niedziela, 29 czerwca 2014

GÓRALU WRACAJ DO HAL

Przez dłuższy moment zastanawiałem się nad tematem kolejnego posta. Czy tenże mam poświęcić mistrzostwom świata w piłce nożnej, czyli Mundialowi 2014, rozgrywanemu na stadionach pięknej, egzotycznej, zielonożółtej Brazylii, czy też sensacyjnej informacji jaka napłynęła z Watykanu, że oto papież Franciszek po dość długim namyśle obdarł ze złotych szat polskiego arcybiskupa, „zawodowego pedofila” abp Józka Wesołowskiego. Powiadam Józka, bo akurat podobne imiona nadawano tam, skąd pochodził arcypedofil, czyli z Podhala. Józek W. był od szczenięctwa ministrantem, potem bliskim przyjacielem Karola Wojtyły oraz Stasia Dziwisza, którzy także swe dzieciństwo spędzili w owych okolicach. Dzięki akurat tym ziomalom Józio po seminarium dość szybko awansował na kolejne coraz wyższe stopnie w hierarchii kapłańskiej. Oczywiście najbardziej dzięki koleżeństwu z JPII, który nie tylko przywołał go do tzw. Stolicy Apostolskiej, ale pchnął go także w dyplomaty. Dlatego Józef mógł stosując przekupstwo świecidełkowe przywoływać do łóżka pięknie opalone dzieciaki najczęściej płci męskiej na obszarze prawie pół świata. Bo arcypedofil poza Dominikaną „nuncjuszował” a raczej szmacił się w RPA, Kostaryce, Japonii, Szwajcarii, w Indiach, Danii, Boliwii, a także w Uzbekistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie i Turkmenistanie. Naprawdę trudno znaleźć w światowej dyplomacji aż takiego rozrzutu. Dzisiaj śmiało można zaryzykować twierdzenie, że powodem przeskoków była zapewne ucieczka przed prokuratorami, którzy mieli ochotę na zapoznanie się z jego grzesznym penisem. Jak to w zwyczaju było, czyli przerzucanie zbrodniarzy seksualnych w coraz to inne miejsce zgodnie z zaleceniem m.in. papieża Polaka, tym bardziej że fioletowy Józio szczycił się wspomnianym wyżej podhalańskim koleżeństwem. Kardynał Wojtyła go wyświęcał i nadawał mu kolejne awanse włącznie z paszportem dyplomatycznym i obywatelstwem watykańskim. Dzisiaj o ironio, jeden z nich został kanonizowany, zaś drugi wypieprzony z bodaj najbogatszej krainy świata i to można powiedzieć... na bruk, bo do cywila, czyli świata świeckiego, gdzie same gołąbki do gęby nie wpadają. Nasz papież miał jakoweś upodobania w przyjaźni z fioletowymi pedofilami, bo obok Wesołowskiego z namaszczeniem papieskim ściskał zbrodniarza Maciela Degollado, pedofila wszech czasów. Zastanawiam się tylko, gdzie by można wykorzystać takiego świeckiego arcypedola jak Wesołowski, czy też aresztowanego ks. Gila. Żeby już nie bawić się w jakąś kazuistykę, powiem wprost. Może na stanowisku managera dobrze prosperującego burdelu, albo jako tego, który by pocieszał stęsknionych za seksem więźniów. Przyjemność w tym wypadku połączona z pożytkiem. Więzień usatysfakcjonowany seksualnie jest mniej awanturującym się, podobnie jak w knajpie klient pod krawatem, o czym przekonywał nas Bareja w filmie „Miś”. Może bawic dzieci Terlikowskiemu ma ich dość dużo.
A może nadawał by się na juhasa, bo jest wprawiony w wypasie owieczek. Jedno tylko w tym wszystkim jest ważne. Jego emerytura z polskiego ZUS. Mianowicie zgodnie z podpisanym, a krzywdzącym nasze państwo konkordatem, z budżetu państwa polskiego, czyli naszych podatków, są opłacane składki księży, a tym bardziej, że oni odbywając misje zagraniczne powiadają, że są tam ambasadorami Polski. Bzdura, bo wiadomo, że reprezentują Watykan i działają w ramach usilnych starań, o to, by wyznawców obcych religii przekabacić chociażby (jak w średniowieczu koralikami różańcowymi) na katolicyzm. Więc innego pożytku w przypadku powrotu Józka W. na łono Ojczyzny tu na„tę ziemię” nie widzę.  No zobaczymy. W każdym razie sądzę, że gdy wyląduje na Okęciu nie spotka się z misericordią głoszoną przez Kościół mimo, że będzie miał prawdziwy paszport, bo jak wiemy Józio uciekł z Dominikany posługując się paszportem fałszywym. Ciekawe, czy przesłano mu go z Watykanu, bo akurat Watykan ma duże tradycje w tym względzie, jako że wydawał wręcz masowo takowe fałszywki nazistom hitlerowskim uciekającym do Południowej Ameryki w 1945r. Paszporty dawano oczywiście nie ze względu na ową misericordię, lecz za zrabowane złoto i inne kosztowności.

Drugi temacik to oczywiście wspomniany na początku Mundial. Powiem tak: wiele drużyn piłkarskich świata gra pięknie, chociażby młodzi chłopcy z Kolumbii, ale wygrywają ci co zawsze, czyli Brazylia, Niemcy, Włosi, Francuzi lub Holendrzy. I mam jakieś osobiste przeświadczenie, że któraś z tych ekip wywiezie z Brazylii puchar Rimeta czyli Złotą Nike, chociaż akurat w canarinhos coraz mniej wierzę. Jeżeli by zdarzyło się inaczej, byłbym bardzo zdziwiony, bowiem obserwując przebieg dotychczasowych zmagań na tych pięknych stadionach mam swoje przemyślenia i kalkulacje typowo kibicowskie.
Fotki od góry:
1. Fascynacja pedofilem Nr.! w swiecie.
2.Uczciwość i wzajemne zaufanie
3. Słynna Marysia pogromczyni Tuska, przyjazna biskupom i PIS

czwartek, 26 czerwca 2014

ŚWIAT SIĘ ŚMIEJE




Był i jest w archiwach film o tym tytule,. Film produkcji ZSRR z wybitną aktorką w roli głównej Liubow Orłową. Film pobudzający do śmiechu tekstem i obrazem komediowym. Potem nastąpiła długa przerwa, aż do teraz. Teraz świat się śmieje ponownie, ale nie ze względu na sztukę, która pobudza do rozweseleń, a ze względu na żałosny skansen polityczno - gospodarczy położony w środku Europy między Bugiem i Odrą. To Polska. III Rzeczypospolita. Tak zwie się oficjalnie, ale w gruncie rzeczy to kraina urojonego „szczęścia i dobrobytu” zarządzana przez śmieszne zbiorowisko nieudaczników wybranych demokratycznie przez jeszcze bardziej mierne w pomyślunku społeczeństwo przy 40% frekwencji. W tym skansenie najważniejsi ministrowie zbierają się na obiadki, kolacyjki, oraz pogaduszki przy drinkach w lokalach mafijnych, gdzie z łatwością podsłuchują i nagrywają ich kelnerzy. Modnym przybytkiem stała się restauracja SOWA & PRZYJACIELE na obrzeżach stolicy. Goście, w wśród nich polscy ministrowie sądzą, że lokal jest absolutnie sterylny pod względem zabezpieczeń i dochowania intymności dla tajemnych spotkań przyjacielskich. Diabli z tym, ale pozostaje pytanie, po co minister z ministrem muszą wymieniać się informacjami o charakterze państwowym gdzieś w lokalach a nie w porządnie zabezpieczonych przez ABW i BOR swoich kancelariach. A właśnie po to by przy kolacyjkach za blisko półtora tysiąca złociszy dla 2 osób, płaconych z kasy państwa pogadać sobie jak kumpel z kumplem przy budce z piwem o dupie Maryni. (nie tej, co to obraziła Tuska i odrzuciła bukiet kwiatów). Dosłownie kumpel z kumplem, gdzie dopuszczalny jest język furmański, wręcz knajacki. Można zatem w co drugim zdaniu wplatać jakże słodkie dla ucha ch.je, dupy i zasypać to kupą kamieni. Takim właśnie epitetem konstytucyjny minister określił swój kraj, po części przezeń zarządzany. Jego kolega z kolei zbyt szybko się upijając, (bo nie wierzę, że myślał poprawnie) podważył sojusz Polski z ponoć najbardziej z nami zaprzyjaźnionym narodem amerykańskim. Nasze poczucie bezpieczeństwa dzięki sojuszowi z USA jest złudne i szkodliwe, mówił, a przecież sam zabiegał o ten sojusz. Dla Ameryki pracował w Afganistanie, pojął za żonę Amerykankę, spotyka się z odpowiednikiem waszyngtońskim częściej niżeli ze swoim spowiednikiem, a jest jak wiadomo, praktykującym katolikiem. Z kolei jeszcze inny dostojnik państwowy, dbający o centralny polski bank ględzi z ministrem od „sekretów” o tym, w jaki sposób wzmocnić finansowo partię rządzącą przed kolejnymi wyborami. Była ponoć propozycja dodrukowania banknotów, kosztem oczywiście gospodarki i społeczeństwa. Gdy zrobił się szum nie do opanowania, Tusk jako premier poddał się ocenie parlamentu w celu potwierdzenia dalszej „przydatności” na zajmowanym stanowisku, ale zanim nastąpiło głosowanie musiał wysłuchać z ust kilkudziesięciu posłów opozycji wiele przykrych słów. Niestety prawdziwych, bowiem jako premier nie sprawdził się przez te siedem dla niego tłustych, a dla społeczeństwa chudych lat. Ba, nie zadbał by wyczyścić sobie przedpole w przypadku przegranej w następnych wyborach. Straszył i straszy naród tylko Kaczyńskim i jego niezrównoważoną partią, co jest oczywiście uzasadnione, ale przecież miał czas by dokonać należytej oceny i doprowadzić do skazania winnych za przestępczą IV RP. Unikał i unika dalej wyciągnięcia konsekwencji np. za uśmiercenie Barbary Blidy, za przekręt na setki milionów złotych szefostwa banku Amber Gold, ponadto nieodebranie immunitetu poselskiego Mariuszowi Kamińskiemu w związku z wyjątkowo bezczelnym zarządzaniem CBA, za ośmieszenie kraju przez Macierewicza i Fotygę, oraz cały ten cyrk po katastrofie smoleńskiej, za publiczne głoszenie przez Kaczyńskiego, że premier i prezydent w porozumieniu z Putinem zabili mu brata prezydenta Lecha K., za wyłom w szeregach jego partii podczas głosowań nad ustawami, które przybliżały by nas do prawdziwej Europy, za brak jakichkolwiek prawdziwych reakcji instytucji siłowych za sianie nienawiści rasowych i szerzenie antysemityzmu przez kiboli i zorganizowaną coraz mocniej młodzież nazistowską, za oznaki talibanu, wprowadzane w Polsce, niestety wyznaniowej, przez jednego z wiceministrów nazwiskiem Królikowski i wiele innych spraw i zagadnień zabagnionych od lat. Nie dociera do niego to, że jeżeli PIS wygra wybory, a zanosi się niestety na to, to w pierwszej kolejności pana Tuska i jego rząd postawi przed Trybunałem Stanu, a niektórych nawet rękami i kolanami Macierewicza, Ziobry, Kamińskiego upchnie w celach więziennych. Kaczyński nie będzie odczuwał żadnych skrupułów jak Tusk, który sądzi, że skoro oszczędzi nieprzyjemności Jarosławowi, to pan Jarosław zrewanżuje się podobnym gestem. 

