czwartek, 29 września 2011

POLSKA NIECO Z ODDALI



Podszyłem się zarozumiale pod tytuł cyklicznej audycji telewizyjnej niezapomnianego pana Jana Nowaka Jeziorańskiego. Uczyniłem to z całkowitą świadomością, bowiem by jakkolwiek dożyc końca jazgotu spowodowanego kampanią wyborczą, by nie popaśc w choróbsko zbliżone do tej, z jaką boryka się kilka osób z Macierewiczem i Kaczyńskim na czele, na okres owego jazgotu polityczno-telewizyjnego, skorzystałem z zaproszenia rodzinki i wraz z małżonką udałem się na Zieloną Wyspę, a konkretnie do jej stolicy Dublina. No i oto chodziło, mówiłem do siebie pod nosem, gdy już nie dochodziły do moich uszu kłamstwa i przeróżne idiotyczne zaklęcia związane z przyczyną katastrofy smoleńskiej, czy też miraże Wielkiej Polski, ubzdurane przez rodzinę Kaczyńskich. Polski, niezależnej od Europy i świata. Polski skłóconej historycznie z sąsiadami. Polski kąpiącej się w klęskach narodowych. Od tego wszystkiego jestem przez pewien czas izolowany. Ktoś napisał w komentarzach, bym powrócil do bajdurzenia o polityce i dał sobie spokój z opowiadaniami, z których nic nie wynika. Otóż właśnie, by spod moich klawiszy przynajmniej na jakiś czas nie wychylały się maski postaci, których nazwiska już nie będę powtarzac, napisałem te cztery opowiadanka, z których żaden morał rzeczywiście nie wynika. Opowiadanka sygnowane kuflem piwa, pokazały siermiężnych Polaczków z nawykami PRL. Często tych, co to zarówno w tamtym czasie, jak i dzisiaj potrafią się ustawic, wykorzystując koniunkturę, szczególnie polityczną, ale też, a nawet przede wszystkim religijną. Poprzez dewocyjne postawy, mimo służalczej postawy dotychczasowemu panu, potrafili z pomocą bożą korzystnie ustawic się w nowych czasach. Takich cwaniaków pełno jest w państwowych urzędach, w gminach, powiatach, województwach, aż po Sejm i Senat. Dzisiejsza kampania jest też pełna wszelkiego rodzaju moralnego niechlujstwa, pomazanego w szczególności religią, Kościołem, nakazami biblijnymi oraz pseudopatriotyczną orientacją skrajnej prawicy, w osobach Marka Jurka, Piechy, Girzyńskiego i wielu innych. Skrajnym przykładem cwaniactwa politycznego pozostaje osoba Czarneckiego. Facio zaliczyl bowiem chyba wszystkie partie polityczne od Samoobrony na prawo, głosząc chwałę aktualnego szefa, jednocześnie rzucając klątwy na poprzednich. Właśnie od tego wszystkiego udało mi się na jakiś czas uciec. Z ciekawości spróbowalem znaleźc cokolwiek na temat polskich wyborów w prasie polskojęzycznej, wydawanej w Irlandii. Nic, dosłownie nic tu nie znalazłem poza doniesieniami o biedzie w polskich szkołach, które często zamieniają się w stołówki dla dzieci przychodzące doń bez śniadań i perspektyw na pozostałe posiłki w ciągu dnia. O polskim cyrku wyborczym była jeno wzmianka dotycząca inwektyw rzucanych wzajem tych z lewa na prawo i odwrotnie. Jest też słowo o ginącym powoli gatunku przynależnym do lewicy. Wszystko prawda. Dlatego każdego dnia nie angażując się w doniesienia z kraju oddałem się łazęgostwu po Dublinie, korzystając z wyjątkowo, jak na ten kraj, słonecznej pogody. A jest na czym oko zawiesic. Piękne stare miasto, przedzielone na pół miejscową rzeką Liffey, nad którą rozpostarły się w niezliczonej ilości kawiarenki i restauracje zapraszają swoim charakterystycznym wyspiarskim akcentem. Owszem, Irlandia jako kraj do niedawna równie silnie katolicki jak Polska usiana jest też wieloma kościołami i katedrami. Tyle tylko, że w nich już naprawdę rzadko kto bywa. Nawet Polacy, których jest tu kilkaset tysięcy zaglądają do świątyń, najczęściej wtedy, gdy ktoś ich odwiedza z polskiej rodziny. Czynią to dla oka, by tam w kraju nie pomyślano, że emigracja ich zateizowała. Dbają jedynie o ubogacenie dzieci w chrzest, w pierwszą komunię i bierzmowanie, bo to się przyda byc może. W szkole katolickiej, do której akurat uczęszcza mój mały kuzyn nie ma religii. Odmawiają tylko modlitwę przed i po lekcjach, a jest to jak powiadam, szkoła katolicka. Obowiązują kolorowe mundurki. To dyscyplinuje młodzież. Jest zatem ogromna różnica w tym względzie między tymi dwoma do niedawna najbardziej katolickim krajami, bo w Polsce nawet dzieci w przedszkolu są indoktrynowane. Nie spotkasz tu na ulicy chłopa w sukience po wykrytych skandalach pedofilskich. W Irlandii nikt , poza Polakami nie żyje w ciągłym pośpiechu. Spokojnie, bez szaleństw niezależnie od celu w jakim podąża. Jeżeli chcemy zobaczyc Polaka, wystarczy popatrzec na tych, co się śpieszą, zresztą często do roboty na kilku etatach. Irlandczycy zadbali pięknie, nie nadużywając symboli religijnych, o pamięc tych którzy polegli na frontach pierwszej i drugiej wojny światowej. Ich wiecznej pamięci poświęcony jest piękny park na obrzeżach stolicy. Zginęło ich ok. 50 tysięcy, a więc w porównaniu z innymi narodami stosunkowo mało, ale też Irlandia to mały kraj. Park z przepięknie utrzymaną zieloną trawą, na której można wraz z rodziną na rozłożonych kocach urządzac wypoczynkowy piknik. Dublin może się pochwalic dobrą komunikacją miejską. Zamiast metra luksusowe tramwaje (zwane luasami). Po ulicach z wolna, wprost wycieczkowo jeżdżą piętrusy, odkryte w dni pogodne. Wszędzie czystośc, ład i niesamowity porządek organizacyjny. Udało mi się już popatrzec na kilka krajów Europy, po raz pierwszy byłem jednak w kraju, gdzie obowiązuje lewostronny ruch w komunikacji drogowej. Przyznam, byłem nieco zestresowany, że za chwilę dojdzie do katastrofy. Obawa nie potrzebna, chociaż to wygląda już dośc archaicznie. Człowiek szybko się przestawia na inności, szczególnie, gdy sprzyja ku temu klimat, a więc atmosfera rodzinna, przyjazny uśmiech przechodnia, oraz beztroska dnia codziennego. Tutaj w Dublinie mają więcej podziemnych parkingów niżeli w nie jednym urządzonym kraju. Szkoda wracac, ale trzeba.



Tak, akurat na same wybory wrócę, ale tylko dlatego, by nikt mi nie zarzucił, że jeżeli nie głosowałem, to nie mam prawa narzekac. Wrócę, chociażby dlatego, by do urny wrzucic głos na pana Palikota..




PS.Przepraszam za brak literki c z kreską. Posłużyłem się cudzym kompem.

poniedziałek, 26 września 2011

CÓRKA








"W oczekiwaniu na podagrę"
Opowiadanko czwarte „córka”






