piątek, 27 kwietnia 2012

PRECZ Z KOMUNĄ

Najpierw mała wyliczanka: Wojciech Reszczyński, Jan Pietrzak, Marcin Wolski, Wojciech Cejrowski, Grzegorz Braun, Andrzej Rosiewicz, Robert Nowak, Konstanty Miodowicz, no i kilkunastu innych, którzy akurat nie zapisali się w tym momencie w mojej pamięci, a jest ich jeszcze, oj jest bez liku. Co ich wszystkich łączy, a co dzieli. poza drabiną do kariery. Łączy ich zapewne nienawiść do aktualnego rządu, lewicy, Ruchu Palikota i Gazety Wyborczej. Bez wątpienia też zakamuflowany antysemityzm i podobnie skryta obcość wobec Unii Europejskiej. Ponadto wspólna, wprost nieokiełznana miłość do skrajnej kaczej prawicy, ojca Rydzyka i ortodoksyjnej części polskiego Kościoła katolickiego. Łączy ich jeszcze wiele innych okoliczności i zdarzeń historycznych. Łączy ich bowiem oddawanie czci i miłości ofierze smoleńskiej w osobie Lecha K., tzw. żołnierzom wyklętym oraz np. zabójcy prezydenta Narutowicza. Na każdej niedzielnej mszy większość z nich głośno odwołuje się do Boga miłosiernego o to , by Ojczyzna znów była wolna. By zerwała wszelkie więzi z Niemcami, wystąpiła z Unii, oraz rozprawiła się z Rosją, zaraz po tym, by dobry Bóg ją powalił poprzez pożary, powodzie i inne pioruńskie armagedony, np. niekontrolowany wybuch głowic jądrowych począwszy od Smoleńska, aż po Kamczatkę. Bardziej okrojona jest lista tego co ich dzieli. Pominąwszy to, że od pozostałej części społeczeństwa dzieli ich wszystko, to jednak można się doszukać także różnic wśród ich grona. Niektórzy z nich bowiem przed laty pozostawali uwielbianymi pieszczochami Ludowej Rzeczypospolitej. Reszczyński, dobrze się zapowiadał w służbie władzy, dlatego ta władza wysłała go na koszt państwa na praktyki telewizyjne do USA, po czym pojawił się na ekranach polskiej telewizji w roli prezentera teleekspresu. A ponieważ jest to szybka w czasie audycja, więc wychwalanie socjalistycznego reżymu musiał ćwiczyć przed lustrem. Pietrzak z kolei to postać mundurowa, oficer LWP, były członek PZPR, przyjaciel wielu wiele mogących z tamtych lat. Coś mu się w świadomości przestawiło na tyle, że zapragnął nawet być prezydentem III RP. W ostateczności przyjął mało znaczącą posadę u Wałęsy, by wkrótce wzorem Szczepanika (tego od pustych kopert) opuścić mury Pałacu. Dzisiaj już mocno zdziadziały. Nie potrafi rozśmieszyć nawet starego towarzystwa, bowiem piosenka „Aby Polska była Polską” bawi tylko „naród smoleński”. Osobiście przyznam, że czekałem każdej soboty i niedzieli na audycję Trójki, kiedy Marcin Wolski wraz z dobraną ekipą aktorów rozśmieszał mnie do łez. Co mu odbiło, że dzisiaj stał się na tyle postacią zagubioną w świadomości i przekonaniach, wie tylko dobry psychiatra. Dzisiaj potrafi jeno pisać peany na cześć „zamordowanego w Smoleńsku” prezydenta, oraz marne uszczypliwości w stosunku do Tuska i Komorowskiego. A przecież to również pieszczoch PRL, podobnie jak Rosiewicz. Tenże ongiś podbijał serca dziewek nasyconych polskimi witaminami, oraz stepowaniem w rytm piosenki o radarowcach. Dzisiaj pan Andrzej śpiewa co najwyżej peany na cześć Rydzyka w jego przybytku. Do niedawna towarzyszyła mu w tych koncertach Violetta V. z domu Cieślak. Niektórzy, dzisiaj mocno zaangażowani w polityce przywdziali prawicowe gacie i spodnie na przekór swoim antenatom. Takim jest Wojciech Cejrowski, bosy ciemnogrodzianin z wyboru, piewca wstecznictwa w prawie każdej dziedzinie życia, także wielbiciel toruńskiej rozgłośni.”Precz z komuną” wykrzyknął raz półgębkiem na widok posła Kalisza, gdy ten odszedł od niego na kilka kroków. Maria Czubaszek publicznie przyznająca się do dwóch aborcji powiedziała, że gdyby miała urodzić coś podobnego jak Cejrowski, to wyskrobała by go niezależnie w którym miesiącu ciąży. Dziwny syn znanego animatora jazzowego. No cóż, nieraz jabłko poturla się dalej od jabłoni, niżeli stanowi przysłowie. Bo przykładowo Miodowicz, ten od służb specjalnych, prawicowiec z krwi i kości wywodzi się z ojca Alfreda, członka partii, przyjaciela Jaruzelskiego, przewodniczącego OPZZ. Syn natomiast popisał się wyjątkowym skur****ństwem, niesłusznie oskarżając przy pomocy łasej na stanowiska i pieniądze sekretarki Włodzimierza Cimoszewicza, kandydata na prezydenta o machlojki podatkowe tegoż. Dzięki temu miał wygrać Tusk, a jak się okazało wygrał Lech Kaczyński, z którym przez kilka lat tenże Tusk, przełożony Miodowicza miał same problemy na stanowisku premiera rządu. To była zemsta panie premierze, bo z Cimoszewiczem, który miał największe szanse mógłby pan dokonać wiele słusznych reform. Pod klawisze pcha mi się jeszcze jeden wyrodny syn. Mianowicie Grzegorz Braun, ten co to pluje na Wałęsę oraz arcybiskupa Życińskiego. A czyni to nie gdzie indziej, a w auli KUL, uczelni, którą abp. kierował. Jego wypociny są połykane z otwartymi gębami przez wielu wstecznych jak wyszczerbione biegi „ursusa” biskupów i księży z Rydzykiem na czele. Świadczy o tym przyznanie mu nagrody Feniksa (stowarzyszenia katolickiego). Nagroda za oszczerstwa i film o eugenice. Grzegorz Braun syn Juliusza przewodniczącego KRRiT to coś mówi, prawda?.Sądzę, że przynosi on wstyd i bardzo złe samopoczucie panu Juliuszowi. Braun urodził się w Toruniu, a więc blisko umiłowanej rozgłośni. Coś w tym jest. Tak oto przypadki wyboru różnych dróg i przekonań chodzą i będą chodzić po ludziach. Powiada się bowiem, że syn nie odpowiada za ojca, ale ojciec za syna już niekoniecznie. To ojciec wychowuje syna a nie odwrotnie, dlatego tego typu synostwo jest co najmniej zastanawiające. Co innego Zbigniew Ziobro. Ten gość już od maleńkości popisywał się złym charakterem., mówią o tym jego koledzy z liceum i studiów. Prowokował niesnaski, szukał wrogów, posuwał się do donosów i spreparowanych oskarżeń. Taki właśnie charakter przydał się Kaczyńskim. Taki oto charakter, niesłusznie w imię kariery, oskarżył Blidę, lekarzy (tych co leczyli jego ojca też) i profesorów, wymuszał oskarżenia przeciwników politycznych za pomocą aresztów wydobywczych (co za słowo). Po ujęciu mordercy generała Papały jego przydomek „zero”, nadany mu przez Millera utrwali się na zawsze i można go wpisać do dowodu osobistego i paszportu. Nikt nie wie jakim ojcem był jego protoplasta, dlatego to jabłko było nadpsute już od zarania. Wydawało by się, że w rodzinie posła Gowina, prawicowego „ministranta” od sprawiedliwości nic takiego nie mogło się zdarzyć, gdy tymczasem jego siostrzeniec , niejaki Gibała, poseł PO, z rozbrajającym uśmiechem dokonuje zdrady partyjnej i przechodzi do.... Ruchu Palikota. To dopiero cios w plecy wujaszka. No bo gdyby poszedł do PIS, SP, ewentualnie do PSL można by jakoś to przełknąć, ale do Palikota, który walczy z Kościołem czyli jego matecznikiem, walczy z krzyżem w Sejmie i religią w szkole?. Można się tylko powiesić, ale niestety ….to grzech śmiertelny panie ministrze. Skoro wśród powyższej plejady „gwiazd wymieniłem prof. Roberta Nowaka, więc kilka słówek ku jego „chwale”. Od urodzenia związany z Kościołem. Zarówno szkoła powszechna jak i pozostałe szczeble to zdobywanie wiedzy z ust duchownych. Dzisiaj profesor, dr. i jakiś tam jeszcze Nowak, to najcenniejszy nabytek Rydzyka i jego pretorianów. Wykładowca szkoły księdza Tadeusza, gdzie szczególnie popisuje się żydożerstwem i walką z komuną. Nienawidzi wszystkich, którzy przejawiają szacunek do prawdy o Oświęcimiu, do gazety Wyborczej, Michnika, Kuronia i Modzelewskiego. Powinien być ścigany w myśl paragrafu o kłamstwie oświęcimskim, a jakoś mu to uchodzi płazem. Za to za swoje przekonania potomkowie dramatu w Jedwabnem nadali mu tytuł honorowego obywatela miasta Jedwabno. Więcej o nim pisać nie mam zamiaru, bo wstyd mnie ogarnia na samo jego nazwisko. Jedno tylko powiem. Na wykłady które on wygłasza w różnych kościołach za zgodą proboszczów przychodzą tłumy moherowe. Brawo. Jesteśmy jeszcze wciąż w demokratycznej Europie.

