wtorek, 31 lipca 2012

NABURMUSZONY


Nie mogę przejść spokojnie obok iście bulwersującego przypadku, który został odnotowany w regionalnej prasie, a mianowicie w Tygodniku Ostrołęckim. Oto w jednej z tamtejszych parafii mieszka małżeństwo, które mimo usilnych starań nie może mieć dzieci z powodów powszechnie w biologii znanych. Dlatego też mimo, iż oboje czują się poprawnymi katolikami, nie bacząc na ognie piekielne, skorzystali z leczenia oraz zapłodnienia in vitro. Nieszczęściem w tym wszystkim natomiast jest fakt narodzin pociechy z białaczką. Zdarza się, z białaczką rodzą się także dzieci spłodzone w łózkach, nawet poświęconych. Oczekiwane dziecko było bardzo kochane, a znając środowisko w jakim mieszkają, długo nie informowane o swoim poczęciu przez in vitro. I tak by było zapewne nadal, gdyby przejęci chorobą rodzice nie poprosili księdza goszczącego w ich domu w ramach kolędy o odprawienie mszy świętej w intencji zdrowia dziecka. I oto tu nastąpił zgrzyt wyzwalający ogromny smród, jakby na stół na którym stoi krzyż i taca z wodą święconą wylano beczkę gnojówki, a który może się zdarzyć wyłącznie w katolandzie, w zapyziałej, średniowiecznej Polsce w XXI wieku. Ksiądz kategorycznie odmówił usługi mszalnej tłumacząc, że choroba dziecka jest karą boską za to, że narodziło się ono z probówki, po czym naburmuszony wyszedł. Prosty cham w sutannie nie doczytał, że dzieci nie rodzą się z probówki, tak jak nie rodzą się z penisa czy z waginy. Otóż, gdyby coś podobnego stało się w moim domu, to po takiej odzywce klechy, błyskawicznie pokazał bym mu drzwi. Aby przyspieszyć jego odejście kopnął bym go w wyświęconą dupę tak, że nie zdążyłby nastąpić na schody. Ten dzieciak z prawdą o swoim poczęciu zapoznaje się dopiero z ust takiego bydlaka, który to ową wiedzę zapewne posiadł przy konfesjonale od jakiejś moherowej baby, często z sąsiedztwa, albo z dalszej rodziny. Klecha, który być może w straszliwy sposób krzywdzi dzieci popełniając najstraszliwsze grzechy pedofilii, sam najczęściej pozostając gejem, oczywiście przy milczącej akceptacji parafian zainteresowanych wiecznym zbawieniem, jest najlepszym potwierdzeniem polskiego kołtuństwa, zaprzaństwa i ciemnogrodzkich zachowań. Prawda, że rzecz się dzieje na obrzeżach Polski B, gdzie laski, karaski i piaski to naturalne środowisko zacofania, bo trudno mi sobie wyobrazić podobne zdarzenie w Polsce centralnej, zachodniej i północnej. W takich oto warunkach wykluli się onegdaj ludzie spod krzyża Kaczyńskiego, ludzie Gowina, posłanki Pawłowicz i wielu innych, zabierających głos w Rozmowach Niedokończonych RM.

sobota, 28 lipca 2012

ODCIENIE KULTURY


Kilka słówek o kulturze, tej przez duże K. Ale dosłownie kilka słówek i to średnio przewrotnych. Otóż w oczekiwaniu na spektakl otwarcia igrzysk olimpijskich Londyn 2012, postanowiłem się zabawić na kolejnym festiwalu polskiej piosenki Opole 2012. Tak do kompletu, bo euro 2012 też oglądałem z wielka satysfakcją pomimo nędzy naszego piłkarstwa. Nie wiem, czy będziemy jeszcze mieli szansę uczestnictwa w czymkolwiek 2012, ale może na razie dość tego. Tym bardziej, że zniesmaczyłem się występem Wojciecha Manna w roli konferansjera, co to postanowił upiększyć imprezę swoim synem, którego przygotowuje do objęcia spadku po swoim jestestwie. Liczyłem, że pan Wojciech, jak zwykle swoim cennym dowcipem i niewątpliwą błyskotliwością rzeczywiście okrasi tegoroczne Opole, tymczasem zawiodłem się na naszym długoletnim dziennikarzu branży muzycznej i to bardzo. Ponieważ tematem imprezy były przeboje z lat 60, pan Wojciech miał okazję wypowiedzieć się na temat okoliczności historycznych i ustrojowych, w jakich to owe utwory trafiały na nasz rynek muzyczny. I oto zawstydziłem się bardzo, spoglądając skwaszonym wzrokiem na ciągle obfitą postać Manna. Zapowiadając piosenkę pt: „Ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas”, przykrył usta dłonią, powiadając po cichu,że w tamtych czasach nie wolno było, ot tak sobie zagospodarować niedziel dla własnej przyjemności, bo przecież byliśmy gonieni do roboty.. dla budowy ukochanego socjalizmu.(mój dopisek). Władzom nie podobały się transfery stylów muzyki rozrywkowej z Zachodu do Polski. Gdy powstał w Polsce pierwszy rodzimy zespół rockowy „Rythm end bluese”, to natychmiast władze go skasowały. Otóż panie zramolały konferansjerze, osobiście w roku bodajże 1962 lub następnym miałem zaszczyt „konsumować” występ zespołu Czerwono-Czarni, jako tych zrodzonych z „Rhytmu” w Gdańsku.. Konsumować, ponieważ jako młody chłopak, nieco z ikrą uzdolnień muzycznych wprost chłonąłem wszystko co wiązało się z rock and rollem, i cokolwiek z tej materii nadawane było w Polskim Radiu panie Mann. Już w owych podłych latach słuchałem wszystkiego co wykluwało się z bluesa i jazzu, a więc prawdziwy rock and roll w wykonaniu Elwisa Presleya, Chacka Berrego, aż po Roya Orbisona. Radośnie uśmiechałem się do siebie słuchając The Beatles i Rolling Stones. Nikt mi jako licealiście nie wytknął zbyt śmiałego internacjonalizmu i popadania w macki zachodniej zgnilizny. Panie Mann, apropos przymusu pracy w niedzielę, to być może, poza tzw. sporadycznymi czynami na rzecz poprawy gospodarki i upiększenia naszych osiedli, do pracy mógł tylko zmuszony być pan, bo „wydawało by się”,że na siłę pana zatrudniła wstrętna komuna w Polskim Radiu, a następnie w popularnej Radiowej Trójce. Wielu aktorów i artystów innych branż artystycznych może mieć żal do PRL, ale nie pan. Wydaje się, że z” radościom i godnościom osobistom” przemawiał pan do mikrofonów w audycjach zatytułowanych: Mój Magnetofon, Poranek z Radiem, Baw się razem z nami, Muzyczna Poczta, Manniak po ciemku, a następnie wraz z Materną w audycji Non stop Kolor. Komuna zmuszała pana też do zarabiania pieniędzy w filmach, chociażby w „Uprowadzaniu Agaty”, „Cudowne dziecko” Pamiętam, był pan dość hołubiony w Polityce i innych czasopismach. Mimo, nie oszukujmy się, niezbyt korzystnej prezencji ze względu na (wiadomo), nie miał pan większych problemów w pracy w tych obszarach. Komu tak naprawdę chciał się pan tymi dygresjami podlizać, to naprawdę nie wiem ?. Kłamstwem też jest to, co pan powiedział na temat Rythm end Bluesa. Otóż, minister Kultury nie rozwiązał zespołu ze względu na to, że pokochał bardziej ruskie czastuszki i pienia narodnych artystów niżeli muzykę naszego pierwszego zespołu rock end rolowego, a dlatego, że na występie tegoż zespołu zdemolowano kilka sal w Ministerstwie Kultury. I tak wygląda prawda, a można ją przeczytać w zapisach Wikipedii. Smutne to co mówi pan Wojciech, bo mówi w obecności młodego człowieka (własnego syna), który pomyśli, iż tatuś w ciągu swojego życia przeszedł przez piekło, a może i coś jeszcze gorszego. Bo wszak wiadomo, że „komuna” się skończyła dopiero 4 czerwca 1989 roku i to tylko dzięki Joannie Szczepkowskiej.

Po transmisji z Opola mieliśmy okazję obejrzeć przygotowane za ponad 27 milionów funtów widowisko z okazji otwarcia olimpiady 2012. To także Kultura. Ja wiem, że ambicją każdego organizatora jest przebicie atrakcjami poprzedników. Sądziłem, osobiście, że Pekinu już nikt nie przebije. Chyba poniekąd mam rację. W Londynie zaprezentowano okropne dłużyzny. Może marudzę, nie wiem, ale wiem też że, Angole dumni ze swojej historii i potęgi przez wieki, chcieli jeszcze raz nam to uzmysłowić za pomocą wymyślnych inscenizacji. Spowodowało to nudę, tym bardziej, że to działo się po północy na polskich zegarach. Znamy doskonałości brytyjskie ze służbą zdrowia na czele, tym bardziej w zestawieniu z naszą nędzą, ale tego wszystkiego po mojemu było za dużo. Natomiast pięknie wprost anielsko, prosto z nieba londyńczycy zorganizowali transport królowej matki na stadion, bez której impreza nie mogłaby wystartować, no i wspaniała inscenizacja w wykonaniu uskrzydlonych rowerzystów, nie mówiąc już o przecudnej urodzie zmyślnych fajerwerków. Osobny temat to zapalenia znicza olimpijskiego. Ten święty ogień najpierw rozdrobniony na małe źródła świetlne w misach oliwnych, dzięki technice zespolił się w jedno przecudowne ognisko spełniające rolę znicza. Czas na ucztę podczas sportowych rywalizacji olimpijskich, a mamy już pierwszy medal. Srebrny w strzelectwie. To wszystko co niniejszym piszę jest moim osobistym odczuciem, a właściwie odczuciem rodziny, bo takowe imprezy jak theatrum olimpijskie oglądam w towarzystwie najbliższych mi osób.

Na koniec kilka słów na temat komentarzy przypisanych do KOŁTUNA POLSKIEGO. Otóż takie słowne przepychanki jak wypowiedz Marysi, co to chwali demokrację i normalność w Hiszpanii (ma za co) i z kolei riposta gastarbeitera który proponuje jej seksualne stosunki z polskimi bocianami, mnie mało interesują. To nędza umysłowa, oczywiście tego drugiego. Dzięki za mądrą wypowiedz Humanisty. O pani Pawłowicz nie warto cokolwiek mówić, ona sama nas wszystkich zawrzeszczy jak atakowana wrona. Mocno i uczciwie scharakteryzowała stosunki naszych polityków z biskupami pani Jolanta. Takie właśnie układziki mszczą się na naszym „europejskim” kraju. Kołtuństwo, słowo ponoć użyte przeze mnie w zbyt delikatnym odniesieniu . Może i racja. Może rzeczywiście po imieniu należy mówić o oligofrenii, czyli ograniczeniu mózgowym w stopniu najwyższym, tym bardziej, że słowem tym ostatnio posłużył się pan prezes JK. Jeżeli miał na myśli m.in. Macierewicza i Fotygę to ok. panie prezesie.. Nasza Ojczyzna popada coraz bardziej w stan, o którym można powiedzieć słynne słowa poety: „ciemność widzę”. A nam z kolei słowa: „więcej światła” potrzebne są jak powietrze. Kłaniam się Państwu. Toruńczyk.