Jakie masz plany na dzisiaj przyjacielu, czytam na swojej skrzynce GG.
A kto to taki ciekawski i skąd ma mój adres, być może ktoś z daleka, pomyślałem.
Mylę się. To Truteń*, mój znajomy z dzielnicy, a po trosze i z pracy. Truteń emeryturą cieszy się już od dwóch lat.
-Wykupiłeś sobie internet?, pytam z niedowierzaniem, bo wiem że Truteń, którego tak wszyscy nazywaliśmy, nie pamiętam zresztą z jakiego powodu, należał do ludzi bardzo mało nowoczesnych, przywiązanych do tradycyjnego sposobu bycia, do nie zwracania uwagi na wszelkiego rodzaju postęp i jakiekolwiek nowości. Zatem wszyscy, którzy Trutnia znaliśmy, postrzegaliśmy go jako przedstawiciela naszej zwyczajnej, pospolitej, a nawet siermiężnej Polski.
-Nie, nie kupiłem. Biśka wróciła z roboty w Anglii, przywiozła trochę grosza i zamiast przeznaczyć go na coś porządnego, zaszalała i kupiła komputer z tym no.. internatem. A o twój adres to się dopytała od twojego syna, oni się znają jak łyse konie, bo ja to się na tych sprawach nie znam, nie chce się znać i nikt mnie do tego nie zmusi .To nie na moją głowę, później mi dopowiedział.. .
-Dobra, Truteń, szkoda abyś się wyręczał córką przy komputerze dla naszych pogaduszek, o co ci chodzi, gadaj, wystukałem.
-Słuchaj, masz czas?. Spotkajmy się za godzinkę. Zapraszam cię na dobrego drinka, albo co tam chcesz w „Akwarium”
Przez moment konstatuje: no nieźle się zaczyna ten piątek, trzynastego.
-Ale o co chodzi Truteń, bo wiem, że ty sobie zawsze dawałeś radę bez kolegów i przyjaciół.
-Pogadamy, bardzo cie proszę, a właściwie błagam.
-Dobrze, jesteśmy umówieni..
Już na mnie czekał. Uśmiechnął się na mój widok pod wąsem, bo zarost to on miał iście marksistowski, zarówno pod nosem jak i na czerepie.
-Wal, o co chodzi Truteń, może mój chłopak coś narozrabiał?, mów nie krępuj się.
-No nie wiem od czego zacząć.
-Najlepiej od początku, powiadam by mu trochę pomóc.
No więc:
-Uczono mnie, że zdania nie zaczynamy słowem więc, ale.... akurat tobie wolno. Mów.
-Zacznę od nowa, jak kelnerka poda nam coś do picia, na co masz dzisiaj ochotę?.
-Dobra, bez cudowania, niech będzie żywiec.
-Podobno nie mają żywca, może być wyjątkowo inne piwko?.może, nie będę wybrzydzał.
-No więc stary, proszę cię o radę. Widzisz, odezwała się do mnie moja córka.
-Jak to się odezwała, to wy z Bisią nie rozmawialiście?.
-Nie ta, nie Biśka. Odezwała się córka, której jeszcze nie widziałem.
-Nie widziałeś?. Nic nie rozumiem.
-Stary, okazuje się, że ja ją sobie zmajstrowałem w 1992 roku na wczasach w Karwi. Ty tam wtedy miałeś oko na wszystko i trzymałeś ośrodek w twardej garści. Byłem na wczasach z moją, siedmioletnią wtedy Biśką, żona zdawała w tym czasie maturę w szkole dla dorosłych.
-No i co z tego wszystkiego, pytam i wciągam się w coraz bardziej tajemniczy wątek.
-Pewnego dnia, to było jakoś na początku turnusu, popiłem zdrowo z sąsiadem z przyczepy, chyba z Grudziądza czy z Brodnicy. Już była szarówka gdy wyszedłem na plażę i stało się.
Oczywiście, jak przez mgłę pamiętam to popołudnie, gdy Truteń wraz z innym amatorem taniego alkoholu napompował się na tyle, że utrzymanie postawy pionowej w jego sytuacji było wręcz wyczynem olimpijskim. Dawał wtedy innym wczasowiczom do przemyślenia, że pitekantropus erectus, to znowu nie tak mocno odległa epoka, jakby się nam wydawało.
-Gdzież to było?, na plaży?, na tej dzikiej?, idąc w kierunku Dębek, w zaroślach?, po ciemaku?
-Tak, już nie pamiętam, czy ja ją zaczepiłem, czy ona się do mnie przykleiła. Wtedy zginął mi portfel z dokumentami i gotówką. Zresztą zwróciłem się do ciebie o małą pożyczkę, nie mówiąc ci całej prawdy ze wstydu.
-Pożyczyłem ci?.
-Tak, bardzo mi pomogłeś. Wiesz, miałem pod opieką Biśkę, a i benzyna była potrzebna na powrót, rozliczyłem się z tobą w pracy.
-Ile ta twoja córka ma lat?.
-Mówiła że prawie dwanaście, co zresztą by się zgadzało.
-Jak to mówiła?, to ty się już z nią widziałeś?
-Ależ skąd?, przedwczoraj zadzwoniła do naszego domu, odebrałem telefon, żona była na szczęście u fryzjera. Popatrz, tak ją wyzywam za szastanie moimi pieniędzmi, na tych fryzjerów i byle ciuszki, a jednak nawet dobrze się złożyło, że zachciało jej się mizdrzyć, bo kandyduje na stanowisko przewodniczącej kółka różańcowego, a nadaje się jak nikt inny.
-No, ale jak wyglądała ta rozmowa?.
Przedstawia mi się jako Karolina, pytam jaka Karolina, a ona: twoja córka tato.
-Co to za głupoty?, córkę mam w domu, przy sobie.
-Ale w końcu ta druga też się do ciebie odezwała, mówi, czy mam dać mamę do telefonu?.
Rzuciłem słuchawkę. Mózg mi pracuje na zwariowanych obrotach, bo przecież chłopie, każdemu może się zdarzyć w życiu gdzieś na boku jakieś bara-bara, ale dziecko?, no to jest taki totolotek!
To,że podobna historia zdarzyła się właśnie Trutniowi nie dziwi nikogo, kto go znał. Truteń to bardzo nie wyżyty seksualnie mężczyzna. Podobno zawsze po riki tiki z własną małżonką, ubierał się i szedł do agencji towarzyskiej, by wyswobodzić się z resztek chcicy.
Po chwili telefon zadzwonił ponownie, kontynuował opowieść. Tato, jeżeli nie chcesz rozmawiać z mamusią, to ja ci wszystko przypomnę, i mówi, a nawet chyba czyta z przygotowanej kartki gówniara: Karwia 1992 rok, zaciszna plaża, wieczór. Tam mnie poczęliście z mamą. Udało wam się, podobno jestem ładna, przypuszczam, że ty też tato, ale przekonam się na miejscu, bo w sobotę, czyli jutro przyjeżdżamy. Aha, z dowodu osobistego wiem, że mam siostrzyczkę Basię, już się cieszę na jej poznanie.
-Bisię, no tak Basię, co ja gadam. Wszystko mi się pierdzieliło.
-A to ci kłopot, mówię i myślę, w jaki sposób mam go pocieszyć.
-Słuchaj Truteń, może to tylko takie oszustwo, może chcą od ciebie wydębić jakieś pieniądze, takie rzeczy się zdarzają i to dosyć często.
-Widzisz, chyba jednak nie. Za dużo się zgadza, a chcę ci powiedzieć, że miałem nawet taki sen, zaraz po powrocie z tych pioruńskich wczasów.
-No to będziesz miał rodzinę nad morzem, to też dobrze.
-Pieprz się, ona jest z zakopconego Zabrza, była pewno na wypoczynku i zachciało jej się prawdziwego chłopa.
-Jeżeli prawdziwego to dobrze trafiła, a skąd wiesz, że z Zabrza?
-To mi też powiedziała ta Karolina.
-Nie ta cała Karolina, tylko twoja Karolina, próbuję go oswajać z nową rzeczywistością.
-Dobijasz mnie skurwielu.
Nastała chwila ciszy,a w tym czasie kelnerka zdążyła napełnić nam kufle od nowa.
-Widzisz Truteń, mówię, zastanawiam się, dlaczego ty akurat mnie to wszystko opowiadasz?, przecież na co dzień nie mamy ze sobą najmniejszego kontaktu?
-Pomyślałem, że może ty coś wiesz, no, może ją znasz, może to jakaś tam notowana oszustka. W końcu ty w tej Karwi miałeś szerokie znajomości.
-Truteń głupcze, to, że ja tam okresami pracowałem, to nie znaczy, że miałem rzeczywiście oko na całą tą, co prawda że niewielką, ale w lecie wyjątkowo zaludnioną miejscowość. Ta baba, ot przepraszam, bo to jednak matka twojego dziecka, a więc ta pani prawdopodobnie była z innego ośrodka, bo inaczej to byście się spotkali w ciągu następnych dni, no więc daj mi spokój.
Po chwilowej ciszy powiada: ja nie wiem, dlaczego faktycznie ja ci to wszystko mówię, ale chyba straciłem głowę, powiedz co ja mam teraz robić, poradź mi coś proszę.!
-Głowę to straciłeś już drugi raz, a co ty masz robić?. Nic, ciesz się, że masz dwie ładne córki, bo Bisi też nic nie brakuje. Popatrzyłem mu w oczy tchnąc w niego otuchę.
-Wiesz co Truteń, zamów dwa wiechcie ładnych kwiatów i czekaj jutrzejszej soboty. Wcześniej jednak postanowiłbym oczywiście będąc na twoim miejscu, mimo grożących ci scen małżeńskich, podzielić się tą niezwykłą informacją z rodziną..A między nami mówiąc, to ogólnie nie wypadłeś wcale zbyt nieszczęśliwie. Kobitka uatrakcyjniła ci pobyt na wczasach, nie zaraziła cię jakimś paskudztwem, a często się to zdarza, podchowała ci produkt zapomnienia, co możesz jeszcze chcieć ty chciwcu.
Kiedyś, gdy będziesz miał ochotę, to mi wszystko opowiesz.. jak było. Wtedy ja stawiam piwko.
PS. Podczas następnego spotkania, do którego z ciekawości sam go namówiłem powiedział mi, że kobieta wcześniej nie informowała go o tym co było następstwem ich tetate, ponieważ była szczęśliwą mężatką. Dopiero po rozwodzie, gdy dotychczasowy małżonek prysnął za granicę, postanowiła odnaleźć ojca Karolinie. Nie było trudno, miała jego wszystkie dokumenty. Ot i tyle.







*imiona bohaterów opowiadania zostały zmienione.

piątek, 23 września 2011

PIELGRZYMKA





"W oczekiwaniu na podagrę"


Opowiadanko trzecie "pielgrzymka"





