsadzone zostały przez niekompetentnych ludzi PiS bez żadnych konkursów. Reformy zapoczątkowane hasłem 500+ i wielu innymi chwalebnie społecznie nośnymi, rozpatrywanymi przez jej rząd powalą nasz kraj na przysłowiowe łopaty. Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas …. stać na utrzymanie rodzin choćby na najniższym europejskim poziomie. Annyira a mai (to tyle na dziś).
 
Obrazki od góry:
1.Węgry (Hungary)
2.Parlament węgierski
3.Wypurt obronny zamku Boldogkov
4.Jeden z zabytkowych mostów na Dunaju.

czwartek, 17 marca 2016

CO U DIABŁA JEST GRANE?


KONSTYTUCJA – TRYBUNAŁY– KOMISJA WENECKA –RADA EUROPY –KOMISJE EUROPEJSKE –PARLAMENTY. To instytucje w których jako pełnoprawny członek pod szczytną nazwą Polska mamy coś do powiedzenia. Tak by się wydawało, a okazuje się, że owe instytucje mają coś do powiedzenia właśnie nam, niesubordynowanej RP. Coś nagannego oczywiście. Są gotowi nas karcić jak rozkapryszone dziecko, które mimo upomnień zachowuje się właśnie nagannie. Gorzej, że to dziecko próbuje pouczać swoich rodziców (wychowawców), wołając przy tym „odczepcie się”, nie kocham was, „uciekam z tego domu”. Tak dosłownie, co prawda nieoficjalnie i niezbyt głośno, ale z „tego domu” chcemy uciekać. Tylko dokąd. Gdzie chcemy uciekać i pod czyje skrzydła. Okazuje się, że pod niczyje, bo nie ma takich, którzy chętnie by nas osłonili przed zagrożeniem. Na wschodzie zarówno Litwa jak i Białoruś nami gardzą ze względu na mało przyjemne towarzyskie zaszłości. Ukraina mimo że dajemy jej miliardowe wspomożenia, wyciąga łapę po ich przedwojenne tereny leżące na naszym Podkarpaciu. Dla Czechów jesteśmy zbyt średniowiecznie klerykalni. Wielu Pepików do dzisiaj ma do Polski żal za Zaolzie, zaś Rosja na nas sparzyła się już wielokrotnie, jako na sąsiedzie mało przyjaznym, niewiarygodnym i zbyt rozbrykanym w sensie historycznym i roszczeniowym. Na zachodzie jedynie na USA (mimo pouczeń z ich strony) patrzymy łakomym wzrokiem, bo Niemcy milczą w sprawie odszkodowania dla Polski za zniszczenia wojenne, chociaż coraz głośniej o nie wołamy, a konkretnie woła rządząca partia o jakże pięknej i jakże wypaczonej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. Przywódcy tej partii, a w zasadzie jej szef, gdzieś tam ukryty na Żoliborzu warszawskim, człowiek nie pełniący żadnej państwowej funkcji, dzięki swej tajemniczej osobowości potrafił śmiertelnie ujarzmić nie tylko członków partii ale i ponad 18% wyborców poprzez głupie 500 złotych plus, a cały naród podzielił na dwa przeciwstawne sorty.
Mężczyzna bez prawa jazdy, oraz konta bankowego, otoczony gronem bodyguardów jak papież, człowiek nie potrafiący sam dokonać zakupów w Biedronce (Błaszczak to czynił w jego imieniu, a ten stał obok jak uczeń), za to potrafił ustawić prezydenta i premiera w roli swoich marionetek. No więc na kogo mamy liczyć?. Na prawdziwą przyjaźń ze Skandynawią, Francją a nawet Wielką Brytanią nas nie stać. Jesteśmy zbyt ubogim „krewnym”, aby nie tylko konkurować, ale i partycypować we wzajemnych dochodach narodowych. Nie mamy należnego szacunku dla krajów Unii za to, że przytuliły trzy miliony młodych bezrobotnych Polaków zapewniając im pracę i mieszkania. No, a gdyby te trzy miliony pozostały w kraju, to przy dzisiejszej gospodarce i nędznej infrastrukturze Mołdawia, Rumunia i Bułgaria śmiałaby się nam w kułak. Taka jest prawda wyłuszczona w oczy. Zatem, niech ktoś da salomonową odpowiedź, do czego dąży rządząca Polską partia Kaczyńskiego?. Nabzdyczyła się na Konstytucję, nabzdyczyła się na Trybunał Konstytucyjny, nabzdyczyła się na Komisję Wenecką, ba nabzdyczyła się też na własny naród, szczególnie ten wychodzący na protesty w ramach KOD, który to dla niego w większości składa się ze złodziei, komunistów i donosicieli, nie mówiąc już o niechęci do Unii Europejskiej i jej organów w Brukseli, Strasburgu, Hadze, Genewie i Paryżu. Przy okazji depczemy wypracowane przez 25 lat struktury państwa prawa i demokracji. PiS doprowadził do niebywałych zawirowań na linii parlament- Trybunał Konstytucyjny- społeczeństwo. Mówi się nieoficjalnie o możliwości wprowadzenia stanu wyjątkowego i to coraz odważniej. Zawirowania polityczne, które się zrodziły wyłącznie z nieposzanowania prawa i Konstytucji przez PiS, stały się już tematami banalnymi i jakże uciążliwymi dla normalnych Polaków. Tematami, którymi naszpikowane są wszystkie całodobowe media.