ŁAJZA


Tytuł wyrażony w formie inwektywy na razie nic Państwu nie powie, ale do czasu. Ostatnio głośno we wszystkich mediach jest o niejakim panu Śmietanko Andrzeju, człowieku PSL do wszystkiego i od wszystkiego, od co najmniej lat dwudziestu. To wierzchowiec ze stajni Waldemara Pawlaka. Pan Pawlak, wicepremier od sektora zagonowego, takich wierzchowców ma dość na tyle, że może nimi obstawić wszystkie gonitwy o najlepsze stanowiska w kraju. Andrzej Śmietanko, ostatnio prezes ważnej spółki Skarby Państwa zasłynął ( o czym już pisałem na moim blogu), super aferą polegającą na niegospodarności i kradzieży majątku narodowego, wyrażającą się m.in. wycieczkami wraz z rodziną i przyjaciółmi po całym bożym świecie na koszt kierowanej przez niego spółki, a nadto nepotyzmem, który w ścisłym rozumieniu należy nazwać podobnie. Złodziejstwo. Ten wierzchowiec Pawlaka charakteryzuje się bowiem wyjątkowym cwaniactwem ulokowanym w rozumie Nikodema Dyzmy. Szedł tam, gdzie posłał go Pawlak i setki jego zaufanych. Robił to, co potrafił najlepiej. Zapewniał dobre stanowiska pracy towarzyszom z PSL. Już dwadzieścia lat temu Śmietanko oszukał Rejonowe Biuro Pracy w Piszu. Wyżebrał duży kredyt na inwestycję, która miała ludziom stworzyć stanowiska pracy. To jakaś tam wytwórnia brykietów z trocin i torfu. Ponieważ interes z brykietami szedł słabo, sprzedał go … sobie jako Andrzejowi Śmietance, szefowi spółdzielni rolniczej, gdzie pełnił takowe stanowisko. Transakcje sfinansował bank BGŻ. W ten sposób Śmietanko pozbył się kłopotów wraz z zadłużeniem. Dzięki rodzinie PSL -owskiej Śmietanko awansował w sposób podobny do przeskoków pszczoły, podążającej z kwiatka na kwiatek. Nic dziwnego, że wkrótce, jako poseł począł ocierać się o stanowiska ministerialne. To coś podobnego do kariery agenta Tomka, bo o Dyzmie już wspomniałem. A ponieważ w Śmietance rozbudziły się ambicje kogoś, komu trudno przyznać się do obory, stodoły i gnoju, dysponując dużymi pieniędzmi, a jeszcze bardziej władzą, zażyczył sobie zakup do jego osobistej używalności luksusowego samochodu za blisko 160 tysięcy złotych (dzisiejszy przelicznik to ok pół miliona). Pławiąc się na zajmowanym stanowisku, podczas wizyt gospodarskich pił i łajdaczył się na potęgę, przy cichej akceptacji kolejnych szefów partii ludowej. Na Mazurach po jednej z libacji w motelu „Czarny Pająk”, wsiadł do tejże maszyny i na jednym z zakrętów przyłożył w płot opierając się o dom sąsiada. Aby ocalić dupsko poprosił miejscowego burmistrza, aby on wziął winę na siebie. Burmistrz ze strachu o swoją karierę zeznał przed policją, że to on chciał wypróbować ową brykę. Zachował stanowisko bo policja sprawę umorzyła też ze strachu przed władzą. A Śmietanko coraz bardziej rozpalał w sobie krew, szczególnie na widok młodych dziewczynek. Jedna z nich lat 17, tak ich spotkanie relacjonuje: Wywiózł mnie pod las i zaczął się dobierać. Szarpał moje ubranie. Kiedy opierałam się obiecał mi pieniądze. Zaczęłam krzyczeć. Co to kurwę sobie znalazłeś?. Na szczęście był bardzo pijany. Po mniej więcej dwudziestu minutach szarpaniny samowolnie zrezygnował. Więcej nie pojadę nigdzie z żadnym ministrem. I właśnie tym momentem drodzy moi uzasadniam tytuł posta : ŁAJZA. Ta łajza pełniła wiele odpowiedzialnych funkcji w kraju. Oczywiście bez żadnych ku temu predyspozycji. Przykładem ośmieszającym nasz rząd niech będzie to, że gdy Śmietanko pojechał (po coś tam) służbowo do USA, to redaktor Jacek Kalabiński telefonował do kraju: Pojawił się niejaki Śmietanko. Podaje się za polskiego ministra rolnictwa. Co mam z tym zrobić?. A to dopiero problem, bo facio ani me, ani be, po angielsku. Zapewne sądził. Że po niego na lotnisko wyjedzie prezydent USA wraz z ekipą tłumaczy. Z kolei po kilkudniowej wycieczce do Maroka, pytany o efekty wizyty, Śmietanko z rozbrajająca szczerością przyznał, że będziemy musieli jeszcze na nie poczekać., bo nie wszystko od razu da się zrobić. W osłupienie wprawił wszystkich dziennikarzy. Tak oto przez lat 20 snuła się kariera Śmietanki po obrzeżach sektora rolnictwa. Obok stołków ministerialnych w rządzie, zaliczył też przez chwilę Pałac prezydencki, jako doradca (ciekawe czego i komu). Gdy wreszcie ta łajza „państwowa” obskoczyła wszystkie stanowiska poczynając od Agencji Rynku Rolnego, poprzez Agencje Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, oraz fuchy typowo rządowe, „ojciec chrzestny” Pawlak umieścił go w Elewarrze. To tak jakby kota wpuścić do spiżarni. Tam obok setek tysięcy ton ziarna przesypują się tony złotówek. Pewno by jeszcze tam sobie pożył po cesarsku wraz z rodziną i przyjaciółmi, gdyby wśród przyjaciół nie znalazł się ktoś bardzo zazdrosny. I oto podczas towarzyskiego spotkania, przy Jasiu Wędrowniczku jego dotychczasowy kumpel nagrał rozbrajającą i szczerą rozmowę, ujawniającą kulisy życia na dworze cesarskim prezesa, a taśmy z jej zapisem udostępnił telewizji. Tak oto skończyła się natychmiast kariera Dyzmy śmietankowego, która to równocześnie oznaczała dymisję ministra Sawickiego. (Coś z tymi Sawickimi jakoby było nie tak jak trzeba?). Ale jak powszechnie wiadomo. Śmietanko krzywdy nie dozna. PSL to jedna bardzo zwarta, kochająca się rodzina, cyklicznie poświęcana przez zaprzyjaźnionych biskupów. Nie wyobrażają sobie nawet, by ktokolwiek z krewnych nie miał stosownej (za ok.7000 zł) pracy. A tak w ogóle to Śmietanko, jak i jego dzieci i wnuki do końca życia nie muszą ciężko pracować. Teraz mogą tylko spijać śmietankę z dorobku życiowego Śmietanki.

Wszystko to się dzieje przy otwartej kurtynie, gdzie premier Tusk robi wrażenie zakłopotanego sektorem rządzonym przez PSL, ale w gruncie rzeczy nawet nie kiwnie palcem by raz na zawsze rozpędzić to szemrane towarzystwo tkwiące szczególnie w spółkach Skarbu Państwa, na cztery wiatry. Nie zrobi tego, bo koalicja, a zatem i władza jest najważniejsza. Dla PO i PIS oczywiście, bo akurat premier Miller przepędził PSL z koalicji parlamentarnej, za co wiele zapłacił, co sam przyznaje. Ale na tym polega moralność, choćby rządowa.


Cytat z prasy: My się tutaj z towarzyszami rolnikami naradziliśmy i chcemy powtórzyć te nieśmiertelne słowa: JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA PÓKI MY KRADNIEMY. BO KRADNIEMY CIĄGLE, ALE Z ROZWAGĄ.

środa, 25 lipca 2012

KOŁTUN POLSKI

Desmond Tutu, arcybiskup, powtarzam, arcybiskup, laureat Nagrody Nobla powiedział: „Nikt nie ma prawa sprawiać, żebyś czuł się gorszym człowiekiem z powodu tego, kim jesteś, jeśli przeżywasz życie tak, jak zostałeś stworzony, w wolności i z godnością”. Święte słowa, pod warunkiem gdyby padły z ust abp Michalika, a nie jakiegoś tam czarnego Tutu. Poseł Robert Biedroń mimo to, owe słowa skierował do Sejmu Rzeczypospolitej, złożonego prawie w 90% z bogobojnych katolików. Skierował do tych ponad 300 kołtunów z mandatami PO, oraz PSL, PIS i SP. Okazuje się, że żadne słowa, żadne cytaty z wypowiedzi tych co myślą i są nagradzani za zdobycze nauki i walki o nowoczesny sprawiedliwy świat nie trafiają do polskiego kołtuństwa. Właśnie w tym przekonaniu i tej ciemnocie każe im tkwić „ich” Kościół katolicki, którego wyrocznią, mimo zejścia z tego świata, wciąż pozostaje JPII. Ten sam, co to do końca ukrywał jak tylko mógł zarazę pedofilii wśród duchownych w całym swoim Kościele, który do końca zapewne pozostawał w świadomości, że połowa kapłanów to homoseksualni faceci, bowiem wiadomo nie od dzisiaj, że tzw. powołanie do stanu kapłańskiego to zwykła obsesja objawiająca się szczególną „sympatią” do płci męskiej.
Cóż to ów kołtun, który tak bardzo rozrósł się wśród ww. parlamentarzystów. Otóż kołtun jako taki to pęk włosów na głowie sklejony łojem. Dawniej podobno bronił przed diabłem i chorobami. Tak było dawniej, dużo dawniej, ale dziś?.. Jakże mi to porównanie pasuje do składu Sejmu. Przecież oni prawie wszyscy najbardziej boją się właśnie diabła, bo z chorobami mając Piechę i Kopacz, nie mówiąc już o prawie świętej Radziszewskiej, sobie jakoś poradzą. Diabła się boją, bardziej jak on sam wody święconej. Dlatego tak się skołtunili. Już w XIX wieku podjęto walkę z kołtunem poprzez nauczanie a nawet represje. Nie wpuszczano kołtunów do urzędów i szkół. Mieli tylko wstęp do świątyń, ale akurat te pozostawały (prawie do dzisiaj) matecznikiem kołtuństwa w pojęciu wstecznictwa i absolutnego zacofania. Bo od dawna kołtunem pogardzano. Dla światłych pozostawał on człowiekiem ograniczonym intelektualnie, człowiekiem o ciasnych poglądach i bardzo wąskich horyzontach. Czy takimi mienią się nasi wybrańcy na Wiejskiej?. Słuchając z ich ust wypowiedzi można temu zaprzeczyć, chociaż nie zawsze, bowiem poza lewicą szeroko pojętą, ...aż około 3o0 posłów PO ujawniło podczas głosowania nad ustawą swoje horyzontalnie wąskie w świetle postępu przekonania. Ale jak ma być inaczej, skoro w ławach poselskich zasiadają takie kołtuny jak pani Pawłowicz z PIS, której wypowiedzi wstyd cytować. Ta ponoć doktor z UKSW, twórca prawniczych „potworków”, wróg Unii Europejskiej przez skołtuniony Sejm została wybrana na sędziego Trybunału Stanu (do 2011r.), no to o czym my tu mówimy. Czy taka pseudoprawniczka, co to w dniu pogrzebu poetki pluje na Wisławę Szymborską nazywając ją niepolską poetką, ponieważ w jej utworach nie dostrzega polskiej wierzby i przyrody, a poetka powinna wg niej pisać o ptaszkach, pszczółkach i dojrzewaniu. Zastanawiam się, jak może ona być zapraszana do mediów, gdzie przekrzykuje swoje interlokutorki, a audycja w tym momencie zatraca swój sens. To postać z tych, co to cieszyli się ze śmierci profesora Geremka: „dobrze, że zdechł”. Tak, bardzo dobry z niej materiał na sędziego Trybunału. Pogratulować najpierw wyborcom a potem Sejmowi. Ma żal, że prezydent Warszawy przepędziła ją z Uniwersytetu Warszawskiego. I tak zbyt długo zaperzała mózgi świeckich studentów. Ta pani reprezentuje środowisko, które do dzisiaj zapewne koresponduje z przesądami i gusłami typu: Nie chodź nad dzieckiem, bo nie urośnie. Nie kąp się przed św. Janem, bo ciężko zachorujesz. Nie patrz na księżyc bo dziecko ci wyłysieje. Noś na szyi szkaplerz, bo cię złe opęta. Trzymaj kota tylko do lat trzech, bo potem będzie mądrzejszy od właściciela i rzuci klątwę, itp. Może zbyt mocno uczepiłem się tej postaci, ale jest ona dotykalnym właśnie przykładem sejmowego kołtuństwa i ciemnoty katolickiej. Jest tą osobą, której wraz z całym PIS i większą częścią PO przewodzi minister sprawiedliwości, a faktycznie podnóżek abp. Dziwisza poseł Jarosław Gowin. Pani Pawłowicz ma ponoć wymierne wykształcenie. Ile ono warte w nowoczesnym, postępowym świecie?. Ano nic nie jest warte. A może mniej więcej tyle co posiada w głowie jej partyjny kolega poseł Jurgiel, bez doktoratu, były „ministrant” od rolnictwa, pachołek ojca Rydzyka, chłop prosty jak widły tkwiące w kupie nawozu. Ja rozumiem, że głosy na nie, w sprawie rzeczonej ustawy oddały kołtuny Kaczyńskiego i Ziobry, bo w innym przypadku Rydzyk pokazał by im swój zadek!, Pawlaka, bo strach iść w niedzielę na mszę w swojej wiejskiej parafii, ale, że aż tylu posłów Platformy ujawniło swój obskurantyzm, oraz ciasne jak komórka na węgiel poglądy. Wśród nich są ogólnie postrzegane dość pozytywnie dotychczas postaci, jak szef klubu PO Grupiński, minister kultury Zdrojewski, oraz szkolnictwa Szumilas. Pozytywne w oczach milionów Polaków stanowisko tym razem zajęła pani marszałek Sejmu. Ja rozumiem, że dla katolika, szczególnie tego, który prezentuje wręcz skrajne przywiązanie do nauki Kościoła, nie jest wygodnie publicznie unieść rękę za projektem ustawy, która reguluje coś, co wg. tegoż Kościoła nie podlega regulacji, ale na jaki czort jest nam potrzebny wobec tego Sejm, który od pięciu lat nic nie może. Utopiliśmy w nim ogromne miliony na pensje i premie oraz na same wybory. Topimy te pieniądze nadal, a pożytek z tego nijaki. Wedle nauk wynikających z przesłania wiary, oraz podpisanego konkordatu bardzo zresztą jednostronnie korzystnego dla Watykanu, polski parlament ma związane ręce w uchwalaniu ustaw, które by zbliżały nas do prawdziwej Europy. Ktoś wczoraj w komentarzu napisał: Sami ich sobie wybraliście, to teraz na nich pracujcie, sami przy tym oplatając się nędzą. Milczcie teraz, gdy ujawniane są fakty złodziejstwa i masowego wręcz nepotyzmu w partiach rządzących. Milczcie i módlcie się. Amen.