Pani ładna, proszę dla mnie jeszcze dwa kufelki.
-Jest pan sam, wystarczy jeden, nie mam tyle szkła, odburknęła kelnerka.
-Już nie jestem sam, bo dosiadam się do tego pana, podsłuchuję dialog sąsiada z obsługą, można się przysiąść do pana?.
-Ależ proszę bardzo, powiadam i obdarzam gościa w miarę sympatycznym uśmiechem.
Oczywiście uśmiechnąłem się nie do końca szczerze, ponieważ wszelkie rozważania mogę poczynić siedząc wyłącznie solo, a po to tu w gruncie rzeczy jestem.
-Powiedz pan, co to do kuśki nędzy wyrabia się w tym kraju, a w mojej chałupie jakby szczególnie. Moja stara panie poszła na piechotę do Częstochowy, a ma wybite kolano na Orlej Perci, inwalidka panie. Cała jej renta panie idzie na lekarzy i medykamenty. Powiedz pan, czy ja mogę na to patrzeć obojętnie. Telefon panie nosze przy sobie, bo jestem najzupełniej pewien, ze niedługo jej nogę szlag trafi do końca i trzeba będzie ją ściągać do domu samochodem sąsiada, a może i karetką. I co pan na to?
-Nie bardzo pana zrozumiałem, bo co ma do rzeczy wyprawa pańskiej, nieco chromej żony z tym co wyrabia się w naszym kraju. Kraj jakoś żyje, tak jak i jego obywatele. Z głodu na razie nikt nie umiera, co najwyżej z zimna, a i na piwko większości starcza.
-Ale mnie chodzi o ten skład rządu. Czy ten Kaczyński, na którego zresztą jako katolik, zgodnie z zaleceniem proboszcza głosowałem, zgłupiał do reszty?.Tych chuliganów z Ligi Republikańskiej zamiast wsadzić do ciupy mianuje ministrami?. Bo popatrz pan, takiego Kamińskiego, któremu za sam wyraz twarzy należy się srogi wyrok, zrobił szefem od ścigania za łapówki, a podobno ten chłoptaś pojechał do Paryża za Kwaśniewskim i jego uroczą małżonką, by tam na oczach Francuzów obrzucić swojego prezydenta jajami. Panie, ale poruta na Europę. A innemu kolesiowi z tej samej paczki, bodajże o nazwisku Wiechecki powierzył ministerstwo gospodarki morskiej, tak jakbyśmy jeszcze mieli gospodarkę morską po likwidacji stoczni, oraz wyprzedaży wszystkich statków. A tak w ogóle, to ten cały Wiechecki z morzem ma tyle wspólnego co ja z chirurgią plastyczną. Słyszałem, że on nie potrafi odróżnić karpia od śledzia.
-No cóż, chyba ma pan rację, bo wielu z nas myśli podobnie, ale dajmy sobie spokój teraz, gdy jesteśmy już po wyborach, a w kwestii pana osobistego nieszczęścia, to być może opatrzność boska uchroni szanowną małżonkę od katastrofy, jaką pan jej wróży. W końcu ona idzie na Jasną Górę, a nie na imprezę z męskim striptizem., A tak w ogóle, to dlaczego mi pan to wszystko opowiada?, spytałem marszcząc moje mało wyraziste brwi.
-Bo widzi pan, obserwuję pana od co najmniej pół godziny i widzę pańskie zatroskanie. Pomyślałem sobie, że musiało pana dotknąć jakieś nieszczęście, dlatego za pozwoleniem, przysiadłem się do pana z kufelkiem. Przecież mi pan nie odmówił.
-Nie, oczywiście, bardzo ładnie z pańskiej strony. Któregoś dnia na pewno się zrewanżuję, ale widzi pan, z całym szacunkiem, nie potrafię zająć stanowiska, w kłopocie, które pana trapi w związku z eskapadą małżonki, a tym bardziej braku satysfakcji z obsady rządu Kaczyńskiego.
-To może pogadamy szerzej o polityce?, w końcu obaj czytamy gazety. Widzę u pana Politykę.
-Szanowny panie, ja z reguły nie rozmawiam z nieznajomymi o polityce i religii, nawet przy piwie. Mam swoje wyrobione zdanie na te tematy, ale niekoniecznie muszę się z nimi dzielić z kimkolwiek. Doznałem bowiem w tym względzie nie najlepszych doświadczeń.
-Święte słowa panie, święte słowa, ale cosik pan kombinuje, jak na mój rozum.
-Dlaczego od razu kombinuję. Widzi pan, nasza ładna ojczyzna, chociaż biedna, nie mamy obaj co do tego najmniejszej wątpliwości, stworzyła nam warunki na tyle, byśmy spokojnie mogli napić się tej złocistej płynnej ambrozji. Mamy tego do wyboru. Pewno, są kraje bogatsze, gdzie obywatele raczą się doskonałymi winami i drinkami z whisky, ale jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Za komuny nawet dobrego piwa pan nie miałeś, wyrwało mi się.
-O kochany, za komuny to ja piłem radeberger, wiesz pan co to radeberger?.- oczywiście wiedziałem, ale dostęp do tegoż enerdowskiego napoju miałem wyłącznie poprzez bufet kasynowy.
-Nie, nie słyszałem, odpowiadam gościowi.
-Panie, to najlepsze piwo na świecie, niemieckie kurde, cycuś w płynie, wielka szkoda, że pan nie spróbował, oj szkoda bo życie jest krótkie.
-No szkoda, mówię, a tak nawiasem to jakim cudem miał pan dostęp do takiego rarytasu?.
Kochany, wtedy to ja byłem pan. W naszym urzędzie miejskim całe zaopatrzenie w trunki i nie tylko, było na mojej głowie. Kochany, coraz głośniej rozgadał się mój współbiesiadnik. Wszyscy sekretarze dzielnicowi, oraz z dużych zakładów pracy, a także wszyscy dyrektorzy wydziałów zaopatrywali u mnie siebie, oraz swoje rodziny w potrzebne towary,. Zresztą za namową moich klientów kandydowałem na pierwszego, ale w ostatnim momencie zrezygnowałem, bo nawet ślepy panie widział, że to się wszystko wali. Oj dobrze zrobiłem, oj dobrze. Dzisiaj jestem emerytem, nie narzekam, bo trochę się odłożyło. Sam nie tyrałem, żona też miała zatrudnienie w naszym urzędzie.
-Też była członkiem partii?, spytałem znienacka.
-Była, no i co z tego?.
-Nie, nic. Ale tak się zastanawiam, dlaczego pan, zdrowy chłop, nie poszedł z żoną na pielgrzymkę?.
-Panie, to nie na moje nogi. Wolę dwa razy do roku ponosić z kumplami księdzu baldachim. Na Boże Ciało i na rezurekcje wielkanocne. Korzyść przy tym dwojaka. Taki uczynek, to jak powiada nasz proboszcz, to kupa odpustu, a po imprezie panie, całą czwórką udajemy się do plebanii na uroczysty obiadek z dobrymi trunkami. A jest też i oko na czym zawiesić, bo gosposia ładniejsza panie od Sipińskiej. Tak więc wilk syty i owca cała.
-A nie przeszkadza księdzu to, żeś pan był działaczem partyjnym?
-Nie. A czy mnie przeszkadza to, że on kręci ze starszą córką mojego kolegi z osiedla?. Absolutnie.
-Nie warto rozmawiać o polityce i religii, utwierdziłem się mocno w tym postanowieniu, szczególnie z ludźmi spotykanymi przypadkowo, z takimi, których nie znasz na co dzień, tym bardziej z ludźmi niezbyt trzeźwymi. A tacy trafiają mi się najczęściej, chociażby ze względu na moje błogie przyzwyczajenia czyli wizyty w pubach. No cóż, będę musiał to znosić z honorem. Tematy polityczne i religijne trzymają się szczególnie piwoszy tu nad Wisłą. Miałem okazję napić się w Tbilisi z Gruzinami, czy też w Vrbniku na wyspie Krk z Chorwatami, w Budapeszcie z Węgrami. Tam przy gorzale i piwie rozmawia się najczęściej o dupie Maryni. Gruzinów prawdopodobnie rozmowy o polityce, przy chociażby dobrym winie oduczył ich rodak Józio Dżugaszwili i jego następcy, ale Chorwaci, którzy toną w swojej rakiji, o polityce milczą zapewne z innego, nieznanego mi powodu. Podobnie Węgrzy podczas spożywania palinki lub śliwowicy. U nas rozmowa o polityce należy do rytuału towarzyskiego, a przecież można by o dzieciach, żonach i teściowych. Te akurat tematy, chociaż to materiał kawałotwórczy, pozostają na odległym miejscu.. Powtarzam, dla Polaka religia i polityka to zakąska przy spożywaniu najlepszego daru, jaki Bóg nam dał, czyli złotego napoju generującego odwagę i szmery mózgowe.
-Tymczasem przy sąsiednim stoliku usiadło dwóch gości, którzy już po pierwszym łyku żywca poruszyli aktualnie pokazany w telewizji temat dotyczący zdejmowania w szkołach portretów byłych ministrów polskiej oświaty i szkolnictwa wyższego, przez człowieka zwanego „koniem”.
-Panie, mówi jeden do drugiego, zdjęli też Rapackiego, to i nazwę placu w naszym mieście będą musieli zmienić. A niechby psiakrew zmienili, na przykład na plac Ryszarda Kuklińskiego
-No pewno, że zmienią. Bo to jakiś komunista musiał być. Wszystkie komuchy tak skończą. Skoro nie wieszali ich na drzewach zamiast liści, to przynajmniej ich pozdejmują, chociaż to nie to samo.
Przepraszam panowie, musiałem się odezwać. Panowie mylicie historyczne postaci. Portret, który Giertych zdjął, zresztą z niezwykłą pogardą, to portret bardzo zasłużonego polityka polskiego, którego nazwisko było szanowane na równi z prezydentami krajów zachodnich. To autor utworzenia strefy bezatomowej w Europie, planu zaakceptowanego prze ONZ. Adamowi Rapackiemu, od nazwiska którego świat przyjął nazwę „Planu” współczesny Giertych nie dorasta nawet do pęcin (rozumując kategoriami jego osobowości). Natomiast nie kłopoczcie się moi ziomale o nazwę placu. Ten Rapacki z kolei nie jest zagrożony. To w ogóle inna postać. Nie jednemu psu na imię burek.
Nastała cisza, a ja rozważam: Polsko, jakże mocno uciska Cię tenże aktualny czerep rubaszny, o którym wieszcz mówił już dwieście lat temu. Bo czymże w gruncie rzeczy jest niedostatek podstawowej wiedzy o swoich mniej lub bardziej słynnych przodkach. Mój kraj, który szczycił się zawsze tą słowiańską duszą anielską, uwięził ją rzeczywiście w czerepie rubasznym. Uwięził w ciemnocie, zacofaniu, ksenofobii, a nawet w pogardzie dla drugiego człowieka nie wyznającego tych samych wartości co moi rozmówcy. Analizuję te strofy z Grobu Agamemnona i dochodzę do wniosku, że rzeczywiście dziś, jak nigdy po wojnie mamy oczy otworzone w grobie. Pognębieni, ale świadomi.
-Panie, odezwał się jeden z nich, a pan to skąd to wszystko wie?. Pewno komuch, odgadł drugi.
-Chodziłem do szkoły.
-My też chodziliśmy!.
-Widocznie chodziliśmy do różnych szkół, odpowiedziałem i podziękowałem za towarzystwo.
Na pożegnanie dodałem: A z komuchem, to wam się udało. Nie wstydzę się tego. Jestem nim a jakże, tak jak i wy, sądząc po wieku.

czwartek, 22 września 2011

NAGRODA




W oczekiwaniu na podagrę”
Opowiadanko drugie - „nagroda


Zmieniam pub, przynajmniej na jakiś czas. Trochę dalej od domu, ale za to nowe towarzystwo. Mimo godzin przedpołudniowych, wszystkie dębowe ławy zajęte, tylko w samym kącie przy jednej z nich siedzi dwoje ludzi. On, o dość zapraszającej aparycji, ona wprost przeciwnie.
-Można?, pytam najgrzeczniej jak tylko potrafię.
-Siadaj pan, ma pan szczęście.
-Dlaczego?
-Dlaczego, dlaczego, bo siedzisz pan z laureatką.!
-Mała konsternacja. Ze zdziwienia wytrzeszczam ślepia.
-Kochany, moja żona, a dokładniej mówiąc, moja ukochana konkubina wygrała odtwarzacz dividi, przyszliśmy to, że tak powiem, oblać.
-Gratuluję, a gdzie wygrała?, jeśli to nie tajemnica.
-Jaka tam tajemnica panie, jaka tajemnica, jak cała Polska jej klaskała.
-Ale powiedz mi pan, gdzie wygrała, może ja też to widowisko oglądałem?
-No jak gdzie, w telewizji, w śmiechu warte, czy jakiejś tam mam talent. Nie znam się na tym panie. Rachela mów do diabla, co to był za konkurs!.
Słodki ty mój buraczku, ty tylko wiesz ile kosztuje kufel piwa. W TVN, panie to było.
-Ma pani na imię Rachela?.To piękne imię, podlizałem się bardzo przymilnie.
Moja konkubina, odezwał się partner, zasadniczo posługuje się w sprawach urzędowych imieniem Danuta, ale wie pan. Oglądalim taki film amerykański na tym sprzęcie, co to go wygrała, o jednej Żydówce, która chciała wyjść za Murzyna, a jej starzy za chińskiego Boga nie chcieli się na to zgodzić. Panie, jakiem twardy, bom górnik z kopalni soli w Inowrocławiu, razem z Rachelą spłakalim się jak bobry. Bo panie miłość jest ponad wszystko i nic jej nie może zwyciężyć. Nawet wojna panie, choćby i światowa, albo nawet jakaś inna jeszcze gorsza zaraza. Płakałem, mimo że nie przepadam za Żydami.
-No rzeczywiście, potwierdzam, z miłością to jest jak ze sraczką, trudno ją zatrzymać, ale może pani Danusia opowie nam, jak dochodziła do tego zwycięstwa, w tym głośnym, jak pan powiada, teleturnieju.
-Mów pan do niej Rachela, to takie filmowe i piękne imię, jak sam pan raczył zauważyć.
-Dobrze, więc pani Rachelo, niechże pani nie będzie taka skromna i podzieli się z nami kilkoma dowcipami, których opowiadanie przyniosło pani tak znamienitą nagrodę. Tu przypomniałem sobie o honorze i zamówiłem trzy następne duże żywce.
-Skoro pan taki gościnny, to przecie, że opowiem, ale tylko panu, bo Leon to zna wszystkie moje kawały. Leon, ale ty też musisz się śmiać, jak publika w telewizji.
-No już dobra, będę się śmiać ty moja ukochana Ruchelciu.
-Nie rób mi wstydu buraczku, proszę. No dobra, niech pan słucha.
Przychodzi baba do lekarza z termometrem w d.... .
-To znam akurat, może jakiś inny poproszę.
-Jeden góral zaczepił turystkę, oni mówią na turystów jakoś tak capy, czy jakoś inaczej.
Cepry, próbuję wyprowadzić lektorkę z zakłopotania. No więc ten góral panie namawia ją do.. no wie pan, no żeby mu dała du... To też znam, poproszę o następny dowcip.
-No to nie wiem teraz. A o jąkającym się kominiarzu pan zna?
-Znam
-A o wariatach co to udawali mechaników samochodowych?
-Też znam.
-Panie, a może jednak oglądał pan ten teleturniej?
-Nie, nie oglądałem, bo po co, skoro znam te wszystkie kawały.
-To niech pan nam opowie jakiś dobry kawał, ale taki co to my z Leonem nie znamy.
-No, no bo ja wiem?, może ten o szkole.
-No wal pan.
Ostatniego dnia przed wakacjami, nauczyciel już po rozdaniu świadectw mówi do uczniów: Życzę wam abyście przez te wakacje wypoczęli, a przede wszystkim zmądrzeli.
-Nawzajem, proszę pana, odpowiedziała klasa.
Ponieważ nie słyszę oznak śmiechu, informuję że skończyłem.
-Panie starszy, z takim pieprzeniem to nie pokazuj się pan w żadnej telewizji, bo o co tu chodzi?. Dzieci zachowały się pięknie i nie ma się z czego rechotać. Daj nam Boże takiej młodzieży, a nie tylko panie, jakieś tam chuligaństwo, co to zakłada nauczycielowi na głowę kosz od śmieci, to nie jest żaden kawał panie. Takie zachowanie powinno obowiązywać w każdej szkole.
-Tak, ma pan rację, takie zachowanie powinno obowiązywać w każdej szkole. Powtarzam, ma pan rację, tak powinno być, no i żeby faktycznie niektórzy nauczyciele mieli czas na przemyślenie, w jaki sposób w przyszłości nie pozwolić na podobnie durne zachowanie uczniów.
Widzi pan, ciągnął pan Leon, ja chodziłem do szkoły, zresztą razem z Rachelą, tam w wieczorówce my się zapoznali, to takich panie głupot się nie robiło. No, nie powiem, podkładali my pinezki pod dupę polonistki, przynosili my do klasy takie sztuczne smrody, co to można było kupić za pięć złotych, po to, by chemica nie mogła prowadzić lekcji, bo kto to by panie wytrzymał taki czad, chociaż my jej wmawiali, że to siarkowodór się rozlał, który nam pokazywała dzień wcześniej na ćwiczeniach.
-No tak, macie państwo rację, dzisiaj młodzież jest na pewno dużo gorsza, a nawiasem mówiąc, to jak ta publiczność na panią głosowała podczas tego teleturnieju?. Przez podniesienie ręki, czy może wciskając przycisk w specjalnym urządzeniu.?
-Panie, tam ta publika, to jest kompletne dno, to zbieranina z ulicy. Nic nie rozumieją, a śmieją się wtedy, jak im reżyser, czy tam ktoś inny pokaże dużą tablicę z napisem: śmiać się. Nagrodę dostałam od organizatorów, ponieważ startowałam trzy razy. Jest to nagroda ucieszenia.
-Pocieszenia..... dodałem.
-O właśnie, tak jak pan mówi. Jesteś pan równy gość, chociaż mało rozrywkowy, ale przy nas to życie możesz pan sobie rozweselić, o której pan jutro tu będziesz?.
-A co to jutro jest?, pytam.
-Czwartek.
-Czwartek, czwartek, spojrzałem w kieszonkowy kalendarzyk. Nie, jutro muszę być w pubie „Grobowa deska”.
-A po co pan się trzymasz takiego rozkładu?
-Umawiam się ze zwycięzcami różnych teleturniejów, na was tutaj wpadłem akurat przypadkowo, z czego się bardzo cieszę. Wiecie państwo, zawsze człowiek dowie się czegoś nowego, a i mądrych ludzi warto posłuchać. Chyba przyznacie mi rację.
-Święta prawda, ale powiedz pan, ile tych zwycięzców jest w Polsce, a już w naszym mieście szczególnie?, na palcach można policzyć, prawda Leon?. Przyznał jej rację.
-To prawda, też się zgadzam, i dlatego nie mogę zlekceważyć takiej okazji, podobno jeden gość wygrał rower wielofunkcyjny, no i jeszcze dla dzieciaków dwie koszulki z napisem:”Nie marnuj zdrowia dla samej jazdy, wykorzystuj rower do innych, praktycznych celów”.
-A co jeszcze z tym rowerem można robić?, z zaciekawieniem zapytała pani Rachela.
-Szczegółów na razie nie znam, ale podobno kręcąc pedałami do tyłu, chłop nabiera ochoty na seks, a kobieta na sprzątanie, pranie i inne domowe przyjemności. Z niedowierzaniem pokręcili głowami.
Podziękowałem i odszedłem. Oni też podziękowali za piwko, bo to wyjątkowo kulturalni ludzie.
-Panie!, krzyknęli na odchodne, wpadnij pan w piątek, opowiesz nam pan o tym rowerze, to nas bardzo rajcuje.
-W piątek też nie mogę. Umówiony jestem w pubie „u Garbatego Maćka”.