poniedziałek, 14 marca 2016

UPIORY



Zjawy, mary, majaki, przywidzenia, widma, zwidy, widziadła, duchy, fantomy?. Nie. To coś absolutnie innego. To obrazy, które nam się przyśniły lub przywidziały. Gorzej, że to coś, a raczej ktoś co zdarzyło się człowiekowi na jawie. Wtedy, w 1948 roku, chyba jesienią. Mam na myśli tzw. Żołnierzy Wyklętych, o których dzisiaj się tyle „świątobliwie” mówi, jak i tych drugich, czyli przeklętych. Kto to są ci pierwsi i ci drudzy. Ci pierwsi to bandziory działający bezprawnie, zaś ci drudzy to też bandziory działający zgodnie z obowiązującym, wtedy komunistycznym prawem. Obie bandy jednakowo umundurowane, czyli w barwy eklektyczne, z brudnymi łatami, jak obrazy zwane kolażami. Jedni z orzełkami w koronie, drudzy z orzełkami bez korony. Pierwsi to leśni byli partyzanci, co to nie złożyli broni po rozwiązaniu AK, oczekujący III wojny światowej. Wygodniej im było żyć z rabunków i zbrodni, niżeli iść do pracy przy odbudowie zrujnowanego kraju. Drudzy to bydlaki w ludzkiej skórze działający pod szyldem Urząd Bezpieczeństwa. Nie odróżniam ich wyraźnie. Jedni i drudzy to przeklęci, warci siebie. Jak "Ogień", bandyta z Zakopanego. Wtedy miałem 8 lat, gdy jedni jak i drudzy nawiedzali nasz dom na Mazowszu. Dom położony samodzielnie, na uboczu głuchej wsi. W pamięci mojego rodzeństwa nie ma takich zapisów, byli zbyt mali, ale ja potrafię to odtworzyć.