niedziela, 22 lipca 2012

CHŁOP POTĘGĄ JEST I BASTA

Przysłowie jak przysłowie, ale coś w tym jest i to bardzo na rzeczy. Tym bardziej, gdy zacytujemy inne: „Chłop mowny, a kot łowny, z głodu nigdy nie zemrą”. Dali takiemu mownemu stanowisko ministra od rolnictwa, a tenże poustawiał na sutych stanowiskach, gdzie do łapy pcha się sama kasa, swoje koty i oto mamy to co mamy. Chłop słyszy, że taki tam chudopachołek jak Janowski Robert, co to postoi przed kamerą pół godzinki dziennie, bierze do kieszeni co miesiąc 150 tysięcy złotych. Że taka Doda za pokazanie na pół gołej pupy i wyartykułowanie kilku piosenek, zwanych w jej środowisku artystyczną produkcją kasuje 100 tysięcy złotych. Że taki Lato i jego najbliżsi koledzy z Kręciną na czele, za pierdzenie w stołki biorą sobie po 50 tysiaków pensji plus podobne premie. Że w końcu krajowi parlamentarzyści, chcąc dorównać tym z Brukseli, sami uchwalają wysokość własnej miesięcznej wypłaty, oraz cyklicznych jak miesiączka podwyżek. Że taki mało uczony Smuda (ksywa: mówca), za męstwo noszenia na swoim grzbiecie tytułu trenerskiego, brał z kasy państwa taką górę pieniędzy, że stać go było na wybudowanie pałacu wielkości amerykańskiego białego domu w stylu zakopiańskim, co zresztą spotykamy nagminnie w całym środowisku polskiego rozmemłanego piłkarstwa. Można by mnożyć tysiące podobnych przykładów narodowej pazerności i pospolitego złodziejstwa w otoczce prawa, ale po co. Wystarczy zacytować jeszcze jedno przysłowie: „Chłop głupi jak osioł, a chytry jak diabeł”. Prawdopodobnie, przy luźnym jak rozwolnienie naszym prawodawstwie, podobnie by się zachowywał każdy, kto znalazł by się przy pełnym korycie pozbawionym jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa i nie musi być on synem wsi.. Może reprezentować środowisko Platformy Obywatelskiej, choćby Pitera z partii rządzącej (lewe drogie mieszkanko dla dziecka), lub PIS, czyli środowisko moralnych jak ojciec Rydzyk piewców prawdy, czy wreszcie inne pozostałe partie, choćby reprezentowane poprzez postawy ujmującego osobistym wdziękiem prokuratora Ziobry, chytrego jak wilkołak M. Kamińskiego z CBA, cwaną, a równocześnie nadzwyczaj inteligentną Jakubowską z SLD. Gwoli uczciwości reporterskiej można jeszcze przytoczyć postawę moralną prokuratora Święczkowskiego, tego od skandalu zakończonego śmiercią pani Blidy. Ten do bólu „uczciwy” przedstawiciel polskiego prawa przechodząc na skromną emeryturę po wyborczej przegranej PIS w wysokości 14 tysięcy złotych, wykorzystując znajomości i układy wcisnął się na radnego na Śląsku za kilka „baniek” i jednocześnie jak lew bronił swego miejsca na ławie sejmowej za 25 tysięcy złotych, bo właśnie owe układy pozwoliły mu zostać posłem. Gdyby nasze państwo było państwem prawa, a nie państwem, którego w gruncie rzeczy istnienie jest uzależnione od układów i układzików, ale przede wszystkim od potężnego zagłębia watykańskich „ajatollahów”, który to niejako stymuluje skład osobowy parlamentu, a przez to i stanowione prawo, nasze uszy i oczy nie byłyby narażone na porażenie podobnymi skandalami, jakimi przez długi czas żyć (dobrze) będą media. Gdyby rzeczywiście przysłowie „gówno chłopu nie zegarek”,respektowano na serio, to nigdy taki typek jak Śmietanko nie postawiony by został na stanowisku, gdzie rolnicze pieniądze (państwowe) płyną szerokim korytem rzeki, czyli na szefa ELEWARRU. Bo przecież to jest ten sam Śmietanko, który za czasów rządu Pawlaka jako minister rolnictwa „upijał” się się jak bąk nie tylko wódą, ale też wszystkimi dobrami płynącymi doń ze wszystkich stron. Uchlany, siadając za kierownicę spowodował wypadek. Rozbił luksusowy samochód służbowy, oraz sąsiadowi mocny płot. Jak donosi NIE, aby uniknąć odpowiedzialności (właśnie dzięki układom i znajomościom) znalazł słupa, który (nie za darmo) „przyznał” się, że to akurat on prowadził samochód). Jak można było powierzyć tak bardzo odpowiedzialne stanowisko takiej politycznie niemoralnej kreaturze. Ta kreatura, jak wynika z nagrań taśmowych, poza dotrzymywaniem towarzystwa notablom świeckim i duchownym, za pieniądze państwowego przedsiębiorstwa, wraz z rodziną i przyjaciółmi wojażowała po świecie od Meksyku po Kalifornię. Od Brazylii po Japonię i Bóg wie gdzie jeszcze. Czasu więc na wykonywanie obowiązków nie miał wiele, chyba że wliczyć mu postoje w kolejce do kasy. A rocznie pobierał 800 tysięcy złotych, jako wynagrodzenie podstawowe, czyli prawie jak jaka polska Madonna, albo polski Ronaldo, w sytuacji, gdy jego starzy sąsiedzi na polskiej pobożnej wsi żyją z rolniczej  emerytury w wysokości 700 złotych. Jak on może patrzeć prosto w oczy tym swoim wyborcom, tego nie wiem. Jego synalek z woli zaradnego tatusia znalazł b. dobrze płatną posadę w ambasadzie polskiej w Sztokholmie. Musi być zdolny jucha, jak to chłop. Takiego typa jak Śmietanko minister Sawicki postawił właśnie na tak „urodzajnym” stanowisku. Chyba ze względu na tytuł doktora, który zdobył po napisaniu pracy pt. „Ochrona upraw rzepaku ozimego są pomocą lotnictwa” Może podać rękę Rydzykowi, którego doktorat ma podobną wartość merytoryczną.. To przecież raczej temat dla przeciętnego pilota, a nie dla chłopa doglądającego z rana po rosie swoich pól. Takich typów, którym wiejska słoma wyłazi ze skarpet w naszym zblazowanym więzią z Kościołem na państwowych stanowiskach, pławiących się w fortunach Spółek Skarbu Państwa, gdzie łamane są nagminnie przepisy kominowe jest masa. A jak może nie być skoro ręka myje rękę. Wielu polityków PSL swoje dzieci ulokowało pod skrzydłami nie tylko Śmietanki ( Kłopotek, Żelichowski, Kalinowski), ale też u innych towarzyszy, których dzięki wiecznej koalicji w kolejnych rządach umieścili tam, gdzie są najlepsze konfitury dodatkowo osładzane funduszami strukturalnymi z Unii Europejskiej. Swoją dymisję Śmietanko nazwał wyjątkowym nietaktem ze strony władz, bo przecież zbliżają się żniwa. Oczywiście, żniwa dla niego i jego „przyjaciół”, to jak czas kolędy dla kleru. W Agencji Restrukturyzacji Rolnictwa znaleźli pracę wszyscy, którzy należeli do wielkiej rodziny PSL i to za kasę nie mniejszą jak 7-10 tysięcy złotych. Słowo RESTRUKTURYZACJA w tym miejscu brzmi jak ironia. „Złodzieje wykańczają jednego ze swoich, aby dalej kraść”, tak najpewniej Andrzej Lepper by określił to co się dzieje w PSL. On ich znał jak własny kciuk. O tych strasznych, w gruncie rzeczy nieprawidłowościach, dzięki służbom specjalnym Donald Tusk doskonale się orientował od dawna, ale mimo to milczał i przyjacielsko uśmiechał się do cwanego jak lis Pawlaka, bo tylko sojusz z nim i jego ludźmi daje gwarancje utrzymania koalicji, a więc i władzy. Gdyby Tusk za młodu nie skakał po kominach, a przykładał się bardziej chociażby do polskiej literatury, to po porządnej analizie „Chłopów” Reymonta zapamiętał by mądrą odzywkę proboszcza do Jasia, początkującego seminarzysty; „Ale uważaj tam na siebie i nie spoufalaj się z chłopami, bo kto się zadaje z plewami, tego świnie zeźrą”. Do dzisiaj katabasy taką opinie mają o chłopach. Uśmiechają się do nich szyderczo, otaczają ich opieką „duchową”, ale prawdziwe lody kręcą z tymi chłopami, których los (a najczęściej koledzy) usadowili na dobrych i bogatych posadach. Z takimi spędzają wieczory na pijaństwie, dysputach o polityce, pokerze i polowaniach. Nie mam pojęcia co zrobi aby wyciszyć sprawę premier, ale jak należy się domyślać, to gwoli „bezpieczeństwa państwa”, a raczej gwoli zachowania swego stanowiska, chwilowo sam „pokieruje” rolnictwem, nawet nie ruszając z posad złodziei w przysłowiowych gumiakach, tymczasowo obutych w lakierki, bo przecie strach narazić koalicje na rozpad, tym bardziej, że ma koło siebie wewnętrznego opozycjonistę cywilnego kardynała Gowina, który z szyderczym uśmiechem co krok niszczy pomysły rządu dot. umiejscowienia Polski w rodzinie krajów postępowych. Mówi się , że chłop jada rosół z kury, tylko wtedy gdy zachoruje on, albo kura. Okazuje się, że chłop Śmietanko i tysiące jego braci w wierze spowodowali, że wszystkie kury nadawały się na ich rosół, bo cała zarządzana przez nich gospodarka była ciężko chora, a dalsze jej nie leczenie zagrażało pandemią w skali całego państwa.