wtorek, 24 kwietnia 2012

KŁUSOWNICY

To żadne tam wojsko, chociaż z napoleońskimi ambicjami podboju nieprzyjaznej im nie tylko Rosji, ale i kilku innych państw, w tym podłych Niemiec i (a jakże) ateistycznych Czech. To tacy niewypędzeni z lasu przez gajowego partyzanci, a jeszcze bardziej poprawnie mówiąc, kłusownicy. Bo prawdziwy myśliwy, dla przyjemności, lub z obowiązku statutowego idzie na polowanie z czystym sumieniem, nie bacząc na jakiekolwiek zagrożenia wynikające z ewentualnego nie przestrzegania obowiązujących w tej materii przepisów. Kłusownik natomiast poluje bacząc na to, by nikt nie spostrzegł jego prawdziwych zakusów. Takimi kłusownikami są m.in. ci na fotce, których nazwisk dla higieny zdrowia wymieniać nie będę. Kłusując wiedzą, że robią źle, wiedzą, że ich rozum nie koresponduje poprawnie z czynami, ale już tak mocno zabrnęli w swoje brednie, iż wycofanie się z ich głoszenia położyłoby partię całkowicie na łopatki. Aliści, póki co, póki mają te 20% wiernych, których dało się okłamać i którzy owe kłamstwa przyjęli jako jedyną objawioną prawdę muszą dalej brnąć w bagnie i trzęsawisku kalumnii, oszczerstw i co najwyżej półprawd. Bo oto półprawdą jest to, że samolot zgodnie z planem poleciał do Smoleńska. Niestety nie poleciał na zamówienie Tuska a Lecha Kaczyńskiego. To nie Tusk opóźnił jego start o pół godziny, a Kaczyński. To nie Tusk kazał siadać na zamglonym lotnisku a Kaczyński ze swoimi generałami. Itd. itp, a więc to są te półprawdy. Wszystko inne co sączy się z ust tych na fotce to wierutne kłamstwa wynikające z pragnienia przejęcia władzy za wszelką cenę, chociażby w drodze przewrotu powstańczego. Ci kłusownicy publicznie lżą najwyższe władze państwa. Niestety nie czynią tego osobiście. Żadne z nich nie trzyma w łapach tablicy z napisem „Tusk pachołek Putina” czy „Komorowski morderca ukochanego prezydenta”. Takimi tablicami wymachuje ich wierna ogłupiona hołota, na którą w razie czego można zwalić całą winę, albo uniewinnić ze względu na dostateczny brak rozumu, co w tych szeregach jest wyjątkowo pospolite. Gdy premier cichutko rzekł, że czas aby wyczynami kaczego przywódcy zajął się sąd, ze strachu zlikwidowali obraźliwe hasła na piśmie, a pozostali przy słownym pluciu i wyzwiskach. Czyli się jednak boją, bo musieli by permanentnie płacić wysokie odszkodowania za obrazę różnych tam uczuć, poza oczywiście uczuciami religijnymi, które szanują szczególnie. Ale ludzie jednak, chociażby za pośrednictwem TVN24 słuchają tych bredni. Co mówi Kempa nawet bez zasysania powietrza wspominać nie wypada. Co mówi Rydzyk wspominać wstyd. O Czarneckim w żadnym gronie mówić nie wolno. Ponadto nie należy też powtarzać słów Girzyńskiego z Brudzińskim, którzy z ironią i szyderstwem powiadają, że Tusk jak pętak tulił się do Putina. Wiemy, że z tym tuleniem było akurat odwrotnie. Zarówno przywódcy PiS jak i Solidarnej Polski prześcigają się w budowaniu swoich mocy pozwalających określić ich z osobna jako „przywódca prawicy”. Niestety, zdają oni sobie już sprawę z tego, że żaden z tych kłusowników nie jest takowym i nie będzie w najbliższym czasie, bowiem jeden jest przywódca po prawicy. To ksiądz „doktor”, dyrektor Tadeusz Rydzyk, który ich dosłownie owinął wokół własnego prącia. To jest ten jedyny człowiek który osłania ich kłusownictwo mając do dyspozycji dwa miliony miernych, ale wiernych sług, gotowych na każde wezwanie przybyć na kolejną manifestację w obronie ich wartości, czyli miejsca na cyfrowym multipleksie. Do sutanny Rydzyka przepychają się nawzajem Kaczyński z Ziobrą, gotowi mu służyć nawet w WC przy najintymniejszych w tym akurat wypadku czynnościach natury fizjologicznej. Onże, ten najbogatszy z całej plejady „biedoty kościelnej” zakonnik przygarnął obu synów, jak to czyni dobry ojciec. Ale takich przygarnianych było już wielu, na których po latach wypiął się podciągając wysoko sutannę. Byli to kolejno: Wałęsa, Lepper, Giertych, Michał Kamiński, Bielan i wielu innych, którym znudziła się komitywa z PIS, lub potrafili dostrzec obłudę na własne oczy. Wielu z nich dzisiaj musi wysłuchiwać na swój temat tzw. „prawd”, bo toruński grzyb w chwili wściekłości potrafił przyłożyć nawet prezydentowi i jego małżonce. Pisałem już kilkakrotnie, że ci kłusownicy gotowi są podpalić Polskę. A my jako naród, który posiada sądy, prokuraturę i inne aparaty przymusu, nie potrafimy zapobiec tym wariackim planom. Stoimy z boku i przyglądamy się jak pisowski wodzuś destabilizuje i podważa podstawowe struktury państwa. Autorytet demokratycznie wybranych władz niknie w oczach. Na trupie nieudolnego prezydenta, którego pochowano obok odtwórcy państwa polskiego na Wawelu i którego zaczynamy sadowić na cokołach jak Wojtyłę, a także czcimy rocznicę jego śmierci, następuje degrengolada obchodów naprawdę prawdziwych, ważnych historycznie świąt i rocznic. Być może niedługo będą huczne uroczystości związane z rocznicą złożenia do grobu, a od tego momentu tylko wypatrywać zmartwychwstania. Tak oto kłusownicy polskiej polityki przy pomocy Rydzyka i innych dostojników Kościoła tworzą kult miernoty. Owe sformułowanie zaczerpnąłem za Angorą, ale zgadzam się z nim dosłownie. Na razie pan Antoni, który wypowiedział wojnę Rosji, pod osłoną tych 20% skutecznie ogłupionych politycznie ukrywa się wraz z ekipą (foto) w ostępach pełnych świrów oraz pierduł pseudonaukowych profesora Nowaczyka i Biniendy. Kiedyś chyba przyjdzie jednak gajowy i rozpierniczy to raz na zawsze. Trzeba mieć taką nadzieje, bo inaczej …. no nie daj Boże. Amen.