Jest godzina druga w nocy, gdy w drzwi i okna walą kolbami karabinów, pamiętających I wojnę światową jacyś ludzie. Rodzina w komplecie. Oboje rodzice, ja ośmiolatek, mój brat pięciolatek, oraz mała dwuletnia siostra. Otwierać natychmiast, słyszymy głos sołtysa, którego bandziory dokooptowali do swej ekipy dla podkreślenia ważności ich wizyty. Zrywamy się wszyscy ze snu, dzieci w płacz, ojciec wygląda przez okno zza firanki. Ciemno, choć oko wykol, zapala lampę naftową i otwiera drzwi. Do ręki bierze stojący zawsze za szafą toporek, który ukrywa za sobą. Wchodzą z latarkami informując że poszukują bandytów ukrywających się we wsi. Jest ich chyba sześciu. Świecą nam w oczy, zdzierają z nas wszystkich kołdry (pierzyny), zaglądają do szaf, przy okazji wyrzucając na podłogę ich zawartość. W spiżarce znajdują wędliny słoninę i alkohol. Zaczyna się na naszych wystraszonych oczach uczta. Jedni piją z gwinta inni świecą latarkami pod łóżka, używając paskudnych wulgaryzmów. Znajdują tam dziecinny nocnik. Pijany zbój wciska mi go na głowę. Na szczęście nikt z niego tej nocy jeszcze nie korzystał. Ojciec pokornie stoi i odpowiada na zadawane mu pytania. Co robi na co dzień, ile ma dolarów, jakie dochody z ogrodu, czy zapisze się do spółdzielni produkcyjnej, czy nabył ziemię z reformy rolnej. Ponieważ wszystkie odpowiedzi były negatywne, a dochody swoje określił na niskim poziomie, bowiem zatrudnił się dorywczo przy odgruzowywaniu Warszawy, dostał kolbą w głowę. Po twarzy spłynęła krew. Zażądali więcej żywności, alkoholu oraz pieniędzy. Mama w koszuli nocnej poszła do piwnicy, wyjęła z beczki solone mięso, które było tam przechowywane za każdym razem po uboju świnki, nakładła do koszyka najlepsze owoce i im dała wraz z świeżo upieczonym jeszcze ciepłym chlebem. Zabrali z domu wszystko cokolwiek im się spodobało, w tym worek poszatkowanej przez ojca tabaki, srebrną papierośnicę z herbem stolicy, z naszych szyj pozdejmowali złote łańcuszki z medalikami, niemiecki budzik, oraz zegarek naręczny ojca. Na koniec wyprowadzili ze stajni młodą klacz. Ich przywódca  na niej usadowił dupę i wraz z całą bandą odjechali skoro świt. To byli właśnie żołnierze wyklęci. Z jakiego byli oddziału nie wiadomo. Na pewno ci co to niby reprezentowali dogorywający polski rząd londyński. Innym razem, tego samego bodaj roku nocnymi gośćmi byli ci drudzy wyklęci, czyli bydlaki z UB. Ci także przyszli uzbrojeni w karabiny i latarki zaraz po północy. Ci tak samo zlustrowali nasze pomieszczenia, szukając „bandytów”, dolarów, oraz wszystkiego co im wpadło w łapy. Nażarli się zawartością spiżarni i wychlali mały kanisterek bimbru, który ojciec w prezencie dostał od sąsiada. Zanim wpadli do mieszkania zastrzelili nam pieska, który broniąc dostępu do drzwi szarpnął jednego z nich za nogawki. Obojętnie, która z band przyszła najbardziej interesowali się przeszłością wojenną ojca. Ojciec był akowcem "pod przykryciem", zatem nie mieli namacalnego świadectwa jego uczestnictwa w ruchu oporu. Chociaż go wypytywali, nie przyznawał się ani jednym, ani drugim, bo mogło się to skończyć tragicznie dla niego jak i dla całej rodziny. Jedni i drudzy to byli zwykli, pospolici bandyci, dla których życie człowieka, szczególnie tego który próbowałby stawiać jakikolwiek opór nie miało żadnego znaczenia. Kilkoro z naszych sąsiadów pożegnało się z życiem albo wolnością. W 1949 roku mój ojciec trafił też do katowni UB w wyniku zastosowanej na nim prowokacji. Zabrali go prosto z rynku gdzie sprzedawał owoce. Na szczęście trafił do więziennej kuchni, gdzie nie było zbyt tragicznie, opowiadał.

Obrazy z tych nocnych wizyt stały nam, szczególnie dzieciakom wiele lat przed oczami i wywoływały drżenie całego ciała. Do dzisiaj, gdy się człowiek zamyśli i próbuje odtworzyć te obrazy, to widzi przed oczami majaki, zwidy, albo po prostu upiory. Taka trauma pozostaje na zawsze, jak po gwałcie, chociaz minęło już prawie 70 lat.
 
Obrazki od góry:
1.Epitafium Wyklętych.
2.Kamień pamięci zbrodni popelnionej na Polakach.
3.Zamordowany przez UBeka.
 