środa, 18 lipca 2012

BOSKA CZĄSTKA

Teoria Darwina w karykaturze
Jak na ironię nazwano ją boską. Jest wynalazkiem i owocem prac najznakomitszych naukowców pracujących nad jej odkryciem w ciągu wielu lat. Naukowców, co to akurat nie tworzą ulubionych zastępów przyjaciół Pana Boga i Jego stolicy apostolskiej. Wiadomo wszak, że nauka i wynikający z niej postęp nie znajdowały uznania w oczach Kościoła, szczególnie katolickiego. Wszelki postęp w dziedzinie odkryć zarówno biologicznych, fizycznych, chemicznych, astronomicznych, medycznych, a nawet swego czasu geograficznych, był tłumiony przez papieży, oraz poddane mu duchowieństwo, zaś odkrywcy nowych teorii własne życie kończyli w lochach klasztornych, a nawet na stosach, jako ci co sprzeciwili się woli Stwórcy. Ich dzieła do dzisiaj zalegają tajemne zbiory ksiąg zakazanych. Dlatego też to odkrycie XXI wieku, czyli bozon Higgsa, inaczej, cząsteczkę jeszcze mniejszą od elektronu, która sama w sobie stanowi elemencik atomu, nazwać można było „boską cząstką”, tylko ze względu na to, iż jest ona wręcz w sferze bajecznej wyobraźni. Sensacja naukowa na miarę lotu człowieka na Marsa. Ale oto mamy XXI wiek i Watykan, który zdaje sobie sprawę, że dzisiaj postęp nauki jest tak wielki, iż żadne gusła, choćby wychodziły z pomieszczeń Bazyliki św. Piotra nie przyćmią postępu strachem gorejących stosów, wobec tego katolickie media i Watykan odkrycie naukowców powitali „entuzjastycznie” głosząc „ta boska cząstka ukazuje cud stworzenia, a jej nazwa najlepiej oddaje prawdę o tym, kto jest Panem całego świata”. Niestety, panie papieżu i panowie hierarchowie. Gdyby nie Kopernik, gdyby nie Newton, gdyby nie Giordano Bruno, gdyby w końcu nie Peter Higgs, to do dzisiaj byście uparcie twierdzili że ziemia jest płaska, a różny ciężar i zdrowie człowieka zależy od zalegań w nim ilości diabłów i innych tworów niecielesnych. A cóż to jest z punktu przydatności dla świata owa cząstka, czyli bozon Higgsa?. Ano jest to nic innego jak m.in. zaprzeczenie dotychczasowemu twierdzeniu o ładunkach elektrycznych składu atomu. Mówiło się, o czym wie każdy uczeń, że protony mają ładunek dodatni, zaś elektrony ujemny. Okazuje się, że wytworzony bozon spowodować może , że elektron wyposażony zostanie w ładunek dodatni, zaś proton w ujemny, czyli wszystko to stanie się odwrotnością i niejako stanie na głowie. Odkrycie to otwiera przed ludzkością wprost nieograniczone możliwości nie tylko w medycynie , a konkretnie w walce z rakiem, bo jeśli dzięki tej cząsteczce uzyskamy zdolność do wytworzenia strumienia antywodoru czy antyhelu, to nowotwory złośliwe, będą łatwiejsze do wyleczenia niżeli kac po imieninach u szwagra. Guzy rakowe potraktuje się bowiem takowym strumieniem i dosłownie .. wyparują. Prace nad uzyskaniem bozonu potwierdzają teorię Wielkiego Wybuchu który nastąpił w ciągu jednej miliardowej części sekundy, kiedy to cała znana nam materia, cała przestrzeń i czas, zaczęły się wylewać z jednego punktu, być może innego wszechświata. Ta zdobycz naukowa nie tylko posłuży dalszemu rozwojowi wiedzy w służbie potomków „Adama i Ewy”, których to jako tych ewangelicznych protoplastów ludzkości zwalnia się od prezentacji bajecznego opisu rajskiego ogrodu pełnego węży kusicieli.

Jak z każdym wynalazkiem, tym bardziej kosztownym bywa, tak i w tym wypadku będzie, że zanim rzeczywiście on posłuży wszystkim potrzebującym miną lata, a może i dziesiątki lat. Ale Kraków też nie od razu zbudowano.

niedziela, 15 lipca 2012

WĄTPLIWA SŁAWA I CHWAŁA

"Ariel" - kawiarnia na krakowskim Kazimierzu.
ARMIA KRAJOWA, to siły zbrojne polskiego państwa podziemnego, jaka narodziła się w czasach II wojny w celu wyzwolenia kraju, po kapitulacji Polski, oraz obrony ustroju sanacyjnego. Wywodziła się z organizacji: Związek Walki Zbrojnej i Polski Związek Powstańczy. W skład AK wchodziły m. in: Narodowa Organizacja Wojskowa, Konfederacja Narodu i Narodowe Siły Zbrojne. Jej podstawowe zadania, to dywersja, sabotaż i propaganda. To wszystko można wyczytać w Wikipedii. Tak mniej więcej lapidarnie można by określić tę zbrojną podziemną organizację, sterowaną przez polski rząd londyński. Można by rzec, AK, to duma polskiej najnowszej historii narodowej, polskiego katolicyzmu i wzorzec patriotyzmu. Można. Tyle, że tak po prawdzie ... to gówno prawda, jak zwykł powiadać ksiądz Tischner. Przez okres PRL, po cichu mówiło się, że przynależność do oddziałów akowskich kogokolwiek z rodziny nobilitowała tę rodzinę. Moją też. Wprawdzie tylko wśród bliskich i dobrych znajomych, ale zawsze. Dzisiaj, gdy podnoszą się kurtyny państwowych tajemnic, gdy mimo protestów znanych nam środowisk prawicowo-kościelnych ukazały się publicznie książki zawierające relacje świadków wydarzeń z lat 1940-1946 w odniesieniu do stosunków Polaków do Żydów, to natychmiast gloria z chwały partyzanckiej AK spada jak gacie po zerwaniu się gumki i pokazują się naszym oczom brudne, ohydne i wołające o prawdziwą pomstę do prawdziwego Boga, który na on czas był sprzymierzeńcem tej hańby, a więc popełnianych zbrodni z najniższych, najczęściej rabunkowych pobudek. Wiedzieliśmy i owszem o tym , że odziały AK, w których większość to sami przedwojenni właściciele ziemscy i ich sprzymierzeńcy strzelali do wszystkich tych, co to im przyszła ochota budowy nowej sprawiedliwszej Polski, wolnej od analfabetyzmu. Zabijali więc milicjantów, zabijali urzędników państwowych, zabijali pracowników banków, zabijali chłopów przyjmujących ziemię po parcelacji wielkich majątków, ale też zabijali w sposób najokrutniejszy ich rodziny włącznie z dziećmi. Dzisiaj, w wyniku badań coraz głębszych pokładów akt, ujawnia się powszechne zbrodnie zabijania przez AK osób żydowskich, ocalałych z łapanek i transportów do miejsc zagłady, a nawet Polaków dających im schronienie, oskarżając ich o sprzyjanie sowietom. Mordy Polaków na sąsiadach w Jedwabnem, Radziłowie i dziesiątkach innych miejscowościach Polski wschodniej z powodów czysto rabunkowych w imię pomsty za „ukrzyżowanie Jezusa”, były akceptowane nie tylko przez miejscowych księży, co to nocami wraz z hołotą wiejską chodzili wybijać szyby w sklepach żydowskich, ale też przez partyzantów NSZ i AK. Przy aprobacie duchowieństwa nagminnie w kościołach śpiewano: „Od Żydów Polskę racz oczyścić, Panie”. Akowcy miast walki z najeźdźcą hitlerowskim, w stosunku do którego akurat „stali z bronią u nogi”, licząc na wjazd do polski Andersa na białym koniu, czyli uderzenie atomowe Ameryki na koalicjanta Rosję, by do tego czasu przetrwać fizycznie rabowali i zabijali rodaków, szczególnie tych co to aprobowali nową władzę. Niestety, mało liczne były przypadki czynnego uczestnictwa AK w wysadzaniu np. hitlerowskich pociągów. W tych akcjach większy udział miały partyzanckie organizacje lewicowe. Ich naczelnym hasłem głoszonym i realizowanym była walka z ludowym wojskiem polskim, które przyszło do Polski ze wschodu wraz z Armią Czerwoną. Ginęli więc żołnierze-tułacze podążający do Ojczyzny z rąk współobywateli. Akcjom takowym sprzyjał obłudny polski antysemicki kler. Dawał im schronienie przed ścigającą ich milicją, a także wskazówki (często zasłyszane na spowiedzi) gdzie i kogo powinni zlikwidować. Pani Anna Bikont, polska dziennikarka i pisarka, w książce „My z Jedwabnego” obnażyła całkowicie AK z miru, sławy i chwały. GW z dnia 14 lipca, która zamieściła jeno fragmenty jej książki oraz kilka przypisów, aż nadto stawia włosy na głowie czytelnikowi. Przyznam, że do tej pory jako Polak byłem dumny z tego, że w moim kraju działała okryta takim nimbem podziemna organizacja zbrojna pt. Armia Krajowa. Dzisiaj niestety już tak nie jest. Moje spojrzenie na polską partyzantkę w świetle stawianych ostatnio pomników tzw. żołnierzom wyklętym, a w w wielu przypadkach w rzeczywistości zbrodniarzom działającym nie w imię wolności od faszyzmu, ale obrony polskiej, katolickiej, antysemickiej, zacofanej przedwojennej Polski mocno się przeorientowało. Szkoda, że tak długo żyłem w zakłamaniu i obłudzie, chociaż jak się powiada: lepiej późno niżeli wcale. Nie płynie w moich żyłach ani kropla krwi innej niżeli polska, ale nie potrafię pogodzić się z tym co wyczyniali moi rodacy.
Najłatwiej odpowiedzieć na pytanie, któż to taki dokonywał krwawych i bezkrwawych pogromów w latach trzydziestych i późniejszych, czytamy tu i ówdzie, że Endecy a szczególnie ONR owcy. Jeśli chodzi o mordy powojenne to różnie. W wielu wypadkach sprawcy są do dziś nieznani, zaś w części wypadków byli to żołnierze podziemia, mowa właśnie o AK, bowiem łatwiej było swoją frustrację polityczną wyładować na bezbronnych Żydach niż na uzbrojonych komunistach, często przypisując owym Żydom współpracę z sowietami, co jest zrozumiałe w świetle pogromów organizowanych przez Polaków-katolików. Tym bardziej, że Kościół stał się bastionem obrony społeczeństwa przed sowietyzacją. Nie spotkało się w zasadzie, jak pisze pani Bikont, ani jednego klechy, który by na kazaniu potępił poczynania AK w stosunku do Żydów. Żydzi, którzy mimo świadomości zdrady swojej religii przychodzili po pomoc do księdza byli najpierw obrabowani, a następnie wystawieni na cel zbrodniarzom. Ale co tam księża, skoro Powstańcy Warszawscy zabijali współtowarzyszy walki z okupantem, gdy dowiadywali się, że obok nich, broń wykierowana w Niemca spoczywa w rękach Żyda. Wielu członków podziemnych organizacji partyzanckich, idąc na kurestwo, po kieszeniach nosiło złote obrączki, kolczyki, oraz zęby wyrwane „żydkom”(jak ich określali). Podlasie, oraz ziemia łomżyńska i kurpiowska, a więc biedne tereny określane laskami, piaskami i karaskami szczególnie zacofane, a przy tym niezmiernie wierne naukom tępego kleru były bodajże najczęstszymi świadkami, a często i wykonawcami rzezi współsąsiadów wyznających judaizm, a również tych, co to z różnych powodów nie dawali przyzwolenia na coś podobnego. Po roku 1998 r, czyli po nastaniu niepodległości wielu działaczy politycznych z prawicy próbowało zaprzeczać prawdom które ujrzały światło dzienne. Pamiętam, był taki prof. Strzembosz, którego Wałęsa zrobił naczelnym sędzią Trybunału, jak zresztą wielu podobnych mu, do dzisiaj obijających się po salach parlamentarnych np. Michał Kamiński, który kandydował do Sejmu z terenów Jedwabnego. Mieszkańcy w nim widzieli obrońcę ich „czci”. Ten obrońca z ryngrafem Matki Boskiej Częstochowskiej udał się do aresztu w Londynie, by na kolanach wręczyć go Pinochetowi. Nigdy nie będę miał dla tego typa ani krzty szacunku, mimo że obecnie uciekł spod skrzydeł Kaczyńskiego.
...............................................................................................................................
Minęło od tamtych smutnych zdarzeń blisko 70 lat, a w polskim Krakowie, w przedwojennej dzielnicy żydowskiej, na Kazimierzu, gdzie dla podtrzymania tradycji żydowskich odbywają się przeróżne okolicznościowe festiwale, gdzie słychać śpiew i gwarę turystów przybyłych z różnych krajów świata, można również usłyszeć od polskiej chamskiej obsługi licznych kawiarni i restauracji słowa: Wypierdalać do Izraela, albo: Należy wprowadzić wizy dla Żydów i szczególne przepustki do Krakowa, albo: Należy gonić Żydów z Krakowa i całej Polski, niech jadą tam gdzie ich Stalin wysyłał, albo: Lepiej wpuścić do domu szczury niżeli Żyda. Wystarczy?. Wystarczy, wystarczy Polaku katoliku.