niedziela, 22 kwietnia 2012

POWÓDŹ


To była powódź, której wilgoć pozostawiła tylko wspomnienia. Dzisiaj mamy inne powodzie. Suche, ale bardzo dokuczliwe. Powodzie idiotyzmów i bezdennej głupoty. Przytoczona na początku katastrofa smoleńska, po upływie dwóch lat, za przyczyną świrów politycznych Kaczyńskiego, Macierewicza , Brudzińskiego, Błaszczaka i wielu innych (których już nie chce mi się wymieniać)spowodowała zrodzenie w Polsce nowej nacji społecznej. To tzw.„naród smoleński”, który utopił się w powodzi kłamstw, oszczerstw i urojonych pretensji ( w gruncie rzeczy nie wiadomo do kogo) szerzonych przez wymienione towarzystwo. Najgorsze jest to, że w brednie pod adresem rządzących i Rosji uwierzyło ok.20% populacji Polaków. W prawdzie powinienem powiedzieć, Wolaków, bo to wyborcy PiS, słuchacze Radia Maryja, ale jednak jest tego na tyle dużo, że śmiało Kaczyński szykuje z nich zastępy rycerskie do otwartej wojny, wojny zbrojnej, a więc domowej. Nie ma co ukrywać,tym ludziom przypadek norweskiego Breivika, oraz jego haseł jak najbardziej pasują. Zaraz po pogrzebie Lecha K. zarozumiale i nieudolnie pełniącego obowiązki prezydenta na Wawelu, jego brat spowodował powódź fali fałszu i obłudy dla uzyskania dobrego wyniku wyborczego w walce o fotel po bracie. Jako skrajny prawicowiec wychwalał lewicę i Oleksego jako przyjemnego polityka w średnim wieku. Uśmiechał się szyderczo do każdego, niezależnie od orientacji seksualnej, przynależności politycznej i wyznania, dopóki się napychał prochami i pałał nadzieją na zwycięstwo. Podczas spotkania z Angelą Merkel publicznie przyznał, że w jego rządzie są homoseksualiści ( tyle, że nie ujawnieni). Wyjaśniało to długowieczne jego kawalerstwo i wprost oszalałą miłość do futerkowych zwierząt. Gdyby w Polsce obowiązywała ustawa zezwalająca na zawieranie związków partnerskich, być może wielu z otoczenia Kaczyńskiego Wolaków w parze ze sobą starało by sięo adopcję dziecka. Ta powódź jest podlewana dodatkowo „pseudo wyjaśnieniami” przyczyn katastrofy smoleńskiej przez przyjaciółMacierewicza z Ameryki, niejakiego Nowaczyka i Biniendę (jeden z nich dzielił celę z „policmajstrem” w stanie wojennym). Głoszący tezę zamachu na prezydenta starają się ją dopasowaćdo kaczej idei, mimo że nie widzieli wraku, nie byli na miejscu katastrofy, ani nie czytali raportu Millera. Wystarczy to jednak do ogłupienia „narodu smoleńskiego” na tyle, że na każde wezwanie guru J.K. potrafi się zebrać tysiące wielbicieli nie tylko dla poparcia głoszonych tez o wyjątkowości śp. Lecha, ale też przy okazji w obronie stacji Rydzyka w aspekcie jej cyfryzacji. Zalewają nas inne, mniejsze lub większe powodzie głupoty, wręcz kretyństwa, a wszystkie wypływają z nieudolności rządów, co w największym stopniu wykorzystuje PiS, chociażby: mimo głośnych obietnic nie ukończone na czas i w odpowiedniej ilości autostrady, zarozumiałość rządu w kwestii podejmowania decyzji bez konsultacji z narodem (niesmoleńskim), jak sprawa ACTA, sprawa emerytur i wiele innych. Skandale z tzw. „pędzącym królikiem”,Rysiem i Zbysiem w tle, bardzo obniżyły notowania rządu, który mimo zapowiedzi starań o parytety, zrobił to co robił zawsze, a obecność w tymże rządzie ministranta Gowina w randze ministra sprawiedliwości całkowicie degraduje jego powagę i liberalizm. Dzisiaj zalewa nas powódź następna. Bo oto rząd okołogowinowy utrudnia podpisanie dokumentu europejskiego w sprawach dot. kobiet, a nawet robi wszystko, by zakazać aptekom sprzedaży środków zapobiegających niechcianej ciąży, co jest absolutnym aktem ciemnoty, średniowiecza i przyklęcznej uległości wobec Kościoła. Jeżeli ten dokument wszedłby w życie, to nikt z polskiego rządu nie powinien kiedykolwiek pokazywać się w Brukseli, bo ze wstydu wobec tych, co nie zechcą im podać ręki, spłoną. Gowin, historyk ( większość zacofańców to historycy po studiach teologicznych), jest przekonany, tak jak twierdzi półgłówek katolicki Cejrowskiże, pigułka antykoncepcyjna powoduje oziębłość seksualną,cellulitis i niepohamowane owłosienie. Aż nie mogę uwierzyć, że inteligentna, mądra pani Pawlikowska zechciała pozostawać przez lata jego żoną. Jest jeszcze wiele rozlanych, wciąż nie osuszonych obszarów w naszym ukochanym, mimo wszystko kraju. Bo czymże jest targanie po sądach w przeddzień końca życia, staruszka Wojciecha Jaruzelskiego, tego, który jak nikt w świecie oddał m.in. Kaczorom władzę na talerzu (z dobrym rosołem), bowiem przez wiele lat mieli co sprzedawać i sami się tuczyć),.Czym że są coroczne hucpy pod Jego domem?. Tylko kupę zasrańców z lat stanu wojennego, a dzisiaj idiotów do potęgi w osobach Kamińskich, Pitery i setki innych z kręgu tzw. brunatnej młodzieży legalnie zarejestrowanej przez głupich sędziów stać na podobne zachowanie.
Jakie rządy takie ich decyzje. Niektóre wyłuszczyłem, ale wspomnęjeszcze chociażby o ujawnieniu konta prywatnego Alesia Białackiego, opozycjonisty w stosunku do reżymu Łukaszenki. Dzisiaj przyjaciel Polski siedzi w więzieniu, dlatego w ramach moralnej rekompensaty wystąpiliśmy z wnioskiem o przyznanie mu nagrody Nobla, co sięoczywiście nie stanie. O nagrodę dla Wojtyły też nasze rządy prawicowe się starały bez żadnego skutku. Szymborska , mimo że socjalistka, bez protekcji taką nagrodę otrzymała w świetle jupiterów z całego świata. Powódź głupoty nigdy u nas nie wysycha, jak powiadam. Najgorsze jest to, że głupie, wprost kretyńskie decyzje potrafimy przekuć w sukces i powód do chwały. Generał Anders nazwał decyzję o wywołaniu Powstania Warszawskiego nie tylko nieszczęściem Polski, ale wręcz głupotą i zbrodnią.Tragedia smoleńska, jak obserwujemy, też będzie nabożnie przeistoczona w święto państwowe, jak zresztą wszystkie klęski narodowe. Jeden z czeskich bohaterów popularnego serialu powiedział:gdyby głupota miała skrzydła to powinniśmy fruwać. Prawda, tyle,że cała Polska nie odfrunie, bo gdzie?. Do znienawidzonej Rosji, fałszywych Niemiec, ateistycznych Czech. No co, no co, no co ja narobiłem (wedle Wiesława Gołasa). Jak to co?. Głosowałem na to towarzystwo i tyle. To sie zdarzyło piętnaście lat temu, w 1997 roku. Powódź tysiąclecia. Podobnie jak smoleńska katastrofa tysiąclecia, jak śmierć prymasa tysiąclecia, jak zima na początku lat osiemdziesiątych, jak 200 kilogramowa dynia, która urosła w ogródku pana Kiziołka z Pcimia Dolnego, nazwana dynią tysiąclecia. Wielkie oto nieszczęście stało się latem 1997 roku podczas (a kiedy miało się stać, pytanie retoryczne) rządów lewicy. Oszalała Odra wraz z wszystkimi swoimi dopływami rozlała się tak, że woda podchodziła w okolicznych miejscowościach pod balkony. Trzeba było ewakuować nie tylko ludzi, ale też zwierzęta z ogrodu zoologicznego, bowiem wiele z nich natura nie obdarzyła umiejętnością pływania. Telewizja na okrągło pokazywała nieszczęśników z narastającym dramatyzmem za pośrednictwem takich orlic dziennikarstwa jak Monika Olejnik i Maria Wiernikowska. Ta druga czyniła wszystko byle udupić premiera Cimoszewicza i jego rządy, które ponoć nie zbudowały wystarczających wałów przeciwpowodziowych. Dzisiaj jak wiadomo, dzięki prawicy mamy ich dostatecznie dużo i żadna tam powódź, choćby tysiąclecia nam nie zagraża, a powodzie w latach następnych, w tym w ubiegłym roku, to tylko przyczynek do postawienia premierowi pytania „Jak żyć panie premierze”. Wiernikowska, mistrzyni od tworzenia atmosfery antyrządowej nagłaśniała wypowiedź Cimoszki, że nie byłoby takiego nieszczęścia, gdyby ludzie się ubezpieczali. Podobno była to wypowiedź cyniczna na tyle, że premier stracił posadę, mimo natychmiastowej decyzji o zakupie szwedzkich, tymczasowych domków kontenerowych, które mimo władzy poprawnej prawicy służyły tym ludziom przez lata następne. Dzisiaj wypowiedzi o konieczności ubezpieczenia się padają z ust rządzących przy każdej powodzi i każdym pożarze i jakoś nikt nie widzi w niej ani krzty cynizmu. Pamiętamy wszyscy pływające meble i potopione zwierzęta. Pamiętamy te ponad pięćdziesiąt ofiar ludzkich, którym nikt nie postawił żadnego pomnika, a po upływie kilku miesięcy, gdy woda opadła i wyschła w miarę, nawet o nich nikt, włącznie z Wiernikowską nie wspomniał. Pamiętamy zalane muzea, teatry,kościoły i cmentarze, na tyle, że widoczne były tylko skrawki wysokich krzyży. Bystra, wielka woda wypłukiwała z wielu grobów trumny zakłócając błogi wieczny spokój pochowanym. Telewizja pokazała pływające po osiedlach, jakby po wodach Styksu trumny, które zatrzymywały się pod balkonami. Mogło by się zdarzyć, że do miejsca zamieszkania podpłynęła na cmentarnej łodzi pochowana na miejscowej nekropolii teściowa. Ale żarty na bok, mimo, jako że to zdarzenie makabryczne to zakrawa tylko na humor angielski, który wstrząsa nie jednym z nas.



czwartek, 19 kwietnia 2012

CZYM MOGĘ SŁUŻYĆ?