Nie, tak nie będzie. Dużo ludzi z dzisiejszej właśnie Platformy Obywatelskiej przywdzieje pasiaki więzienne i to akurat nie ci z kręgu Gowina czy Żalka. Czytelnik wspomni moje słowa. Szczerze powiedziawszy Polaków nie satysfakcjonuje już sama dymisja premiera, a nawet jego rządu, a konkretne rozliczenie włącznie z rozliczeniem karnym. Dotychczasowe obiecanki, jakie padały z ust Tuska okazały się festiwalem hipokryzji. I nie chodzi tu o te wielkie inwestycje zawalone terminowo, jak świnoujski terminal gazowy, remont trakcji kolejowych, budowa autostrad i elektrowni atomowej (nawet mówił o dwu takowych), dostosowaniu do warunków polskich kosztownego włoskiego Pendolino, ale o poprawę życia społeczeństwa poprzez inwestycje, a nie szastanie miliardami podczas zakupu starej broni sprowadzanej z USA. O powstrzymanie wynarodowienia kraju spowodowanego wyjazdami za chlebem z szynką, by poczynić skuteczne starania w likwidacji umów śmieciowych a także tworzyć w miarę atrakcyjnych miejsc pracy. Jeżeli dwu ministrów popijając gorzałę prognozuje z wielką polityczna „atencją”, że emerytury ich kraju za kilka lat będą wynosić od 500 do 700 złotych, to po jaką cholerę oni są ministrami. Chyba tylko po to, by ich świadczenia emerytalne z tytułu dostojeństwa były co najmniej dziesięciokrotnie wyższe i nie przystawały do cytowanych powyżej, albo po to by za „panowania” zbić majątek na tyle duży co akurat w Polsce nie jest zbyt trudne i olać jakąkolwiek emeryturę. I na koniec, gdyby nie puenta; Polska, potencjalnie bogaty kraj, powoli staje się zubożałym krewnym braci Słowian zamieszkałych Czechy, Słowację, Litwę i wielu innych państw. To co naród wypracował w ciągu 40 lat za PRL mimo smętnych czasów, odbudowując jednocześnie kraj z ruin powojennych i likwidując analfabetyzm, zostało zmarnowane poprzez sprzedaż za przysłowiowe grosze, rozdane powracającym potomkom przedwojennych właścicieli, często z fałszywymi dokumentami. Wiele fabryk zrównano z ziemią, by spowodować likwidację dużych zbiorowisk klasy robotniczej, by nie zawracała władzom tyłka potencjalnymi strajkami. Ale co tam, u SOWY I JEGO PRZYJACIÓŁ można ponarzekać na własnych przełożonych z kielichem w ręku i kubańskim cygarem w ustach. Co będzie dalej, nie wiem. 

Na razie jesteśmy w fazie zabawiania świata, takim kabaretem Europy, na scenie którego, główne role grają politycy, hierarchowie Kościoła i pracownicy służby zdrowia „ubogaceni” deklaracją wiary.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