poniedziałek, 19 września 2011

W DRODZE


Po przejściu na zasłużony bez wątpienia ( 45 lat pracy) odpoczynek emerytalny, postanowiłem spisać swoje spostrzeżenia zebrane w ciągu bądź co bądź, dość wymiernych latach życia. Zapiski może, zbyt zarozumiale nazwałem książką (na razie do szuflady) którą zatytułowałem: "W oczekiwaniu na podagrę ". Zamieściłem w niej swoje opinie z obserwacji życia politycznego w kraju na przełomie współczesnych wieków. Opinie dotyczą nie tylko polityki, ale też dosyć szeroko znęcam się nad naszym polskim społeczeństwem omotanym klerykalnym kokonem. W połowie jej tekstu zawarłem scenki z moich przygód i doświadczeń, z jakimi spotkałem się w czasie wykonywania mojej pracy, a także po przejściu na emeryturę.


Opowiadanko pierwsze "w drodze"




Samochód nie bez oporu podskakuje na wyrwach w jezdni. Żołądek napełniony obfitym, zgodnie z zaleceniem dietetyków śniadaniem, daje znać kierowcy o swojej dezaprobacie. Po cholerę wybrałem tę drogę, skrótów mi się zachciało, a przecież i tak szybciej nie zajadę, o ile nie później, bo awaria podwozia grozi mi cały czas.
Drogę do Jeleniej Góry w Lesznie wskazywała wyraźna tablica na Głogów. Mnie tymczasem zachciało się skrótów kilkukilometrowych wypatrzonych na starej mapie drogowej. Zwolniłem, trudno spóźnię się, Zadzwonię, przeproszę za swoją głupotę, chociaż może narażę się na śmieszność.
Ale, ale, wywróżyłem sobie, bo oto prawe przednie koło wpada w wyrwę zalaną do pełna wodą, przez co absolutnie niewidoczną. Samochód na siłę próbuje na mnie wymusić ruch kierownicą w prawo. No i stało się.
Zawiadamiam przyjaciół, że nie przyjadę, jestem uwięziony koło jakiejś pipidówki, przepraszam, więcej nie będę, mówię jak dziecko do zdenerwowanego ojca. Stoję, samochód prosi się o remont zawieszenia. Bóg wie, do kogo dzwonić, ale jak to z Bogiem bywa, ateiście nie pomoże, chociażby chciał. Nie wiem, czy akurat wie komu tak naprawdę chciałby udzielić pomocy. Jak zwykle w takich momentach nachodzą mnie takie rozważania z pogranicza biblijnej filozofii. Rozglądam się, nikogutko, cisza jak makiem zasiał, jeno skowronki, które nie czekając, aż ostatnie krople deszczu dotkną ziemi, dają znać, że to już wiosna, swoim charakterystycznym radosnym świergotem. Trudno, czekam.
Po upływie pół godziny w towarzystwie radia Zet, z daleka dostrzegam nadjeżdżającego rowerzystę. Dobre i to, może on mi wskaże u kogo mogę szukać pomocy. Zatrzymuję go i grzecznie pytam, czy można gdzieś tu znaleźć warsztat samochodowy, który uporałby się z moim nieszczęściem?.
-Panie, pana opatrzność wiedzie. Ja prowadzę mechanikę samochodową, o tu niedaleko w Górze.
-Gdzie?
-O tu, dwa kilometry, Góra, nie słyszał pan o naszej ogólnie znanej miejscowości?, tu spojrzał na numer rejestracyjny samochodu, a może i nie, bo pan z daleka.
-Nie nie słyszałem, mówię z udawanym wstydem.
-Panie, jakie tu u nas imprezy się odbywają, tu nieraz całe Polkowice się bawią.
-Wybaczy pan, ale nie słyszałem, naprawdę.
-A szkoda, pan nawet nie zgadnie kto u nas w Domu Kultury wystąpił w poprzednią sobotę?.
-Nie mam pojęcia, może Mandaryna, albo Doda Elektroda?
- A jednak pan wie. Tak, była tu z mężem Majdanem, piłkarzem. To jest panie artystka. Kobieta do zjedzenia. Pomyślałem, że chyba tylko przypadkowo posłużył się tytułem książki Margaret Atwood, a może się mylę.
-Dobra, słuchaj pan. Ja pojadę do domu, wezmę żuka i pana ściągnę. Przecie nie może pan dalej się mścić na tym samochodzie. Szkoda go, bo to niezła marka.
Zdaje się na pana, odpowiedziałem pocieszony, chociaż nie do końca. Rzeczywiście minęło pół godziny z ułamkiem i mój samochód stał na kanale.
Niestety, zeszło się, brakujący element majster przywiózł z hurtowni w Lesznie. Czas oczekiwania wypełniłem podglądając okolicę. Miasteczko czyste i chociaż niedawno stopniałe ostatnie śniegi, pod którymi zwykle kryją się różnie mało przyjemne dla oka śmieci nie zepsuły mojej wstępnej opinii. To ziemia śląska, podobnie jak ziemia wielkopolska, ogólnie znana mi z innych okazji. Budynki zadbane, chociaż pan majster mieszka na obrzeżach miasteczka i jak u prawdziwego rolnika dorabiającego sobie mechaniką samochodową, po podwórku spaceruje drób, zaś koło szopy dwie czyste krówki. W pobliskim sklepie kupiłem kilka puszek piwa. Podzieliłem się nimi z mechanikiem, który mimo chłodu spływał potem, co chwila używając słów mało znanych ministrantom i klerykom. Nastał wieczór, zacząłem się rozgladać za jakimkolwiek noclegiem. Pytam więc, czy jest tu chociażby namiastka hotelu?
-Panie coś pan z byka spadł? Przenocujesz pan u mnie, Basia zrobi cuś na ząb, a wódeczka też się znajdzie. Należy nam się. Pan wie, tak rzadko człowiek ma szanse spotkać się z człowiekiem, szczególnie z człowiekiem w potrzebie, a do tego jeszcze z daleka. Podziękowałem, chętnie skorzystam.
-To może ja pójdę do sklepu po zaopatrzenie?
-Ale daj pan spokój, mamy wszystko co trzeba, nawet mleko prosto od krowy, bo ptasiego to jeszcze nie mamy. Ale pan z dużego miasta, to takich wiejskich rarytasów, to pewno nie bardzo, co?.-Widzi pan, odparłem. Zanim znalazłem się w dużym mieście, to wychowałem się na mazowieckiej wsi, gdzie mleko prosto od krowy było codzienną popitką do razowego, pieczonego w domu chleba ze smalcem lub wędzoną słoninką.
- To pan jesteś swój chłop, chociaż u nas za słoniną nie przepadamy, usłyszałem.
Jazdę próbną już po zmroku wykonał sam majster, jako że znał zakamarki i wąską drogę wokół domostwa. Wszystko w porządku, dobrze jest, ocenił swoją robotę, a więc zamykamy garaż i idziemy do żony, która zawsze trzyma świeże mleko w mlostku*. Przysiadamy się do stołu, na którym w brud (złe słowo) wędlin swojej roboty. O, widzę salceson, który uwielbiam, jaja w majonezie, zimne kurze mięso z rosołu a jakże, oraz ogórki swojsko kiszone. Jest bardzo bogato, jak dla mnie. Między talerzami z mięsiwem buteleczka z żytnią, popitka i piwo. Co ja mówię, bogato. Jest super, tym bardziej dla człowieka, któremu nie było dane zjeść obiadu. Do stołu, oprócz pani Basi poproszono starszego pana, który okazał się ojcem pana mechanika. Starszy pan, ale jakby młody umysłem i percepcją współczesnego świata.
-Pan z daleka?, zapytał wprost.
-Z Kujaw, proszę pana. Przez wasze tereny przejeżdżałem wyłącznie z konieczności, bo nie miałem innej potrzeby by tu przyjeżdżać, aczkolwiek muszę przyznać, że w tej kwestii popełniałem błędy. To piękny zakątek Dolnego Śląska. Ziemia zagospodarowana z poznańskim wzorcem. Nasze Mazowsze, gdzie spędziłem swoje lata szczenięce, długo będzie musiało się od was uczyć. Cóż, po ruskim zaborze trudno będzie was doścignąć.
-Widzi pan, ja jako młodzieniec też byłem mieszkańcem tamtych terenów, mówi dziadzio. W trzydziestym dziewiątym, jak wojna wybuchła, wraz z moim dowódcą generałem Kutrzebą, po bitwie nad Bzurą, szliśmy już niestety bardzo, jako armia Poznań, wycieńczeni na odsiecz Warszawie. Cudem przeżyłem, dwukrotnie ranny. Raz broniąc, zresztą nieskutecznie stolicy, drugi raz w czasie Powstania Warszawskiego, bo musi pan wiedzieć, że zamieszkałem po kapitulacji we Włochach warszawskich i tam poznałem moją żonę Zosię, świeć Panie nad jej duszą. Po wojnie, panie zabrałem swoją małżonkę, która zresztą mnie przechowywała przez ten tragiczny okres, szczególnie po upadku Powstania. Z nią powróciłem na tereny kraju Warty, jak to nazywali Niemcy. Tu w końcu jest moje dziadostwo.
-Udzielał się pan czynnie w Powstaniu ?, zapytałem ostrożnie.
-Młody człowieku, usłyszałem z ust starszego pana... po czym przeprosił na chwilę i przyniósł legitymację żołnierza AK, nadaną mu dopiero w 1989 roku, na podstawie zeznań świadków. W drugiej ręce trzymał legitymację Krzyża Walecznych. Moja walka skończyła się na Czerniakowie już w 12 dniu. Zostałem ranny w obie nogi. Tylko dzięki kolegom znalazłem się pod opieką mojej Zosi. Po prostu przewieźli mnie zdobycznym samochodem niemieckim, zresztą nie tylko mnie. Dziś mam różne odznaczenia, ale pożal się Boże nie płatne. Pozostał mi tylko mój pseudonim. Ogrodnik.
-No cóż, mój ojciec też był żołnierzem Armii Krajowej. Jego pseudonim to listek.
-Listek, listek, nie przypominam sobie.
-I słusznie, bo mój ojciec nie brał udziału w Powstaniu. Działał na tak zwanym zapleczu, w okolicach Ciechanowa. Opowiedział nam to dzieciom, dopiero właśnie w roku 1989r.
-To daleko, ale chyba też była taka konieczność, pan lepiej wie. Tym bardziej, że ktoś musiał chociażby w tym mizernym wymiarze zaopatrywać powstańców.
-Nie wiem, miałem w owym czasie kilka lat, ale skoro mój ojciec, tak jak pan, dopiero w 1989 roku pokazał nam, swoim najbliższym legitymację, to ja go rozumiem.
-Takie były realia, ale panie, powiedz pan, dlaczego dzisiejsi przywódcy narodu, Powstanie Warszawskie wykorzystują dla swojej chwały? Te szczyle, te pulchne łobuzy, którzy urodzili się dwadzieścia lat po wojnie. Pan jako syn akowca ma chyba swoje zdanie, tym bardziej, że nie należy pan już do zbyt młodego pokolenia. Niech pan powie, co za skurwysyn mógł wydać rozkaz do zabicia 200 tysięcy niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci, których białe brzozowe krzyże ścielą się szeregiem na Powązkach. Byłem, widziałem, płakałem jak bóbr, chociaż to już tyle lat minęło.
Trzecia butelka wysychała, gdy po chwilowym milczeniu starszy pan powiedział: Pan jesteś, widzę normalny człowiek, a mnie w moim wieku te dwa karły z jednego jaja, to najwyżej mogą mi przeskoczyć na drugie zbukowe, proszę pana, przepraszam, jak panu na imię?
-Antoni, odpowiedziałem i poczułem dumę, że odpowiadam najbardziej godnemu tej informacji.
-Panie Antosiu, to rzeczywiście imię warszawskie, miałem wielu przyjaciół o tym imieniu. Dziś, słuch jeszcze mam dobry. Słyszę w telewizji, że Powstanie Warszawskie było sukcesem. No ty psubracie, jeżeli te zgliszcza stolicy plus setki tysięcy trupów są dla ciebie sukcesem, to kto do jasnej cholery wybrał cię na piastowane stanowisko? Ty malutki człowieczku, podobno wykształcony na doktora, czy nawet profesora. Te krasnale co się dorwali do władzy powiadają, że berlińska victoria była klęską, a wyzwolenie przez ruskich drugą okupacją. Kto to wybrał tę hołotę na stanowiska rządowe, pytam pana panie Antku. Zrobiło mi się głupio, bo myślę tak samo.
-Ja nie, zapewniam pana. podobno wybrała ich przewodnia siła narodu zwana moherowymi beretami, wraz z ich guru z Torunia.
-Dobra panie, ale ile tego w Polsce musi być, skoro te małe purchawy wygrały.?
-Wie pan, tak dużo to tego nie ma. Może trzy, może dwa miliony, ale jeżeli większość narodu zlekceważy wybory w myśl danej nam demokracji, no to mamy takie efekty, jakie mamy. Mamy po prostu jako społeczeństwo nauczkę.
-A co pan sądzi o tej dzisiejszej lustracji-pytam.
-O duperelach nie rozmawiam, usłyszałem w odpowiedzi. Boże, nie chcę tego nawet słuchać. Zosiu, zabierz mnie do siebie w zaświaty, wykrzyknął dziadek na dobranoc i przepraszając towarzystwo udał się na spoczynek. Dobranoc panu, to był dla mnie szczególnie miły wieczór, usłyszałem na odchodne.
-Dla mnie też, rzekłem.
Po przespanej, naprawdę dobrej nocy, na stole znalazłem obok ulubionego salcesonu i innej wędliny, jajecznicę z kilku jaj. Był też kamienny mlostek z mlekiem z porannego udoju. Byłem nieco zażenowany, bo jak ja mam się zachować przy rozliczeniu i pożegnaniu z niewielką dietą w portfelu.
Po zachłyśnięciu się wiosennym powietrzem, przy świergocie skowronków, żegnam się z moimi... bądź co bądź już przyjaciółmi.
-A portfel to niech pan schowa, miał pan i tak dużo kłopotów, usłyszałem.-Pan chyba sobie żartuje, powiadam. Przecież....
-Nie, no za części do samochodu pan zapłaci, bo dlaczego miałbym ja to robić, ale robocizna i nocleg gratis.
-To coś nie tak, próbuję protestować.
-Proszę pana, spotkanie z panem, szczególnie dotyczy to mojego ojca, było dla niego ozdrowieńczym zdarzeniem. Jemu potrzeba takich, chociażby rzadkich, chociażby przypadkowych spotkań. To najlepsze lekarstwo na jego starość.
-Dziękuję. Myślę, że dla mojego ojca, gdyby żył, takie spotkania byłyby jednako ważne. Odjechałem, za chwilę jednak wróciłem z kwiatami dla pani domu. Kupiłem najładniejsze jakimi dysponowała kwiaciarka. Dostałem buziaka.