Zbliżające się szybkim krokiem mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO2012 zmusiły mnie niejako do zakupu nowego telewizora o standardach XXI wieku. W tym celu udałem się do najbliższego sklepu RTV AGD. W myślach odtwarzałem sobie przypadek, jak to w latach osiemdziesiątych w podobnym celu zawitałem do oczywiście uboższego przybytku. Moim rodzicom zamieszkałym w małym mieście, po latach eksploatacji telewizor marki Unitra odmówił jakiegokolwiek posłuszeństwa mimo, że oboje na zmianę walili w niego pięściami. Mieszkasz synu w dużym mieście powiedzieli, gdzie sklepów multum, to łatwiej ci będzie kupić nam jakikolwiek, ale nowy aparat TV. Podjąwszy się spełnienia prośby, nie przypuszczałem, że aby kupić czarno-biały telewizor należało zapisać się do kolejki, a następnie codziennie odhaczać się na liście oczekujących na dostawę.. No ale trudno, skoro się zgodziłem, słowa trzeba było dotrzymać. Po dwutygodniowych codziennych wyprawach do sklepu, upragniony towar zwiozłem do domu staruszków, ku wprost oszalałej radości i dziękczynienia. Dzisiaj zachodzę do galerii handlowej i widzę porozwieszanych na ścianach trzydzieści aparatów LCD o szerokości przekątnej ekranu od 25 do 45 cali. Kierownik salonu wita mnie serdecznie jak jaki bliski znajomy i pyta w czym może mi pomóc. Nie wiem, zbyt dużo tego pan ma, będzie problem. Następnie z ciekawości handlowej dowiaduje się ode mnie z jaką gotówką doń przychodzę. Podałem stan konta portfelowego i w parę minut miałem odpowiednio dobrany zakup. Nie, nie, nie! Szanowny pan nie dotyka sprzętu. Proszę podać adres, a nasz pracownik w przeciągu pół godziny dostarczy telewizor do domku, zamontuje i uruchomi go zgodnie z dopływem sygnału kablowego. Tak oto w kwestii handlu doczekaliśmy się standardu europejskiego. Na razie w kwestii handlu i nieco troszkę w kwestii usług, nie płac i emerytur. A przecież jeszcze trzydzieści lat temu, czyli niezbyt znowu tak dawno człowiek krępował się głośniej wejść do jakiegokolwiek sklepu by przypadkowo nie przebudzić z błogiego snu ekspedientkę. Nie miały one w zasadzie żadnej uciążliwej pracy, bowiem towaru na składzie nie było praktycznie żadnego, nie licząc tego odłożonego dla przyjaciół i rodziny pod ladą. W sklepach z tekstyliami i obuwiem często trzaba było kupować rzeczy nie na miarę, ale na sztuki (być może uda się w razie czego z kimś wymienić). Praktycznie najbardziej uroczo w kwestii uprzejmości nabywało się towary od tzw. baby na targowisku. Ale co ja będę tu wyliczał tego typu utrudnienia, jak prawie wszyscy doświadczyliśmy tej przygody. Octu nie brakowało, a to już coś mówi. W telewizji człowiek oglądał kulisy handlu na świecie i dlatego o ile mi czas i pieniądze pozwoliły zdecydowałem się przyjrzeć temu osobiście. Wiadomo, w tamtych czasach bez paszportu można było udać się wyłącznie do sąsiednich demoludów. Zatem najpierw pojechałem na Węgry, gdzie spostrzegłem, że gospodarka Madziarów kręciła się nieco szybciej i wydajniej, aczkolwiek jeszcze była daleko do standardów światowych. Zwyczajem narodowym Polaków zabrałem co nieco na tzw. zaprzyjaźniony handel, by nie wracać z pustymi rękami. Bez trudu kupiłem wędliny w postaci kiełbas, salami i tokaju, a perypetie z zakupem noża opisałem w innym poście. W tym czasie u nas kłaniając się kierowniczkom sklepu mogłeś na tzw. kartkowe kwadraciki na mięso dostać kawałek wołowiny z kością, lub ów kwadracik wymienić z kimś na inny pozwalający zakupić pół litra wódki po godzinie 13.00. W drugiej kolejności w zorganizowanej grupie pojechałem w podróż po radzieckiej Rosji, od Petersburga poprzez Irkuck, Taszkient, Erewań, Tbilisi, Soczi, Moskwę. Jak wiadomo w tym kraju nie było żadnych problemów ze sprzedażą rzeczy przywiezionych z Polski. Etażowe w hotelach ograbiły mnie z całej garderoby od dość zniszczonej marynarki sztruksowej po używane adidasy (Radoskór)) płacąc dość na tyle hojnie, że mogłem w ich sklepach dla inostrańców zakupić złote precjoza. Sklepy ogólnodostępne były dość dobrze zaopatrzone. Sklepy mięsne zapraszające szyldem „kołbasa”, rzeczywiście serwowały tylko jeden gatunek kiełbasy (grubej) oraz mięso z rąbanki. Podobnie „bułocznaja” serwowała jeden gatunek chleba i mało smaczne kajzerki. Na suku (to taki rynek islamski) w Erewaniu kilogram mandarynek kosztował trzy razy mniej niżeli kilogram ziemniaków. W tym czasie u nas nie uświadczyłeś mandarynek nawet na lekarstwo. Ziemniaki bowiem oni jedzą wyłącznie na przystawkę, jak my np. mizerię. Blisko miesiąc objadałem się miast kartofli makaronem w różnych smakach i konfiguracjach gastronomicznych. Na przełomie ostatnich dwóch dekad ubiegłego wieku zdarzyło się, że niespodziewanie otrzymałem większą gotówkę w ramach tzw. jubileuszówki i z miejsca, zanim wróciłem do domu, w Orbisie wykupiłem wycieczkę do Kopenhagi i szwedzkiego Malme.. Po pokonaniu trudności w walce o paszport (rozmowa ze smutnym panem i podpisaniu zobowiązania o zachowaniu tajemnicy państwowej), tak jakbyśmy mieli cokolwiek do ujawnienia i odbyciu podróży promem znalazłem się w towarzystwie kolegi z jednej wspólnej kajuty w porcie kopenhaskim, gdzie powitała nas słynna syrenka usadowiona na kamieniu i wpatrzona w morze. Oczywiście rynek handlowy Kopenhagi oczarował nas omdlewająco. Z wystaw uśmiechały się do nas wygłodniałych szyneczki i przeróżne kabanosy, zmuszając do przekroczenia progu sklepowego. Wszystkie wystawy obwieszone luksusowym towarem. Można było tylko popatrzeć i podziwiać, bo jak można zaszaleć za 100 dolarów, które nota bene dostałem od wujka księdza pod warunkiem, że przyślę mu kartki z obu miast. Była to gwarancja, że rzeczywiście pojadę na Zachód, a nie wydam tej setki na wrangle i francuskie koniaki w polskim peweksie. Mimo niedużej gotówki chciałem też zrealizować zamówienie mojej małżonki. Prosiła mnie o zakup (taka była moda) krempliny na spódnicę, oraz kilku motków moherowej wełny (dzisiaj symbolu sympatyków ojdyra z Torunia). Miałem szczęście, bowiem właściciel sklepu przed którym gaworzyliśmy z kolegą, zaprosił nas po polsku do wnętrza. Okazało się, że to nasz rodak-Żyd z Włocławka, wypędzony przez Gomułkę w 1968 roku. Ucieszył się nami jak małe dziecko, a przywołana żona poczęstowała nas dobrą kawusią. Chciał się dowiedzieć o kraju rodzinnym jak najwięcej. Zakup prezentów dla żony okazał się drobnostką, bowiem sprzedawca wziął tylko połowę ceny, a nawet obdarzył nas na pożegnanie prezentami w postaci parasolek. Zwyczajowo z Polski przywiozłem bodajże dwie butelki „żubrówki”, które w nocy w słynnym parku Tivoli sprzedałem kelnerom za taką cenę, iż mogłem kupić jeszcze wiele atrakcyjnych rzeczy (m.in. prawdziwe amerykańskie dżinsy), oraz z ciekawości dwa wydawnictwa „świerszczykowe,”z Malme, które mi zabrano podczas odprawy w Szczecinie), co mi sprawiło szczególnie przykrą niespodziankę, bowiem w kilka dni po powrocie w skrzynce listowej żona znalazła pismo które brzmiało, że zarekwirowane materiały pornograficzne zostały komisyjnie zniszczone. Nocą z kolegą włóczyliśmy się po ulicach oświetlonych neonami. Chcieliśmy zobaczyć słynną dzielnicę uciech (zobaczyć, nie skorzystać, bo to nie na naszą kieszeń). Zapytany policjant wsadził nas do motocykla z koszem i zawiózł na ulicę Andersena (tego od bajek). Tam wzdłuż jednej ściany domów pięknie oświetlonych na różowo można było się przyjrzeć różnokolorowym na pół nagim dziewczynkom uśmiechających się prawie do każdego chłopa. Do nas też i to szczególnie. Chwatit, jak dla przedstawicieli demoludów, dalej to już istna aberracja kolego, rzekł mój towarzysz. Praktycznie po tej wycieczce poznałem dogłębnie ten zgniły Zachód, dzięki temu, gdy w kilka lat później, już służbowo znalazłem się dwa razy we Włoszech to poczułem się jak Europejczyk. Wprawdzie w sklepach posługiwałem się rozmówkami, bo mimo uprzejmości sprzedawców, na migi nie potrafiłem się porozumieć w sposób zadowalający. Tu bardzo mi się spodobał szacunek dla klienta. Nie zdążysz powiedzieć dzień dobry a już słyszysz z ust sprzedawcy: „buongiorno come posso aintarla”, co znaczy witamy, czym możemy służyć. Dzisiaj już w Polsce taki jest stosunek do każdego klienta, ale ja z tym (stosunkiem) się zetknąłem już co najmniej piętnaście lat temu. Z walutą nigdy nie było najlepiej, dlatego zwykle nastawiałem się na zwiedzanie, a jak wiadomo we Włoszech jest na co popatrzeć, ale dzięki oszczędności nabyłem małą kamerę „sanju”. Nowość w rodzinie. W rok później udałem się na kilka dni również służbowo, tym razem do Paryża. Był to bardzo atrakcyjny wyjazd. Załatwiałem bazę pobytową dla starszych kolonistów z zakładu pracy akurat w okresie Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Piękne noclegi w bungalowych domkach opodal Versalu. No cóż, jaki jest Paryż każdy wie. Wieczne święto, jak mawiał autor „Starego człowieka i morza”. Ponieważ jest to jedyny zachodni język, którego nie skromnie mówiąc najbardziej w życiu liznąłem w szkole średniej z oceną bdb. przeto starałem się bez niczyjej pomocy radzić sobie sam, zarówno w relacjach spotkań ulicznych, jak i w marketach. Pamiętam, doskonale się porozumiałem podczas zakupu diskmana dla syna jak i innych drobiazgów. Wiedziałem, że we Francji kobiety niezbyt lubią, gdy zwracasz się do nich słowem madame, chyba że już są w bardzo zaawansowanym wieku. Oczywiście po zwyczajowym powitaniu i zapytaniu czym może ci służyć, czyli „bonjour comment pui-je aider”, z uśmiechem spojrzą na ciebie gdy zwrócisz się do niej „ desole mademoiselle”. Wtedy przyłóż ją do rany. Gdy niezbyt zrozumiesz o czym ona mówi przy zakupie towaru, to wiedz, że zapewne mówi o cenie. Wtedy wystarczy poprosić by kwotę ci napisała na kartce np.” Sil vous plait ecrivez moi”, przy tym należy wdzięczyć się uśmiechem. Vous etes un Polonais?- Oui mademoiselle, odpowiedziałem z następnym uśmiechem, oczekując pytania o Wałęsę. W każdym razie po odbytych podróżach, zarówno tych prywatnych, jak i służbowych pozostały mi bardzo miłe retrospekcyjne wspomnienia. Powracam do nich swoimi myślami tym bardziej, że jestem już człowiekiem w miarę wiekowym i nie bardzo dzisiaj mnie stać na podobną „voyage”. Pozostają mi wspomnienia i fotki z Wikipedii.
No to sobie tak pobajdurzyłem jak prawdziwy globtroter, do którego mi bardzo, bardzo daleko, ale cóż ja mam innego dzisiaj do roboty, mówiąc kolokwialnie?. A wszystko dzięki Euro 2012 i konieczności zakupu nowego LCD. Na koniec handlowy dowcip z Polski:

Kobieta wchodzi do sklepu z dywanami:
-Chciałabym coś praktycznego do pokoju dziecinnego.
-A ile ma pani dzieci?, pyta sprzedawca widząc zaawansowaną ciążę.
-Na razie sześcioro.
-To najpraktyczniejszy byłby asfalt.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