MIAŁEM SEN

Taki z dziedziny science fiction, zresztą jak każdy w gruncie rzeczy sen. Rzecz dzieje się gdzieś w przestrzeni między niebem a piekłem, a konkretnie jakoby na łąkach ukwieconych podhalańskim kwieciem, nieco urozmaiconych pagórkami wokół których ścigają się świstaki. W oddali pasą się stada owiec pilnowane przez białe kudłate pieski. Panoramę psują jeno zrazu pojedyncze a po tym masowo tu i ówdzie posadowione przez człowieka obeliski przypominające znane ludzkości postaci. Tymczasem między owymi obeliskami gonią się na przemian dwaj chłopcy. Grają w berka, czy też w chowanego, od czasu do czasu wypowiadając po rosyjsku lub polsku cyfry od jeden do dwudziestu, a potem słowo„szukam!”albo ja "szczu". Ci chłopcy to mały Wołodia i mały Lolek. Są w ukochanych Tatrach. Zafrasowani grą nawet nie zauważyli, że zbliżam się do nich krok po kroku fotografując jednocześnie poszczególne pomniki. Ponieważ jednak są ich setki, a może nawet tysiące, a film w moim aparacie „zorka 5” kończy się, zrezygnowałem z dalszego utrwalania dla potomnych tego iście rajskiego, a jednak zapaskudzonego krajobrazu. W pewnym momencie obaj chłopcy stanęli naprzeciw siebie coś tam wykrzykując wzajem. Myślę sobie, pewnie im się owieczki pomieszały i nie potrafią odróżnić które są czyje. Ale szybko się zreflektowałem, że to niemożliwe, jako że te czarne należą do Lolka, zaś pozostałe do Wołodii. Tymczasem nie o owieczki chodziło. Chłopcy się przekomarzają, który z nich ma więcej pomników chwalących ich dokonania i owoce pozostawione na ziemskim padole w czasie ich posługiwania żywym ludzkim owieczkom, a w większości baranom na ziemi. Na tej ziemi!. Wołodia rewolucyjnym zamachem ręki pokazuje, że jego dokonania na całym świecie do dzisiaj przynoszą owoce, wprawdzie trochę kwaśne i zdarza się powodujące zachorowania obstrukcyjne całych narodów, a przynajmniej narodów położonych na terenach Europy, Azji, ale i Ameryki. Jest wiek dwudziesty i dwudziesty pierwszy. Postęp w medycynie jest duży, także wszystkie te schorzenia dało się wyleczyć, natomiast idea, jaką zaszczepiłem pozostała na wieki. Po wysłuchaniu oracji Wołodii, Lolek ze skrzywioną miną nabrał świeżego, napływającego spod „samiutkich Tater” powietrza w płuca i rzekł. Nie masz się czym przechwalać koleś, bo akurat moja idea, którą zaszczepiałem ludzkości na wszystkich kontynentach nawet łamiąc zasady dekalogu, czyli „nie zabijaj”, bo tylko nasz pan w niebiesiech jest władny jako stwórca wszystkiego i wszystkich ludzi, (ciebie też i mnie) uśmiercić. Fakt bolesny dla mnie z którego musiałem się gęsto tłumaczyć przed tronem boskim, zanim znaleziono mi fotelik po prawicy, bo głosiłem zakaz używania kondomów, przez co wyręczyłem niejako mojego pana z uśmierceń namaszczonych Jego wolą. Umarły miliony zarażonych AIDS -em. Szczególnie tych czarnych w Afryce i Azji, ale przecież ty nie jesteś pod tym względem ani lepszy czy też gorszy. Za zwątpienia w twoją ideologię zamordowałeś także miliony, a groby rozsiane na terenach Rosji i całego obozu dla niepoznaki zwanego socjalistycznym, czyli postępowym w pozytywnym tego słowa znaczeniu, użyźniają pola pszeniczne i buraczane aż po Kamczatkę. Może i tak było przerwał mu Lenin, ale obaj odczuwamy wdzięczność ludzkości na całym świecie. Wystarczy policzyć pomniki i inne betonowe popiersia, a także metalowe tablice pamiątkowe, do których się modlą pokolenia twoje jak i moje. No nie przesadzaj koleś rzekł Lolek. Nie możesz porównywać ilość pomników stawianych tobie z tymi, które chwalą moją wielkość. Mam ich w samej Polsce, skąd pochodzę i która to mnie wykształciła i wykarmiła przynajmniej do pewnego czasu około tysiąca, a zdarza się że po jednej sztuce spiżowej bądź betonowej figuruję prawie w każdej diecezji świata katolickiego. Poza tym naiwny naród katolicki uwierzył w to, że ja uzdrawiam i ogłosił moją świętość. To wszystko nic. Widzisz bracie, przerwał mu Wołodia. Ja w postaci spiżowej, żelaznej, miedzianej bądź kamiennej istnieję w każdym mieście wielkiej Rosji, a nawet co ważniejszej wiosce i to od Kijowa aż po Władywostok. Poza tym wiedz, że nie tylko ciebie Lolku sprzedają w postaci plastiku na odpustach częstochowskich i fatimskich, bo akurat wielu nawet twoich rodaków zostało udekorowanych orderem mojego imienia, oraz nagrodzonych moim „biustem”. Zapomniałeś Wołodia o jednym. Mianowicie że nie zostawiłeś przed „odejściem „w zaświaty ani kropli swojej krwi, która to by była żywym świadectwem pozostawionej ideologii, bo akurat ja w czasie gdy do mnie strzelano, kazałem swojemu kapciowemu (taki sobie służący z Podhala) skombinować kilka szklanych fiolek, których pełno się spotyka w szpitalnych koszach, po to, by dla potomnych kapłanów, biskupów, a także wiernych a przy tym ścigających się w F1, przechować moją krew jako relikwie. Przy okazji weź Stasiu ten mój ząb co mi upadł na podłogę, też ci się przyda na moją, a przy okazji i twoją chwałę. Wiem, wiem, słyszałem, strzelano do ciebie w pamiętnym 13 maja 1981, ale przecież do mnie też strzelano na wiecu 30 sierpnia 1918. strzelała jakaś baba, to dopiero był wstyd. Nie przekomarzajmy się przyjacielu, obaj mamy swoje miejsce w historii. Obaj mamy swoich wyznawców po dziś. Cieszmy się chwilą, póki jeszcze nasze pomniki świadczą o naszej wielkości, bo zanosi się, że zarówno te twoje, jak i moje mogą ulec likwidacji. Żyrynowski i Ziuganow w Rosji, Kim Dzon (wnuk) w Korei Płn i Castro na Kubie jeszcze żyją, ale tylko do czasu. Póki co policzmy te pomniki, by dochować uczciwej statystyki. Liczą i liczą i liczą i liczą, aż pomdleli a końca nie widać. Wiesz Wołodia, odezwał się zmęczony Lolek. Pierd..ć to, dupa i kamieni kupa, co będzie to będzie, jak powiadają najwyżsi rangą politycy w mojej ukochanej Polsce, chodźmy na kremówki, to niedaleko, znam drogę, bo akurat dla smakoszy moich kremówek jest zaznaczony szlak turystyczny do Wadowic. No dobrze, ale kto popilnuje owiec?. Nie przejmuj się
odpowiedział Wołodia, postawię w roli juhasa Felka Dzierżyńskiego.
Obudziłem się, bo podświadomie poczułem słodki krem na wargach, a przecież mam kłopoty z cukrzycą.

sobota, 21 czerwca 2014

TE NASZE MEDIA


O mediach naszych pisałem już wielokrotnie i za każdym razem niestety mało sympatycznie. Dlatego, że nasze media są przekupne. Wyczuwa się nawet personalnie, który dziennikarz dał d.py i to komu. I to niekoniecznie chodzi o takich tuzów jak Semka czy też Terlikowski. Zatem można śmiało się domyślić, który dziennikarz i od kogo bierze dodatkowe granty. Często też dziennikarze jako ludzie myślący i śledzący notowania partii domyślają się, kto Polską będzie rządził po następnych wyborach, a więc komu należy się już podlizać by zachować stanowisko, czy to w Gazecie Wyborczej, czy to w pismach prawicowych Sakiewicza, czy w końcu w stacji telewizyjnej. Honor ma tu najmniejsze znaczenie. Wielkie zakłopotanie dziennikarskie obserwowaliśmy w ostatnim czasie po tzw. aferze taśmowej (a dokładniej podsłuchowej).Nie wiadomo kto zorganizował ten podsłuch. Jedni zwalają na opozycję, inni na Rosjan, a jeszcze inni na Marsjan, albo Rutkowskiego. Fakt, że kilka najważniejszych osób w państwie w knajpie na obrzeżach Warszawy przy dobrej wódeczce i zapewne jeszcze lepszej zakąsce (prawdopodobnie na koszt państwa) wyzwoliło się z obowiązujących okowów kultury i stosując język knajacki, stosowany na co dzień prywatnie, oceniło swój kraj podobnie jak chłop wiejski ocenia sołtysa którego nie lubi, bo ten 40 lat temu podwalał się do jego dziś starej zony. Pluli więc na swoje państwo,za kilkadziesiąt a nawet kilkaset tysięcy miesięcznie, że to szambo, które się lada moment rozwali zasmradzając kraj, że „to ch.j, dupa i kamieni kupa”. Słowa te wypowiadał nie kto inny jak prawnuczek laureata Nagrody Nobla, pisarza którego swego czasu Giertych stawiał za największego patriotę Polski, Henryka Sienkiewicza. Prawnuczek o imieniu Bartuś,czyli dziś Bartłomiej Sienkiewicz, tylko dzięki owej koligacji i nie tylko dostał piękna posadę ministra Spraw Wewnętrznych w kraju, który wedle niego stanowi szambo i kamieni kupę. Prawnuczek ma swoje też zasługi polityczne, bo jako student w PRL był zamykany w areszcie za przynależność i rozrabiactwo w NZS. Potem już tylko coś tam pisał, ot taki to mało znany działacz opozycyjny. Być może nawet swego czasu skrajnie prawicowy skoro dzisiaj jako minister nie reaguje na homofobiczne, rasistowskie i antysemickie poczynania młodych faszystów obiecując wszakże publicznie że zrobi z nimi należyty porządek słowami „idziemy po was”. 

Dzisiaj tylko osobista przyjaźń z premierem Tuskiem ratuje go przed tymi, którzy z satysfakcją chcą przyjść „po niego”. I teraz tak. Jeżeli chcemy się jakiejkolwiek prawdy dowiedzieć, choćby w sprawie aktualnej afery podsłuchowej, to najpierw zastanówmy się jak ta prawda ma wyglądać, ot, z punktu jakiego spojrzenia. Bo jeżeli ma być to prawda rządowa to oczywiście należy zajrzeć do Gazety Wyborczej i posłuchać TVN. Jeżeli chcemy usłyszeć opinię opozycji, to oczywiście należy wziąć do ręki Gazetę Polską, lub Gazetę Polską Codziennie, oraz posłuchać Telewizji Republika. Jeżeli zaś w tych doniesieniach chcielibyśmy jeszcze zobaczyć jakiś goły tyłek to oczywiście tylko Fakt lub Super Ekspres. Zatem najlepiej zaglądnąć do prasy niezależnej, której na rynku jest niestety niewiele np.: Przegląd, lewicowy Dziennik Trybuna, ewentualnie Polityka. Nawet TV Polsat wydaje się być dość „obiektywna”. Dziennikarze bowiem, jak powiadam, nie są zobowiązani do przedstawiania oczywistej prawdy. Oni mają generować sensację i to okraszoną tłuszczykiem kapiącym na ich uposażenie i przyszłościowy sukces. W obecnej chwili dziennikarze, są podporządkowani tym których ręce ich karmią, ale nie tylko. Wszyscy bowiem największy respekt czują przed polskim episkopatem. Nawet największe szwindle Kościoła, największe skandale czarnych, w tym pedofilskie, są przez nich w prasie, telewizji i w radiu podawane z wyjątkową delikatnością, by w żadnym wypadku nie urazić dobra kościelnego. Redaktor zmuszony do odczytania przykrych informacji na temat księdza robi miny skrzywdzonego dziecka, że oto musiał przeczytać to co przeczytał, mimo że serce wielce go zabolało. Doszło do tego, że pomimo wykształcenia świeckiego dziennikarze posługują się językiem dewocyjnym. Nie protestują gdy prawicowi propagandyści mówią w ich programach „ o zabijaniu dzieci nienarodzonych” i „ochronie życia poczętego”, często sami mówią na przykład o „cudownie uzdrowionej przez papieża”, zamiast o „tej która podaje się za uzdrowioną” .Nie powinno być absolutnie zgody na taki manipulacyjny, kłamliwy język”, ale póki istnieje nierozerwalna symbioza państwa i Kościoła, póki etyka żurnalisty pozwala na robienie kariery finansowej miast etycznego dziennikarza, musimy konsumować to co minister Spraw Wewnętrznych nazwał po imieniu: Ch.j, dupa i kamieni kupa.