piątek, 13 lipca 2012

PORAŻAJĄCA LEKTURA


Foto: Tygodnik "NIE"
Mimo, że na dworze pogoda wyśmienita, która zachęca do lenistwa urlopowego, mnie akurat dopadła choroba, co to zwykle jest następstwem przeziębienia całego ustroju, a przynajmniej instrumentu zwanego gardłem i krtanią. Na szczęście choroby, jeżeli nie skazują człowieka na zbyt uciążliwe cierpienia, mają też dobre strony. Słaniając się w piżamie po domu dopadłem dwie książki, które od niedawna odkładałem, jak to mówią: na zaś. To NIEWOLNIK Isaaca Singera, pisarza polsko-izraelskiego, laureata Nagrody Nobla, oraz HISTORIE KOBIET W GUŁAGU Siemiona Wileńskiego.
Nie jestem, jak już komunikowałem, żadnym krytykiem literackim. Nie mam też ambicji reklamowania EMPIKU i innych baz dystrybucji literackich, ale chciałbym korzystając z bloga powiedzieć kilka słów na temat odczuć czytelniczych po przeczytaniu tych akurat dwóch pozycji, których treści bardzo, ale to bardzo mnie wzruszyły, co jest powodem mojej odzywki. Tytułowy NIEWOLNIK to wykształcony w Talmudzie, ale nie tylko, bardzo religijny i pracowity młody Żyd imieniem Jakub, który jako jedyny pozostał przy życiu po masakrze jego współplemieńców na wschodnich terenach Polski w okresie powstania Chmielnickiego. Bohater powieści zostaje zatrudniony do obsługi bydła u Polaka gospodarza w charakterze niewolnika. W chlewie śpi, doi krowy, odrzuca gnój itp. Jest upokarzany mimo, iż wiedzą ogólną góruje nad wszystkimi mieszkańcami. Co prawda wątek książki trzyma się miłości córki gospodarza do Jakuba, któremu akurat wiara nie pozwala kontaktować się, tym bardziej cieleśnie z gojką (katoliczką), ale najważniejszym przesłaniem powieści jest wściekły antysemityzm, jaki cechuje Polaków. Żyd, jak przekonywał ksiądz jest tyle wart co szkodliwe zwierze, które można, a nawet powinno się zabić przy byle okazji nie ponosząc żadnych konsekwencji. Pokazany w tamtejszej karczmie opój klecha katolicki, absolwent seminarium krakowskiego, namawia ciemnotę wiejską, by zrobili porządek z Żydkiem. Niech nie chodzi po świecie i nie głosi kociej wiary. Jak można tolerować przy życiu kogoś, kto zabił boga, kto ukrzyżował Chrystusa. Takie było niestety stanowisko prawie całego Kościoła katolickiego wobec obecności Żydów w Polsce, a ciemny, brudny, nie myjący się miesiącami katolik gotów był wykonać każde polecenie ciemnego w istocie wiejskiego klechy. Niestety tak to pozostało aż do czasu holokaustu. Przed II wojną światową zarówno prości księża jak i biskupi głosili kazania, w treści których zawarta była nienawiść do Żyda. Prymas „tysiąclecia” Wyszyński pochwalał „Mein Kampf” Hitlera za mądre plany fizycznego unicestwienia Żydów. Ojciec Maksymilian Kolbe, to kapłan pogardy dla Żyda. W swych wydawnictwach niepokalanowskich wrogi stosunek do judaizmu szerzył od Polski po Japonię. Jak na ironię uśmiercony przez nazistów, bo chciał być rozstrzelany zamiast innego Polaka, ojca dzieciom. Wątek jego śmierci dobrowolnej umieścił go w panteonie świętych, niestety wstydliwy dla Kościoła stosunek Kolbego do wyznawców Mojżesza jest przemilczany, a nawet ukrywany. Zamroczony naukami kościelnymi naród wierzył, że Matka Boska była Polką i urodziła się gdzieś pod Częstochową, a Żydzi Jezusa pojmali i ukrzyżowali w okolicy Lichenia, bo zbudowano tam na pamiątkę kamienną Golgotę. Nie ma się czemu dziwić, bowiem taką wiedzę posiada dzisiaj jeszcze wiele moherowych niewiast. Książka w swej wymowie jest tragiczna nie tylko ze względu na masakrę naszych starszych braci w wierze ze strony wyznawców Jezusa, ale też ze względu na dramat osobisty na styku miłości Polki do Żyda i odwrotnie.
Dzięki takim autorom jak Singer, jak Gross, jak Grabowski, jak Engelking i wielu, wielu świadkom, polski wściekły antysemityzm, szczególnie na terenach wschodnich zostaje ujawniany od nowa. I nie pomoże milczenie i chowanie głowy w przysłowiowy piasek Jedwabian, oraz mieszkańców wielu innych miejscowości, w których popełniono polskimi rękami tysiące okrutnych zbrodni. W tym roku obchodziliśmy 71 rocznicę mordu Żydów w Jedwabnem. Czy to, że na uroczystości pod pomnikiem nie było ani jednego mieszkańca coś nam mówi?. Tak!. To zachowana wrogość do Żydów do dnia dzisiejszego. Nic się nie zmieni w tym względzie, dopóki po ulicach Jedwabnego chodzić będą świadkowie zbrodni, oraz ich dzieci.
HISTORIE KOBIET W GUŁAGU to zbiór straszliwych w swej wymowie opowiadań ofiar gułagów oraz stalinowskich obozów pracy dla płci żeńskiej. Przemawiają tam głosem pełnym płaczu i łkań, na blisko 600 stronicach książki kobiety-ofiary czystek w latach 1928-1954.To kobiety z wyrokami najczęściej dziesięciu lat pobytu w owych obozach i gułagach rozsianych po całym terytorium Syberii i Kazachstanu. Były o zwykle młode kobiety, oderwane od małych dzieci (dzieci umieszczano w domach dziecka), aresztowane wraz z mężami, a nawet rodzeństwem i dalszą rodziną za samo pomówienie i fałszywe donosy do władz stalinowskich. To kobiety wykształcone, z tytułami magisterskim, doktorskim, a nawet profesorskimi. To lekarki, kobiety inżynierki, aktorki i pisarki. To dzieło historyczne powstało dzięki temu, że jednak część z nich dożyła śmierci Stalina, Berii, Jeżowa i Wyszyńskiego. Większość oddała swe życie w warunkach podlejszych niżeli przetrzymuje się zwierzęta chlewne, bo akurat te maja stosunkowo ciepłe pomieszczenia. Umierały w przekonaniu o niewinności Stalina. Sądziły, iż Stalin jest izolowany przez wrogich mu ludzi od tego co naprawdę dzieje się w tym wielkim kraju. Powieść, a raczej opowieści tych nieszczęsnych ofiar, powoduje, że trudno oderwać oczy od tekstu, a czytelnikowi, niezależnie od płci często oczy zachodzą łzami, bo opowieść ta, to przykład tego, iż możliwe jest wspólne cierpienie ludzi o różnych orientacjach seksualnych, ludzi bezwyznaniowych i różnych religiach, a także różnych rasach i narodowościach, bowiem w gułagach razem cierpiały kobiety rosyjskie, fińskie, białoruskie, ukraińskie,litewskie, polskie, niemieckie, a nawet amerykańskie, angielskie i australijskie. Te ostatnie zostały aresztowane z tytułu podejrzenia o szpiegostwo natychmiast, gdy przybyły wraz z rodzinami do ZSRR, jako kraju szczęśliwości i równości społecznej. Cierpienie mieszkańców wielkiej Rosji, którzy uwierzyli w nowy sprawiedliwy świat stalinowski, po podobnie zbrodniczych czasach rządu mienszewików, to dowód, że nie ma w historii ludzkości drugiego tak dramatycznie doświadczonego narodu. Historii pisanej wyłącznie krwią niewinnych matek, żon, dziewczyn, a nawet młodziutkich dziewczynek. To historia Rosji „płci żeńskiej”, ponieważ druga płeć doświadczyła jeszcze bodajże większych dramatów.
..............................................................................................................................................
Aliści wykorzystam łam tego posta do podzielenia się z Państwem moimi spostrzeżeniami w aspekcie ostatnich komentarzy.
Podzielam zdanie pana AaaA, którego ciarki nawiedzają gdy słucha Kaczyńskiego, bo ten polityczny osobnik końca dwudziestego wieku, któremu jest dane (bratu zaś nie) dożyć naszych dni w swoich wypowiedziach rzeczywiście przeraża i przestrasza jak basza w Twardowskim. Ale obaj wierzymy w to, że on już mało co może. Zresztą, prawdę powiedziawszy to wcale mu do władzy nie jest spieszno. To bardzo wygodny status być w opozycji. Nadzieją jest to, że partie skrajnie prawicowe rozpadną się w najbliższym czasie do reszty, a tzw. „zasłużeni” posłowie będą adoptowani przez partie zbliżone ideowo. Pokazywanie natomiast Czarneckiego jest bardzo niezdrowe dla Polski i jej mieszkańców. Propagowanie idioty politycznego w organizmie tkwiącym za zwieraczami swojego guru szkodzi. Bardzo szkodzi, jak denaturat bez zakąski. Potwierdzam słowa pani J., która powiada, że mamy taką politykę, do jakiej zachęcamy sami tych polityków. No właśnie, wyznajemy podobne wartości jak ci wyżej przeze mnie wspomniani. Dzięki temu ich wybieramy, a oni się nam odwdzięczają tym, co chcemy od nich usłyszeć Inaczej skąd by się ciągle brało poparcie dla Jarosława w granicach 30%?.Tak, dotyczy to w gruncie rzeczy prawie wszystkich partii. A szczerze mówiąc, to po prawdzie im wszystkim kury szczać prowadzać, a nie rządzić nowoczesnym europejskim państwem. Pozdrawiam Czytelników, a szczególnie Komentatorów. Pogodnych, miłych dni życzę.