 

czwartek, 10 marca 2016

MAĆKOWI WOLNO WIĘCEJ


Polska nam się podzieliła, wzdłuż i wszerz. Podzieliła się pod wieloma względami, a najbardziej pod względem politycznym, w tym konstytucyjnym. Chociaż wielu twierdzi, że polityką się nie interesuje, to jest to nieprawda, bowiem dzisiaj polityka nim się interesuje i to w sposób bardzo zaborczy. Rozbrat pomiędzy pierwszym i drugim sortem Polaków z dnia na dzień się powiększa. Nawet razem nie potrafimy się już śmiać z tego samego, bowiem jedni śmieją się z inteligentnie wyrafinowanych dowcipów, gdzie obowiązuje jakaś tam pojemność IQ, inni z kolei wyłącznie z gołej dupy. Ten tekst piszę po występie aktora filmowo-estradowego Maćka Stuhra z okazji wręczenia nagród Polskiej Akademii Filmowej „Gala Orłów”. Występ transmitowała rządowa jedynka, a sam występ bardzo nie spodobał się m.in. posłance Krystynie Pawłowicz, oraz redaktorowi Krzysztofowi Ziemcowi, prezenterowi TVP, całym sercem oddanemu prezesom Kurskiemu i Kaczyńskiemu, oraz opiece Kościoła. Rozumiem jego ciężki wieczór, a nawet możliwość doznania stanu przedzawałowego, bowiem musiał biedny podnóżek kościelny najpierw imprezę zapowiedzieć, a następnie wysłuchać kabaretowego tekstu Maćka S. Maciej Stuhr zaproponował grę słowną, w której wyśmiał wszystkie przywary nowego rządu. Ludzie śmiali się z 11 września (NJ), no i oczywiście z katastrofy rządowego tupolewa. W tym miejscu nie byłoby powodu do śmiechu gdyby nie Jareczek z jego miesięcznicami, a już Komisja Macierewicza to istny Cyrk Monty Pythona. Gdyby Macierewicz wystąpił na scenie to byłaby dopiero polewka, mówił Maciek S. W tym miejscu warto powiedzieć, że największym zagrożeniem dla obywateli naszego Państwa jest władza, która boi się śmiechu obywateli. Podobnie jak za PRL. To jest prosta droga do zakazu śmiechu, a więc totalitaryzmu. To tak z „Pamiętnika obywatela gorszego sortu”. Okazuje się, że dowcip muru nie przeskoczy, a Maciej Stuhr udowodnił, że prawica śmiać się nie umie. Po jaką cholerę na podobną imprezę łazi Krystyna Pawłowicz. Pójdzie, krzywi się na każdą krytykę partii Kaczyńskiego wyrażonej puentą, a później musi odchorować tę zgorzel. A ponieważ swoje żale lubi wciskać innym, jak sałatki do otworu gębowego, to poddała krytyce Annę Dymną, którą dowcipy Maćka setnie bawiły. Pan Maciej akurat przebywał na Słowacji, ale i tam do niego dotarły jęki wścieklizny krytyków ze strony polskiej prawicy, napisał więc na swojej stronie (FB): „Pani Krysieńko kochana! Panie Krzysztofie i wszyscy oburzeni!. Macie sejm, macie senat, macie prezydenta, macie sądy, macie telewizję, macie radio i swoje wiadomości, rozjechaliście Trybunał Konstytucyjny, dajcie wy nam się przynajmniej pośmiać. A tak przy okazji- mój żart bynajmniej nie był wymierzony w pamięć o kimkolwiek. Przeciwnie!!! Czynię to w imię godnej pamięci, a przeciw wszystkim tym, którzy sobie od lat tupolewami i żołnierzami wyklętymi wycierają gęby zbijając swój kapitał polityczny”. Dobre słowa Panie Macieju. Pan już w swej aktorskiej karierze doznał wystarczająco dużo upokorzeń. Wystarczy przywołać wypowiedzi prawicowców o pańskiej roli w filmie „Pokłosie”. Wstyd powtarzać. Zatytułowałem post MAĆKOWI WOLNO WIĘCEJ.
Bo wolno. Pan Stuhr potrafi rozweselić otoczenie wykorzystując do tego każdy temat, a że tematy zamachu smoleńskiego, (którego nie było), domniemanego zamachu na oponkę prezydenta, (którego nie było), podziału Polaków na sorty, (którego nie ma), bohaterstwa żołnierzy wyklętych, (którzy to okazali się wątpliwymi gierojami) – są wałkowane od lat, przeto warto je (owe tematy) wykorzystać w scenkach kabaretowych. Wtedy, być może z samego wstydu ucichną one raz na zawsze. MAĆKOWI WOLNO WIĘCEJ, bo to jego zawód, a z czegoś chłop musi żyć.

poniedziałek, 7 marca 2016

VENI, VIDI, VICI.