POLISH JOKES


Matko jedyna! Wstyd nawet zaczynać, bo przecież muszę sie zająć nacją, która mnie wydała na świat. Nacją, z której się wywodzi mój antenat, a więc mój pradziadek, mój dziadek i najbliższy mi ojciec. A wesoło nie jest, bom właśnie Polak.
Trzymajcie mnie zanim napiszę coś, co by urągało nam Polakom, a byłoby nieprawdą. Otóż nie potrzeba żadnej sofistyki, a więc krętactwa i na siłę udawadniania jakiegokolwiek nieprawdziwego twierdzenia. My Polacy byliśmy, jesteśmy i zanosi się na to, że również będziemy w przyszłości narodem, który wytyka palcem cały cywilizowany świat, mimo, że sami wbijamy się w wątpliwą dumę. Wszystkie narody europejskie, z którymi zdążylismy się skłócić, ale także związać traktatami gospodarczymi i politycznymi, również może szczególnie te iście, jeszcze bardziej cywilizowane narody zaatlantyckie, w gruncie rzeczy mają nas gdzieś. Właśnie tam bieda i marzenia poniosły setki tysięcy Polan w dwudziestym szczególnie wieku. Nie wnieśliśmy tam niczego wartościowego poza siłą roboczą, bowiem Polak, tak jak Irlandczyk, Grek czy Włoch popłynął do USA wyłącznie ze względu na rodzinną pauperyzację i brak jakichkolwiek perspektyw na egzystencję we własnym kraju. Ameryka w mentalności biednych Europejczykow i nie tylko, to Eldorado i Eden razem wzięte. To kraina miodem i złotem słynąca. W tym miejscu należy dodać, iż przeciętny, szczególnie dawny emigrant to prosty, często nie potrafiący się podpisać człowiek. Poza gotowością do każdej roboty, nie wniósł on nic dla "Hameryki". Nie wspominam tu o chlubnych wyjątkach, jak Puławski, Kościuszko, czy też tych nielicznych inżynierach, którzy pomogli Ameryce wznieść drapacze chmur i zbudować słynne mosty. Jest to jednak mały odsetek spośród kilkumilionowej dziś populacji amerykańskich Polaków.Większość z nich skupiła się w odosobnionych enklawach w wielkich miastach, bądż to z powodu łatwiejszego porozumiewania się w rodzimym języku, bądż ze względów kulturowych czy religijnych. Podobne enklawy utworzyły inne napływające nacje, jak Meksykanie, Włosi, czy wreszcie przeróżni Azjaci. To dzisiejsi prawie w 100% wyborcy PiS i oddani Kaczynskiemu.
Tytuł tego posta to Polish jokes. Co to oznacza w języku angloamerykańskim?. Otóż Polish jokes to po prostu ciemniak, prostak, cwaniaczek, drobny złodziejaszek, przede wszystkim zaś Polak-katolik. Niestety my Polacy w odwecie nie potrafiliśmy nazwać podobnie obywatela USA, chyba z bojażni lub serwilizmu, jak potrafili to zrobić latynosi. Dla nich jankes to gringo, co jest określeniem pogardliwym i ogólnie bardzo pejoratywnym. Ten kraj złotem i miodem słynący, jak Polska sanktuariami Marii Dziewicy, swoją wielkość zbudował na przestrzeni ponad dwustuletniej historii wyłącznie dzięki ogromnym korzyściom odniesionym na cudzych wojnach oraz niewolniczej sile roboczej Murzynów pojmanych w Afryce i za przysłowiowe centy kupowanych na targowiskach. Poza wewnętrzną wojną stanową, żadne nieszczęście ten kraj nie dotknęło. Na przestrzeni dwustu lat, a szczególnie w ostatnich stu, USA wzbogaciło się na polityce iście imperialistycznej. Skłócony świat zamawiał coraz to nowe środki do zabijania, dzięki czemu napędzał gospodarkę amerykanską. Fabryki pracowaly na pełnych obrotach. Ameryka w zasadzie nigdy nie była narażona na straty.Wyłącznie na zysk.Teatry wojen w których uczestniczyli jankesi rozgrywały się zawsze poza USA. Jankesi weszli do Korei i Wietnamu ze strachu przed rozprzestrzenianiem sie wpływów komunizmu sowieckiego. Do Iraku i Afganistanu zaś ze względu na światowe zasoby ropy i gazu. To tylko przykłady. Do nich należy także zaliczyć udział w obu wojnach światowych, wyłącznie z obawy przed imperializmem niemieckim, który w osi z Tokio bardzo zagrażal USA. Oczywiście również powiekszali swoje terytoria poprzez zakupy dużych obszarów, przykładowo od Rosji czy Francji. Ale to historia. O ile udział wojsk amerykańskich w światowych wojnach był stosunkowo wymierny, o tyle pomoc gospodarcza, w tym dostawy broni i innych niezbednych materiałów była rzeczywiście na wagę złota. Dosłownie, złoto w rewanżu wagonami płynęło do USA.
Piosenka mówi: To jest Ameryka, to słynne USA. To jest kochany kraj, na ziemi raj. Prawda. Raj dla ludzi wykształconych, przedsiebiorczych, a przede wszystkim pracowitych. Prosty żul i nierób jednakowy standard życia ma nad Wisłą jak i Potomakiem. Właśnie w tym zaoceanicznym kraju zadomowiło się miliony obywateli posługujących się w zasadzie wyłącznie swoim rodzimym językiem, no i z dumą pokazywanym dziś paszportem United States. Wnieśliśmy tam swoje obyczaje, religię, a przy tym zabobony i tanią kulturowość. Wszystko to bardzo, bardzo odmienne od kultury stricte amerykańskiej, której rzeczywiste żródła tkwią w kulturze angielskiej, irlandzkiej, czy też niemieckiej, a więc z reguły protestanckiej. Polak zwykle biedak, Polak katolik, Polak prymityw, Polak sprzątacz, to materiał na upokarzające nas dowcipy i tanią satyrę.Tak zrodził się Polish jokes. Ale czy te dowcipy rzeczywiście nie oddają prawdy?. Ależ tak, najzupełniej. Rozmodlony polski emigrant, najczęściej z polskiej ściany wschodniej, Bieszczadów i Podhala, absolutnie przekonany o istnieniu opatrzności boskiej, o świętości Polaka na stolcu papieskim, o piekle, czyśćcu i docelowym niebie, o skuteczności czarów, modłów i egzorcyzmów odprawianych przez "fachowców", o zabijaniu poczętych zygot itd.etc., to absolutne potwierdzenie, że lepszego materiału na tego rodzaju twórczość nie ma. Amerykanie mają i będą mieć powody by nami posponować. Wzgardę ową Polak odczuwa też w innych cywilizowanych krajach. Można by tu zacytować powiedzenie Boya -Żeleńskiego, iż"sa dwa powody dla których Polska mu zbrzydła. Za dużo święconej wody, a za mało mydła". To spostrzeżenie jest aktualne do dziś. Poseł AWS z trybuny sejmowej wrzeszczał: " Polska może być biedna, może być gospodarczo zacofana, ale musi być katolicka".Ta doktryna obowiązuje nadal- w państwie członku UE. Wczoraj któraś ze stacji telewizyjnych podała, że zaledwie 30% Polaków myje ręce po użyciu sedesu lub pisuaru, a klapy sedesowej generalnie Polacy nie zamykaja nigdy.
Dla podsumowania tegoż tekstu posłużę się rozmową Polaka z kelnerem:
-Panie kelner, ta herbata jedzie mi męskim członkiem!
-To przełóż pan szklankę do drugiej ręki i będzie po kłopocie.
Mógłbym na tym zakończyć powiedzeniem: Czemus biedny?, boś głupi. A jesteś głupi boś biedny.Dlatego mądrzy Amerykanie, widząc naszą pozycję przyklęczną wobec nich, za naszą ucieszną zgodą posługują się w ich wyłącznym interesie naszymi szwejami w Afganistanie (wcześniej w Iraku), a ponadto okazało się, że wyzbywali się ze swojego terytorium terrorystów islamskich, umieszczajac ich w polskim tajnym więzieniu. No brawo, brawo. W nagrodę jeszcze długo poczekamy na zniesienie wiz.

sobota, 14 kwietnia 2012

BLA BLA BLA


Tak mniej więcej mogą odczytać post niektórzy, których wzrok przypadkowo naprowadzi na tekst w moim blogu. Otóż jakie są moje powody do napisania kolejnych postów, a więc też tego, który zatytułuje bla, bla, bla. Można by powiedzieć, że nijakie. Są najczęściej obserwacją codziennego życia Polaków, czyli nas wszystkich. Są to też odczucia w stosunku do personalnych postaci, zakłócające w ciągu dnia moje wyciszenie, które coraz bardziej szanuję, bo to najlepsze lekarstwo na moją emerycką egzystencję. Nie będę przywoływał tu tych, co to szukają PR za wszelka cenę. Nie będę w tym poście przywoływał nazwisk półgłówków sektora politycznego z PiS i SP wiadomo zacz o kogo chodzi. Nie będę też przywoływał Rutkowskiego z jego podopiecznymi z Sosnowca, na bazie których ten samozwańczy prostacki pseudodetektyw buduje swój majątek. W końcu uprowadził wzorem rycerskim z klasztoru mniszkę, zapraszając ją do swojego, wygrzanego przez poprzedniczki łoża, więc powinien uczynić wszystko, by tego w rzeczy samej nagannego w oczach Kościoła czynu nie żałowała. Potrzebne są duże pieniądze. Nawiasem mówiąc Rutkowski na bazie budowy swojego męstwa w sensie dosłownym wyspowiadał się prasie, że przez owe łoże przepuścił kilkadziesiąt szalejących za jego torsem i kroczem niewiast. Ile z nich było pierwej powierzonych Chrystusowi nie ujawnił. Być może przyjdzie czas, że Kościół wytoczy mu proces, tym bardziej, że ministrem sprawiedliwości jest zawodowy ministrant Dziwisza, pan Gowin. Mocno związany stułą kapłańską z życiem klasztornym aż do dziś. I nic w tym względzie się nie zmieni, dał bowiem on dowód swoich przekonań w dniach ostatnich protestując przy próbie ratyfikacji przez Polskę unijnych postępowych zapisów w sprawach kobiet. By nie umknęło mojej pamięci, w tym miejscu chcę powiedzieć, że nie zawsze moi komentatorzy trzymają się poruszanego przeze mnie tematu. Wybaczam im, bowiem dla mnie pociechą jest to, że skoro cokolwiek piszą pod moim postem, znaczy to tyle, że z samym tematem się zapoznali. Z niektórymi z Państwa np. z amadeo, rybka500, czy też J. polubiliśmy się z wzajemnością. Państwa komentarze, szczególnie pani J. to spektrum głębokich myśli i prawdziwych, jakże mądrych ripost na otaczające nas idiotyzmy. Bywa też, że podczas niezbyt głębokich rozmyślań o wczesnym dzieciństwie, co pięknie nazywamy powolnym przemijaniem, pewne zdarzenia nachalnie proszą się o ich przypomnienie. Staram się zatem przychylić do ich „próśb”.Dlatego na blogu, nie licząc się z krytyką i zniesmaczeniem tych, których dotyka temat delikatnie obnażać fakty, także te dotyczące mnie osobiście. Nie krzywdzę nikogo, bo pokazanie osobowościowej „golizny” w sensie faktograficznym nie boli mnie w ogóle i mam takie odczucie, że nie powinno zaboleć nikogo, kto się cichcem próbuje uosabiać z „bohaterami” bloga. Podobnie ma się z moimi wynurzeniami pozapolitycznymi, lub tylko ocierającymi się o politykę. Weźmy np. głośną dzisiaj sprawę Gintera Grassa, noblistę, honorowego obywatela Gdańska, autora arcydzieła pt. „Blaszany bębenek”. Okazuje się, że jak w wielu innych Niemcach tamtego nazistowskiego okresu, w Grassie odzywa się nuta powrotu do młodości, kiedy to jako dorastający gówniarz najpierw wyżywał się w Hitlerjugend w towarzystwie młodego Benedykta XVI, a następnie już w Waffen SS, już jako oficjalny żołnierz esesman, co to miał wraz z innymi z łapanki powstrzymać na rozkaz Hitlera hordę bolszewicką napierającą na okolicę i sam Berlin. Ja nie wiem, jak ocenić Noblistę w aspekcie ataku na Izrael. Sadzę, że przemawia przez niego obawa, że wzrastająca w świecie potęga synów Syjonu, być może w zemście dosięgnie zbrodni faszyzmu trzeciej Rzeszy, której cząstką był on sam. Nie wiem, jakie emocje nim targają, nie chcę też cokolwiek więcej wiedzieć. To stary człowiek, który swojej młodości doszukuje się w lustrze. Wie, że nikt dzisiaj nie będzie wywlekał jego smarkaterii przed sąd. Jest wielu innych nazistowskich starców żyjących w iście bajecznych warunkach, za zrabowane złoto z wyrywanych zębów i ukradzionych dóbr wszystkim okupywanym narodom. Starych zbrodniarzy nazizmu ukrywających się na wszystkich kontynentach, włącznie z demokratycznymi Stanami Zjednoczonymi. Zapewne dane im będzie spokojnie doczekać śmierci we własnych puchowych łożach, a nie w gettach i obozach koncentracyjnych.
Zatytułowałem mój post słowami ble, ble, ble. To jest najwłaściwszy tytuł. Piszę bowiem praktycznie o niczym aktualnie dla wielu ważnym. Spowiadam się z moich myśli. Tych wrednych. które przychodzą mi do głowy w czasie spacerów po wertepach i wykrotach, powodujących jakiś konglomerat obcych mi na co dzień myśli, oraz tych które nachodzą w czasie spacerów pięknymi alejkami ogrodowymi, wśród drzew kwitnących jabłoni (na co czekam), oraz zapachów rabatek kwiatowych. Bądźcie zatem zdrowi, dbajcie o siebie i o innych. To słowa amerykańskiego redaktora, Polaka pochodzenia żydowskiego, który wypowiada je na koniec swojej cyklicznej audycji telewizyjnej. Mnie się akurat te słowa podobają, zatem je adoptuję.