środa, 11 lipca 2012

KARIEROWICZE I KAPCIOWI

Powiem wprost. Generalnie rządzą nami ludzie z inteligencją średnią, a raczej przeciętną. Na stanowiskach państwowych, regionalnych, oraz w parlamencie, a dosłownie, to na każdym kroku zasiadają postaci, na twarzach których można odczytać cwaniactwo, pieniactwo, oraz mierność intelektualną, nie mówiąc już o wiedzy merytorycznej. Broń Boże funkcji kapciowego nie wytykam wyłącznie kardynałowi Dziwiszowi. Wśród plejady polskich polityków oczywiście można znaleźć co cenniejsze rodzynki. Jeżeli one potrafią przygnieść swoją inwencją oraz determinacją owo marne otoczenie polityczne, wówczas właśnie oni zdobywają władzę, często władzę naczelną. Obserwując jednak początki kariery niektórych bardzo miernych, ale wiernych dzisiejszych dostojników to można śmiało powiedzieć, że warto rozpoczynać ją w roli kapciowego. Pominąwszy Lecha Wałęsę, którego kariera to osobliwy wyjątek, wielu kapciowych nigdy by nie znalazła się na dzisiejszych stanowiskach gdyby, no właśnie nie te kapcie. Wielu też wykorzystało wzburzenie i niezadowolenie z warunków pracy i płacy ich środowisk, by na plecach kolegów, najczęściej samozwańczo wylądować na piedestale. No bo weźmy przykładowo takiego Stanisława Koguta, człowieka prawie analfabetycznego, nie potrafiącego zbudować prostego poprawnego zdania po polsku, dzisiaj pobierającego pensję senatora, za to potrafiącego publicznie gnoić sędziego na boisku. Ten człowiek incydentalnie wykorzystał kolegów kolejarzy w Ostrowie Wielkopolskim, bowiem stanął samorzutnie na czele strajku o lepsze warunki pracy, co w konsekwencji spowodowało nieszczęsny podział polskiego państwowego kolejnictwa na kilka firm prywatnych, a samego Koguta w ferworze walki politycznej zrobiono najpierw przewodniczącym Solidarności kolejarzy RP, a następnie senatorem. Dzisiaj Kogut jest milionerem, ponieważ nabył z prywatyzacji PKP duże udziały, oraz akcje. W starożytnym Rzymie konia też zrobiono senatorem. Pan Kogut od konia jest mimo wszystko mądrzejszy i wie gdzie leżą konfitury. Otóż znajduje je w kruchtach kościelnych. Stąd głośne oskarżenie Dody, jakoby obraziła jego uczucia religijne. Ciekawe, że pośród 38 milionów Polaków, wśród których po katolicku ochrzczonych jest co najmniej milionów trzydzieści, tylko jego i Ryszarda Nowaka (tego od walki z sektami) uczucia ucierpiały sromotnie. Dzisiaj z Koguta i Nowaka śmieje się brać dziennikarska całej polskiej prasy. Z politowaniem też mówi się o wyroku sądowym, skazującym Dodę na karę 5000 złotych. Cwanemu Kogutowi się opłaci każdy gest skierowany pod adresem sukienkowych, bo wie, że dzięki temu rozgłos z ambon zapewni mu dalszy pobyt w parlamencie. Jeżeli chodzi o Nowaka, to akurat tenże polując jak myśliwy na sekty, czyli prawie każde inne wyznanie poza katolickim, zapewnia sobie dożywotni luksus życia. Podobnym cwaniaczyną, który powoli wyrasta na dużego cwaniaka jest niejaki przewodniczący Solidarności upadłej Stoczni Gdańskiej Karol Guzikiewicz. On wie, że niekoniecznie musi istnieć stocznia, by być znaną „postacią” wśród ludu „niepracującego”. Mając poparcie prezesa Kaczyńskiego, publicznie wypiął się na premiera Tuska odmawiając z nim spotkania. Lepiej się czuje w kaczym towarzystwie, tym bardziej, że o zbożną oprawę spotkania zadbał abp Głódź (ksywa flaszka). Guzikiewicz naocznie widział, jak ponad głowami stoczniowców wyrastał Lech Wałęsa, dlatego chętnie jeździ do Warszawy z łańcuchami i oponami pod Sejm. Zapomniał, że akurat Wałęsa był na tyle zaprogramowany politycznie przez opozycję i stronę rządową, a także Okrągły Stół, że niejako naród szykował go a priori na najwyższe stanowisko w kraju, chociażby ze względu, że tego pragnął Zachód, z którą to stroną świata naraz mocno się zaprzyjaźniliśmy. Zatem pan Lechu odczekał swoje pół roku, by po generale Jaruzelskim, mianowanym prezydentem III RP przez parlament zasiąść z kapciowym Wachowskim na „tronie” polskim. Niestety, kariera Wałęsy ma się tak do kariery Guzikiewicza, jak ministerstwo do ministrantury. A skoro mówię o cwaniactwie intelektualnym, czyli miernych ale wiernych, to trzeba wymienić kilka nazwisk z różnych ugrupowań, którym włazidupstwo Kościółkowi zabezpiecza byt i stanowiska, prawie po wsze czasy. Do takich zapewne należy Gowin, Pitera i kilkoro innych z PO, a także wielu posłów z PSL. Naczelnymi włazidupcami jednak pozostają Czarnecki i Macierewicz patrzący na świat od środka zwieraczy szefa partii. Pamiętam wypowiedź posła A. Górskiego z PIS, który po wyborze Baracka Obamy na prezydenta USA zapłakał na trybunie sejmowej ze strachu przed zalewem czarnej rasy. Sejm wtedy zadrżał w posadach. Jego kolega partyjny, niejaki Jurgiel, minister rolnictwa za czasów rządu PIS, podstawił do dyspozycji prostemu księdzu w Warszawie samochód rządowy, po tym jak ktoś (w formie kawału) zadzwonił do niego podając się za Rydzyka, że ten wysyła księdza, do stolicy w bardzo ważnej sprawie dla RM. Jurgiel należy akurat do tych, co to ni be, ni me, ni kukuryku, jak powiadał nasz narodowy klasyk. Wyjątkową bidą rozumu z miłosierdziem w tle pała Stanisław Pięta, inny poseł PIS. Onże to zapowiada deratyzację Polski mając na myśli zniszczenie klubu Ruchu Palikota. Głosi, iż będzie palił przyczepy propagandowe tej partii, do tego stopnia, że posłowie wyskakując z nich będą spier...ć do Putina. Rzadka jak rozwolnienie inteligencja tegoż przedstawiciela homo sapiens, pasuje jak ulał do kaczej atawistycznej hołoty. Ja rozumiem, że Pięta nie może znieść prawdziwej błyskotliwości Biedronia, Grodzkiej, Nowickiej, Rozenka, czy też Kotlińskiego, ale trzeba było panie Pięta cośkolwiek więcej czytać obok Gazety Polskiej. Swego czasu trywialną elokwencją popisała się w kuluarach sejmowych nawalona jak stodoła posłanka PiS, Elżbieta Kruk. Na pytania dziennikarzy co ona tu robi w takim stanie, wybełkotała, że „coś tam, coś tam robi”, a konkretnie kieruje walką o rozszerzenie częstotliwości dla Radia Maryja. Podobnych Pięcie i Jurgielowi polityków można by mnożyć na kopy. Jakże słynnym „mówcą”, pokazywanym w kabaretach był prezes NBP śp. Sławomir Skrzypek. Boki zrywać. Jego mowę miałem nagraną na taśmie magnetofonowej. Przez wiele miesięcy moi koledzy wpadali do mnie na piwko, by posłuchać oracji Skrzypka. Tak zwykle bywa, że ci najbardziej nieudani pod względem intelektualnym posłowie, obojętnie z której partii, to wyjątkowi dewoci, a nawet osobniki kołtuńskie. Wiedzą, że tylko przy sutannie i tylko w Polsce mogą zapewnić sobie, dzieciom i wnukom luksusowe życie na wiele lat, nawet nie odzywając się z trybuny sejmowej przez całą kadencję. Przynależą do różnych komisji, w których nie muszą się znać na problematyce, bo ich obecność ogranicza się do głosowania, a głosują tak, jak karze szef partii. Jakiż to jest pożytek z tych 400 posłów, którzy gęby nie otworzą przez wiele lat ze względu na osobowościowe ułomności, i groźbę kompromitacji partii. Tylko ok. 60 posłów ma glejt pozwalający im na udzielanie wywiadów, oraz zabieranie głosu z trybuny sejmowej. Reszta trzyma facjatę w kubeł i zasuwa raz na miesiąc do kasy po kilkadziesiąt tysięcy złotych.