A właściwie ją przywieźli. Przywieźli ją z Boston do Katowic, czyli do samego serca Podlasia. Fakt, ona mieszkać w Boston, ale jako Polka z ojca polskiego oficera i matki Ukrainki nie bardzo dobrze mówić polski język. Dlatego dała sobie spokój z nauką polskiego w odniesieniu do własnego syna. Na co mu to. Po raz drugi ludzie Podlasia nie wybiorą już sobie senatora zza oceanu. Anna, Maria ich wyleczy z takich urozmaiceń. „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”, cytatem Juliusza Cezara prezes Kaczyński przemówił do Łomżynian, zaraz po zwycięstwie wyborczym Amerykanki na stanowisko senatora ziemi podlaskiej. Wygrała dzięki głosom chłopstwa wiejskiego, bowiem Podlasianie z miast głosy oddali na kandydata opozycji. Jeszcze raz się potwierdziło, że chłop to tylko chłop, można go kupić za miskę przysłowiowego ryżu, a dokładniej 500+. Pani Anna Maria Costa, córka polskiego generała Andersa, bohatera spod Monte Cassino, wnuczka pastora, kobieta już po przejściach (66 lat) mimo zacnego wieku zachowała interesujące oblicze. Ładna twarz, to po matce Irenie, aktorce raczej niszowej, ale jednak aktorce. Zarówno matka Anny jak i ona sama zajmowały się polityką, szerzej zaś działalnością polonijną o prawicowej proweniencji, dlatego zawsze w momencie wszelkich wyborów w Polsce, w zasadniczej części głosy polonijne spływały na partie prawicowe. Ostatnimi laty na Prawo i Sprawiedliwość
Kaczyńskiego. I niech tak pozostanie. Zastanawiam się jeno po jakiego grzyba Podlasianie fundują sobie zamiast senatora znającego teren, mieszkańców, gospodarkę i odwieczne bolączki okręgu 59, lalkę Barbie, która poza rozkosznym uśmiechem absolutnie niczym mieszkańców nie uszczęśliwi. Szczerze powiedziawszy żaden senator w Polsce nie jest w stanie choćby przez chwile pobyć Johnem Kerrym, który akurat dużo może. Zatem paprotka w osobie Anny Marii niech cieszy chociażby odbitym światłem Lolobrigidy, za te parę złotych, czyli 12000. We The People mamy takie życzenie.