*mlostek- regionalna nazwa kamiennego naczynia do mleka.

piątek, 16 września 2011

HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ

Ja to nie lubię chodzić na polskie wybory.



Teraz, właśnie teraz jest czas, aby oddać się rozmyślaniu o naszej ukochanej (jak się przyjęło powiadać, Ojczyźnie. Teraz, przed kolejnymi wyborami do najważniejszej instytucji państwa, czyli parlamentu. Aliści spoglądam, wałęsając się ulicami miasta, na te oblepione wizerunkami ponoć najlepszych kandydatów do reprezentacji narodu słupom, oraz specjalnie zbudowanym tablicom reklamowym i dochodzę do mało zabawnego wniosku, że w zasadzie od tamtych minionych bezpowrotnie czasów zwanych PRL-em nic w tej materii się nie zmieniło. Wtedy, podobnie jak dziś wyretuszowane oblicza spoglądały na przechodniów z ironicznym, wręcz zagadkowym uśmiechem Giocondy. Zarówno drzewiej jak i dziś tylko niewielki odsetek tych twarzyczek należy do ludzi z zasadami, o wyższych niżeli pogoń za kasą celach. Bardzo mało z nich słowa Ojczyzna i jej dobro najwyższe, jakie wypowie podczas składania przysięgi, to jedyny powód dla uzyskania mandatu poselskiego lub senatorskiego. Większość poprzez status poselski kieruje się podświadomie i nie tylko, zapewnieniem sobie dóbr doczesnych. Nie tylko sobie, żonom i kochankom, ale też swoim dzieciom, a nawet wnukom. Tak im dopomóż Bóg, bo akurat te słowa większość z nich, poza lewicą wypowiada najbardziej głośno i wyraźnie, chociaż bez wątpienia obłudnie. Większość, niezależnie, czy jest się prawdziwym katolikiem, niedowiarkiem, czy wręcz agnostykiem, o czym zresztą najczęściej wobec kolegów partyjnych milczą. Dawniej twarze na słupach umieszczała jedynie słuszna i przewodnia PZPR w porozumieniu z kierownictwem SD i ZSL. Dzisiaj jest absolutnie jednako. Jakoby bis, ponieważ:
by starać się o mandat, trzeba przynależeć do jakiejkolwiek partii i ewentualnie być przez nią popieranym. Generalnie o umieszczeniu cię na liście decydują Tuski, Kaczyńscy, Napieralscy czy też Pawlaki. Wymieniam ich w liczbie mnogiej, ponieważ powielają oni swoje twarze poprzez swoich reprezentantów regionalnych.
Przepychanki międzypartyjne, jakie obserwujemy poprzez media, które mają na celu dyskredytację przeciwników, a także przekonanie jak największej liczby wyborców, że oni i tylko oni stworzą nam raj w ciągu najbliższych czterech lat, postrzegamy jako ściganie się z emitowanymi prawie codziennie programami kabaretowymi. Błyskawicznie dokończą rozbabrane autostrady, podwyższą ewidentnie emerytury, oraz najniższe uposażenia, sypną taką kasę na służbę zdrowia, w wyniku czego nikt nie zdąży usiąść na krześle w poczekalni, przed przyjęciem u lekarza specjalisty, a takie choroby jak nowotwór czy zawał powoli będą przechodzić do smutnej historii. Tak można by odczytać naiwne obiecanki tych z prawa i tych z lewa. Jednak żadna z partii poza partią Janusza Palikota nie odważy się obiecać nam prawdziwego rozdziału państwa i Kościoła. Żadna nawet nie pierdnie na temat olbrzymiego obciążenia budżetu bezmyślnymi ustaleniami konkordatu. Być może Donald Tusk, który już ma wprawę w mamieniu społeczeństwa, ponownie szepnie o problemie in vitro, być może o liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, lub związkach partnerskich. Może jeszcze raz powie, że czas się zastanowić nad podpisaniem Karty Praw Podstawowych. Ale tylko szepnie i to nie za głośno, by nie rozzłościć swojego pomazańca abp Dziwisza, a tym bardziej pozostałych biskupów, którzy akurat w tej chwili mocno są zajęci walką z satanizmem Nergala. O rewolucyjnych zmianach w zakresie uwolnienia państwa z okowów kościelnych mówi wyłącznie Ruch Palikota. Mówi, mimo siania poprzez kazania i media nienawiści do pana Janusza. A Kościół nie powinni tegoż czynić człowiekowi, który wydał na prasę kościelną niebagatelny majątek utrzymując przez lata Frondę Terlikowskiego. A gdzież honor, a i miłosierdzie chrześcijańskie?. Trochę wody upłynęło zanim pan Palikot przejrzał na oczy. No, ale przejrzał i dostrzegł ogromne naruszenie norm państwa laickiego, a za takie chcemy uchodzić na światowym forum. On jedyny, bo wszystkie media jedynie zajmują się plotkami o kandydującej do Sejmu jak Alicji Tysiąc czy Robercie Biedroniu. A my, czyli potencjalni wyborcy chcielibyśmy usłyszeć prawdziwy, realny program każdej z partii, a nie bajdurzenia o Alicjach i możliwych koalicjach.
Nasi poprzednicy wprowadzili Polskę do Unii i NATO, chwalą się lewicowi kandydaci do Sejmu, nam tylko pozostaje zrównać dobrobyt Polaków do dobrobytu Niemców czy Francuzów. Rzecz w tym, że po ponad siedmiu laty przynależności do tej bez wątpienia korzystnej ze wszech miar Unii, nasz dobrobyt jest niższy, niżeli w byłych republikach postradzieckich tzn. na Litwie, Łotwie i w Estonii. Jeszcze mocniej odbiegamy od Czech. Na pocieszenie jesteśmy o niebo lepsi od Rumunii i Bułgarii. Trzeba dodać, że bogatym nie czyni akurat fakt przynależności do Unii Europejskiej, bo przykładowo największy dochód na jednego mieszkańca odnotowują Norwegowie i Szwajcarzy, którym nigdy nie śniło się takie towarzystwo. Ale akurat te kraje mają wspaniałe ustroje, wspaniałe gospodarki, wspaniałe, demokratyczne tradycje, a ponadto jak w przypadku Norwegii ropę naftową, zaś Szwajcarii banki świata. Zgoda, o to walczyły wszystkie bez wyjątku ugrupowania poza partią Kaczyńskich, Samoobroną Leppera, oraz partią nacjonalistów Giertycha. Zgoda i jeszcze raz zgoda, bo nie wyobrażamy sobie naszego grajdoła nadwiślańskiego dzisiaj bez tych olbrzymich dotacji z kasy unijnej. Myślę, że naszym logo pozostawałby nadal chłop pilnujący krów pasących się między zabudowaniami kościelnymi i wiejską gospodą, zaś wygląd naszych miast pasowałby do opisów dwu Władysławów, czyli Orkana i Reymonta.
Fakt, wyglądamy jako Polska lepiej i może nawet nieco radośniej,niżeli za tamtych mrocznych czasów, chociaż nie dostrzega się tego ewidentnie na twarzach przechodniów, ale akurat tenże narodowy smutek przywarł do naszych twarzy niejako już historycznie. Dawniej gdy pytano ludzi w tramwaju, dlaczego są tacy smutni to odpowiadali: dlatego, że musimy jechać do pracy. Dzisiaj z kolei na to samo pytanie pada odpowiedź: Bo szukamy pracy. I tak źle i tak niedobrze. W wesołym usposobieniu najczęściej nas można spotkać wyłącznie z pieśnią na ustach: w Polskę idziemy drodzy panowie, w Polskę idziemy. Ale to już inny temat. Wyłącznie psychologiczny.
PS. Z TV wylali Rutowicz..... ale chyba już za późno na start do parlamentu.