PS 1. W Sejmie są też mocno pieprznięci posłowie i posłanki z tytułami naukowymi, wykonujący poza parlamentem bardzo szanowane zawody. Przykładem jest poseł Piecha. Lekarz, dyrektor placówki medycznej, wieloletni praktyk aborcyjny (mówił o 2000 aborcji), a jednocześnie ktoś, co to za podpowiedzią Ducha Świętego zmienia swoje przekonania na tyle, że dzisiaj gotów jest bohatersko polec w walce o każdą zygotę. Ostatnio wymyślił ponoć projekt uratowania embrionów przed eutanazją. Tak, eutanazją! Jeżeli nie nagroda Nobla, to przynajmniej nagroda hołobla, od każdego chłopa polskiej wsi się należy.
PS 2. Mamy nowego Smudę, nazywa się Fornalik, czy jakoś tak.

niedziela, 8 lipca 2012

POLSKIE SZKARADZIEŃSTWA

                                                                      Post ten poświęcam prawie w całości materii światopoglądowej od strony dewocyjnych budowli. Zasadniczym jednak przesłaniem moich słów, jest pokazanie bodajże największego szkaradzieństwa, lichoty i miernoty w swej symbolice, jakie za sprawą katokołtuństwa zalewa nasz ponoć piękny krajobraz. Najpierw jednak trzy słowa na temat jaki zakłóca obie strony ław sejmowych, mianowicie problem walki o uchwalenie ustawy in vitro. Wszyscy posłowie jak jeden mąż „walczą” o to by przybywało nam przyszłych podatników, premier najbardziej. Jednocześnie wiemy, że wiele małżeństw dla wygody życia konsumpcyjnego rezygnuje ze starań o potomstwo. Z kolei co któreś tam małżeństwo ( w Polsce jest ich ponad milion) jest bezpłodne, najczęściej za sprawą mężczyzn. Jak zatem państwo ma spowodować proces, który by zapobiegł obumieraniu społeczeństwa, skoro tym państwem praktycznie rządzi pazerny pedofil w czarnej sukience, którego tłuste łapy lepią się do dzieci. Bo Polska to kraj, w którym większość partii politycznych czerpie wykładnie z nauki Kościoła, a czerpiąc działa tak, jak działa się w oparach „katolickich standardów”, które ze zwykłą przyzwoitością nie mają nic wspólnego, pisze odważnie pan Kuba Wątły i ja się z nim zgadzam. Właśnie owe standardy, których m. in. w Sejmie strzeże cywilny „kardynał” Gowin nie pozwalają na uchwalenie tej jak najbardziej europejskiej Ustawy. To tyle.
Na fali panującej się już od ponad dwóch lat pisowsko- kościelnej wścieklizny będącej skutkiem katastrofy smoleńskiej, pod wpływem propagandy, której celem jest zrzucenie winy za katastrofę na rząd Tuska, a następnie w sposób (nie ważne jaki) przejęcie władzy w Polsce przy pomocy czarnego towarzystwa w osobach Michalika, Głódzia, Rydzyka i wielu innych naszych „ojców” bez dzieci. Mówię ojców, bo jak wiemy do księdza zwykle zwracamy się słowami -proszę ojca. Wyjątek stanowią jego osobiste dzieci, które się zwracają- proszę wujka. Ale to taka odskocznia, bo chcę nawiązać do owego katokołtuństwa, którego „dzieła” coraz bardziej zaśmiecają naszą ziemię. Ostatnio najbardziej asertywnie „ kwerulantny” przykład z półki najwyższego szkaradztwa prawie wszystkie nasze gazety odnotowały we wsi Kalkowo w świętokrzyskim w sanktuarium MBB. Otóż z inicjatywy wdów mieniących się jako te perły wśród „narodu smoleńskiego”, oczywiście z poparciem naczalstwa PiS, w tejże kołtuńskiej parafii odsłonięto dla oczu wiernych „replikę” nieszczęsnego egzemplarza TU154, którego szczątek Ruskie nie chcą nam na razie oddać, mimo modlitw Rydzyka i całego episkopatu. Cierpliwość jednak ma swoje granice. Dłużej czekać nie sposób i nasze katolickie pogaństwo postanowiło taki samolocik sobie zbudować na obraz i podobieństwo. Aby jednak ruskie tak szybko nam go nie ukradli, to dzieło wykonali ze zbrojonego betonu, tyle, że to szkaradztwo nijak nie jest podobne do oryginalnej tutki. Po pierwsze jest o wiele za krótkie, po drugie skrzydła szkaradztwu doczepiono zaraz za kabiną pilota. Po trzecie jest to dzieło w stylu wyjątkowo eklektycznym, bowiem „maszyna” ta ma kółka od poloneza, zaś inne elementy, w tym fotele z malucha. Z okien szkaradztwa z uśmiechem spogląda na pątników para prezydencka, Gosiewski i Kurtyka. Gdyby to szkaradztwo mogło jakimś katolickim cudem latać, to zapewne dolot do sąsiedniej parafii byłby sukcesem i to bez mgły Putina i wybuchów bomb na pokładzie. Niektórzy trafiający przypadkiem do Kalkowa nazywają to dzieło wraz z sąsiadującą Golgotą niskobudżetowym Disneylandem. Naszemu ludowi taki wystarczy. Po poświęceniu i szczerej modlitwie może odfrunie.
Nieraz jak spojrzę na coś podobnego, bliskiego polskiej odpustowej kulturze, to chociaż jestem zatwardziałym ateistą, z ust wymknie mi się słowo- „O Boże”, „Diabli nadali”, albo , „Niech cię ręka boska broni”. Trochę dla żartu, a trochę w wyniku utrwalonego przez dziesiątki lat nawyku. To, że słowa te niczego już nie niosą, jak najmniej obchodzi mój mózg, który bardzo ceni sobie wygodne nawyki. Po prostu osobiście wierzę w to, że poza szeroko rozumianą przyrodą nic innego nie istnieje. Dlaczego?. Bo nie ma śladów na istnienie tego czegoś. Słowa o świętym zdziwieniu wymykały mi się w przypadkach, gdy oczy moje ujrzały inne cudactwa budowli kościelnych, które równie zaliczam do szkaradzieństwa. M. in. siostrzaną watykańskiemu św. Piotrowi bazylikę w Licheniu. Tę budowlę „nawiedzili” już wszyscy polscy katolicy dzięki pielgrzymkom organizowanym przez proboszczów. Dało się im wydębić kupę forsy od rozmodlonych nie tylko moherów. Do Lichenia ciągną też ludzie z zagranicy (niekoniecznie katolicy) by porównać te słynną świątynię obłudnych kupców z innymi budowlami w świecie muzułmańskim i buddyjskim. Jest na co patrzeć, szczególnie oto na wykaz darczyńców, których nazwiska inwestor umieścił na jednej z głównych ścian. Jako budowla architektury kościelnej, która hołduje symbolice ubogiego żłobkowego Kościoła, śmiało może być zaliczona do rozpasanej pychy i przedmiotowego szkaradzieństwa..
Na trzecim miejscu, a może nawet na pierwszym w nomenklaturze tejże marnoty znajdują się pomniki Jana Pawła II. Budowane jeszcze za życia papieża, zdarzało się, że były poświęcane one osobiście przez Karola Wojtyłę. Jakaż to pycha rozsadzała amatora ciastek wadowickich. Nabudowano tego ponad 600 sztuk. Trzy razy więcej, niżeli do kupy wszystkich pozostałych na świecie. Niektóre z nich zostały pobudowane zapewne dla ośmieszenia naszej narodowej „świętości”, np. ten w Rzymie w kształcie budki przystankowej. Wyglądają często jak krasnale ogródkowe i bodajże by do takich celów najlepiej pasowały. Osobiście widziałem, jak przed takim szkaradztwem dwie bogobojne damy moherowe na klęczkach podchodziły pod cokół, by ucałować obuwie papieża i złożyć kwiaty. Z boku stali turyści bodajże z Francji i Japonii pstrykając zdjęcia. Dało się zauważyć ich zdziwienie, a nawet ubaw. Nawiasem mówiąc, gdy zwiedzałem zamek Lubomirskich w miejscowości Nowy Wiśnicz  w kilku pomieszczeniach zgromadzono kilkanaście bardzo nieudanych gipsowych i spiżowych postaci JPII. Schowano je dlatego, że owe brzydactwa mogły by nagle spowodować masową apostazję.
Jakże wymownym kolejnym symbolem polskiego katolickiego szkaradziejstwa pozostaje świebodziński Chrystus, który z ambicji proboszcza o parę metrów przewyższa tego z Rio. Też ściąga ciekawskich, szczególnie zza zachodniej granicy, bowiem akurat nasz Chrystus niejako tylko poprzez gminę sąsiaduje z podobnym gigantem pomnikowym w postaci byka rozpłodowego. Ten ewenement sztuki, przy którym się swego czasu sfotografowałem osobiście, to byczysko z mocno uwypuklonymi, cennymi genitaliami. Akurat w Polsce sobie zasłużył na taki hołd, bowiem dzięki niemu dochowaliśmy się za Gierka wspanialej rasy krów wysokomlecznych. Ze względu na tzw. uczucia religijne nie będę zestawiał ze sobą  obu monumentów. Zysk z gigantycznego szkaradnego Chrystusa zbiera jeno proboszcz świebodziński, który zagospodarował pomnik wyłącznie dla własnych (parafialnych) celów. Byk od zawsze prezentuje się za darmo.



środa, 4 lipca 2012

BIGOS POTURNIEJOWY


Po każdych dłuższych świętach, dobra gospodyni zgarnia pozostałości z lodówki i gotuje bigos. Zwykle taki bigos ma swój dobry smaczek, bo i jadło świąteczne cechowało się dobrą jakością. Ten wkład do bigosu, o którym chcę napisać poniżej, niestety nie zapewni dobrego smaku. Rodzi wręcz obrzydzenie.