czwartek, 3 marca 2016

OSOBIŚCIE NIE BRONIĘ WAŁĘSY


Popularne powiedzenie mówi: nie śmiej się dziadku z czyjegoś upadku, tym bardziej gdy ty sam dziadku przyczyniłeś się do tegoż upadku. Nie bronię Wałęsy, bo nie zasłużył na to sobie w moich i milionach innych Polaków odczuciach. Wałęsa miał kilkuletni epizod współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL. Sam się przyznaje. Jako młody robotnik, przybyły z zapyziałej wsi pod Lipnem, wystraszony wielkim miastem i ogromem Stoczni Gdańskiej mógł się pogubić, tak zresztą jak tysiące innych ludzi. Był świadkiem masakry mieszkańców Gdańska w 1970 roku. Zdążył poznać wiele rodzin ofiar tejże masakry. Skołowany tym następstwem uległ namowom SB, tym bardziej gdy postraszono go zwolnieniem z pracy i usunięciem z mieszkania. Przyszedł czas, że postanowił wyrwać się z tych macek. I tu dzięki narastającemu niezadowoleniu społecznemu mas znalazł swoje przydatne miejsce. To miejsce znalazł dzięki wielkiej pracy u podstaw wykonanej przez ludzi wykształconych,
jak Michnik, Kuroń, Modzelewski, Geremek. Oni to dorobili mu gębę przywódcy strajków. Potem poprzez lata udręki, w tym internowanie w Arłamowie wspiął się na piedestał na którym stawać może tylko prezydent Polski. Ale cóż to był z niego za prezydent. Z prostego chłopa niepotrafiącego płynnie mówić w języku swoich obywateli, bez żadnego wykształcenia (zawodówka rolnicza z przysposobienia), bez obycia towarzyskiego trudno zrobić, tym bardziej w trybie przyspieszonym inteligenta na miarę gospodarza państwa. Pod wpływem euforii zwycięstwa nad ustrojem peerelowskim, pod wpływem przeróżnych machlojek wyborczych z Tymińskim i jego czarną teczką w tle, dzięki uhonorowaniu Pokojową Nagrodą Nobla, z braku alternatywy skołowany naród usadowił Lecha Wałęsę w Pałacu Namiestnikowskim. Jakąż to gawiedź miała uciechę podczas jego wystąpień radiowych i telewizyjnych. Jakież to banialuki on wypowiadał do mikrofonów dziennikarskich. Na każdym kroku odczuwało się pustkę w jego głowie. Ograniczona ilość słów polskich, przeplatana kilkoma z pogranicza polityki, jak (pluralizmy, programy,
koncepcje, globalizmy) pozwalały mu na wystąpienia bez specjalnego przygotowania. Jak wielka troska ogarniała nas rodaków o to, by pan prezydent nie popełnił zbyt wielu gaf podczas zagranicznych wizyt, chociaż jak wiadomo otoczony był wianuszkiem męskich „guwernantek”, którzy go pilnowali na każdym kroku, a jego wystąpienia były mu pisane na kartkach dużymi literami. Podobnie było w USA, gdy odczytał w Kongresie swoje „My naród”.Tylko dzięki wspaniałemu tłumaczowi na język angielski, który wygładzał wypowiedziane zdania przez Wałęsę nie było skandalu. Drżeliśmy podczas spotkania Wałęsy z królową brytyjską i innymi liczącymi się osobistościami tego świata, by obyło się bez wpadki. Był (jest) człowiekiem pełnym pychy i zarozumialstwa. Potrafi wynosić swoją wielkość: „Tylko ja i JPII jesteśmy zauważalni w świecie jako Polacy. Świat, a na nim wszystkie uniwersytety oczekują mnie i na moje wykłady, za które płacą każde pieniądze. Obaliłem komunę w Polsce i całej Europie. Wyrzuciłem z Polski wojska sowieckie”. Ani słowa o prezydencie Gorbaczowie, który to rzeczywiście spowodował owe następstwa, w tym zjednoczenie Niemiec, poprzez obalenie muru berlińskiego.