środa, 18 czerwca 2014

HRABIOWIE I KSIĄŻĘTA

Sprawa dotyczy naszego ministra HRABIEGO Vincenta Rostowskiego. Posłużmy się gradacją tytularną obowiązującą w Anglii, boć Vincent tam zamieszkiwał od zawsze zanim przybył nad Wisłę. Chodzi oczywiście o tenże tytuł hrabiego, a konkretnie powtórzę, o tytuł hrabiego Vincenta Rostowskiego, ministra finansów w Polsce za czasów Donalda Tuska, czyli od lat siedmiu, w międzyczasie również wicepremiera. Rostowskiemu dużo jeszcze brakowało do tytułu księcia, ale jego funkcja była jakby wyjątkowa, więc w zasadzie, ponieważ najwyższym tytułem szlacheckim był książę, a nieco poniżej księcia był markiz – którym to również jest niestety także hrabia, to w gruncie rzeczy nie aż tak dużo. Najniższym tytułem szlacheckim w brytyjskiej monarchii był baron, ale takim tytułem Rostowski już tylko mógł gardzić. Ileż to czasu Donald Tusk musiał polować na hrabiego w Anglii, by takiego gościa sobie sprowadzić do własnego rządu, najpewniej w celu jego nobilitacji. Otóż nie dużo. Rostowski przybył do Warszawy wraz z córką. Jak wiadomo hrabia i jego najbliżsi nie mogą się bratać z pospólstwem i poszukiwać pracy u byle kogoś a tym bardziej byłego komucha, dlatego córunia Rostowskiego ulokowała się u innego szlachcica spod Bydgoszczy, a mianowicie ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego. Swój popiera swego. W obu płynie krew błękitna. Dziewuszka lat ok. 20, rozpieszczona jak dziadowski bicz , amatorka i znawczyni wszelkich używek zostaje asystentką Sikorskiego ds. nijakich za 6 tysięcy złotych miesięcznie. Wystarczy na balangi. Wszystko się dzieje pod okiem Donalda Tuska, premiera Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Czy naród wie kto nim rządzi?.Okazuje się, że rządzą nim potomkowie panów, którzy zwiali przed nawałą hitlerowską w 1939 roku zabierając ze sobą kilkanaście ton złota ze skarbca narodowego, Odmówiwszy powrotu do kraju po wyzwoleniu Polski w 1945 roku, doczekali się tego na czym im najbardziej zależało. Na swoją „własność” czyli Polskę. Polskę odbudowaną wysiłkiem całego narodu po zniszczeniach wojennych. Polskę, którą z powrotem można zarządzać jak swoimi gaciami. Tylko patrzeć jak niejaki europoseł, łajza międzypartyjna Rychard Czarnecki, który też szlachetnie zrodzony został w Anglii, pokaże swoje papiery jako hrabia, albo inny markiz. Na razie obok siebie na stanowisku europosła umieścił, dzięki głupiemu polskiemu elektoratowi swojego syna z wykształceniem średnim, za to z doświadczeniem kibolskim, z umiłowaniem Prawa i Sprawiedliwości. Ilu jeszcze odnajdziemy w sposób absolutnie przypadkowy w naszym parlamencie dostojników, którzy od pieluch szczycą się szlachectwem pogardzającym gawiedzią, tłumem i tzw. Solidarnością. Bo oto taki mamy obraz dzisiejszej Polski. Najpierw po 1989 roku wyparli się uzgodnionego z władzą hasła „socjalizm tak- wypaczenia nie”, potem czynili wszystko by do rządu wprowadzić jeżeli nie sprowadzanych z zagranicy błękitno krwistych cwaniaków to przynajmniej starych opozycjonistów, a już najbardziej zajadłych antykomunistów. No i tak nam to zostało od lat. Tylko patrzeć, jak masy wnuków zrodzonych w Anglii przez synów i córki przedwojennych generałów, pułkowników, właścicieli majątków i fabryk pozostawionych, ale najczęściej bardzo zadłużonych nie tylko w Polsce, będą sprowadzane do kraju przodków, by przejąć z powrotem majątki tych dziadów i to niekoniecznie na terenie dzisiejszej samej Polski, ale i tej którą okroił nam Stalin w Jałcie. Wystarczy popatrzeć na politykę Polski w stosunku do Ukrainy. Nawet nie ważni są już nam banderowcy co to wymordowali ponad 200 tysięcy Polaków, w końcu to tylko gawiedź i pospólstwo chłopskie. Im chodzi o te pałace i ziemie, którymi zarządzali dziadowie w przykładowych okolicach Lwowa, Żytomierza, a nawet litewskiego Wilna i białoruskiego Grodna. Prawda panowie hrabiowie Rostowski i Czarnecki? Oj prawda, prawda. Łapy już wam się palą jak świąd przy dupach cierpiących na hemoroidy. Jest ich jeszcze dużo na terenie choćby Wielkiej Brytanii. Na razie na nich pracują rodacy którzy przybyli za chlebem i lepszym życiem. Lepszym od tego jaki im zafundował rząd złożony po części z potomków hrabiowskich i książęcych. Jak to się ładnie zazębia. A mówi się, że tylko Polak i Węgier to dwa bratanki. Okazuje się że nasi przywódcy najlepszych przyjaciół mają też w Londynie. Najlepszych, bo swoich krewnych.
Dzisiaj wielu z nas przypisuje hrabiemu Rostowskiemu ogromne zadłużenie Polski. Nie wiem czy tylko on może być w tym względzie obwiniony, ale na pewno maczał w tym paluszki razem z Balcerowiczem. Nie, ten nie jest szlachcicem, bowiem przez wiele lat za władzy ludowej piastował "zaszczytną" funkcję sekretarza PZPR.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

ZORIENTOWALI SIĘ?