środa, 11 kwietnia 2012

KACZYSTAN CZYLI SEKTA SMOLEŃSKA



Minęły dwa lata od momentu, gdy cały świat usłyszał z niedowierzaniem, że na lotnisku wojskowym w Smoleńsku w wyniku katastrofy lotniczej zginął prezydent Polski z małżonką, oraz 94 inne osoby. To śmietanka polskiej polityki, wojska polskiego, oraz Kościoła. Pamiętamy wszyscy co się potem działo w Polsce. Krzyż, zażarta walka o fotel prezydenta, oraz wzajemna nienawiść nie tylko w ławach sejmowych, ale też w przekroju społecznym, wyrażana codziennym sabatowym rytuałem czarownic pod Pałacem. A wszystko to miało i ma swoje źródło w mózgu guru sekty Jarosława Kaczyńskiego, który ubzdurał sobie (sam oczywiście w to nie wierząc), że jego brata zamordował Tusk z Komorowskim w porozumieniu z Putinem, o czym wielokrotnie wspominałem. Nic się nie zmieniło po dwóch latach, wręcz przeciwnie. Im bliżej do kolejnych wyborów parlamentarnych (za dwa lata), tym wściekłość, histeria Kaczyńskiego i jego partii narasta coraz bardziej. Już nie wystarczają msze i parady z wieńcem pod Pałac każdego 10 dnia miesiąca. Już nie wystarczy wygłaszanie mów oskarżycielskich o całe zło rządu w Sejmie, oraz w formie wywiadów dla mediów. Dzisiaj ta prawdziwa pisowska hołota zebrana pod krzyżem, popierana przez Rydzyka i skrajnie prawicową prasę, oficjalnie na plakatach i sztandarach wykrzykuje wyrafinowane wyzwiska i oskarżenia o zbrodnie popełnione na jego bracie przez premiera rządu i prezydenta państwa, przy współudziale GW, TVN, oraz niedobitków WSI, co to jakoś przemknęli się przez palce Macierewicza. Wszyscy to wiemy. Wszyscy to widzieliśmy. Wszystkim nam to działa na nerwy. I dlatego w tym miejscu stwierdzam fakt: Nasze władze są tak słabe jak stara babinka przed śmiercią, jak spróchniała gałązka. Nasz premier milcząc w obliczu tych faktów daje pożywkę rozjuszonym siłom pisowskim, którzy się przyzwyczaili do tego, że demokracja może być konsumowana na ich sposób i nikt nie kiwnie palcem w myśl owej demokratycznej wolności. A przecież jest paragraf w kodeksie karnym, który mówi: kto znieważa słowem lub czynem prezydenta i inne osobistości władzy państwowej podlega karze bodajże do 2 lat więzienia. Milczenie perfidnie obrażanych przekonuje prosty lud, że skoro nie ma reakcji, to jednak jest coś na rzeczy, czują się oni winnymi. Zatem rzeczywiście przyłożyli się z premedytacją do powodowania katastrofy. A wystarczyło by policjant zgarnął jednego, czy drugiego uczestnika tej szatańskiej imprezy wraz z trzymanym w ręku plakatem, lub transparentem głoszącym, że Tusk i Komorowski to mordercy, stanowiącym dowód w sprawie dla sądu. Nie sadzać do przepełnionych pijanymi rowerzystami cel więziennych. Karać wysokimi mandatami. Pieniądze bolą najbardziej, szczególnie te rydzykowe, tylko chwilowo w rękach tych mściwych emerytek. W innym przypadku przy wściekliźnie Kaczyńskiego i jego partii, temu rządowi nie wróżę dłuższej egzystencji. Aliści pamiętamy, gdy kilka lat temu bezdomny dworcowy menel wyraził się nie bardzo uprzejmie o prezydencie Kaczyńskim, to na koszt państwa cała policja kraju go szukała, by zakuć go w końcu w kajdany. Zatem można by się w tym wypadku odwołać do powiedzenia o Kalim i kradzionej krowie. Przeczytałem kilka komentarzy na temat ostatnich wydarzeń. Większość o racjonalnej treści np.
***
"Ludzie otwórzmy oczy... On wykorzystuje śmierć swojego brata (z całym szacunkiem dla zmarłego prezydenta) dla swojego wizerunku politycznego a przy okazji nawołuje ludzi do zabicia prezydenta i premiera, przecież zwykły, szary człowiek miałby za to przynajmniej więzienie. Potem następnie wywoła wojnę z Rosją tylko dlatego że w jego chorej głowie panoszą się konspiracyjne myśli i to tylko dlatego że zapomniał łyknąć leki. Bronicie się krzyżami a kto powiedział "spieprzaj dziadu"? I właśnie tak to wszystko wygląda. Naprawdę otwórzmy oczy. (=)"
Zaś dwa lata temu ludzie pisali.
***
"Wydaje mi się, że pani Marta Kaczyńska nie jest zameldowana w pałacu prezydenckim. Skoro rezyduje tam bez meldunku to znaczy, że jest tam na dziko. A jeśli na dziko, to od wysiedlania są
odpowiednie służby, bowiem pani Kaczyńska jest takim samym obywatelem naszego państwa jak wyrzucani z pustostanów "na bruk" bezdomni. (-)."
***
" Wrodziła się w stryja też jest bezczelna. A swoją drogą to ma udziały własnościowe w domu stryja i go tak kocha to niech się tam przeprowadzi . Tak jak Jaruś do końca chce korzystać z przywilejów. Jaruś do dnia dzisiejszego ma ochronę BOR. Kto za to płaci!!!!!!. Co na to Tusk!!!! "
***
"Oczywiście delikatność w tych sprawach konieczna, jednak minęło już ponad 60 dni i nie powinno tam być śladu po Kaczyńskich, to nie hotel dla rodzinki, sama powinna to wiedzieć. Tusk milczał!!. Niestety, jak się okazało, dopóty kilkoma TIRami Marta Kaczyńska nie wywiozła przydatnych jej dóbr pałacowych (niekoniecznie w spadku po rodzicach) dupy z Pałacu nie ruszyła. A Tusk milczał!!!! A w ogóle to na jakich prawach tam ze swoim drugim chłopem ta baba mieszkała. Pałac to gmach państwowy."
***
"Zakłamana i obłudna do reszty, jak jej ojciec i stryj. Pamiętamy szczęśliwą rodzinkę Lecha Kaczyńskiego ubiegającego się o prezydenturę. Marta była już po rozwodzie, a mimo to na zdjęciu wraz z mężem i córeczką świeciła oczami do potencjalnych wyborców jako święta szczęśliwa rodzinka. Dzisiaj po otrzymaniu olbrzymich odszkodowań z firmy ubezpieczeniowej oraz odszkodowań rządowych, ta strapiona śmiercią rodziców córunia żyje w takich luksusach, jakich nie powstydził by się prezydent USA. Jak ją widzę, to nie zazdroszczę jej tego. Obok jej pałacu są sierocińce, ale czy ona tam spojrzy." (=)
.............................................................................................................................................................
Reasumując, źle się dzieje w państwie duńskim, jak powiada poeta. I tu akurat Kaczyński ma rację. W Polsce jest prawny tumiwisizm, jest strach przed biskupami, którzy podobnie jak Kaczyński rzucają na rząd przeróżne kalumnie, jest wreszcie rozmodlona władza klęcząca co
niedziela u stóp gipsowych figurek. W takiej sytuacji o reformach w relacji państwo Kościół, oraz innych, a zapowiadanych w expose premiera możemy zapomnieć. Zresztą już się do tego
przyzwyczailiśmy.