Wałęsa pokazał pamiętną pychę podczas sławetnego „obiadu drawskiego”, gdzie od ręki mianował generałów a innych wyrzucał. Taki był kapral Wałęsa. Wyrzucił też z Pałacu braci Kaczyńskich, którzy coś tam knuli przeciw niemu. I to był ruch pozytywny, ale może zbyt późno. Małym człowiekiem okazał się, gdy zrozumiał, że nie zostanie prezydentem na drugą kadencje, że jego miejsce zajmie lewicowiec Kwaśniewski. Wściekł się do tego stopnia, że postanowił przy pomocy kilku facetów głodnych awansów, oraz przybocznego ministra spraw wewnętrznych Milczanowskiego, spłodzić oskarżenie premiera Polski Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Dokonał tzw. zamachu stanu. Ogromna krzywda i trauma spowodowana niewinnemu człowiekowi i do tego premierowi wcale nie powstrzymała tego człowieka z Matką Boską w klapie od czynienia świństwa. Mimo braku dowodów i wprost płaczliwych tłumaczeń się Oleksego oskarżenie ze strony skrajnej prawicy dalej podtrzymywano, a nawet nakręcano. Nie bronił go nawet Kościół, chociaż Oleksy to były kleryk, a jako premier klęczał w Częstochowie przed obrazem Czarnej Madonny. Dla uspokojenia atmosfery politycznej Oleksy zrzekł się stanowiska. Dopiero „biała księga” wydana w sprawie jego domniemanego szpiegostwa oczyściła Oleksego, ale to już musztarda po obiedzie. Po kilku latach Wałęsa i red. Olejnik publicznie pana Józefa przeprosili. Nie zrobił tego dotychczas Milczanowski, podobny bufon jak jego były szef. Tymczasem trwała nawałnica propagandowa ze strony Kościoła, Radia Maryja i prawicowych polityków o unieważnienie wyborów.
Nic to nie dało. Sąd Najwyższy wybory uznał za prawidłowe mimo, że jako argument do unieważnienia podawano kłamstwo Kwaśniewskiego, iż jakoby skłamał on w sprawie posiadania pełnego wyższego wykształcenia. Tak jakby ich Wałęsa miał ze dwa doktoraty. W tym momencie zawiedziony Wałęsa zanim spakował walizki, nocą mianował swoich ludzi zatrudnionych w produkcję intrygi szpiegowskiej na stopnie generalskie, rozpędził urzędników pałacowych pozostawiając jedynie obsługę kuchni, która kwiatami na progu Pałacu witała nową parę prezydencką. Lechu zabrał ze sobą fotel prezydenta (bo zbyt mocno się do niego przywiązał), wsiadł do samochodu i odjechał do Gdańska na ul. Polanki gdzie mieszkała jego liczna rodzina. Po kilku miesiącach przeprowadził się do zbudowanego dla niego w ramach wdzięczności narodowej osobistego Pałacu przy tej samej ulicy. „Fotel prezydencki” zabrany z Warszawy wymagał oprawy stąd ten nowy pałac. I tu następuje puenta mojej wypowiedzi. Nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka. Dokuczył straszliwie Oleksemu, bowiem oskarżenie o szpiegostwo należy według wiktymologii do kategorii zbrodni. Nie potrafił wzbudzić w sobie najmniejszych oznak empatii dla zaszczutego człowieka. Niech zatem poczuje podobny stan emocjonalny na sobie. Właśnie teraz, po latach, gdy wszystkie stacje telewizyjne o nim mówią wyłącznie w odcieniach pejoratywnych. Fakt, że wielu z nas Polaków broni go, w tym KOD, przed napastliwymi oskarżeniami dot. kilkuletniej współpracy z SB, sikaniu do