Gazeta Polska Codziennie” rozwiązuje łamigłówkę z „Naszego Dziennika” zatytułowaną „Bóg niczego nie zrobi za nas”. Komentarz Polityki: Wreszcie się zorientowali?- bowiem oba tytuły wymienionych gazet to fundamentalistyczna rydzykowo-pisowska prasa. To jest jakaś NADZIEJA, bo późno bo późno, a nawet bardzo późno, ale jednak dochodzą powoli jak słonica do momentu porodu do prawdy i tylko prawdy. Znakiem tego, gdyby do końca wyciągnęli wnioski z hasła zamieszczonego w tej dla nich „poczytnej” prasie, to musieliby przyznać racje ateistom, niedowiarkom, agnostykom i całej masie nieuduchowionym racjonalistom, którzy nigdy nie próbują wyręczać się Bogiem, zaś sami podwijają rękawy do każdej zaplanowanej roboty. Niestety jakaś część naszego społeczeństwa swoją słabość fizyczną, a jeszcze bardziej umysłową woli cedować na wolę boską. W porządku, gdy chodzi o prozaiczne zachowania typu „ a Bóg da jak zechce, najwyżej posadzę sałatę zamiast pietruszki”, gorzej, gdy wykształcony przez wiele lat kosztem państwa, czyli społeczeństwa lekarz ubzdura sobie, że to co on robi, robi w imieniu Ducha Świętego, a tenże duch nie życzy sobie aby on go wyręczał, bo akurat ten duch nie akceptuje aborcji, eutanazji, in Vitro, a nawet badań prenatalnych. Takich prof. Chazanów, bo akurat mam go na myśli w Polsce jest ponoć ok.3 tysięcy. To fundamentaliści katoliccy po studiach na uczelniach katolickich, niestety opłacanych przez laickie ponoć państwo zapisem przelewu na Kościół 10 miliardów złotych rocznie, zgodnie z podpisanym konkordatem za czasów cnotliwej premier panienki Hanny Suchockiej, odznaczonej za swoje dziewictwo ofiarowane Watykanowi, przez katolickiego prezydenta Komorowskiego najwyższym polskim odznaczeniem Orderem Orła Białego. Dzisiaj w wyniku rozpasania Kościoła katolickiego w Polsce wszelkie ustawy rządowe zanim zostaną uchwalone podlegają zatwierdzeniu przez Episkopat, dokładnie tak jak to bywa w państwie wyznaniowym, a Polska mimo zaprzeczeń prawicy takowym jest. Nie wiem, czy któryś z dziennikarzy rydzykowego „Naszego Dziennika” zadarł koty z ojcem toruńskim i chce być wyrzucony zeń, czy też wyrabia sobie opinię ewentualnej przydatności w innej prasie, ale stwierdzenie publiczne że Bóg niczego nie zrobi za nas było odważne, ale i nadzwyczaj prawdziwe. Bóg nie upiecze nam chleba, nie wypłaci nam pensji, nie zbuduje fabryki ani domu, nie wychowa nam dzieci, nie uzdrowi w przypadku choroby, nie wyrwie nam bolącego zęba ani ślepej kiszki, w końcu nie pomoże też naszym piłkarzom zakwalifikować się do kolejnego Mundialu. Uzdrowienia ponoć rozdaje krew JPII, ojciec Pio, Matka Teresa i kilku innych z kręgu namaszczonych przez Wojtyłę, ale to tylko mowa dla mocno naiwnych, a nawet nieco przygłupich, których w Polsce pomrocznej akurat nie brakuje. Żaden ksiądz, a nawet biskup głoszący owe bajki, w przypadku swojej choroby nie czeka na cudowne uzdrowienie przez JPII, natychmiast poszuka sobie prawdziwego lekarza i to nie z kręgu tych co podpisali lojalkę z Duchem Świętym. Fundamentalni katole typu Terlikowski zorientowali się, ale nie mówią tego głośno, że zawalił by się ich świat jak domek z kart. Podświadomie bowiem wiedzą, że tylko nauka (nie religia, która nauką nie jest), sprawdzalna doświadczeniem tworzy postęp i daje ludzkości nadzieję na lepszą przyszłość
. Tu na ziemi a nie w bajkowym niebie. A oto cytat z wypowiedzi racjonalisty, pana Jana Lewandowskiego: „Ktoś kiedyś powiedział, że „każdy wierzy w to, w co chce wierzyć”. Na pierwszy rzut oka myśl ta wydaje się banałem, ale moim zdaniem tkwi w niej klucz do odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego ateiści wierzą, lub w ogóle nie wierzą w cokolwiek innego niż teiści, lub, dlaczego ateiści nie chcą wierzyć w to, w co wierzą teiści, i na odwrót. Jeśli jest prawdą, że każdy wierzy w to, w co chce wierzyć, to można też próbować odwrócić tę tezę i stwierdzić, że nikt nie uwierzy w to, w co nie chce wierzyć. Jak sądzę, teza ta jest dopełnieniem odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego ateiści wierzą w coś innego lub w ogóle nie wierzą w nic, niż teiści, lub, dlaczego ateiści nie chcą uwierzyć w to, w co wierzą teiści, i na odwrót”. Zgadzam się, tyle że rozumowanie, wg niego dość smutne, bo nigdy jedni nie zechcą dojść do porozumienia z drugimi, jako że religia, lub jej brak ścierają się ze sobą bardziej niżeli nienasmarowana oś wozu drabiniastego. Wiadomo, że coś takiego prowadzi do zatarcia a nawet pożaru. A akurat pożary na tle wyznaniowym następowały w historii ludzkości bardzo często i prowadziły do nieobliczalnych skutków. Ja jednak jako agnostyk z całą miłością jak człowiek do człowieka przyjmuje słowa z „Naszego Dziennika” bardzo pozytywnie.

sobota, 14 czerwca 2014

SZOK


Dosłownie szok. Wraz z milionami kibiców piłkarskich przeżyłem takowy akurat w dniu swoich imienin. Miliony dosłownie ludzi w Hiszpanii, Europie a nawet na ziemskim globie hiszpańską piłkę nożną uważało za przebłysk czegoś nadzwyczajnego, czegoś, czym mogli się dotychczas szczycić wyłącznie do tej pory tylko finezyjni Brazylijczycy, (w końcu mają Puchar Rimeta u siebie na stałe), a i nie zdarzyło się, żeby nie zakwalifikowali się do kolejnego wielkiego finału jakim jest Mundial. Takimi właśnie byli obecnie postrzegani piłkarze Hiszpanii (aktualni mistrzowie świata i Europy) ze swoimi bożyszczami z Atletico, Realu czy też Barcelony. Tymczasem już w pierwszym spotkaniu z drużyną Holandii dostają baty wynikiem aż 1:5. To kompromitacja nie do skonsumowania szczególnie przez trenera, drużynę ale przede wszystkim całego narodu hiszpańskiego. Łzy lejące się po przełęczach gór półwyspu pirenejskiego mogły by zastąpić całoroczne deszcze, a może i spowodować miejscowe powodzie. Przyznam, jako kibic piłki kopanej nie dopuszczałem nawet myśli o przegranej atrakcyjnej nie tylko ze względu na piłkę ekipy Hiszpanii, tym bardziej, że początek meczu wskazywał na to, że nogi Holendrów jakoby były ubezwłasnowolnione, bowiem piłka wędrująca od nogi do nogi zawodników z nad Ebro tylko bardzo przypadkowo znajdowała się w dyspozycji zespołu Niderlandii. Myślę sobie, oj będzie pogrom zawsze grających twardo Holendrów, tym bardziej ,że komentator polskiej TV powiada, że trener Holendrów po ostatnim Mundialu skompletował drużynę z absolutnej młodzieży piłkarskiej. No to sobie narobił, pomyślałem, bo przecież znałem z lat ubiegłych wartość piłkarzy, którzy grali nawet w ścisłym finale o puchar. Tymczasem powoli akcja na boisku rozwijała się niezgodnie z moimi przewidywaniami. Holendrzy pokazali, że z godnością są gotowi zastąpić słynnych piłkarzy jak Vincent van de Berg, Rob van Dijk,, Pauletta, ale też dzięki mistrzowi z lat ubiegłych, który to jako ten, który potrafi zaszczepi swój kunszt swoim młodym kolegom Arjen Robben, który pozostając w ekipie strzelił zarozumiałym Hiszpanom bramki. Powiadam, to była uczta dla prawdziwych kibiców piłki, to był pokaz nam Polakom, którzy tośmy nabudowali stadionów dla dorosłych i dzieci, pokropionych dla podkreślenia wysiłku narodowego przez księży i biskupów, że niekoniecznie należy przywiązywać wagę do tego gdzie się gra, tylko jak się do tej gry należy przykładać. Holandia, kraj położony na skrawkach ziemi odebranej morzu zdołała nie tylko rozwinąć największe plantacje kwiatów i upraw niezbędnych dla wyżywienia narodu, ale też przytulić do siebie kilka milionów obcokrajowców różnych wyznań i koloru skóry, nie mówiąc już o orientacji seksualnej, dostępie do in Vitro, eutanazji i innych postępowych zdobyczy ludzkości. Kraj, gdzie budowa stadionu wymaga uszczupleń najdroższej bodajże ziemi na świecie. A jednak. Wobec tego od czego to wszystko zależy, bo chyba nie od pokropków kościelnych, przypominających zwyczaje średniowiecza, nie od „zdobyczy wiedzy i praktyk” egzorcystów, czy też od tych ponad 3 tysięcy szarlatanów i szeptuch, pieprzących głupim Polkom i Polakom przepowiednie za 150 złotych, często ciężko zarobionych na zmywakach lub na ręcznym dojeniu krów. Dlatego udział naszych dewocyjnych piłkarzy (modlących się w szatniach i na stadionach i wyczerpujących treningów) jest zwykle przypadkowy, przynajmniej od czasów trenera Kazimierza Górskiego, ale to było za PRL, a więc nie należy zbytnio tego podkreślać, a najlepiej zapomnieć. Nie zauważyłem, aby którykolwiek Holender czynił jakiekolwiek gesty religijne. Jak oni żyją, zastanawia się zapewne dewocyjny Polak. W Euro 2012 wystąpiliśmy wyłącznie dlatego, że byliśmy gospodarzami mistrzostw, (dzięki panie Platini) w innym przypadku byśmy oglądali grających piłkarzy wyłącznie w TV, zresztą nawet jako gospodarze wypadliśmy kompromitująco nie wychodząc z najsłabszej bodaj grupy eliminacyjnej.

A teraz morał; Żadne parafiady, żadne modły, żadne zaklinania, żadne zloty sportowców i ich kiboli przed obrazem Najjaśniejszej Dziewicy Częstochowskiej nie podniosą poziomu naszego sportu z degrengolady jaka współcześnie panoszy się tu nad Wisłą, w kraju blisko 40 milionowego narodu, tym bardziej, że nie widać żadnego postępu cywilizacyjnego dyktowanego przez Europejską Kartę Praw Podstawowych. Tylko patrzeć jak wzorem lekarzy i wielu innych zawodów, także sportowcy opłacani z budżetu państwa podpiszą deklaracje wiary, która uniemożliwi im treningi w niedziele i święta, a także zobowiąże do uczestnictwa w mszach przed każdym występem w kraju i na stadionach świata. Pomyłuj boh pamyłuj.