wtorek, 10 kwietnia 2012

POŚWIĄTECZNE REFLEKSJE



Chodzi oczywiście o rozliczenie się z czasu świątecznego. Wiadomo, stół obłożony przeróżnymi wynalazkami polskiej, narodowej gastronomi, których zwykle na co dzień się unika, chociażby ze względu na szacunek dla pozostałości szczątków zdrowia. Rodzina, ta dorosła jak i najmłodsza, na każdym kroku spodziewająca się niespodzianek w postaci prezentów a to od zajączka, a to od baranka, ale najlepiej od dziadków. Opowieści snute w czasie konsumpcji były zakrapiane dla zdrowotności niewielką ilością trunków. Opowieści zwykle powtarzane wielokroć, szczególnie po piątym kieliszku, a też zasłyszane od innych osób, albo wręcz w środkach przekazu. Łatwo je było zapamiętać, bowiem przeplatały się najświeższe wieści o matce Madzi z oświadczeniami Kaczyńskiego, że oto wreszcie ma dowód na to, że w Smoleńsku dokonano jednak zamachu na brata To dla niego powoli staje się nader prawdziwe, jak aksjomat. O innych pasażerach feralnego lotu cicho sza, bo i po co. Wszyscy prawdziwi Polacy w czasie Świąt szyli sztandary z hasłami antyrządowymi, z którymi udadzą się w dniu rocznicy katastrofy pod Pałac Prezydencki. Mogliśmy jeszcze usłyszeć, zresztą wielokrotnie, jak polscy biskupi z „uśmiechem i serdecznymi” słowy pozdrawiali nasz katolicki naród z okazji Zmartwychwstania Pańskiego. Ani słówka o polityce, ani słówka o Radiu Maryja, ani słówka o ateistach, a tym bardziej o pieniądzach. Istna nabożna sielanka. No i oczywiście czas wolny, który jako żywo należy zagospodarować zgodnie z nakazem uczonych. Spacery, kawiarnie, wizyty u znajomych i przyjaciół, które przez umyślne zapomnienie dublują domowe posiedzenia konsumpcyjne. Lany poniedziałek dzisiaj traci na obrzędowości którą zapamiętałem gdzieś tam w tradycji wiejskiej, mocno folklorystycznej cepeliady. Jako mały chłopiec, mieszkający na wsi mazowieckiej czekałem na lany poniedziałek, bo była to okazja do bezkarnego oblewania się z chłopakami wodą. Z rana na podwórko zajeżdżała straż pożarna, ta ochotnicza, która zapuszczała ssący wąż do studni i bez jakichkolwiek zahamowań oblewała budynki, często wypychając strumieniem wody szyby z okien. Wodę lali dopóty, dopóki ojciec nie przyniósł im z domu litra gorzały i kilka pęt swojskiej kiełbasy. Dzisiaj tylko młodzież zajmuje się laniem wody (pominąwszy polityków i rząd) na przechodniów, często w sposób wręcz chuligański prosto z okien wieżowców, Pod płaszczykiem tradycji zalegalizowaliśmy dziecięce barbarzyństwo. Zatem ja osobiście, mimo nawoływań tych, co to widzą w spacerach samo dobro pozostałem w domu, oddając się literaturze pięknej, a nawet rzekłbym, przepięknej. Swego czasu przeczytałem książkę Andrzeja Stasiuka „Jadąc do Babadag”, za którą autor kilka lat temu otrzymał nagrodę Nike. Pamiętam bardzo mi się spodobała, chociażby ze względu na sielskość opisywanych zdarzeń, z którymi pan Andrzej spotkał się przemierzając moje ulubione Bałkany. Autor, różnymi środkami komunikacji, nie wyłączając swoich nóg przemierzył kilka państw w tym Słowację, Węgry, Słowenię, Chorwację, Albanię, Rumunię, aż po Mołdawię. Zachwyciły mnie rozmowy z przygodnymi mieszkańcami na jego drodze. Refleksje nad obyczajami i mentalnością, często bardzo prymitywną i zacofaną. Książka ta, to też refleksje nad bytem i przemijaniem. Ta książka bardzo przybliżyła mi postrzeganie siebie podczas moich osobistych podróży przez Słowację, Węgry, Słowenię, Serbię i Chorwację. Tą książką Stasiuk zachęcił mnie do zakupu najnowszych Jego powieści, jak „Grochów” i „Dziewięć”.Dobrze mi się czytały onegdaj inne, m.in. „Opowieści Galicyjskie” na podstawie której nakręcono film fabularny. Dzisiaj, gdy każdy wolny czas, jak to na emeryturze, poświęcam (wg moich upodobań) dobrej prasie, znajduję również czas na lekturę książek, które mimo, że są coraz droższe, muszą mi, jak i mojej małżonce towarzyszyć przed zaśnięciem. Od kilku miesięcy poświęciłem się pani Marii Nurowskiej współczesnej polskiej pisarce urodzonej na Podlasiu, a więc gdzieś tu nieopodal. Jej książki bardzo tchną tzw, proza kobiecą, nie mniej mimo żem chłop, bardzo zagłębiam swoje oczy w ich treściach. „Listy miłości”, Rosyjski kochanek” „ Niemiecki taniec” „ Tango dla trojga”,”Drzwi do piekła”i trzyczęściowa powieść (Imię twoje, Powrót do Lwowa i Dwie miłości), to akurat dotychczasowe pozycje przeczytane przeze mnie przed snem. Oczywiście Nurowska napisała ich dużo więcej i mimo, że nie można tam spotkać twardych męskich treści mierzonych krwią, pięścią i żywą zbrodnią, warto je przeczytać. Nurowska swoich bohaterów umieszcza w naszych polskich dziejach, naszej polskiej tradycji, często naszym polskim antysemityzmie, naszym polskim cierpieniu okupacyjnym, ale też w naszym polskim chamstwie a i prostactwie. Autorka w swych powieściach wplata elementy obyczajowe i społeczno-psychologiczne, a wykorzystując kicz i emocje prowokuje do refleksji oraz wzruszeń .I tu kończę, bo przecież nie jestem żadnym krytykiem literackim, nigdy nie dawałem nikomu tego do zrozumienia, ale cieszę się z tego, że mogę posiąść wszystkie myśli autora (ki), i to, co tenże autor(ka) zechciał(ła) nam pod płaszczykiem treści przekazać.
Bo kochani, życie naprawdę jest w miarę piękne, niezależnie od zasobów materialnych. Trzeba je tylko ubarwiać i meblować, niekoniecznie czymś dotykalnym fizycznie, a ponad wszystko nie zaprzestawać kochać.

czwartek, 5 kwietnia 2012

PAŁKA SIĘ PRZEGŁA



To akurat prostackie powiedzenie Ferdka Kiepskiego. Fakt, naszła mnie ochota do napisania posta w tym temacie, czyli o przeginaniu pały. Jako słowo wstępne niech posłuży opowieść bajkowa jednego z mniej znanych, a właściwie prawie anonimowych literatów . Otóż: Zdarzyło się to przed wiekami w szkockim hrabstwie Angus w rodzinie jaśnie pana barona. Na świat przyszło dawno oczekiwane baroniątko płci męskiej, któremu nadano imię Alex. I wszystko by sprzyjało radości rodziców, oraz okolicznych poddanych, gdyby nie następujący przypadek wynikający z dziecięcej dociekliwości chłopca. Otóż tenże młody baron pewnego dnia podczas kąpieli zauważył, że w środku jego pępka tkwi złota śrubka. Zapytał więc ojca: dlaczego w moim pępku bocian umieścił tenże ślusarski element, gdy inni tymczasem są go pozbawieni. Tym pytaniem bardzo zakłopotał rodziców, którzy to od początku narodzin spadkobiercy tym faktem byli wielce zasmuceni. Pytali różnych mędrców i medyków, niestety nie otrzymywali żadnej wiążącej odpowiedzi. Synek rósł i naciskał na wyjaśnienie tajemnicy. Pewnego dnia ojciec rzekł: Synu, dowiedziałem się, że w krainie Israela mieszkają Rabini, a ci potrafią wyjaśniać takie rzeczy, które się filozofom nie śniły. Zatem tam go wysłał. Po przybyciu do Jerozolimy Rabin niezmiernie zaciekawiony złotą (jak to Żyd) śrubką nakazał mu się razem z nim gorąco modlić, by dobry Bóg zesłał odpowiedni rozum i ich oświecił. Niestety, syn wrócił do Szkocji z niczym. Gdy ojciec pocztą pantoflową dowiedział się, że na górze Elbrus mieszka wybitny islamski uczony Imam, postanowił nie licząc się z kosztami tam właśnie skierować pierworodnego, w celu odkrycia tejże trapiącej go już wściekle tajemnicy. Po dotarciu na miejsce, mędrzec nakazał mu się na czczo modlić do Allacha do czasu aż zemdleje. Klęczał więc, modlił się i oddawał ukłony Mahometowi, mdlał, ale wszystko na nic, bezskutecznie. Alex wrócił do hrabstwa z niczym. Pozostała jeszcze jedna, podobno ostatnia szansa. Nie licząc się z funtami w złocie, złotośrubny pojechał do Tybetu, by tam zaufać mądrości kapłanom buddyjskim. Dalajlama w towarzystwie młodszego duchownego zwanego borzo wyprowadzili nieszczęśnika pod szczyt jednej z gór Himalajów, kazali mu się rozebrać do naga, uklęknąć i szczerze dzień i noc modlić się do boga słońca. Jak mu kazali tak i uczynił. Modlił się całą noc, a gdy nastał jasny dzień, promienie słoneczne rozpaliły mu pępkową złota śrubkę niemal do czerwoności. W parę minut po tym, po jednym z promieni, który akurat padał w centralne miejsce pępka zjechał złoty śrubokręt. Bez zastanowienia młody baron popróbował odkręcić swoja złotą śrubkę. A gdy mu się to udało ,... DUPA MU ODPADŁA. Myślę, że gdyby pan baron skorzystał z mądrości „naczelnego” chrześcijaństwa, jego problem byłby rozwiązany mniejszym nakładem kosztów. Uczeni akurat z tej religii znają się na pępkach a i też na niższych partiach ciała chłopców. Morał z tej bajki jest jednaki i bardzo prosty. Nadmierna ciekawość nie popłaca, nie przeginaj bracie pały. Można też użyć przysłowia: Zważ proporcjum mocium panie, lub też mierz siły na zamiary. Tak sobie myślę, ileż to przegięć spotykamy tu w naszej Najjaśniejszej o numerze trzy. Bo weźmy tylko sprawę Smoleńska. Przecież to co na temat katastrofy wygadują ludzie Kaczyńskiego oraz „jego” na okrągło podpuszczane wdowy, to obraza dla choćby najprostszego dziecięcego rozumu. „Pani Kopacz asystowała Ruskim przy rozcinaniu zwłok i wyjmowaniu wnętrzności do sekcji, a następnie niechlujnym wkładaniu ich do komory brzusznej. Niechlujnym, bo część tych, jakże cennych trzewi porozrzucana była wokół stołów sekcyjnych”. Samo wymyślanie przyczyn katastrofy lotniczej sprzed dwóch lat jest niczym bajką którą wyżej przytoczyłem. Ładunki wybuchowe na pokładzie samolotu, rozpylona sztuczna mgła, zakłócona przez ludzi Putina elektronika. Dobijanie ofiar katastrofy. Tego wszystkiego wysłuchuje rząd premiera Tuska i skutecznie nie reaguje. Ciekawe dlaczego. Czyżby się bał Kaczyńskiego? A czemuż to nie ujawnia publicznie treści rozmowy bliźniaków?.Też się tego boi.? Wiem tylko jedno: Milczenie naszych władz i sądów powszechnych w temacie rzucanych kalumnii i oszczerstw świadczy o wyjątkowej słabości państwa i rządu. Od czego są powszechne sądy, które w tri miga reagują na pozwy tych, co czują własną obrazę uczuć religijnych, natomiast nie dbają o godność państwa. Nasze stosunki z największym sąsiadem z dnia na dzień ulegają degradacji. Ciekawe jak nasz rząd po wyjaśnieniach dwu komisji tragedii smoleńskiej postrzega Rosja i sam premier Putin, z którym podobno pan Tusk jest szczególnie zaprzyjaźniony. Przez kaczych ludzi mamy najgorsze stosunki z wszystkimi sąsiadami, bowiem ze smoleńskimi głupotami Macierewicz jeździ po całym świecie, licząc na to, że tenże świat wywrze presje na Tuska i Komorowskiego, by jak najszybciej oddali władze w ręce tych najbardziej poszkodowanych przez los i zamach smoleński. Oj przeginają pałę, przeginają!, a owe przegięcia kończą się podobnie jak setki ostrzeżeń chińskich przed wielu laty. Jest multum przykładów na przegięcie pały w naszym kraju, nie tylko w zakresie wyjaśnień katastrofy smoleńskiej. Bo czymże jest pochówek Lecha K. ustawiacza i „dyktatora” Unii Europejskiej, wroga Rosji nr 1, apostoła narodu gruzińskiego, bohatera wypraw, który się kulom nie kłaniał,.. na Wawelu. A czymże jest ładowanie publicznego grosza na Kościół i strach przed jakimkolwiek z nimi dysputami, miast kierować się racją stanu, racją potrzeb narodu, nie tylko w zakresie materialnym, ale też społecznym. Podobno Tusk godzi się na dodatkowe granty poza proponowanym 0,3%. Gdzie jest europejska karta praw podstawowych obywateli?. Też strachem przed Kościołem?. Pałę rząd przegina nie reagując do końca na dewastację pomników przez łobuzów antysemickich np. w Jedwabnem, czy też na twórczość Bubla, rozprowadzaną przez niektóre kościoły po nabożeństwach niedzielnych. Przegina też przysłowiową pałę tolerując w państwie prawa umowy śmieciowe zakładów pracy z pracownikami. Można by na koniec powiedzieć głośno: Milczenie jest znakiem przyzwolenia. Albo, że na pochyłe drzewo nawet koza skacze, a co dopiero półprzytomni od nienawiści Kaczyści.
PS: Są przecieki, że Madzia z Sosnowca poległa bo znała prawdę o Smoleńsku
(napisał jeden z komentatorów).