chrzcielnicy, ale ważniejsze są dalsze następstwa jego działalności, które doprowadziły Polskę do Okrągłego Stołu i wolnych wyborów. Gorzej, że w jego wypowiedziach pobrzmiewa nadal nutka zarozumiałości i wspomnianej wyżej bufonady, jakoby wszystko co się w Polsce wydarzyło po 1989 roku, wydarzyło się wyłącznie dzięki niemu. Słusznie czy nie słusznie, to już osobna ocena każdego z nas. Ja nie bronię tego zarozumiałego i mimo upływu lat od jego prezydentury, wciąż prostego chłopa. Wolno mi.
 
Fotki od góry:
1.Pan prezydent mieszka w Gdańsku przy ul. Polanki
2.Pan prezydent z rodziną.
3.Pan prezydent bawi swoich gości.
4.Pan prezydent u królowej brytyjskiej.
5.Pan prezydent się gniewa.
6.Pan prezydent z panem prezydentem.

wtorek, 1 marca 2016

KOD - KOD - KOD


 
KOMITET OBRONY DEMOKRACJI, albo KOMUNO ODPŁYWAJ DALEKO, albo KACZYŃSKI ODSTAWIA DURNIA, albo KACZY OBRAZ DUDY, albo, KURD..PEL OBSIKAŁ DEMOKRACJĘ, albo KACZY OBSZAR DRAŃSTWA, albo, albo, albo. Można tak w nieskończoność, gdyby nam się zachciało tworzyć mniej lub bardziej w miarę logiczne, ale i głupawe rozwinięcia tegoż jakże przydatnego dzisiejszej Polsce skrótu KOD. Skrótu pisanego dużymi literami, bowiem nie jest to kod szyfrowy przydatny przy domofonie, komputerze, bankomacie, czy też w oznaczeniach jaj pierwszej, drugiej czy też trzeciej świeżości. Jeszcze trzy miesiące temu nikt w Polsce nie kojarzył tego skrótu z czymkolwiek, a już tym bardziej z masowym protestem społecznym przeciwko szatańskim zawłaszczaniom Polski przez Prawo i Sprawiedliwość, a także w obronie godności Lecha Wałęsy, któremu pośmiertnie rękami swojej żony generał Kiszczak nasmrodził w życiorysie. Czy słusznie i prawdziwie, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, tyle że sam Lech odczuwa bolesną blasfemię. Broniąc się nieudolnie tylko się pogrąża. Po co odpowiadać na coś co miało, lub nie miało


ewentualnie miejsca prawie pół wieku temu. Jeżeli nawet Lechu kogoś skrzywdził, a ten ktoś żyje, to wystarczy założyć mu sprawę cywilną o zniesławienie, a nie wywlekać tego na forum z pomocą wszystkich, szczególnie pisowskich mediów, by podwyższyć moralnie przeciwnika Wałęsy. Moralnie, bo fizycznie jego przeciwnik a nawet wróg nr 1 już do końca życia pozostanie raczej na podstawianej drabince. Sądzę, że nasz kraj popadł w jakąś otchłań bezprawia i samowoli rządzących, a nawet pewnego rodzaju obłąkanie. Pominąwszy już całą hecę związaną z Lechem Wałęsą i tzw. „Bolkiem”, spowodowaną zbyt wolno myślącą wdową po gen. Kiszczaku, dzisiaj, bo apetyt pana Zbyszka Z, rośnie w miarę pożerania Konstytucji, do domu innej wdowy, a mianowicie żony generała Jaruzelskiego wkroczyła prokuratura z policją, by pomyszkować po wszystkich zakamarkach. A nuż, znajdą tam podobne informacje „bolkopodobne”, albo chociażby sekretne listy rodzinne, lub przyjacielskie. Generał napisał kilka książek w których zawarł całą swą drogę życia od Sybiru po Berlin, od szeregowca po generała, sądzę że prawdziwą, bo historia to potwierdza, a jako mąż stanu, który piastował najważniejsze funkcje w państwie, przyjaźnił się z najgodniejszymi ludźmi tego świata z JPII włącznie. Dlatego jestem przekonany (może się mylę?), że nie trzymał w domu „podrabianych szmat” papierowych. Od tego miał podwładnych, m.in. Kiszczaka.

Wtargnięcie do domu wdowy i ojca pani Moniki, wydawcy pisma kobiecego, autorki książki „Towarzyszka panienka” musi być odebrane przez myślącą cześć społeczeństwa za wielkie polityczne paskudztwo. Nie będę się więcej rozpisywał, ponieważ wielu z moich Czytelników, którzy dali się uśpić kaczystowskim wirusem uzna mnie za wywrotowca. Powiem tylko, że był czas gdy wierzyłem w idee tamtej Polski. Miliony Polaków w imię świętego spokoju pozostawało konformistami. Urodziłem się na początku wojny, rosłem przez okres komunizmu, a następnie realnego socjalizmu, by dopiero z biegiem lat zrewidować swoją postawę, m.in. .pod wpływem Okrągłego Stołu, ale nigdy nie popadałem w paranoję rewanżyzmu. Rewanżyzmu na pograniczu szaleństw inwigilacji, siania nienawiści i włażenia w ludzkie sumienia z buciorami z nóg, np. tzw. żołnierzy wyklętych. Apropos: Tygodnik PRZEGLĄD Nr.9/2016, autorzy: red.Pawel Dybicz, Krzysztof Wasilewski.
 
Fotki od góry:
1.Lech na ramionach wyznawców kaczyzmu.
2.Zwycięzcy i pokonani.
3.Wystąpienie na marszu KOD pani Danuty Wałęsowej.

POLSKA I WATYKAN W ŚWIETLE KAMER

Kto atakuje Kościół ten atakuje Polskę, krzyczał Jarosław Kaczyński, licząc na rewanż i łaski politycznego wsparcia ze strony episko...