środa, 11 czerwca 2014

POLAK POTRAFI

profesor Zygmunt Bauman był gościem międzynarodowej a jakże konferencji naukowej "Politics in Times of Anxiety" na uniwersytecie w Manchesterze. Profesor zaliczany jest do najwybitniejszych filozofów i socjologów współczesnego świata.. O Jego wykłady zabiegają najlepsze uczelnie po obu stronach Atlantyku. Nawiasem warto wspomnieć, że „wykłady” Wałęsy cieszą się powodzeniem ….. .tylko z jednej strony Atlantyku. Taka jest prawda. Widocznie „filozofia” Wałęsy bardziej przylega do mózgów studentów amerykańskich.
Kiedy profesor Bauman został zapowiedziany przez organizatorów konferencji, na salę wtargnęło 5 - 6 Polaków z ogolonymi głowami śpiewając: a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści, zdrajca i komuch. Po odśpiewaniu ich świętej „roty opuścili budynek. Nie zostali złapani." - relacjonuje jedna z uczestniczek konferencji, dr Aleksandra Przegalińska z Akademii Leona Koźmińskiego.
Sytuacja oburzyła także obecnych na sali Brytyjczyków. Jeden z doktorantów, Benjamin Coulson na Twitterze napisał: "Przemówienie Baumana zostało przerwane na krótko przez jakieś odrażające, prawicowe typy. Otóż wykłady profesora są w Polsce permanentnie zakłócane przez prawicowe hordy PIS, oraz nasyłanych specjalnie przez prawicę i ONR kiboli. Kiboli, którzy z wykładów prof. Baumana nie zrozumieją ani jednego słowa. To prostactwo, żyjące na marginesie prawicowych polityków. To te same bydło ryczące na pogrzebie gen. Jaruzelskiego przy biernej postawie policji . Nikt nie usłyszał ani słowa oburzenia ze strony kleru. Nikt też nie zauważył by premier rządu był mocno zniesmaczony. Postawa pana prezydenta natomiast okazała się budująca w tych okolicznościach. Mam absolutne przekonanie, że nikt z tego stada bydlęcego nie zostanie ukarany, chociaż kodeks karny art 260 przewiduje surowe kary za zakłócanie pogrzebów. Czuje się rządowe i kościelne przyzwolenie na tego typu zachowania. To nic innego jak postępująca faszyzacja Polski, Bo smród pieców krematoryjnych już czuć. Obsługa tychże też rośnie, choćby z takiej młodzieży jak słynna na forach internetowych 17 letnia dewotka Marysia Sokołowska z Zielonej Góry, która jest przekonana, że do pieców w obozach zagłady sami siebie ładowali Żydzi.
Jak podaje prasa brytyjska w aresztach angielskich obecnie przebywa tysiące Polaków, najwięcej z wszystkich nacji zamieszkujących Wyspy. Mamy się czym „szczycić”, toteż słychać coraz więcej głosów ze strony polityków brytyjskich by wyrzucić Polaków z ich kraju. Takie głosy wypowiadają zarówno premier Cameron jak i brytyjscy posłowie do Parlamentu Europejskiego. Nie gardzą Hindusami, Pakistańczykami, Ukraińcami i Rosjanami, ale właśnie przybyszami z rozmodlonego kraju papieża JPII , w którym kilka tysięcy lekarzy podpisało deklaracje wiary, iż nie tkną ciała ludzkiego, jako tworzywa boskiego. Czy nam coś to mówi?. Otóż tak. Mówi, że powoli stajemy się narodem pogardzanym przez cały świat. Narodem zapyziałych pyszałków, chamów, rozpolitykowanych prawicowych bydląt, bo jak nazwać inaczej fakt zakłócania wykładu wybitnego Polaka w obcym kraju. Kraju, który przygarnął tę hołotę do siebie, stwarzając jej warunki do pracy, zamieszkania, rozmnażania się, oraz nowoczesnej egzystencji. Być może Polacy spotykają się w Anglii ze zbyt wielką tolerancją, ale skoro ich aż tylu wypełnia cele aresztów to przyczyny trza szukać gdzie indziej. Otóż przyczyny właśnie tkwią w sarmackiej polskości. Pijaństwo, złodziejstwo, łapownictwo, oszustwa matrymonialne i oczywiście zwykłe kurestwo to „cnoty narodowe” naszych obywateli. To cnoty narodowe naszej młodzieży, często
nazywanej „pokoleniem JPII”.
Ostatnio zaprzyjaźniona z nami Pani, (oczywiście z wzajemnością) przysłała nam liścik w którym opisała zdarzenie z Jej udziałem na terenie RFN. Wspomnę tylko, że ta Pani zamieszkuje tam z rodziną na stałe i posługuje się podwójnym paszportem jak i oboma językami, dlatego puenta opisu wydarzenia jest absolutnie zrozumiała dla każdego kto zamieszkuje z którejkolwiek strony Odry. Oto relacja:
Muszę się z Państwem koniecznie podzielić przerywnikiem z dnia wczorajszego. Z kategorii, która z pewnością Państwa zainteresuje, a mianowicie "Polacy za granicą".
Z samego rana miałam parę terminów. Bez śniadania, jako mąż jeszcze sobie dochrapywał, ruszyłam na miasto. W sumie wszystko szło jak z płatka, czasowo również, więc postanowiłam jeszcze po drodze zahaczyć o supermarket, do którego ze względu na odległość rzadko zaglądamy. Zakupy zrobione, opuszczam wspaniale klimatyzowane pomieszczenie i dostaje szoku temperaturowego. W tym momencie zapadła decyzja, że w takiej gorączce nie będę targała toreb pieszo, tylko podjadę tych pięć przystanków autobusem.
Podjechał autobus, nawet stosunkowo pusty. Za kierownicą pan średniego wieku, ustylizowany na Piłsudskiego. "Ani chybi Polak" – myślę. Proszę o bilet do mojego przystanku, oczywiście w języku niemieckim, Piłsudski mi wydaje i żąda o 1 euro więcej. "Ki czort?" - myślę, ale od razu, nadal po niemiecku pytam grzecznie, czyżby nastąpiła podwyżka cen na usługi komunikacyjne, bo jakoś mi umknęło. Pan próbuje mi w katastrofalnym niemieckim wytłumaczyć, że komputer mu tak pokazuje i huk. Tłumaczę mu, że 5 przystanków kwalifikuje się do strefy krótkiej, a on chce ode mnie ceny za bilet miejski,co ja z kolei nie mam zamiaru zaakceptować. Robi się tumult, bo za mną chcą ludzie też wejść do pojazdu, ale ja trwam uparcie na swojej pozycji. Kierowca rzuca mi zdawkowo, że mnie nie rozumie, i że jeżeli nie chce jechać, to mam wysiąść. Spuścił głowę i słyszę, że mruczy po polsku coś pod nosem. To jego mruczanka:" Pierdolona germanka, za 1 Euro by na wojnę poszła!" I tu mi osobiście puścił kołnierzyk. W najwspanialszej polszczyźnie zwróciłam się do pseudomarszałka: "Szalenie miły człowieku. Po pierwsze: nie Germanka, lecz Niemka, bo Rosjaninem pan nie jesteś. Po drugie, jeżeli nie potrafi pan obsługiwać komputera, czyli go zresetować do odpowiedniego przystanku, to albo pójdzie pan na kursy uzupełniające, albo po prostu na kursy języka niemieckiego. I nie wiem, czy pan zauważył, że jak dotąd nie nazwałam pana "pierdolonym Polakiem"?"
Musielibyście Państwo zobaczyć jego wyraz twarzy. Oczy jak talerze, po skroniach skraplał się zimny pot. Bez słowa, w tempie szybszym niż przepisy na to pozwalają, zresetował komputer i wydal mi właściwy bilet. Dało się? Dało.”
Ja ze swej strony serdecznie dziękuje za przesłaną korespondencję, której treść w całości za zgodą autorki zamieszczam na swoim blogu. Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie.
Foto od góry:
1. Tak nasz kraj jest odbierany nie tylko przez swoich obywateli.
2. Tezy polskich biskupów.