Uśmiechnij się:



Ojciec przegląda dzienniczek syna:
Ooo, znowu dostałeś jedynkę z historii!
-No cóż tatusiu, historia lubi się powtarzać.

niedziela, 11 września 2011

MORALNOŚĆ?, A CO TO ZA DIABEŁ?

Mam 3 łazienki, ale jakoś tak się przyzwyczaiłem.



Zadaję sobie pytanie, czy np. w polityce obowiązuje jakakolwiek moralność?, czy zasady norm i wzorców obowiązują w innych dziedzinach życia, na przykład w funkcji państwa, chociażby jego gospodarce, nauczaniu społeczeństwa i wynagrodzeniach za pracę. Czy jakakolwiek moralność gnieździ się w klasztorach, kuriach i parafiach. Otóż nie, a raczej jest ona wątpliwa, ze względu na permanentne łamanie podstawowych zasad współżycia społecznego, a w przypadku kleru poprzez upokarzające kontakty z „parafianami”, który to termin z greckiego oznacza grupę ludzi prostych, mało rozwiniętych, wręcz tępaków. Wystarczy sięgnąć po encyklopedię. Słowo moralność wywodzi się z etyki i filozofii, o czym akurat jako laik nie mam pojęcia na tyle, bym mógł rozważać nie tylko etymologię tego pięknego wyrazu, ale i przypisy jemu towarzyszące.
Zacznijmy od polityki. Pominę okres partyjnej walki przedwyborczej, bo to akurat szczególny przykład obrzydzania się nawzajem, co oczywiście nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wybory się skończą i cały ten balon sflaczeje. Mam raczej na myśli pozory moralności w rządzeniu państwem. Jako pierwszy przykład to zachowanie polskich rządów (PIS i PO) w sprawie odmowy podpisania Karty Praw Podstawowych. Karty, która bodajże poza Polską i Maltą obowiązuje w całej Europie. Nasze państwo uwiązane na postronku Kościoła katolickiego po prostu krzywdzi swoich obywateli. Europejczycy korzystają z szerokiej gamy wolności obywatelskiej, zaś my, kierujący się wciąż śmiesznymi dla świata demokratycznego zasadami wartości chrześcijańskich w skrócie WC, nie mamy jako społeczeństwo nic do powiedzenia. Bo nas nikt nie pyta w obawie, że takie referendum uderzyłoby w owe WC. Pełna gęba frazesów wygłaszanych na różnych forach, o naszej demokracji staje się już śmieszna. Kościół zakneblował usta posłów w sprawach takich jak aborcja, związki partnerskie, in vitro, eutanazja. Właśnie te m. in. zagadnienia reguluje KPP. To konstytucja wolności i powinności . A weźmy na tapetę moralność kleru, który poprzez podpisany przez Suchocką konkordat w gruncie rzeczy ma ogromny wpływ na samorządy, policję i sądy w Polsce. Przykłady?, aż same się pakują pod moją klawiaturę. Rabunek mienia społecznego poprzez zlikwidowaną po wielu latach Komisję Majątkową, w skład której wchodzili zarówno ze strony kościelnej jak i rządowej ludzie bardzo związani z kruchtą. Wymuszanie darowizn w postaci majątku od starszych ludzi na rzecz parafii, w zamian za opiekę i tzw. dożywocie. Znamy tu wiele przykładów wprost wołających o pomstę do nieba. Ci starzy ludzie byli pozostawiani w nędzy sąsiadom w oczekiwaniu na rychłą śmierć, zaś pozyskany za darmo majątek księża natychmiast sprzedawali. Pokrzywdzeni podczas próby odzyskania tych dóbr byli (i są) przez sądy lekceważeni i puszczani z przysłowiowym kwitkiem, jako, że władza sądownicza również kieruje się owym WC. Niemoralne przykłady parafialne znajdujemy również na styku ksiądz - wymiar sprawiedliwości w przypadkach pedofilii kleru oraz po powodowanych wypadkach drogowych przez sukienkowych, jadących na podwójnym gazie. Jakaż to moralność panie biskupie, gdy pan ukrywa zbrodniarza w koloratce przed wymiarem sprawiedliwości w innych parafiach, innych diecezjach, klasztorach a nawet poza granicami kraju. (przypadek ks. Pawłowicza, który akurat spółkował z młodym ministrantem, a ten haniebny czyn na własne oczy ujrzała matka ofiary). Tylko dzięki „Faktom i mitom” ten knur poszedł do celi więziennej na zaledwie cztery lata. A co z moralnością w czasie pochówków schorowanych parafian, którzy w ostatnim czasie przed śmiercią nie mogli uczestniczyć we mszach?. Są częste przypadki, że takich pogrzebów nie wpuszcza się do kościoła. Chyba że się przepłaci. Wtedy wszystko można załatwić. Osobiście mam kolegę, który jako niewierzący wychował syna bez chrztu, bierzmowania i pierwszej komunii. Gdy syn dorósł i chciał zawrzeć związek małżeński z dziewczyną, która taki ślub wymarzyła sobie w kościele, powstały trudności z przyczyn obiektywnych ze strony kawalera. Ale od czego są pieniądze. Z grubszym portfelem ojciec i syn udali się na jedną z plebanii i pod kawkę i koniaczek, wyłożywszy na stół kilkakrotne przebicie pieniężnej stawki, za jednym zamachem kawaler uzyskał świadectwa i zaświadczenia z chrztu, pierwszej komunii, bierzmowania, oraz nauk przedmałżeńskich. Uiszczono przy okazji a priori za ślub z długim dywanem .Gdzie tu jest jakakolwiek moralność. Niech mi jakiś „prawdziwy Polak”, czy inny moher zarzuci kłamstwo, bo akurat najwięcej amoralnych Polaków nosi przydomek „prawdziwy”. Czy ma cokolwiek z moralnością fakt cichych podwyżek kilkutysięcznych dla posłów i senatorów, albo fakty milionowych odpraw dla członków i prezesów Spółek Skarbu Państwa oraz pracowników TV publicznej?, w sytuacji gdy co czwarte dziecko w Polsce głoduje. Amoralnym też pozostaje fakt niepłacenia przez kler podatków, a tym bardziej to, iż z podatków obywateli wierzących i niewierzących opłaca się ich składki w ZUS.
No a w polityce?. Tu akurat słowo moralność nie ma żadnego zastosowania.
Przykłady z historii najnowszej; Anglicy mimo podpisania układu o pomocy wzajemnej z Polską w przypadku napaści Hitlera, w momencie tegoż ataku wypięli się na ten układ, mało tego, wcześniej premier Chamberlain zgodził się na to, by Hitler zajął Czechosłowację byle nie tykał Albionu. Cynik. Wiadomo, wszystko do czasu, gdy nie spadły pierwsze bomby na Londyn. Po wielu latach premier brytyjski Blair oszukał własny naród i świat, głosząc,że Saddam Husajn w Iraku ma broń masowej zagłady. Wiedział, że nie ma tam niczego, bo sprawdzały to specjalne komisje ONZ, ale mimo to wespół ze swoim kolegą jastrzębiem z USA zaatakowali Irak, wciągając w ten wojenny kosztowny galimatias również Polskę. Skorzystaliśmy na tej koalicji wyłącznie kilka trumien, bo ropą iracką zajęli się główni inicjatorzy wojny. Niemoralny na wskroś był atak CIA na rząd legalnie wybranego rządu demokratycznego i jego premiera Allende w Chile. Za cenę kilkunastu tysięcy zabitych niewinnych obywateli przekazano władzę „Hitlerowi” lat 70-tych, Pinochetowi, uległemu oczywiście Ameryce. Nawiasem mówiąc przyjacielowi naszego papieża. Czy można tu się dopatrzyć jakichkolwiek oznak moralności?. Nie!. Na wskroś gorszące są fakty niereagowania bogatego, demokratycznego świata na ludobójstwo najpierw w Ruandzie, a teraz w Somalii. Dziesiątki tysięcy dziecięcych trupów codziennie grzebie się tam w piachu. To dzieci JPII, który w krajach szalejącej zarazy AIDS, braku wody i jakiejkolwiek żywności, „moralnie” zakazał stosowania prezerwatyw.
A jak się działo w naszym polskim ogródku?. Ano popatrzmy tylko na strajki lat 80-tych, z chwilą powołania NSZZ Solidarność. Dzisiaj wiemy, że gdyby prości robole, których, jak parafian można urabiać w formie ciasta, wiedzieli, że do władzy na ich grzbietach dojdzie tylko wykształcona czołówka działaczy związkowych, zaś rzesze robotników, w wyniku likwidacji lub sprzedaży za grosze fabryk, znajdą się na zasiłkach, a niektórzy nawet w okolicy śmietników, nigdy by nie poszli w liczbie 10 milionów plus jeden (bo ja też nosiłem znaczek) na przysłowiowe barykady. Czy można się doszukać w takim rozstrzygnięciu moralności. A figa.
Konkludując,czy pani Dulska, jako najbardziej jaskrawy przykład niemoralności, może pokazywać młodemu pokoleniu całe zło tkwiące w człowieku?, czy pozytywne przykłady zachowań wykazywane w dobrej literaturze, może kształtować pozytywne charaktery, szczególnie w literaturze z okresu romantyzmu i pozytywizmu. Wątpię. Na Zachodzie fakt ściągania na lekcjach jest postrzegany przez samych uczniów bardzo pejoratywnie, właśnie jako czyn niemoralny, a u nas?. U nas nawet pisząc wypracowanie z „Moralności Pani Dulskiej”, uczeń gdy nie widzi go nauczyciel próbuje ściągać to, czego z lenistwa i niestety polskiego charakteru nie nauczył się sam.
To tak sobie podeliberowałem.