NAJPIĘKNIEJSZE ŚWIĄTECZNE, WIELKANOCNE
ŻYCZENIA SKŁADAM OD SERCA WSZYSTKIM
MOIM CZYTELNIKOM- SMACZNEGO JAJKA

niedziela, 1 kwietnia 2012

Z WIZYTĄ W PANONII


Gdzieś w okolicach święta narodowego Węgier, czyli 15 marca do Budapesztu wyruszyła religijno-polityczna pielgrzymka PISIORÓW, w celu zademonstrowania nie tylko poparcia dla umiłowanego sercem Kaczyńskiego Viktora Orbana, ale nade wszystko pokazania animuszu rewolucyjnego polskiej partii Prawo i Sprawiedliwość. Ani telewizja (poza TRWAM), ani inne środki masowego przekazu nie pokazały w gruncie rzeczy, choćby cząstkowo przebiegu tej nadzwyczaj przyjacielskiej wizyty przedstawicieli naszej najbardziej głośnej opozycji dla poparcia innej partii, w tym wypadku partii rządzącej. Bo jak wiadomo już samym braciom Węgrom ona obrzydła z powodu nacjonalistycznych haseł i antyeuropejskim reformom. Węgry tylko katolickie (jak Polska wg słów posła Goryszewskiego).Bunt przeciwko UE, centralizacja gospodarki. Słowem prawie powrót do WRL bez przymiotnika „socjalistyczna”. Wyborcy zdążyli zauważyć, że wpadli w pułapkę. Podobnie zresztą jak Polacy dopuszczając do władzy w latach 2005-2007 kaczy stan, albo Austriacy w swoich wyborach partię nazisty Haidera. Nie wiem, czy Viktor Orban poprosił o wsparcie polityczne Kaczyńskiego, czy też owa wyprawa nad Dunaj wypłynęła spontanicznie z serc radiomaryjnych. W każdym razie najlepsze jądro polskiego społeczeństwa, pakując się do kolejowych pulmanów, kosztem 350 złotych, w swoim towarzystwie, najczęściej szemranym „odpłynęła” z Dworca Centralnego. Odpłynęła, ponieważ co niektórzy z pątników już do pociągu wsiadali na rauszu. Wzmianka o tej ekspedycji ukazała się w GW, jako że w tajemny sposób między przyjaciół Orbana wcisnął się dziennikarz spoza Radia Maryja. No i dobrze, bo przynajmniej dowiedzieliśmy się z jaką kulturą i namaszczeniem, zgodnie z obyczajem polskim to towarzystwo się przemieszczało. Na dworcach w Budapeszcie i Warszawie, gdzie pociąg kończył bieg, zbieracze złomu i szkła wzbogacili się na tyle, że przez najbliższe tygodnie nie wyścibiając nosa ze swoich nor mieszkalnych wesoło mogli spędzać czas. Goście z Polski przywieźli ze sobą sztandary na których widniały hasła chwały i bezwarunkowego poparcia rządów Orbana, oraz wyjątkowej mądrości politycznej Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ relacje językowe Węgrów z Polakami nie były łatwe a „bracia i siostry” porozumiewali się wyłącznie na migi, przeto dochodziło do groteskowych sytuacji, gdzie nie do końca zorientowani o polskiej polityce Węgrzy wznosili hasła: niech żyje rząd polski z premierem Tuskiem na czele, na co skołowani dość długą podróżą i alkoholem rzęsiście przyklaskiwali. Wielu z nich nie wytrzymało trudów demonstracji na rzecz Orbana i jego rządu. Zmorzeni wyglądającym zza chmur słońcem i węgierskim tokajem pokładało się na ławkach oraz ostępach parkowych. Nie wiem w którym miejscu w Budapeszcie owe demonstracje przebiegały, ale jak sobie przypominam, do „polskiego” wypoczynku na trawie najbardziej nadaje się wyspa na rozlewisku Dunaju im. świętej Małgorzaty. Nagadać się ze sobą, to na pewno nie było łatwo, bo język podobny hindusko- fińskiemu nie sprzyjał naradom na wspólne działanie i jakiejkolwiek konwersacji. Podobno udało się któremuś naszemu pogadać z Węgrem o polityce, a oto przebieg rozmowy:
U nas w rządzie jest połowa Żydów i połowa Węgrów. A jak jest u was w Polsce?
-U nas w rządzie nie ma ani jednego Węgra.
Madziary mają niewielki, w zasadzie równinny piękny kraj. Wyprawa nad Balaton mnie powtórnie nie kusi, bo to morze-jezioro o półtorametrowej głębokości wystrasza turystów swoją burą barwą. Jak wiadomo prawie całe Węgry są bogate w gorące źródła wód, przeto i Balaton wydaje się mało czysty, co oczywiście jest złudzeniem. W każdym razie pan Rydzyk na Węgrzech nie wykosztował by się tak bardzo w poszukiwaniu termy. Sama wyprawa za głupie 350 złotych na pewno pod względem turystycznym opłaciła się. Budapeszt należy do najpiękniejszych miast Europy. Wspaniały budynek parlamentu, katedra św. Stefana, most łańcuchowy na Dunaju, most Małgorzaty, Wzgórze Gellerta, wiele muzeów, teatrów i galerii. Ojczyzna naszych bratanków ma podobnie jak Polska bardzo zawiłą i nie zawsze pozytywnie postrzeganą historię, bo obok różnych walk narodowo-wyzwoleńczych wielu Węgrów uległo czarowi Hitlera i zasiliło jego nazistowską armię. Z kolei bardzo pozytywnie świat odbiera zryw powstańczy przeciwko uciskowi sowieckiemu w 1956 r. Węgry do dzisiaj wydają się być niepocieszeni utratą części ziem na korzyść Słowacji, ale to tak tylko nawiasem. Odwiedziłem ten kraj trzykrotnie. Gdy jechałem służbowo, zawsze mi się przypominała scena z „Czterdziestolatka”, czyli kłopoty Karwowskiego z wazonem kryształowym wiezionym na prezent dla partyjnego dostojnika węgierskiego. Turystyczne wyjazdy dały mi okazję do prawdziwego spojrzenia na to naprawdę cudowne miasto i jego okolice. Ze względu na mój analfabetyzm węgierski, pamiętam jakież to miałem trudności z zakupem na bazarze noża do smacznej (na mój gust) kiełbasy z zawartością dużej ilości papryki. Na kiełbasę mogłem użyć słowa niemieckiego „bitte kg wurst”, natomiast posługując się językiem migowym pokazałem sprzedawcy ręką gest urżnięcia głowy. Zrozumiał i mocno się roześmiał. Potem przypomniałem sobie, że trzeba było poprosić o messer. Nóż kupiłem, mam go do dzisiaj. Węgrzy rzeczywiście posługują się językiem Goettego. Masa turystów niemieckich, oraz wspomniana wyżej wspólna walka na froncie wschodnim pozostawiła ślady. Pisiole prawie nic nie widzieli, a mieli wyjątkowo tanią okazję, bowiem po wspólnym nabożeństwie w intencji obu bratanków czyli Kaczyńskiego i Orbana, zjedzeniu gulaszu oraz dokonaniu zakupu pamiątek, wśród których przeważał alkohol i salami, czas było znaleźć sobie wygodne miejsce w pociągu powrotnym.

POLSKA I WATYKAN W ŚWIETLE KAMER

Kto atakuje Kościół ten atakuje Polskę, krzyczał Jarosław Kaczyński, licząc na rewanż i łaski politycznego wsparcia ze strony episko...