poniedziałek, 9 czerwca 2014

KUŹWA FESTIWAL BYŁ




Skończyło się katowanie widzów TV i słuchaczy PR piskiem i skowytem decybeli, dochodzącym z Amfiteatru Opolskiego. Zakończył się bowiem 51 jubileuszowy Festiwal Piosenki Polskiej. Obejrzałem niedzielny koncert. Dlaczegoż to jubileuszowy skoro to była 51 z kolei impreza tego typu?. Ano, bo tymże festiwalem uczczono 25 lecie odzyskania wolności. Złośliwi mniej lub bardziej, (szczególnie ci co zmuszeni byli do opuszczenia kraju) twierdzą, że zostali wolni od pracy, od porządnych studiów, od wiary w siebie (za to wiary w siły nadprzyrodzone), od wszystkiego co normalizowało życie. A ubyło ich grubo ponad 2 miliony mili telewidzowie, ale ani słowa o tym, bo to zbyt smutne jak na festiwal. 25 lat odzyskania wolności czcić zatem mogli ci, którzy na głowach 10 milionów członków pierwszej Solidarności zdobyli nie tylko władzę, ale też niewyobrażalne nie rozliczone dotychczas kwoty dewizowe słane z Zachodu umożliwiające wedle nowych przepisów pierwotnego kapitalizmu zakładanie prywatnych firm normowanych wściekłymi decyzjami uświęconymi prawem Balcerowicza, Wtedy jeszcze nie było u nas Unii Europejskiej, przeto miliony obywateli wpadło w niebotyczne długi, skutkiem których było tysiące samobójstw. „25 lat wolności” to motto imprezy opolskiej. Miast rozrywki festiwalowej, do której byliśmy przyzwyczajeni od 51 lat mieliśmy festiwal upolityczniony do tego stopnia, że wielu z nas widzów przełączyło kanały na bardziej przyswajalne niedzielne programy. Zainstalowany wałek (bęben), jak modlitewnik mnichów buddyjskich, który wyświetlał nam tematycznie zjawiska związane z PRL (kolejki do sklepów, wódka od godziny 13.00, cenzura, brak paszportów itp., soczyste pocałunki przywódców bratnich państw), dla wielu, szczególnie tych, co byli naocznymi świadkami historii okazywał się żenujący. Dla nich bowiem jest wiadome, że skoro cały naród strajkował, to sklepy musiały być puste. Sam Jaruzelski ze swoim rządem nie wyprodukuje towarów. To tak dla cośkolwiek myślących, bo młodzież wychowana na „Instytucie Polskiej Nienawiści”, słuchająca aktualnie popieprzonej, nieuleczalnie chorej licealistki „Marysi z Zielonej Góry”, która twierdzi za swoim tatusiem, że premier jest zdrajcą, oraz że Żydzi sami się ładowali do krematoriów, ma swoje „skołtunione”, okaleczone pojęcie, które prowadzi ją na margines człowieczeństwa.
Powracając do festiwalu „a la 25 lat wolności”. Tematy wyświetlane wałkiem buddyjskim przeplatane były piosenkami ostatnich lat. Lepiej lub gorzej to wypadło, z przewagą na gorzej. Podobał mi się, publiczności też, występ zawsze nie zastąpionej Maryli Rodowicz, dla której występ na scenie opolskiej był bodajże trzydziesty któryś. Miło słuchałem i oglądałem Alicję Majewską , Krystynę Prońko i Edytę Geppert. Dobrze odebrałem piosenki autorstwa Grzegorza Ciechowskiego (tym bardziej, że to mój ziomal toruński). Błazeństwem z kolei wg mnie, nazwałbym wykonanie nastrojowej piosenki Marka Grechuty przez podskakującego jak na rozżarzonych węglach młodego wykonawcy w wytartych portkach dżinsowych z obciętymi nogawkami. Błazenada, a przecież ktoś ten program reżyserował. Być może akurat to się podobało komuś, ale zapewne nielicznym sądząc po skromnych brawach. 
Nie popisała się cała plejada naszych celebrytów z górnej półki. Liczyłem na bardziej wzniosłe piosenki Jandy, oraz wielu tych, którzy dali się polubić przez okres „wolności”. Piosenka wykonana przez Artura Andrusa ze swoją partnerką „a la Doda”. „Czy te oczy mogą kłamać” przypadła mi do gustu i to wcale nie dlatego, że obok mądrych treści, aktualnych przez dziesiątki, a może i setki lat miała swoją premierę za czasów wstrętnej komuny. Wykonywał ją wówczas Jan Pietrzak, w czasach, gdy jeszcze okazywał się prawie normalnym artystą kabaretowym. Powiem tak: wykorzystując przeróżne okolicznościowe imprezy dotowane przez państwo, samorządy oraz zainteresowane osoby prywatne, nasi WYBRAŃCY Z 4 CZERWCA-89, a także przez nich nobilitowani następcy” mogą legitymizować swój „dorobek”. Szkoda że najczęściej ten rodzinny.
Fotki od góry:
1.Edyta Geppert
2.Alicja Majewska

piątek, 6 czerwca 2014

REZERWAT


Nie wiem jak zacząć ten post, bo chciałbym napisać o nas, Polakach i naszym (przepraszam) grajdole, Polsce. Aliści temat deklaracji wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny,dziś już w mediach oklepany, przedyskutowany na forach, jest po prostu skompromitowany, chociaż w Europie i postępowym świecie nieznany. Może to i lepiej, bo i tak wielu Polaków mieszkających z różnych powodów poza granicami Najjaśniejszej Pomrocznej nie przyznaje się do kraju pochodzenia. Otóż swego czasu napisałem post, w którym niejako promowałem książkę Mariusza Szczygła pt. „Zrób sobie Raj”.Dziennikarz GW który na przemian zamieszkuje Czechy i Polskę pokazał nam kraj, naszego sąsiada, a jakoby położony gdzieś daleko na obrzeżach świata, gdzieś daleko od nas Polaków słynących jak wiadomo z zacofania,oszołomstwa religijnego a i politycznego, homofobii,antysemityzmu w tym kilku milionów ludzi na co dzień korzystających z ponad 1000 wróżek, szeptuch i uzdrowicieli, krajowych a i sprowadzanych z krajów afrykańskich. XXI wiek a wielu z nas daje wiarę szamanowi, który 70 tysięcy ludzi, chętnie płacących za bilet wstępu na stadion Narodowy, przekonywał że jako uzdrowiciel katolicki potrafi spowodować odrośniecie nogi a także wskrzesić umarłego. Po opublikowaniu posta w sprawie książki Szczygła, niektórzy komentatorzy ( w tym niestety mi bliscy) nazwali mnie degeneratem ateistycznym, któremu odpowiada in Vitro, aborcja i eutanazja. Byli zawiedzeni, że matka mnie nie wyskrobała. Tak, właśnie chodzi o eutanazję zwaną dobrą śmiercią. W czwartkowym wydaniu GW w dodatku „Duży Format”, którego właśnie naczelnym jest pan Mariusz Szczygieł ukazał się piórem red. Moniki Redisz wzruszający reportaż kobiety- matki, która modli się do wszystkich świętych mimo że jest już nie wierząca w żadnego boga, o śmierć dla swego 3o letniego syna. Syna – warzywo, którego cierpienia już nie sposób znieść a nawet wyrazić. Przy okazji opisuje ileż dobra człowiek może uczynić drugiemu człowiekowi poprzez ustawową eutanazję. Twierdzenia i nauki biskupów, że to Bóg może sam spowodować odejście z padołu, jako też przybycie na ten świat jest oszołomskim banałem nijak nie wytłumaczalnym przez cierpiących nieuleczalnie. Żaden ksiądz ani biskup w przypadku ciężkiej choroby nie odda się w ręce ducha świętego. Podąży do najlepszego szpitala. Przykrywanie nieznośnego bólu cierpieniem Chrystusa można nazwać bajdurzeniem dla naiwnych i ciemnego ludu. Po to człowiek ma mózg, w który wyposażył go ponoć tenże Bóg, by z niego korzystał. Matka Teresa, opiekunka nieuleczalnie chorych w Kalkucie nie starała się ulżyć w ich cierpieniach też dając im za przykład Jezusa, tymczasem sama gdy zachorowała , potrafiła się leczyć w najlepszych amerykańskich klinikach. Ogromne pieniądze jakie otrzymywała z różnych stron świata, jako ta co pomaga biedocie przekazywała dla Watykanu fundując sobie kanonizację już za życia. Oto hipokryzja, której ulega po części polskie społeczeństwo. Zawsze można popełnić samobójstwo mówi owa matka, ale widziałam sąsiada który się powiesił. Nie chciałabym, by najbliżsi ostatni raz tak mnie zapamiętali. Moje prawo do dobrej śmierci nie narusza niczyjej wolności, a wiadomo, że jest to zasadnicze credo w społeczeństwach. Mimo że blisko 60% Polaków, godzi się na tzw.„dobrą śmierć”, nasz rząd, patrząc w groźne oczy biskupów nie odważy się pójść drogą Holandii, Belgii, Luksemburga, Niemiec,kilku stanów USA, Francji, Szwajcarii, a nawet Czech, gdzie w okrojonym zakresie zabiegi aborcji, eutanazji są możliwe, nie mówiąc już o otwartości całkowitej w kwestii stosowania in Vitro. Oni nie żyją w rezerwacie. Czytam słowa Krzysztofa Krauzego, znanego reżysera, który namawia społeczeństwo do powstania. Zrywu powstańczego przeciwko cierpieniu. Zbudujmy Muzeum Powstania Przeciwko Cierpieniu. Wyjdziemy na tym lepiej niż na wszystkich dotychczasowych rocznicach. Muzeum Empatii, muzeum Radości Życia. Polacy, leczmy się z wielowiekowej depresji. Wpuśćmy życie do kościołów przede wszystkim. Niech zalegające tam szkielety nie będą już symbolem strachu, cierpienia i otchłani piekieł. To jest temat na XXI wiek, a nie deklaracje wiary składane przez niedouczonych i wystraszonych ogniem piekielnym pracowników służby zdrowia.