Uśmiechnij się:



W samochodzie jedzie czterech łysych gangsterów, a w bagazniku biznesmen. Gościu boi się bo nie wie co z nim zrobią, a nawet ze strachu trochę popuscił. Nagle auto staje, klapa sie otwiera. Biznesmen widzi policjanta.-O, jak dobrze, ze pana widzę, a tak sie strasznie balem.-Na to policjant:-Nie gadaj tyle tylko się posuń.

















piątek, 9 września 2011

PANDEMIA?






Swego czasu, a było to w grudniu ubiegłego roku, postem zatytułowanym „Zaryzykowałbym, że to F99”, (łatwo znaleźć w moich zasobach), jako obserwator politycznych zawirowań w Polsce, przypisałem panu Jarosławowi Kaczyńskiemu jednostkę chorobową z dziedziny psychiatrii, którego po laicku przybliżyłem do „F99”.Objawy jakie wskazywały na poprawność mojej diagnozy potwierdzały się w czynach i codziennym zachowaniu pana prezesa. A mianowicie to, iż w trumnie odnalazł brata w spodniach generalskich, a to, że naraz począł wychwalać Edwarda Gierka, a w osobie Oleksego ujrzał brata, a nie żadnego komucha jak to było dotychczas. Od tej pory postanowił patrzyć na pana Józefa jako na polityka wieku średniego z innej, bo lewicowej partii. Wyłącznie lewicowej a nie jak dotychczas komunistycznej. Ostateczny dowód tego schorzenia potwierdził się w jego przemówieniu do braci Moskali, wyartykułowany braterskimi, pięknymi niezmiernie ciepłymi słowy.
Okazuje się, że choroba do tej pory nie ustąpiła całkowicie, natomiast są symptomy, że nieco zelżała. Wskazuje na to fakt, że prezes największej opozycyjnej partii za wszelką cenę unika spotkania z premierem w ramach tzw. debaty przedwyborczej. Być może z powodu anhedonii, o której pisze w swoim komentarzu pani „Jolanta”. W każdym razie nic nie ma do powiedzenia , (a to mu się akurat chwali). Dlatego lepiej niechaj milczy, bo jego „racje” mogą go jeszcze bardziej pogrążyć w negatywnym postrzeganiu. To właśnie zapisuję mu na plus. Pozostałości choroby doszukać się możemy niestety w innych zachowaniach propagandowych, jak chociażby w zbrataniu się z kibolami polskich stadionów, oraz młodymi neonazistami. Najbardziej spektakularny akt, który oburzył większość myślących moich współobywateli, to „wydelegowanie” swojej posłanki Kempy, by ona własną piersią wybroniła z aresztu naczelnego kibola o pseudonimie Staruch, o czym traktuje mój poprzedni post. Temu bandziorowi grozi wyrok w wysokości 12 lat więzienia, a tymczasem, znalazł się ktoś, ktoś bardzo bliski ideowo i tak po prostu bliski sercu, co potrafi podać rękę. Rękę przyjaciela ludu. Zatem tym „miłosiernym” czynem pan prezes udowodnił, że nadal trapi go owa nieszczęśliwa jednostka patologii.
Upłynęło kilka miesięcy, a nawet chyba już blisko roczek, gdy ta, dziś jeszcze nieuleczalna choroba dotknęła, chyba jeszcze w większym stopniu niżeli prezesa innego współbrata spod znaku PIS. Mowa o Dzierżyńskim naszych czasów, o bojowniku o prawo i sprawiedliwość wedle kaczych zasad, Antonim Macierewiczu. Tym samym, co to rozwalając WSI (pod sztandarowym hasłem „precz z komuną”) doprowadził do ujawnienia wielu polskich agentów czynnie działających na terenach nam mało przyjaznych. Pamiętamy jak do wykonania zadania, Macierewicz dobrał sobie przyjaciół z kręgu PIS, którym po kilkunastu dniach szkolenia, szablą pana prezydenta Kaczyńskiego nadał stopnie oficerskie. Szeregi polskich służb specjalnych zasiliły się nowymi „oficerami wykształconymi inaczej”. Myślący czytelnik łatwo te nominacje skojarzy z awansem generalskim Głódzia, albo w pośpiechu awansowanymi w dniu odejścia z posady prezydenta Wałęsy, 3 „zasłużonych” w akcji „Olin”pułkowników na stopnie generalskie.
Najważniejszego w życiu zadania Macierewicz podjął się ochotniczo, bo akurat nikt mu żadnej roboty nie dawał. Mianował się on za przyzwoleniem Sejmu przewodniczącym jednej z kilku komisji ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej, a w zasadzie według jego założenia ds. zbadania „drugiej zbrodni katyńskiej”. Powiadam zbrodni, ponieważ od początku wsłuchując się w lamenty wdów pisowskich pan Macierewicz przyjął strategię udowodnienia swej tezy, iż premier Tusk wraz z premierem Putinem, dwa dni przed wyjazdem prezydenta Polski do Katynia, uzgodnili plan jego fizycznej likwidacji. Likwidacji, bowiem Lech Kaczyński był jedynym, który poprzez swój i genialny rozum Fotygi utrudniał prowadzenie wszelkiej polityki zagranicznej Polski zdążającej do porozumienia z Rosją, Niemcami, a w końcu z całą Europą, która to z kolei obu Kaczyńskim podkładała świnie. Macierewicz miast szukać przyczyn katastrofy w obrębie sprawności maszyny, wyszkolenia pilotów, wreszcie stanu pogody, oraz ewentualnych nacisków na załogę, od razu prawie że udowodnił, iż Rosjanie rozpylili nad lotniskiem w czasie gdy zbliżał się doń nasz samolot, specjalnie dla celów wojennych wyprodukowaną z helu mgłę. W momencie gdy swym wąskim rozumem objął, że z tą mgłą (hel lżejszy od powietrza) to nieco się zapędził w okolice bajek Andersena, wygłosił teorię, że na wysokości 15 metrów od ziemi na pokładzie wybuchła bomba (chyba żeby sam lub któryś przez niego wyszkolonych specoficerów ją tam podłożył). Kiedy i te bzdury poczęły w jego rozumie gnić, ogłosił, że nie jest możliwe, aby samolot uderzając o taką brzozę (jaka jest pokazana w mediach) mógł złamać skrzydło, co potwierdza jego pierwsze przypuszczenia, bo być może brzoza nie była z drewna a …..z tytanu. Nawiasem mówiąc wszystko możliwe, boć to było do niedawna jeszcze lotnisko wojskowe, a Rosja potrafiła dbać o swoje bezpieczeństwo, szczególnie zaś z powodu pogróżek Lecha Kaczyńskiego. Dlatego całe schorzenie o symbolu F99 przypisuję bez żadnych wątpliwości Macierewiczowi, o którym Wałęsa powiada, że za cokolwiek się weźmie wszystko spierniczy. Kiedy zauważył, że tu w kraju nie znajdzie zbyt wielu łatwowiernych, czyli poparcia dla tezy o zamachu na TU154M, a nawet dobijaniu tych co przeżyli, próbował wraz ze swoją przyboczną Anną szukać takowego wśród senatorów USA. Niestety oboje zabawili się w Ameryce wyłącznie na przyjęciach u polskich górali w Chicago, bowiem nikt z oficjeli nie chciał z nimi rozmawiać. Nie dziwię się, bo Macierewicz zwany w swoich kręgach jako Antek policmajster, jest znany za oceanem ze strony raczej anegdotycznej, podobnie zresztą jak lizbońska tanecznica Fotyga, którą, jak informuje portal Wikileaks, Amerykanie woleli by ją jak najszybciej wygumkować z bazy jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych. To tyle i aż tyle.
PS: Kaczyści wylosowali listę wyborczą z numerem jeden. To dobra dla nich wiadomość, bowiem wielu, szczególnie ludzi starszych, oraz tych, co to przyjdą lub będą dowiezieni do urn, nie zechce sobie zaprzątać głowy analizą list pozostałych i dla świętego spokoju odda głos na kandydata z pierwszej listy, tym bardziej,że ci wyborcy do urn trafią prosto z kościoła. Głos oddany wg wskazówek proboszcza na listę nr.1, czyli na kogoś z owczarni Kaczyńskiego, przybliża takiego parafianina o jeden krok do bram niebieskich. Zatem na razie prezesowi szczęście dopisuje. Z ciekawością wobec tego popatrzymy wieczorem w ekran tv w dniu 9 pażdziernika.



Uśmiechnij się:



Żona przywołuje męża do lodówki, otwiera ją, pokazuje chłodzącą się butelkę wódki i mówi:
-Widzisz? Stoi i będzie stać do Nowego Roku. Zrozumiano?
Mąż rozpina spodnie i spuszcza je do kostek:
-Widzisz? Wisi! I będzie wisieć do 8 marca...

wtorek, 6 września 2011

PODEPTAŁA ŚLADOWE RESZTKI MORALNOŚCI



Co prawda po niej, a nawet po całym ugrupowaniu pt. Prawo i Sprawiedliwość, można było się spodziewać wszystkiego najbardziej obrzydliwego, ale numer jaki wywinęła coraz okrąglejsza gwiazda tego towarzystwa, nazwiskiem Beata Kempa zwalił z nóg każdego, kto ma chociażby odrobinę ludzkich wartości mieszczących się w cnocie przyzwoitości. Swego czasu pewna czytelniczka, gdy umieściłem na moim blogu komentarz do książki Mariusza Szczygła pt.„Zrób sobie raj”, w której autor pokazał relacje panujące w Czechach między państwem a Kościołem, oraz całkowitą sekularyzację naszych sąsiadów, co mogło by być pozytywnym przykładem dla naszego wyznaniowego grajdoła zwanego przez jednych Najjaśniejszą, a przez innych Pomroczną, nazwała mnie gejem, ateistą, Żydem i mordercą nienarodzonych dzieci. Inna znów ujrzała we mnie bydlaka, bo pozwoliłem sobie na żarty z „obrońców krzyża” pod Prezydenckim Pałacem. Nie, nie obraziłem się, bo w gruncie rzeczy nie miałem powodu, by ktoś o rozumie jakiegoś gnoma mógł osiągnąć taką satysfakcję. Nie potrafię się zniżyć do poziomu tych paniuś. Moje przekonania akurat w książce pana Szczygła znalazły swoje miejsce w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I na tym wątek ten powinienem zakończyć. Wracam więc zatem do głównego tematu, a więc tejże Kempy. Gdy usłyszałem, a wraz ze mną miliony widzów TV, że Kempa z „dobroci”pisowskiego serca, do którego co niedziela przyjmuje bogobojnie komunię świętą, upomniała się o wolność bodajże największego bandziora i chuligana polskich stadionów powszechnie znanego jako „Staruch”, gacie mi opadły. Ten bandyta siedzi w areszcie za pospolite rozboje i napady na dziennikarki, oraz bicie kibiców , którzy nie pozwolą się zaszufladkować do masy kibolskiej, i nie noszą szalików z logo Legii, a tymczasem Kempa publicznie mówi, że nie może pozwolić na to, byśmy w Polsce zamykali ludzi za przekonania polityczne wzorem czasów komuny. Jeżeli ten kibol, jak i jemu podobni mają jakiekolwiek przekonani polityczne, to chyba tylko te, które wyrażają poprzez hasła typu: „Żydzi do pieca”, „Wielka Polska katolicka”, „Nie przepraszam za Jedwabne”„Pomścimy Smoleńsk” „Biała rasa od łysego łba aż po ku**sa” , hasła, których merytorycznie nie potrafią sami do końca zrozumieć, bo akurat to buractwo zdolne jest co najwyżej do rzucania kamieniami w kobiety maszerujące w Marszu Równości lub w czasie Manify. To są ich przekonania polityczne, czyli inaczej mówiąc, są to przekonania bardzo zbieżne z tymi, które prezentuje całe stado PIS-owców. I tutaj, jako współobywatel pani Beaty Kempy, jako Polak, jako człowiek wyznający zasady wszelkiej tolerancji poczułem się obrażony. Tu akurat tak. I to bardzo obrażony, ponieważ to babsko, które trudno przekrzyczeć w wywiadach telewizyjnych, które w dniu śmierci Barbary Blidy wrzeszczało z trybuny sejmowej, że Blida strzeliła sobie w łeb ponieważ groziło jej więzienie za wielkie przestępstwa - reprezentuje mnie jako Polaka. Bardzo, ale to bardzo mnie obraziła właśnie Kempa, a nie jakiś tam moherowy beret, który jednym palcem na klawiaturze wypluł z siebie cały zapas jadu, a który to akurat jad w tym wypadku spłynął po mnie jak woda po kaczce. Tej kaczce. Nawiasem mówiąc, dziś już wiadomo, że Kempa osobiście, jako „viceziobro”, przyłożyła też rękę do niepotrzebnej śmierci tej powszechnie szanowanej Ślązaczki.
Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że nikt z podopiecznych Kaczyńskiego nie potrafił wypowiedzieć choćby jednego krytycznego zdania na temat zawłaszczenia przez ich ugrupowanie sympatii kibolsko-nazistowskich. Nastąpiła zmowa milczenia, a nuż cisza ta w formie ziarna padnie na urodzajny grunt, skutkiem czego prezes fotel szefa partii zamieni na fotel premiera. A ja po cichu tak sobie myślę, że wyciągnięcie z aresztu „Starucha” spowoduje to, o czym mówi mądre przysłowie: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Mianowicie za PiS-em zagłosuje powiedzmy ok. 100 tysięcy kiboli i neonazistów, (o ile oni w ogóle chodzą do urn), ale z kolei dużo więcej dotychczasowo głosujących na to ugrupowanie zmieni swoje zdanie i głos odda na każde inne, byle nie na pisowską wygłodzoną „watahę”, mimo nawoływań proboszczów.