Święta polsko- ukraińskie trwały blisko trzy tygodnie, a więc i po ich zakończeniu byłoby naprawdę z czego upitrasić coś, co rozjaśniało by nasze lica. Okazuje się, że nie wszystko co pozostało na naszych polskich stołach, po bodaj największej fieście, dosłownie nadawało się do tego polskiego menu. Jako esteta i człowiek dość wrażliwy, staram się już na początku konsumpcji za pomocą widelca odrzucić to wszystko, co zakłóca mój zmysł smaku . Na pierwszym miejscu z tego bigosu wyrzucam panią marszałek Sejmu Ewę Kopacz. O ile do tej pory darzyłem ją szacunkiem, szczególnie podczas kaczych i narodu smoleńskiego na nią ataków, o tyle od dzisiaj ta paniusia z dyplomem lekarza z miasta powiatowego zasługuje w moich ocenach na stanowisko weterynarza w gminnej miejscowości. Bo jakże inaczej ocenić kobietę, matkę, lekarza w XXI wieku, która wrzuca do niszczarki projekty ustawy dotyczące in vitro, ale też dosłownie wszystkie, które wychodzą od poselstwa z ław lewej strony Sejmu. Tak postępował św. marszałek Marek Jurek z projektami Ustaw, które nie odpowiadały gustom jego przyjaciołom w kieckach. Nawet opozycja pisowska jest bliższa jej sercu. Twarz żywcem z gowinowskiej frakcji PO, czyli oto potwierdza się, że ojcem polskiej lustracji oraz IPN jest PiS, a matką Platforma Obywatelska. Ta kobieta lekarz, (przejęzyczyłem się), ta kobieta z dyplomem lekarza w XXI wieku decyduje zgodnie z zamysłem biskupstwa polskiego o tym, kto może mieć dzieci i jak je należy wychowywać. Okazuje się, że niszczarka projektów Ustaw jest Kopaczowej bardziej potrzebna niżeli suszarka do włosów. Po to by jej decyzje miały jakikolwiek stan prawny i projekty w miarę legalnie nie przeszły przez głosowanie, w tym żaden projekt „obyczajowy”, w komisji ustawodawczej, powołano 30 osobowy zespół, w którym aż 27 posłów to posłowie ugrupowań skrajnie konserwatywnych. Koniec marzeń nie tylko o in vitro, ale też o Ustawie dot. m.in związków partnerskich, czyli tych niesakramentalnych, homoseksualnych i tym podobnych istniejących w Europie, o których Tusk bredził przed każdymi wyborami. Gowin zrobił swoje. Co ja mówię!, Gowin zrobił Donalda Tuska w kompletnego, bezsilnego chłopca, tymczasowo na posadzie premiera. A może to akurat obaj uzgodnili?. Nie wykluczone, ponieważ Tusk dał już wiele przykładów obłudy w temacie relacji państwo-Kościół. Zapoczątkował swoją karierę oficjalnym ślubem kościelnym po dwudziestu latach małżeństwa. Chyli on się powoli nawet do przyznania racji tym biskupom, którzy twierdzą, że dzieje się im krzywda w relacji kasa państwa- Kościół.. Przykładem są tzw. niby uzgodnienia z episkopatem dalszego finansowania Kościoła przez państwo. A przecież to jest zaledwie procent jaki Kościół dostaje od „narodu”. Jakże uwłaczająco brzmią w tym momencie decyzje Kopaczowej, bo można by pomyśleć, że Sejm przyznaje rację tym różnym Piechom, którzy twierdzą, że z probówki powstaje nikt inny, tylko twór Frankensteina, czyli istoty powstałej wbrew naturze. Jakże ja mogę jako obywatel głosujący swego czasu na to ugrupowanie szanować takiego premiera. Powiem krótko: zdradziłeś chłopie miliony obywateli RP. Twoje miejsce jest na gminnym, co najwyżej orlikowym boisku. Następna skwarka z mojego bigosu nie do przełknięcia, to oczywiście kacze wypowiedzi. Dla Jarosława podążającego drogą zbawienia Polski, całe Euro 2012 to klęska Polski. Otóż twierdzę, że kaczy prezes doznał przerażenia, bo taka Polska, która jest na ustach Europy w pozytywnym znaczeniu, to dla niego ogromne zagrożenie. A chciałoby się, by tylko śmierć i smutek królowały tu nad Wisłą. Nie tylko permanentne obchody rocznic papieskich, tragedii smoleńskiej, ale także rocznice upadku powstań zagościły w naszym obłąkanym kraju. Okazuje się , że mamy prawo być dumni z siebie i z naszego dotychczas „pielgrzymkowego” kraju. Przyjrzeliśmy się jak w lustrze w twarzach i odczuciach naszych gości z wielu stron Europy i zobaczyliśmy jacy potrafimy być. Te lustrzane odbicie to trutka dla Kaczyńskiego, który by chciał nas widzieć umartwionych i takich którzy potrafią wyrazić znienawidzenie dla wszystkich, poza oczywiście jego hołotą polityczną. Poluję na następne niejadalne skwarki. I oto znajduję dyskusję o patriotyzmie. Bo okazuje się, że polski patriotyzm, to w większości oflagowanie, ryczenie sloganami, picie piwa itp. Uważam, że akurat teraz potrzebny jest patriotyzm polegający na uczciwej pracy i płacy, poszanowaniu dobra publicznego, oraz kulturze w zachowaniu i wypowiedziach. Okazuje się też, że polski patriotyzm z bielą i czerwienią nie ma nic wspólnego. Polacy wywieszali flagi jako środka dopingującego, ale z małym szacunkiem dla owej flagi. Zdarzało się, że pijany kibic zasłaniał się flaga narodową oddając mocz. Na balkonach można było spotkać flagi podobne do bander marynarki wojennej. U nas patriotyzm często porastał chamstwem i ksenofobią, bo jak inaczej nazwać napaści kiboli, których władze zapomniały izolować przed meczem w czasie przemarszu kibiców rosyjskich w dniu ich święta narodowego. Niestety, chamstwo ma u nas tradycje narodowe z II RP i jest kontynuowane począwszy od odzyskania niepodległości po 1989 roku. Bo czymże było zachowanie prostego chłopa Wałęsy podczas telewizyjnego spotkania kandydatów na prezydenta, w sytuacji beznadziejnych dla niego notowań. Tenże „zacny” gość spod Lipna chciał podawać konkurentowi nogę zamiast ręki, a zamiast słowa dzień dobry posłużył się kogucim pianiem kukuryku. Tu tkwi prawdziwa geneza polskiego chamstwa, a gniazdo jego rozkwitu jest po prawicy. Znajduję jeszcze mnóstwo nietrawiennych kawałków np. zachowanie naszych, co by nie mówić „ubogich” w umiejętności piłkarzy. Przecież tak naprawdę, to podobny wynik w walce o wyjście z grupy na własnym terenie, przy dopingu wielkiej masy Polaków osiągnęłaby każda drużyna klubowa ekstraklasy. Nie udawajmy, że mamy bohaterów stadionu narodowego. Potrafili oni grać wyłącznie przez pół godziny, a na resztę zwykle brakło siły. To po prostu kupa cwaniactwa za dziesiątki tysięcy złotych, uwypuklających piłkarskie klaty w reklamach męskich perfum i i innych dobrze płatnych sponsorów. Jest też dobry akcent końca imprezy. Trener Smuda zdążył wybudować „domeczek” w Kościeliskiej koło Zakopanego (foto). Bohaterami zrobili ich sami dziennikarze, często ich bliscy kumple od biesiad. W tej sytuacji zajmując ostatnie miejsce w tabeli, wśród najsłabszych drużyn Europy (chyba poza Rosją), przy własnej publiczności można powiedzieć, że pozostał nam wstyd, którego oszczędzili nam kibice z całej Europy w podziękowaniu za miłe, serdeczne przyjęcie. I oto w naszym bigosie obok tradycyjnej kapusty pozostały te najlepsze kawałki w postaci ładnych stadionów, czystych dworców, ukończonych autostrad, punktualnych pociągów i wspaniale bawiącej się na naszej ziemi całej Europy.

poniedziałek, 2 lipca 2012

MONETA


                    Opowiadanko szoste.
To kolejna opowieść z serii, nazwijmy to, piwnej.
Jakoś tak zaraz po Świętach Wielkanocnych, gdy lodówka jeszcze pełna była smacznego jadła, a jej zawartość by spożywały wyłącznie oczy, wybrałem się do pubu, w celu pobudzenia kiszek i soków trawiennych do lepszej pracy. Spragnionych pełno. Trudno o samodzielny stolik, ale jakoś się usadowiłem na zewnątrz w tzw. wiosennym ogródku. W pewnej chwili podchodzi do mnie jakiś facet i oznajmia, że z uwagą mnie obserwuje i dochodzi do wniosku, iż tylko mnie może powierzyć swój sekret. Mianowicie udało mu się przemycić z Egiptu, mimo ostrej kontroli celnej, szczerozłote sygnety. Bieda go jednak na tyle dotknęła, że postanowił je upłynnić za pół ceny. Mimo, że nie wyrażałem zainteresowania owocami jego kontrabandy, gość rozkłada przede mną kilkadziesiąt pierścieni i karze wybierać, zapewniając, że nie zedrze skóry. Grube, lśniące cacuszko wycenia na trzysta nowych złotych, z tym, że jeżeli wezmę dwa, to policzy mi po dwieście.
Po kolejnym łyku złocistego płynu przemówiłem do niego w te słowy:
Kochany cwaniaczku, widzę gołym okiem, że cacuszka są z tombaku i mnie, chociaż jestem już po dwu kufelkach nie nabierzesz. Przemądry w tych sprawach nie jestem, ale choćbym był po beczce piwa nabrać się nie dam, spadaj.
To taki wstęp, ponieważ ze złotem, a właściwie ze złotą dwudziestodolarówką miałem inną przygodę, jakże budującą moje doświadczenia życiowe. Otóż po wojnie, mój ojciec wraz z własnym wozem konnym odgruzowywał Warszawę, o czym pisałem w jednym z poprzednich postów. Zdarzał się tam tzw. szmugiel, czyli nie zawsze legalne usługi i handel, a to za przewóz towarów, a to za dostarczony z domu żywiec mięsny, a to w końcu przewóz sprzętu domowego powracających do stolicy. Fakt, że zarobił kilka złotych dwudziestodolarówek wybitych w USA w latach 1890-1905. Zachował je wszystkie do lat siedemdziesiątych, a następnie każdemu z dorosłych już dzieci, niejako na pamiątkę wydał po jednej. Tak się złożyło, że jest nas czworo, co się pokrywało z ilością ojcowskich skarbów. Pamiątka pamiątką, ale gdy zaszła konieczność podreperowania domowych funduszy zdecydowałem się, zresztą z bólem serca mój skarbuś upłynnić. O handlu złotem, podobnie jak obcą walutą w PRL nie mogło być mowy. Nie bardzo mi było na rękę rozpytywać ludzi, czy byliby zainteresowani zakupem złotej monety, tym bardziej, że byłem żołnierzem, dla którego prawo oznaczało prawo, a także myśl o tym, że właśnie mój ojciec w wyniku dolarowej prowokacji UB w latach pięćdziesiątych siedział za podobne oskarżenie w stalinowskim więzieniu. W myśl obowiązującego prawa dolary nabyte np. w podarunku należało wymienić na tzw. bony PKO, natomiast monety złote można było sprzedać wyłącznie w Banku Centralnym w Warszawie. No cóż, skoro bieda zmusza trzeba coś zaradzić. Wybrałem się zatem do stolicy, ciągle pieszcząc w dłoni swój cenny jak na ów czas skarb. W tymże banku zanim otworzono dział skupu podobnych monet, sprawdzam na tablicy aktualną cenę. Dziś nie pamiętam czy była to kwota duża, czy też mała. Jedno było pewne, że za uzyskane pieniądze mogliśmy z rodziną przeżyć bodajże dwa miesiące, płacąc jednocześnie raty w ORSie. Tymczasem czas oczekiwania na skup dłużył się bardzo. W pewnym momencie podchodzi do mnie gość i proponuje o około trzydzieści procent wyższą cenę za moją monetę.
A skąd pan wie, czy moja moneta jest prawdziwa?. Pokaż pan. Nawet nie brał do ręki i rzekł: zgadza się, biorę. Ja też wyraziłem ochotę na ten pokątny handel.
Dobrze, to chodźmy, powiedział. Idziemy. Myślałem, że gdzieś za gmach banku, a tymczasem chłop mnie prowadzi z jednej ulicy na drugą, podwórkami i przejściami między częściowo zrujnowanymi kamienicami. Już miałem się wycofać z tej transakcji, bo przypomniałem sobie ojcowskie opowieści z makabrą w tle, gdzie ponoć cwaniacy z ludzi z domieszką wieprzowiny wyrabiali kiełbasy, mocno wędzili, a następnie sprzedawali wygłodniałej ludności. Z drugiej strony popychał mnie ten trzydziestoprocentowy zysk. Tymczasem serce podchodziło mi do gardła. W tym ogromnym stresie próbuję sobie wytłumaczyć, że od wojny upłynęło już tyle lat, że to chyba tylko niezdrowe przewrażliwienie. Gość coś do mnie mówi, a do moich uszu docierają tylko strzępy słów. Gotów byłem mu chyba oddać tę monetę za darmo. Znaleźliśmy się na którymś tam piętrze kamienicznej ruiny. Otworzył drzwi z kłódki, wszedł pierwszy, przeprosił za bałagan, ponieważ wrócił późno z ...już nie pamiętam, a mieszka sam po śmierci brata, którego ktoś na Różyckiego zadźgał nożem. Zresztą brat zginął przez pomyłkę za kogoś, jak to bywa w tym światku. Opowiada mi to, a serce mi wali jak młotem. Proponuje coś do picia, odmawiam mówiąc, że się bardzo spieszę na pociąg, że już mam nawet bilet. Wreszcie wyjmuje on zza obrazu Matki Boskiej z Dzieciątkiem gruby zwitek pieniędzy i zaczyna mi odliczać należność. Nie śledzę nawet tej czynności, zgarniam banknoty do kieszeni i na wszelki wypadek mówię, że dysponuję jeszcze wieloma podobnymi monetami, które chętnie mu sprzedam. Mówię to, by ewentualnie zapobiec próbie unicestwienia mnie na ciemnych, chwiejących się schodach, by wzmóc u niego apetyt na dalsze spotkania. Oczywiście się zgodził. Nawet chyba się umówiliśmy na konkretny termin. Wreszcie wyszedłem z gotówką cały, ale chyba nie do końca zdrowy. Nigdy w życiu nie uczynię już podobnego kroku. Szkoda serducha, które i tak w owym momencie mocno nadwyrężyłem.

POLSKA I WATYKAN W ŚWIETLE KAMER

Kto atakuje Kościół ten atakuje Polskę, krzyczał Jarosław Kaczyński, licząc na rewanż i łaski politycznego wsparcia ze strony episko...