PS: Panie Krzysztofie,jako autor posta, deklaruję przystąpienie do Powstania, choćby zbrojnego. Cel bardzo zbożny.


wtorek, 3 czerwca 2014

WIOSENNE AKCENTY

Wiosna oczekiwana z takim utęsknieniem, jeno zabłysła wonią kwiecia i śpiewem ptaków nawołujących się wzajem, a już obserwujemy akcenty lata. Na kasztanie, który rośnie przed naszym oknem kuchennym para szarych gołębi uwiła sobie gniazdko nie bacząc na nasze codzienne spojrzenia. Będą młode, będą młode ucieszyliśmy się. Co prawda za gołębiami zbytnio nie przepadamy, ale akurat tajemnica rozmnożeń nas zawsze fascynowała. Obserwujemy z ochotą w internecie poprzez kamerki internetowe narodziny bocianów, orłów, sokołów i innych szczególnie rzadkich ptaków. Powiada się, że na bezrybiu i rak ryba, przeto narodziny dwu młodych „poluchów” na naszych oczach też można nazwać miłym akcentem dość szybko uciekającej wiosny. Spożywając każde śniadanie ( bo akurat ten posiłek zaliczamy” w kuchni) zerkaliśmy do gniazdko szczęśliwych „rodziców”.To nadzwyczajne zjawisko, gdy rodzice przez kilka dni na zmianę karmią wciąż głodne maleństwa, zaś później gołębica siedzi na sąsiedniej gałęzi śledząc wysiłki młodych w ćwiczeniach, które pozwolą na samodzielny lot. Widać, że była przygotowana na udzielenie dzieciom ewentualnej pomocy, gdyby niezdarne próby lotu się nie powiodły. I tak oto jest to jedyny akcent naszej tegorocznej przydomowej wiosny. Oczywiście poza wyprawami do jednego z piękniejszych parków na Podlasiu. Pałac i Park Ogińskich i w Siedlcach. Jak wiadomo z naszej historii pałac został wybudowany przez Kazimierza Czartoryskiego ok. 1730 roku. W roku 1775 Aleksandra Ogińska odziedziczyła po ojcu Michale pałac wraz z dobrami siedleckimi . W pałacu w dniu 20 lipca 1783 oraz ponownie w 1793 gościł bliski krewny król Stanisław August Poniatowski. W tym czasie w salach pałacu tworzyli poeci Oświecenia, m.in. Franciszek Karpiński oraz Ursyn Niemcewicz. Od roku 1774 Aleksandra udostępniła pałac na wystawianie sztuk teatralnych. W pałacu odbywały się festyny dworskie oraz wieczory poetyckie. Kolejne lata przyniosły liczne zmiany w Siedlcach. Pałac stał się kolejno siedzibą władz guberni, dyrekcją kolei, Kurią biskupią, Gimnazjum Biskupim, w końcu siedzibą władz miasta. Od 2006 roku pałac służy Uniwersytetowi Przyrodniczo-Humanistycznemu w Siedlcach. Tyle o samym pałacu do którego z przyjemnością zaglądamy podczas wyprawy do rozległego, bardzo starego parku. Po długim spacerze wśród prastarych dębów, kasztanów i innych, często egzotycznych drzew, które zostały uznane za pomniki przyrody, z przyjemnością odpoczywamy na licznie posadowionych ławkach i wodotrysku. Tu i ówdzie przebiegają sprytne wiewiórki goniące za spadającymi smakołykami z drzew, słychać skrzypienie starych rozdartych piorunem dębów. Alejkami biegają amatorzy zdrowia i urody. W parku jeszcze można spotkać ślady pięknych parkowych budowli m.in, altan, oranżerii, letniego teatru a także meczetu tureckiego. Ale to już historia. Park siedlecki jest dumą tego 80 tysięcznego miasta i jego mieszkańców, naszą też bez najmniejszej wątpliwości. Ktokolwiek potrafi nie odczuwać nagłego głodu fizycznego podczas długich spacerów, ten na pewno w okresie wiosny nakarmi się śpiewem ptasich treli, a gdy już mimo wszystko wygłodnieje, swe kroki skieruje do pałacowej restauracji, gdzie w sposób iście
królewski będzie nakarmiony. .. i skasowany. 
Foto od góry:
1.Fragment parku w Siedlcach  2.Pałac Ogińskich


niedziela, 1 czerwca 2014

KRAKSA


Podobnie jak w przypadku pogrzebu prof. Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, dużo wcześniej marszałka Piłsudskiego, oraz kilku innych zasłużonych Ojczyźnie Polaków, wyglądał pogrzeb generała Wojciecha Jaruzelskiego, z tym że wściekłość prawicy tym razem osiągnęła apogeum. Brunatne hordy darły mordy wykrzykując już mało aktualne hasła, bo słowa precz z komuną trudno umiejscowić we współczesnej demokratycznej Polsce. Mimo że na pogrzebie było kilka razy więcej tych ludzi którzy przyszli oddać hołd Generałowi, to wrzask polityczny hołoty spod znaku Radia Maryja i ONR skutecznie zakłócił całą uroczystość. Doszło do pewnej obyczajowej kraksy. Jednak pogrzeb miał oprawę adekwatną do zasług i niewątpliwych błędów Grzebanego. Słowa byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego wygłoszone nad urną pierwszego prezydenta wolnej Polski bardzo sprawiedliwie oceniły dorobek życiowy Generała, a wszystko to, co wykrzykiwała prawicowa tłuszcza obraziło nie tylko Zmarłego i jego rodzinę, ale też miliony Polaków, w tym nieżyjących oraz żyjących żołnierzy 1 Armii WP, a także całe Ludowe Wojsko Polskie, które przez ponad 40 lat nie tylko pomagało społeczeństwu w przypadkach różnych katastrof, ale też służyło w misjach pokojowych na całym świecie w ramach zobowiązań wynikających z ustaleń Organizacji Narodów Zjednoczonych, do której to organizacji Polska zawsze należała.

Ryszard Z. Matuszewski , absolwent UMK w Toruniu, dziś mieszka w Genewie, pracuje w Antypedofilskim Bractwie Himawanti, organizacji tropiącej pedofilów w sutannach i habitach na całym świecie, po obejrzeniu sprawozdania z pogrzebu Generała Wojciecha Jaruzelskiego, w dniu 31 maja zamieścił na facebooku następującą wypowiedź, cyt:
Gówniarzom o mózgach wypranych klerykalizmem wojtyłowym przypominam: Wraz z pułkiem Dąbrowszczaków Wojciech Jaruzelski przeszedł szlak bojowy 1-ej Armii Wojska Polskiego. Bez zasług takich wielkich bohaterów nie byłoby Polski, ani was śmierdzące, odmóżdżone katolstwem warchoły warczące na Jaruzelskiego. Katolik Adolf Hitler (ministrant katolicki) do 1948 roku, planował wymordować wszystkich Polaków, cały Naród Polski chciał przepuścić przez komin, wystrzelać, zlikwidować. Kto nie szanuje pamięci narodowych bohaterów takich jak Wojciech Jaruzelski - ten nie ma prawa nazywać się Polakiem i taka szuja katolska co złośliwie swym ryjem zakłócała pogrzeb bohatera powinna zostać pozbawiona obywatelstwa polskiego na zawsze”. Koniec cytatu.

I ja się z tym panem zgadzam. Oczywiście za wyjątkiem ostatniego zdania, bowiem żadna zagranica nie przyjmie do siebie podobnych szuj. To myśmy ich wyhodowali i musimy się z nimi męczyć. A męczyć się będziemy do czasu, aż Polska przestanie być wyznaniowa, aż prawo państwowe będzie stanowić pierwszeństwo przed prawem kościelnym, aż ratyfikujemy Kartę Praw Podstawowych, aż żaden z lekarzy polskich nie będzie ulegał fantazjom jakiejś tam Półtawskiej przyjaciółce Karola Wojtyły, fantazjom które z lekarzy i farmaceutów czynią klerykalne pacholęta. Wtedy może w tym kraju po trosze się zmieni. A Generał, jak każdy generał, miał twardą skórę, ścierpiał dokuczliwości za życia. Ścierpi zapewne też profanacje swojej mogiły. Taki los "wielkich tego świata".

POLSKA I WATYKAN W ŚWIETLE KAMER

Kto atakuje Kościół ten atakuje Polskę, krzyczał Jarosław Kaczyński, licząc na rewanż i łaski politycznego wsparcia ze strony episko...