Uśmiechnij się:


Rodzice przyłapali niepełnoletniego syna, jak wymykał się wieczorem z domu z latarką w ręku .
-Dokąd to?- pytają.
-Na randkę, odpowiada syn.
-Ha, jak ja chodziłem na randki, to nie potrzebowałem latarki, zakpił ojciec.
-Tak... to spójrz na mamę i zastanów się, czy latarka to zły pomysł.

niedziela, 4 września 2011

NIHIL NOVI


Nic nowego panie Leszku, były nasz premierze. Nic nowego pan nie wymyślił twierdząc, że Platforma Obywatelska myśli o przyszłościowej koalicji z Prawem i Sprawiedliwością, czyli do oklepanego onegdaj POPISU. Rzeczywiście, są ku temu przesłanki, chociażby poprzez raport Czumy, wysłannika PO do Sejmowej Komisji ds. nacisków. Pan Czuma z absolutnym spokojem oświadczył, że trzyletnia jego osobiście i jego komisyjnych członków ciężka praca za 1200 złotych dziennie, jako dodatek do uposażenia, pozwala stwierdzić, że żadnych politycznych nacisków Kaczyński wraz z Ziobrą nie stosowali. Dostał w nagrodę wiele wyrazów sympatii i podziękowania ze strony obozu kaczystów, a dotychczasowa oponentka Wróbel o mało by w pochlebstwach na cześć Czumy nie utonęła i gotowa była przygarnąć tego chudzielca do swej obfitej okrytej czerwoną bluzką piersi. Innym przykładem, przemawiającym za wytęsknionym przez Tuska POPIS-em, jest podobny brak poparcia wniosku przewodniczącego innej pracowitej Komisji ds. zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy, o postawienie tych tuzów polskiej polityki (Kaczyński, Ziobro) przed Trybunał Stanu, który to miałby po raz pierwszy cokolwiek do roboty, jako, że od dwudziestu lat zasiadający w tym gremium sędziowie nie mieli okazji kogokolwiek osądzić, biorąc oczywiście duże pieniące w formie gaży za sam jakże państwowy tytuł i posiedzenia przy ciasteczku. Tak, panie premierze Millerze, Ameryki to pan nie odkrył, bowiem ja skromny obywatel, śledzący polską scenę polityczną, wielokrotnie powiadałem na swoim blogu wprost, iż to, że oba te ugrupowania mimo pokazowych wzajemnych antypatii są jednak skazane na siebie. To korzenie Solidarności. Oczywiście Solidarności do której należało 10 milionów plus jeden (bo ja tez nosiłem w klapie znaczek, z którego byłem dumny), do czasu gdy nie opadły mi klapki z oczu, iż to żaden związek zawodowy, tylko cwaniacka masa ludzka dążąca do władzy, najlepiej w instytucjach centralnych za bardzo duże wynagrodzenie np. w ławach poselskich i senackich, w najgorszym przypadku w zarządach Spółek Skarbu Państwa. Dotyczy oczywiście tych na czele organizacji, bowiem rzeczywiste masy milionowe najczęściej pozostały nie tylko bez stanowisk, ale też bez pracy, przechodząc na zasłużony zasiłek. Właśnie, ów niby związek zawodowy pod przywództwem „pięknego Maryjana”Krzaklewskiego, pierwszego hochsztaplera i oszusta (głosowali podobno na niego dawno nie żyjący obywatele Pcimia) przekształcił się w partię polityczną zwaną Akcją Wyborczą Solidarność, która to w koalicji z Unią Wolności stworzyła rząd Jerzego Buzka. Buzka, ponieważ Maryjan chciał rządzić państwem, ale jako doktór z łaski profesora Buzka nie odpowiadać za swoje decyzje. Przeto posadził przed sobą pana profesora by nim sterować ( z tylnego fotela).Wiele krzywd Ojczyźnie wyrządziła ta koalicja, pominąwszy już to, że zarówno szkolnictwo, jak i wszelkie ośrodki kultury narodowej, oddano w ręce Kościoła, wspomagając go olbrzymimi dotacjami. Ta „tradycja darowizn” przetrwała do dzisiaj z zapisem konkordatowym. Ta koalicja akurat się rozpadła, bowiem Unia Wolności, składająca się z prawdziwych demokratów, zresztą niezbyt przywiązanych do KrK, blokowała szalejące decyzje krzaklewszczyzny. Rząd ten narobił ogromnych szkód naszej pomrocznej Najjaśniejszej bo: po pierwsze na koniec kadencji spowodował dziurę budżetową o rozmiarze wprost nie do załatania (95 mld.zł.), narosło ogromne bezrobocie ok 23%, zmalało do minimum PKB (0,2%), nastąpiła szalejąca inflacja. Dlatego akurat ta partia musiała przegrać kolejne wybory, osiągając zaledwie 3% poparcia (chyba na nich wtedy głosował sam kler, oraz ich rodziny).
Tak oto z tego klanu, klanu tamtej awuesowskiej solidarności, wywodzi się nam PIS jak i PO. Współczesna Solidarność natomiast należy wyłącznie do Jarosława Kaczyńskiego. Zagospodarował on ci ją dla siebie z powodów ideologicznych, które w sobie zawierają miłość do Kościoła, miłość do kiboli stadionowych, miłość do wątpiących w prawdziwość raportu Millera, oraz nienawiść do Izraela, Rosjan, Niemców, Skandynawów i w gruncie rzeczy całej Unii Europejskiej. Ponieważ jednak stara miłość nie rdzewieje, albo niepodobna raz na zawsze zapomnieć o korzeniach rodzinnych, a w najgorszym wypadku, jak mówi przysłowie, że kruk krukowi oka nie wykole, można śmiało stwierdzić, że pan Miller ma rację. Jest to jednak racja, którą wyjął z moich blogowych dywagacji, pojawiających się od czasu do czasu. Taki POPIS- owski układ byłby w smak obu, dzisiaj niby nienawidzących się partii, tym bardziej, gdyby PSL (przystawka umożliwiająca trwałość każdego rządu) nie weszło tym razem do Sejmu z powodu nie osiągnięcia progu wyborczego, zaś SLD osiągnął by wynik w granicach 20%, na co się oczywiście nie zanosi. A jeszcze bardziej gdyby w Sejmie znalazł się Palikot ze swoim ugrupowaniem. Wtedy wręcz wykluczona będzie koalicja PO-SLD, chociażby dlatego, że przy poparciu partii Palikota możliwe by były prawie wszelkie uchwały i ustawy sejmowe, które by wreszcie uporządkowały nasz polski grajdoł państwa wyznaniowego. Ale tu Kościół nie popuści i całą swoją uświęconą Duchem Świętym mocą wyklnie zamiar budowy podobnych koalicji. Taki strach to dopiero strach, a nie tam jakiś „Strach”Grossa. Swego czasu jako czynny wyborca rozważałem, czy aby jest szansa, żeby posłowie PO, mimo wspólnego rodowodu ( z PIS), po jakimś czasie zmienili swoje poglądy na tyle, by nazwać się prawdziwymi, postępowymi, nie udawanymi demokratami. Chyba jednak nie, bo dzikie zwierze zawsze będzie dzikie, mimo pierwotnej swej łaskawości w stosunku do otoczenia. A jeszcze niedawno, przy każdej okazji, dla niepoznaki i odwrócenia uwagi Platforma rozgłaszała „swoją wiedzę” o tajnych rozmowach lewicy z PIS. O już zawieranych wstępnych koalicjach. Tak głosili, bo sami w gruncie rzeczy mieli i ciągle jeszcze mają chrapkę na taki związek. Zdarza się, że małżonkowie ponownie się schodzą i często bywa to udane małżeństwo. Bywa też, że znając się jak łyse konie potrafią się wzajemnie wykończyć. Ale, ale, przykładowo, psy i koty też potrafią jeść z jednej wspólnej michy.
PS. „Firma” Kaczyńskiego dla wielu inteligentnych inaczej stała się bardziej atrakcyjna ze względu na umieszczenie na pisowskich listach wyborczych takich tuzów jak agent Tomek, były agent CBA, Jaś Tomaszewski były pogromca reprezentacji Albionu, a także Katarzyna Łaniewska, aktorka czwartorzędna, do lat 80 tych zatwardziała komunistka. Później pani Katarzyna, jakby zmiękła i podjęła aktywną współpracę z klerem, przeto zaangażowała się w odgrywanie ról dobrej babci w audycji „Ziarno”w TVP, a także roli gosposi proboszcza w Plebanii, stojąc w każdym odcinku przy garach. Rzeczywiście tymi czynami na oczach co bardziej rozmodlonej widowni zmyła błędy lat młodzieńczych, wrzucając do głębokiej szuflady, by nie raziły ją w oczy dziesiątki odznaczeń z Orderami Kawalerskim i Oficerskim włącznie. Miała szczęście kobita, bo akurat Kaczyński, mimo że pluje na czasy PRL, chętnie przygarnia małych, miernych ale wiernych na swoje łono. W jego rządzie było kilku prawdziwych komunistów z ministrem Kryże i Jasińskim na czele. No cóż, jak sobie przypominam, bywały też w historii kariery odwrotne. Stalin najpierw był w seminarium, a dopiero po tym stał się komunistycznym satrapą.





Uśmiechnij się:






Egzamin z anatomii, profesor pyta:
-Jaką funkcję pełni musculus cremaster?
-Ten mięsień podnosi mosznę.
-Dobrze, a co jeszcze on takiego robi?
-Nie mam pewności, ale przy silnych bodźcach mechanicznych, takich jak uderzenie powoduje
wytrzeszcz oczu, ugięcie kolan, otwarcie ust i artyku
łowanie wysokich dźwięków !.

POLSKA I WATYKAN W ŚWIETLE KAMER

Kto atakuje Kościół ten atakuje Polskę, krzyczał Jarosław Kaczyński, licząc na rewanż i łaski politycznego wsparcia ze strony episko...